Kiedy Jezus nasycił pięć tysięcy mężczyzn, zaraz przynaglił swych uczniów, żeby wsiedli do łodzi i wyprzedzili Go na drugi brzeg, do Betsaidy, zanim odprawi tłum. Gdy rozstał się z nimi, odszedł na górę, aby się modlić.
Wieczór zapadł, łódź była na środku jeziora, a On sam jeden na lądzie. Widząc, jak się trudzili przy wiosłowaniu, bo wiatr był im przeciwny, około czwartej straży nocnej przyszedł do nich, krocząc po jeziorze, i chciał ich minąć.
Oni zaś, gdy Go ujrzeli kroczącego po jeziorze, myśleli, że to zjawa, i zaczęli krzyczeć. Widzieli Go bowiem wszyscy i zatrwożyli się. Lecz On zaraz przemówił do nich: „Odwagi, Ja jestem, nie bójcie się”. I wszedł do nich do łodzi, a wiatr się uciszył. [Mk 6,45-52]
Medytacja, to modlitwa obecności. Jej owoce w dużej mierze zależą od tego, na ile potrafimy uchwycić fakt, że nasza obecność jest tak naprawdę częścią większej obecności a więc innymi słowy, że jest zanurzona w wiecznym teraz – będącym przejawem nieustannej obecności Boga. Medytacja, należąca do rodzaju modlitw określanej wspólnym terminem „modlitwa kontemplacyjna” jest zaproszeniem do intensywnego wejścia w chwilę obecną, mająca szansę stać się chwilą osobowego spotkania z Bogiem, a więc Tym, który zawsze jest obecny tu i teraz, ale którego obecności przez nasz brak uważności, nasze zabieganie i brak otwartości nie potrafimy często dostrzec a przez to także otworzyć się na nią.
Jest to doświadczenie, które wymyka się naszemu racjonalnemu postrzeganiu, gdyż jest ono możliwe do doświadczenia na zupełnie innej – nieracjonalnej płaszczyźnie. Jest to płaszczyzna serca nie umysłu, który nas często zwodzi żądając namacalnych i racjonalnych dowodów i usiłując przekonać nas, że jak czegoś nie widzę, nie czuję, nie mogę dotknąć czy zobaczyć to tego nie ma. Dlatego medytacja proponuje nam wzniesienie się ponad nasze racjonalne postrzeganie i pozwala z zachwytem odkryć, że to, co nie możliwe jest do dostrzeżenia przez umysł jest możliwe do doświadczenia przez serce.
Chrystus swoim wyznaniem, jakie słyszymy w przytoczonym przed chwilą fragmencie Ewangelii ukierunkowuje nas na takie doświadczenie. Zobaczmy, że mówi o sobie w taki sposób, w jaki Bóg kiedyś przedstawił się Mojżeszowi na górze Horeb: „Ja jestem”. („Odwagi, Ja jestem, nie bójcie się”.) Naturą Boga jest OBECNOŚĆ. JESTEM – to imię Boga. Tego wiecznego trwania Boga, które przejawia się w tym, że wszystko jest miejscem Jego obecności nie potrafimy ogarnąć, ale możemy tej obecności doświadczyć.
Medytacja jest modlitwą, która daje nam taką szansę. Modlitwa kontemplacyjna jest bowiem przede wszystkim modlitwą doświadczenia. To zaś czego doświadczamy jest obecność, z której wypływa pokój, radość i przekonanie o tym, że Bóg nas kocha i troszczy się o nas. Dokładnie takie było doświadczenie apostołów w łodzi, gdy Chrystus ucisza burzę. Ta OBECNOŚĆ stała się dla nich źródłem pokoju i bezpieczeństwa. Ta OBECNOŚĆ Boga może stać się dla nas źródłem podobnego doświadczenia. Trzeba tylko, abyśmy się na nią otworzyli. Otworzyli sercem, wznosząc się ponad to, co próbuje nam podpowiedzieć nasz umysł.
