Nowy Opat tyniecki
W dniu dzisiejszym Ojciec Szymon Hiżycki OSB został wybrany nowym opatem w opactwie Benedyktynów w Tyńcu. Wyborom opata przewodniczył o. Ansgar Schmidt, opat prezes Kongregacji Zwiastowania, do której należy także Opactwo Benedyktynów w Tyńcu.
O. Szymon Hiżycki (ur. w 1980 r.) studiował teologię i filologię klasyczną; odbył specjalistyczne studia z zakresu starożytnego monastycyzmu w kolegium św. Anzelma w Rzymie. Jest miłośnikiem literatury klasycznej i Ojców Kościoła. Nowy opat tyniecki jest najmłodszym wybranym opatem w historii powojennego Tyńca, jednym z młodszych w jego blisko tysiącletniej historii oraz 73. następcą opata Aarona, wybranego prawdopodobnie w r. 1044.
Ostatnio w klasztorze tynieckim pełnił funkcję opiekuna ministrantów, duszpasterza akademickiego, bibliotekarza i rektora studiów. Do momentu wyboru na urząd opacki był także mistrzem nowicjatu tynieckiego. Jest też wykładowcą w Kolegium Teologiczno-Filozoficznym oo. dominikanów.
Kadencja opata potrwa 8 lat. Nowemu Ojcu Opatowi życzymy, aby w tej odpowiedzialnej posłudze towarzyszyły mu Boże błogosławieństwo, dary Ducha Świętego i wstawiennictwo św. Benedykta.
Czego szukam?
„Czego szukacie?” — pyta Jezus Jana i Andrzeja. To pierwsze Jego słowa, jakie kieruje Chrystus do swoich uczniów u początku drogi, na której objawi im tyle niezwykłych rzeczy. Jezus widzi, że szukają. A swoim pierwszym pytaniem chce ich zmotywować do tego, aby sami sobie potrafili odpowiedzieć na pytanie: „Czego tak naprawdę szukam?”
Niezwykłe jest to, że pytanie Jezusa nie straciło nic ze swojej aktualności. I warto, abyśmy do tego pytania wracali. Od odpowiedzi na nie zależy bowiem dynamika i jakość naszej wiary.
Wielu zarówno w czasach ziemskiego życia Chrystusa, jak i dzisiaj tak bardzo pomyliło się co do Niego. On sam zresztą zasugeruje to w swojej Ewangelii, mówiąc: „Szukacie Mnie, ponieważ nakarmiłem was do syta chlebem”, „albo dlatego, że wiedzieliście cuda”. Tymczasem nasza motywacja do pójścia za Chrystusem musi być głębsza, jeśli ma być prawdziwa i trwała.
Jezus pyta mnie każdą i każdego z nas: „Czego szukasz? Czego szukasz w życiu? Czego szukasz w religii, w wierze, w kościele?” Czego oczekujesz od Chrystusa?
Czy gdyby uczniowie, którzy dopiero co porzucili Jana Chrzciciela, aby pójść za Jezusem udzielili na Jego pytanie innej odpowiedzi, to również by ich powołał? Tego nie wiemy. Bóg wybiera sobie ludzi według swoich prawideł. I nie chodzi jedynie o wybór do życia w kapłaństwie, czy życiu konsekrowanym, ale o wybór do bycia uczniem Chrystusa – a więc dotyczący każdej i każdego z nas. Jedyne, czego oczekuje od człowieka to otwarcia na Boże słowo, na przyjęcie Jego propozycji. Bóg lepiej wie, gdzie i po co wysłać danego człowieka, lepiej wie co powinienem zrobić, jak i dlaczego? Choć nam się wydaje, że jest zupełnie odwrotnie, że to my mamy monopol na to, jak powinniśmy przeżyć nasze życie, co powinniśmy zrobić w danym momencie. Może dlatego tak wiele błędów popełniamy, że trudno nam wsłuchać się w to, co Pan Bóg chce nam powiedzieć a jeszcze trudniej zaufać z pokorą, że On wie lepiej, co dla nas dobre. Człowiek głębokiej wiary może tylko – jak Samuel – być czujnym i gotowym do wsłuchania się i przyjęcia Bożego słowa: „Mów, bo sługa Twój słucha.”