„Odwagi, Ja jestem, nie bójcie się”. Czytając tę Ewangelię pomyślałem sobie, że to zdanie wypowiedziane przez Chrystusa, może stać się doskonałym wezwaniem medytacyjnym, jeśli ktoś szuka jeszcze takiego wezwania. Lub po prostu „Jestem” powtarzanie w rytmie oddechu, ze świadomością, że jest to imię, którym posługuje się sam Bóg, gdy przedstawia się człowiekowi i ze świadomością, że w tej obecności jesteśmy zanurzeni przez 24 godziny na dobę. Nie musimy jej szukać. Wystarczy się na nią otworzyć.
Mija właśnie czterdzieści dni, potrzebnych – zgodnie z bardzo szczegółowym Prawem Starego Testamentu – do oczyszczenia dla Matki, która wydaje na świat Bożego Syna-Człowieka. Aby się wypełniło wszystko to, co w Starym Przymierzu zapisali prorocy, Rodzice nowonarodzonego dziecka, chcąc dopełnić wszystkich zobowiązań wynikających z Prawa, muszą złożyć ofiarę z rocznego baranka na całopalenie lub gołąbka na ofiarę przebłagalną. Do kapłana świątyni zaś należała modlitwa wstawiennicza nad młodą matką. Święta Rodzina nie opływa w dostatki. Jest raczej uboga. W takim wypadku w miejsce baranka stać Ją jedynie na dar z gołąbka. Składa więc Maryja tę ofiarę ubogich – dwa gołębie (zob. Kpł 12, 2-8). A tak naprawdę to przecież Bóg ofiarowuje się człowiekowi. Jezus spotyka się ze swoim ludem w osobach Symeona i prorokini Anny, córki Fanuela. Gdy tylko Józef i Maryja z Dzieciątkiem wchodzą do świątyni, jest tam już starzec Symeon, wiedziony głosem Ducha Świętego, który wypowiada nad dziecięciem jedno z najpiękniejszych i najbardziej przejmujących proroctw, zwiastując tym samym posłannictwo Jezusa jako Zbawiciela wszystkich narodów:
Teraz, o Władco, pozwól odejść słudze Twemu
w pokoju, według Twojego słowa.
Bo moje oczy ujrzały Twoje zbawienie,
któreś przygotował wobec wszystkich narodów:
światło na oświecenie pogan
i chwałę ludu Twego, Izraela.
Jest to tekst, który na stałe wejdzie do codziennej wieczornej liturgii brewiarzowej, jaką co dnia odmawiają osoby konsekrowane na całym świecie.
Mimo że w naszej – polskiej tradycji przyjęło się nazywać to dzisiejsze święto także dniem Matki Bożej Gromnicznej, to najważniejszą postacią w tym wydarzeniu jest bez wątpienia Mesjasz, Syn Boży. Warto jednak nie przegapić tego szczególnego symbolu, jakim jest świeca gromniczna. Jest to świeca, która towarzyszy nam od dnia chrztu św. w najważniejszych wydarzeniach naszego życia religijnego. Zapalana po raz pierwszy od paschału – symbolu zmartwychwstałego Chrystusa – jest znakiem, iż należymy do Boga i jako Jego dzieci możemy mieć nadzieję na życie z Nim w wieczności, pod warunkiem, że będziemy starać się w życiu podążać za Chrystusowym światłem i opierać nasze życie na mądrości, jaka On nam niesie w swoim słowie. Zwyczaj błogosławienia gromnic znany był już w średniowieczu. Łączenie tego święta z Maryją przypomina nam, że tak jak Ona kiedyś niosła Chrystusa (i nadal czyni to przez swoje objawienia) tak my dzisiaj mamy być tymi, którzy jako Jego świadkowie niosą Go wszędzie tam, gdzie każdego dnia Bóg nas posyła. Warto zapytać przy tej okazji, jak wywiązujemy się z tego zadania, które sam Chrystus określa w swojej Ewangelii przypominając, że mamy być w jego imieniu światłem dla innych?