I nie ma to nic wspólnego z biernym poddaniem się losowi ani ubezwłasnowolnieniem nas przez Boga – jak sądzą niektórzy. Ale tylko ktoś, kto zrozumiał, że Bóg jest Miłością potrafi też zrozumieć, że Bóg, który najlepiej nas zna, najlepiej też wie, co dla nas jest dobre i tego właśnie dobra dla nas chce. Taka jest logika miłości. Tymczasem my (albo ktoś, komu bardzo zależy, abyśmy nie słuchali Boga) wmawia nam, że my wiemy lepiej od Boga, co jest dla nas dobre. I najczęściej właśnie takie przekonanie staje się prawdziwym fundamentem tego, w co wierzymy i tego, że nieraz na przekór temu, co słyszymy w Ewangelii po swojemu próbujemy ułożyć nasze życie i dziwimy się potem, że przypomina ono raczej walkę z wiatrakami, niż szczęście, które chcielibyśmy aby było naszym udziałem.
Oczywiście w życiu każdego, także tych, którzy żyją w głębokiej zażyłości z Bogiem zdarzają się chwile trudne, kryzysy, które oczyszczają i umacniają naszą wiarę. Ale jeżeli ciągle potykam się w życiu o różne trudności, o grzechy, jeżeli żyję w smutku czy brak mi nadziei to może warto zapytać siebie, czy nie dzieje się tak dlatego, że po swojemu próbuję układać swoje życie, nie za bardzo słuchając tego, co Bóg chce mi powiedzieć.
Dzisiejsze pierwsze czytanie pokazuje niezwykłą postawę człowieka wiary: Oto jestem, przecież mnie powołałeś. Dlatego ty mów Panie, a ja chcę słuchać i podążać za Twoim głosem.
Dlaczego jednak nie słyszymy Bożego głosu jak Samuel? Czy Bóg przestał dziś do nas mówić? Oczywiście nie! Jednak trudno Mu się przebić dzisiaj przez hałas w jakim żyjemy. Thomas Merton – nieżyjący już słynny trapista, pisarz i duchowy autorytet wielu ludzi poszukujących pisał: „Jak możemy dzisiaj usłyszeć Boga, skoro nie słyszymy nawet głosu własnego sumienia”.
Święty Paweł przypomina nam, że „nasze ciała są świątynią Ducha Świętego”, miejscem obecności Boga. Jeśli to prawda, to zapytajmy siebie na ile pozwalamy się w naszym codziennym życiu prowadzić temu Duchowi? Na ile słuchamy Jego natchnień?
Aby usłyszeć Boga, człowiek potrzebuje ciszy. Milczenie jest ogromnie ważną przestrzenią życia duchowego i to niezależnie od tego czy ktoś jest księdzem, osobą konsekrowaną czy osobą świecką. „Prawdziwa modlitwa, która jest spotkaniem z Bogiem – jak zwykła mawiać św. Matka Teresa z Kalkuty – nie może się dokonać tam, gdzie nie ma miejsca na milczenie i słuchanie.”
A ponieważ wiara rodzi się ze słuchania, to albo nauczymy się walczyć o przestrzeń ciszy, w naszym życiu, w której możemy usłyszeć to, co chce do nas powiedzieć Bóg, albo skażemy naszą wiarę i nasze chrześcijaństwo na bylejakość i powolne obumieranie.
Głos z pustyni
Abba Antoni, kiedy raz rozmyślał o głębokości sądów Bożych, zapytał: „Panie, dlaczego to jedni umierają we wczesnej młodości, a inni dożywają późnej starości? Dlaczego jedni są w nędzy, a inni się bogacą? Dlaczego bogacą się źli, a dobrzy są w nędzy?” I usłyszał głos mówiący: „Antoni, pilnuj siebie samego: bo tamto wszystko to sądy Boże, i zrozumienie ich nie wyszłoby ci na dobre”.
Tak często na tym blogu autor wpisów odwołuje się do Ewargiusza z Pontu czy Jana Kasjana lub też innych Ojców Kościoła, że nie sposób pominąć obchodzonego dzisiaj wspomnienia ich ojca i prekursora w odejściu na pustynię. Mowa oczywiście o św. Antonim, opacie i pustelniku, zwanym Wielkim.