Dzisiejsze święto jest także dniem osób konsekrowanych. Ich szczególna rolę w świecie określił święty papież Jan Paweł II, który w swoim Liście Apostolskim napisanym w 1997 roku to święto czyni właśnie świętem wszystkich osób konsekrowanych, a więc oddanych na szczególną wyłączność Bogu przez ich posługę, modlitwę i role świadków w świecie.
Pisze on: „Obchody Dnia Życia Konsekrowanego, które po raz pierwszy odbędą się 2 lutego tego roku (1997 – przyp. mój), mają pomóc całemu Kościołowi w coraz pełniejszym dostrzeganiu wartości świadectwa osób, które wybrały drogę wiernego naśladowania Chrystusa poprzez praktykowanie rad ewangelicznych; zarazem dla samych osób konsekrowanych będą właściwą okazją odnowienia przyrzeczeń oraz ożywienia uczuć, które powinny inspirować ich oddanie się Panu.”
Ale przecież droga naśladowania Chrystusa, to nie tylko doświadczenie będące udziałem osób konsekrowanych. To pragnienie powinno być udziałem każdego chrześcijanina, w przeciwnym razie, jaki sens miałoby nasze chrześcijaństwo. Owszem, osoby konsekrowane ślubują opierać swoje życie na trzech zasadniczych filarach: czystości, ubóstwie i posłuszeństwie. Łatwo jest przysięgać Bogu posłuszeństwo, czystość, ubóstwo na całe życie, trudniej być posłusznym, czystym, ubogim w ciągu zwykłego, szarego dnia, w dodatku bez doceniania tego przez innych. Ale czy nie jest podobnie w życiu każdego chrześcijanina? Łatwo jest ślubować wierność Chrystusowi w dniu chrztu czy przy innej ważnej okazji, trudniej być wiernym w drobiazgach składających się na naszą codzienność. Łatwo jest co jakiś czas obiecać poprawę (przy okazji spowiedzi, czy rekolekcji), trudniej kroczyć drogą nawrócenia każdego dnia. Łatwiej obiecywać miłość, trudniej żyć miłością w naszych codziennych relacjach z innymi, wyborach, słowach.
Ale przecież bez tych szczególnych cech naszego świadectwa całe nasze życie – jako świadków Chrystusa będzie puste i nie czytelne. Musimy być zatem posłuszni Słowu Bożemu nie jutro, ale dziś; być czystym i wonnym, aby nie zasłaniać sobą Chrystusa, ale na niego wskazywać; być ubogim a wiec wolnym, aby wskazywać na Chrystusa, który jest naszym Jedynym bogactwem.
W rzeczonym liście apostolskim święty papież podkreśla: „Ofiarowanie Jezusa w świątyni jest wymowną ikoną całkowitego oddania własnego życia Chrystusowi, które powinno być cechą nie tylko osób konsekrowanych, ale także wszystkich chrześcijan, którzy niosą od chwili chrztu świętego Jego imię”.
To bowiem przez owo oddanie i zawierzenie się Chrystusowi, dzień po dniu uczymy się od Maryi ofiarować nasze życie Bogu i czynić je znakiem niosącym światło we współczesnym świecie.
W dzisiejszym pierwszym czytaniu, z księgi Powtórzonego Prawa, słyszymy Bożą zapowiedź ustanowienia proroków. Tych, którzy po śmierci Mojżesza będą sumieniem Izraelitów. Są oni wybrani i ustanowieni przez Stwórcę. Mają głosić prawdę w imieniu Boga. Nie głoszą własnej mądrości, dlatego nie wolno im jej przemilczać, ze względu na ludzkie kompromisy. Ci, którzy nie usłuchają słów proroka, zostaną osądzeni przez samego Boga.
Jaka dla nas wypływa z tego nauka? Przecież Izraelici swoich proroków, podobnie zresztą jak samego Chrystusa pozabijali i to w majestacie prawa. Mógłby ktoś zatem z sarkazmem zapytać: „Gdzież dzisiaj oni są, ci głosiciele woli Boga?” Po co ich słuchać, skoro nikt dzisiaj już nawet o nich nie pamięta?
Dzisiaj Bóg także powołuje swoje sługi. Jak kiedyś, przed wiekami. Dziś stoją oni za ołtarzami, siedzą w konfesjonałach i za szkolnymi biurkami. Głoszą dalej wolę nie swoją, lecz Boga. I dziś także wiedzą, że nie mogą niczego przemilczeć dla „świętego spokoju”. I dziś też, za głoszenie mądrości Boga są prześladowani, choć metody są inne. Głoszona przez nich prawda będzie ośmieszana przez antychrześcijańskie media, dlatego, że nie utożsamiają miłosierdzia z pobłażliwością a wolności z samowolą i coraz bardziej powszechną dziś anarchią. Innym razem przyjdzie im znosić w szkołach czy na ulicy drwiny, głupawe i często chamskie zachowanie niektórych młodych ludzi.
Kilka wersów wcześniej Stwórca oznajmia, że „Obrzydliwy jest dla Pana każdy, kto sięga po tak popularne dzisiaj „wróżby, horoskopy, przepowiednie i czary”, bo one pochodzą od złego ducha. Jeśli nie szukamy pomocy u Boga, to u kogo? Warto korzystać z mądrości Starego Testamentu, bo w wielu miejscach nie stracił on nic ze swej aktualności i bardzo trafnie i bezkompromisowo uświadamia nam, że jako ludzie wiary albo słuchamy Słowa Bożego i pozwalam by stawało się ono źródłem mojej mądrości i światła, albo słuchamy tego, który jest przeciwnikiem Boga i człowieka. Innej alternatywy nie ma…
Zatrzymajmy się także przez chwilę przed wejściem do synagogi w Kafarnaum. Słyszymy tam głos samego Boga, który stanął pośród ludzi. Lecz nawet tutaj staje szatan. Staje i krzyczy. Tak. Bo zło musi wrzeszczeć. Bo zło zawsze było i jest krzykliwe, bo chce, by wszyscy je zauważyli. Więcej, jest bezczelne, gdyż nie cofnie się nawet przed „opluciem” samego Boga. Zachowanie opętanego, który wije się, targa i krzyczy, gdy Jezus przemawia dobitnie ukazuje, że Szatan nie może siedzieć spokojnie, gdy Bóg działa. Szatan dostaje furii, gdy ludzie słuchają swego Stwórcy. Dlatego nie cofnie się przed niczym, aby oderwać człowieka od posłuszeństwa Bogu. Użyje do tego celu lęku, który może się łatwo zrodzić z obawy przed odrzuceniem czy wyszydzeniem naszej wiary. Użyje do tego popkultury, jak chociażby tak powszechnie dzisiaj słuchana muzyka black metal, która w treści swoich piosenek ukrywa jawne bluźnierstwa i szerzenie nienawiści do Chrystusa i chrześcijaństwa. Nie cofnie się nawet przed użyciem do swojej batalii przeciwko Bogu współczesnych mediów, skoro wśród nich są takie, w których obsadę dobiera się za pomocą tarota… To o czym mówię mogłoby wydać się komuś śmieszne, gdyby nie było tak bardzo niepokojące.
Nie bez przyczyny Clive Lewis – profesor uniwersytetu w Oksfordzie i znany pisarz chrześcijański pisał, że „największym współczesnym sukcesem szatana jest to, że ludzie przestali wierzyć w jego istnienie”. Dlatego dzisiaj może sobie bezkarnie używać, czego dowodem są liczne świadectwa zapracowanych egzorcystów.