Niestety jego postać przysłonięta bywa często przez jego imiennika, żyjącego prawie 1000 lat później, czyli św. Antoniego z Padwy. Tymczasem Antoni Pustelnik, to postać barwna i ważna w historii Kościoła, od której również dzisiaj możemy się wiele nauczyć. Jego żywot spisany przez św. Atanazego stał się pierwszym i szeroko znanym manifestem życia pustelniczego.
Żył w Egipcie na przełomie III i IV wieku. Pochodził z bogatej koptyjskiej rodziny. Przedwczesna śmierć rodziców postawiła go przed istotnym wyborem: co zrobić ze swoim życiem? Pewnego dnia będąc w kościele, usłyszał słowa Ewangelii, w których Chrystus zwraca się do bogatego młodzieńca: „Jeśli chcesz być doskonały, idź, sprzedaj, co posiadasz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie. Potem przyjdź i chodź za Mną” (Mt 19,21). Przyjęty tymi słowami poszedł za radą Jezusa, tak jak gdyby została skierowana bezpośrednio do niego. Rozdał majątek ubogim (zapewniając jedynie byt swojej młodszej siostrze) i zamieszkał w grobowcu na skraju rodzinnej wioski. Później dla uniknięcia rozgłosu przeniósł się w głąb pustyni, aby tam w ascezie i samotności szukać Boga. Nie do końca udało mu się spełnić to pragnienie, bo szybko jego pustelnia stałe się celem odwiedzin tych, którzy pragnęli prowadzić pogłębione życie duchowe.
Jedni szukali rady u mądrego pustelnika, inni pragnęli naśladować styl życia świętego męża, za jakiego uchodził. Realizując swoje pragnienie niektórzy osiedlali się w pobliżu pustelni Antoniego. W ten sposób powstawały pierwsze wspólnoty eremitów. Dały one początek życiu zakonnemu. Z biegiem lat, stuleci pojawiły się reguły i rozmaite formy organizacyjne. Ideał życia monastycznego od czasów Antoniego pozostaje jednak wciąż taki sam: odejście od świata, asceza, milczenie, kontemplacja, praca, poddanie się zakonnej regule i przewodnikowi duchowemu. Słowem – rezygnacja z wielu dóbr doczesnych, po to, aby odnaleźć Dobro Najwyższe.
Niektórzy twierdzą, że pierwsi mnisi byli uciekinierami szukającymi na pustyni schronienia przed rzymskimi prześladowaniami. Inni uważają, że ruch monastyczny rozwinął się jako protest przeciwko spadkowi jakości życia chrześcijan po ustaniu rzymskich prześladowań. Ten drugi pogląd – zdaniem ks. prof. Marka Starowieyskiego – wydaje się bliższy prawdy. Kiedy cesarz Konstantyn wydał w roku 313 edykt mediolański, chrześcijanie mogli wreszcie wyjść z podziemia. Z biegiem czasu chrześcijaństwo stawało się religią cieszącą się w cesarstwie przywilejami. Pojawiało się coraz więcej takich, którzy chrześcijanami byli tylko z nazwy. Wielu w rozwoju nowej wiary widziało złoty interes. Życie pustelnicze było zatem próbą przeciwstawienia się temu trendowi, było powrotem do radykalnej gorliwości ewangelicznej. Jako że czasy męczenników przeszły już do historii, ich miejsce stopniowo przejmowali mnisi. To oni stawali się „bożymi atletami” odrzucającymi bezpieczne, wygodne życie, aby stawiać czoła duchowi świata i wznieść się na wyżyny kontemplacji. W tym kontekście piękne i niezwykle aktualne znów wydaje się powiedzenie:
Pokusa łatwego chrześcijaństwa – wiary, która niewiele kosztuje – jest wciąż żywa. Lekiem na tę pokusę jest pustynia. Warto powalczyć o jej skrawek pośrodku naszych ważnych spraw. Kto doświadczył pustyni, wraca z niej inny. Odróżnia fatamorganę od oazy, docenia smak wody, kawałka chleba. Wie, że wszystko jest darem. Tęskni za głębią.
Wchodząc w ciszę medytacji
Z królestwem Bożym dzieje się tak, jak gdyby ktoś nasienie wrzucił w ziemię. Czy śpi, czy czuwa, we dnie i w nocy nasienie kiełkuje i rośnie, on sam nie wie jak [Mk 4, 26-27]