Św. Paweł Apostoł w czytanym dziś Liście pozornie próbuje wbić klin między tych, którzy troszczą się o sprawy Pana i tych, co zabiegają o sprawy doczesne. Pozornie tylko, gdyż nie chodzi mu z cała pewnością o przeciwstawianie stanu bezżennego małżeństwu. Jeśli bowiem usłyszany dzisiaj fragment Listu do Koryntian odczytamy w kontekście całości to zobaczymy, że Apostoł nie ma wątpliwości, że świętość a wcześniej wolność od niepotrzebnych utrapień osiągamy przez sumienne wypełnianie naszych obowiązków, które wypływają z konkretnej sytuacji, w jakiej postawił nas Pan Bóg i przez posłuszeństwo Jego Słowu. Innymi słowy św. Paweł chce za Chrystusem powiedzieć, że droga do chrześcijańskiej doskonałości jest prosta: wystarczy, aby ci, którzy są matkami i ojcami, dobrze wychowywali swoje dzieci, starając się być dla nich przykładem wiary; aby żony i mężowie, kochali się i szanowali nawzajem, wspierając się w trudnościach i modlili się za siebie; aby kapłani, gorliwie i z miłością wypełniali swoją posługę, pamiętając w czyim imieniu występują; aby nauczyciele i wychowawcy, sumiennie przekazywali wiedzę i z odpowiedzialnością kształtowali młode charaktery. Święty Paweł wie, co mówi: wsłuchujmy się w słowo Boże, bo jak zaczniemy słuchać kogo innego, wówczas dopiero zaczną się nasze kłopoty. A jeśli Słowo Boże, w które będziemy się wsłuchiwać będzie burzyło nasz „święty spokój”, to tym lepiej, bo to oznacza, że nasze sumienia nie zatraciły jeszcze swojej wrażliwości.
Nadeszła Matka Jezusa i bracia i stojąc na dworze, posłali po Niego, aby Go przywołać. Właśnie tłum ludzi siedział wokół Niego, gdy Mu powiedzieli: „Oto Twoja Matka i bracia na dworze pytają się o Ciebie”. Jezus im odpowiedział: „Któż jest moją matką i którzy są braćmi?” I spoglądając na siedzących dokoła Niego rzekł: „Oto moja matka i moi bracia. Bo kto pełni wolę Bożą, ten Mi jest bratem, siostrą i matką”. (Mk 3,31-35)
Człowiek pragnie bliskości drugiego człowieka. Jest to tęsknota, którą Stwórca wpisał w ludzką naturę. Wielu ludzi szuka zaspokojenia tego pragnienia jedynie w wymiarze fizycznym; poprzez bycie razem w tym samym miejscu. Na tej zasadzie wspólne zamieszkanie jawi się zakochanym jako wcielenie marzenia o stałej wzajemnej bliskości. Bycie razem bez wątpienia daje radość. Podobnie jak rozłąka z kimś bliskim potrafi wyzwalać cierpienie i tęsknotę. Chrystus jednak w Ewangelii próbuje nam uświadomić, że sama fizyczna obecność, to jeszcze nie wszystko. Bez odkrycia wspólnoty duchowej, bliskość będzie zawsze w jakimś sensie zubożona.
Kiedy w Ewangelii Maryja wraz krewnymi zaakcentowali swą fizyczną obecność, posyłając po Chrystusa, On wykorzystuje tę sytuację, aby wyjaśnić, że wymiar fizyczny nie jest najważniejszy.
W ten sposób Jezus wskazał, że wspólnota duchowa w perspektywie ewangelicznej ma pierwszoplanowe znaczenie. W szczególny sposób taką wspólnotę tworzą ludzie, którzy gromadzą się wokół Jezusa, aby słuchać Jego słowa. Chrystus uczy nas w ten sposób, że realna bliskość rodzi się wtedy, gdy jeden człowiek słucha drugiego, gdy jest na niego otwarty. W jakimś sensie otwartość na drugiego człowieka jest także wymiarem otwartości na Chrystusa, który utożsamia się z naszym bliźnim (Cokolwiek uczyniliście jednemu z braci moich – Mnieście uczynili – por. Mt. 25, 40). Sam Chrystus jest najlepszym wzorem wsłuchiwania się w bicie i pragnienia serca swoich słuchaczy. Można powiedzieć, że bliskość pomiędzy ludźmi jest wprost proporcjonalna do poziomu wzajemnego otwarcia się na siebie.
Medytacja uczy nas nie tylko wagi fizycznej obecności, ale jeszcze bardziej ukazuje wymiar duchowej wspólnoty, która rodzi się z otwartości i ze wsłuchiwania się w drugiego, którym w tym przypadku jest Bóg i Jego słowo.
Ale uczy nas także ważniejszej z punktu widzenia duchowego prawdy: że w głębszej relacji swoistą formą mówienia jest także milczenie. Milczenie medytacji jest tego najlepszym przykładem. Praktyka medytacji uczy nas świadomej rezygnacji z naszego mówienia do Boga, na zasadzie pewnej ofiary, po to aby dać pierwszeństwo Bożemu słowu. Kontemplacja, jaka rodzi się z medytacji pozwala nam także odkryć prawdę, że brak słów (czy nawet jakichś konkretnych odczuć) nie musi oznaczać „braku obecności” lecz przeciwnie, może stać się znakiem „pełniejszej obecności”. Jest to ważna prawda, dla kogoś, kto pragnie wdrażać się w praktykę modlitwy kontemplacyjnej. Milczenie tej formy modlitwy, brak konkretnych odczuć, do których jesteśmy często tak mocno przywiązani a także brak jakichś duchowych uniesień nie musi być oznaką tego, że nic się nie dzieje w relacji pomiędzy modlącym się a Bogiem, ale może okazać się specyficzną drogą do głębszej duchowej bliskości z Bogiem. Medytacja także przypomina nam o jeszcze jednym ważnym fakcie, będącym udziałem wszystkich medytujących, bez względu na to, gdzie aktualnie się znajdują. Nie będąc w tej samej fizycznej przestrzeni, możemy dzięki doświadczeniu medytacji trwać w realnej duchowej bliskości. Stan taki może być bardziej rzeczywisty, aniżeli bliskość osób, które stale przebywają w tym samym miejscu, gdyż źródłem tej łączności jest sam Duch Boży.
Jak Jonasz w Niniwie posłany przez Boga, aby nawoływać do nawrócenia, tak i Apostołowie zostają powołani przez Jezusa, aby być „rybakami ludzi”. W tym obrazie dzisiejsza Liturgia Słowa przynosi nam prawdę o istocie powołania i posłannictwa wybranych przez Boga. Kim jednak są owi wybrani? Zwykliśmy tę rolę głoszenia Królestwa Bożego i bycia rybakami ludzi odnosić szczególnie do kapłanów (może szerzej do osób konsekrowanych). Zobaczmy jednak, że gdy Chrystus posyła z zadaniem dawania świadectwa, to nie ogranicza go jedynie do Apostołów. Jest to nakaz, który kieruje do wszystkich swoich uczniów. Zobaczmy, że w Starym Testamencie Bóg powołuje Naród Wybrany jako całość, do dawania świadectwa o wierze w jednego Boga wobec innych narodów. Owszem w społeczności Izraela są ludzie, którzy maja swoje szczególne role do spełnienia, jak Jonasz lub inni prorocy, czy kapłani, ale ów fakt nie umniejsza świadomości wszystkich Izraelitów, że zostali wybrani by stawać się znakiem Bożego wybrania wobec ówczesnego świata. Do tego faktu nawiążą w swoim nauczaniu Apostołowie Jakub, Paweł i Piotr widząc w rodzącej się wspólnocie chrześcijan, czyli pierwotnym Kościele „nowy Izrael”, któremu Bóg przez Chrystusa powierza misję, której w jakimś sensie sprzeniewierzyli się Izraelici, gdy nie uznali w Chrystusie obiecanego Mesjasza. Dlatego św. Paweł – jako wybitny teolog swoich czasów widzi w Kościele zalążek Królestwa Bożego, które przynosi Chrystus i które to za sprawą Kościoła ma być urzeczywistniane na świecie. Dzisiaj to przynaglenie do dawania świadectwa przez św. Pawła wydaje się szczególnie mocno wybrzmiewać: Mówię wam, bracia, czas jest krótki. Przemija bowiem postać tego świata. Oczywiście często arogancja i apatia dobrze nakarmionego i zarozumiałego w swojej pysze współczesnego człowieka wydaje się lekceważyć to przesłanie, jakie niesie Słowo Boże. Choć jak wczoraj informowały niektóre portale naukowcy z Bulletin of the Atomic Scientists po przeanalizowaniu sytuacji na świecie wydają się być wyjątkowo zgodni ze św. Pawłem, skoro symboliczny zegar zagłady świata przestawili tak, że wskazuje on już tylko dwie minuty do godziny „zero”.
Nie chodzi oczywiście o to, aby się straszyć, ale aby wciąż na nowo budzić w sobie odpowiedzialność jaką Bóg złożył w nasze ręce. W stosunku do nas – chrześcijan ta odpowiedzialność jest podwójna! To nie tylko odpowiedzialność za świat, ale i za misję głoszenia Ewangelii! Chrystus powołując Kościół wybiera sobie ludzi, którzy w Jego Imieniu i dla Niego „będą łowić ludzi” do Jego Królestwa. Mają oni być świadkami innej – Bożej rzeczywistości, świadkami wartości nieprzemijających, na których mają opierać swoje codzienne życie i w ten sposób budzić innych z duchowego letargu i obojętności wobec Boga. Mają oni swoim stylem życia, swoimi codziennymi wyborami nawoływać do nawrócenia, do zmiany obyczajów, do porzucenia starego trybu życia i do odwrócenia się od zła. Kim są ci wybrani? To każda i każdy z nas! Każdy, kto na mocy chrztu i bierzmowania otrzymał takie zadanie od Chrystusa. Próba ograniczania tego zdania tylko do księży, misjonarzy, czy osób zakonnych jest niczym innym jak wymawianiem się od wypełniania tego zadania!
Naturalnie Chrystus nie kryje przed nami faktu, że nie zawsze to przypominanie i nawoływanie jest łatwe. Często świat nie chce słuchać tego, co mają do powiedzenia ludzie wiary, gdyż najczęściej to, co głoszą idzie pod prąd pragnieniom i interesom współczesnego świata. Często będzie to to „głos wołającego na pustkowiu”. Ale to jeszcze nie usprawiedliwia naszego uchylania się od dawania świadectwa.
Dobiega właśnie końca kolejny Tydzień Modlitw o Jedność Chrześcijan, w którym szczególnie mocno wybrzmiało przekonanie, że współczesny świat nie słyszy głosu chrześcijan, bo chrześcijanie często z własnej winy nie chcą być słyszani, gdyż z obawy o odrzucenie rezygnują z dawania wyraźnego świadectwa w środowiskach swojego życia, albo ich styl życia nie odpowiada temu w co wierzą. Jak mówił Ojciec Święty Franciszek podczas jednej z audiencji środowych: „Obowiązkiem chrześcijanina jest żyć tym, w co wierzy. Nie mam wątpliwości, że wielu ludzi odeszło od Kościoła, tylko dlatego, że rozczarowali ich chrześcijanie, którzy nie żyją zgodnie z tym, w co mówią, że wierzą.”
Gdyby przełożyć definicję chrześcijanina ukłutą przez św. Piotra w jego Pierwszym Liście na język współczesny można by powiedzieć, że chrześcijanin, to ktoś, kto należy do drużyny Chrystusa, kogo zachowanie, działania i słowa przypominają i naśladują samego Mistrza. Chociaż czasami upadamy i grzeszymy, bo jesteśmy ludźmi a nie aniołami, to jednak nasze zadanie zostało wyraźnie określone w powołaniu, jakie stało się naszym udziałem w chwili chrztu świętego. Warto zapytać siebie, wobec przestrogi św. Pawła, że czas jest krótki, jak z tego powołania do bycia świadkiem się wywiązuję?