Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Nawrócenia nie da się udawać

Rozpoczynamy święty czas Wielkiego Postu. I może warto na samym początku postawić sobie pytanie: Co myślę – ja chrześcijanin – używając określenia POST? Jakie to słowo budzi we mnie skojarzenia, emocje?

Jeśli ten czas rzeczywiście ma być czasem świętym, jeśli mamy postrzegać go jako szansę daną nam przez Pana Boga, jako zaproszenie skierowane do mnie – konkretnego człowieka, to cel postu nigdy nie może być negatywny, lecz pozytywny. Bóg bowiem zawsze pociąga nas ku większemu dobru. Jeśli zatem Chrystus w Ewangelii wymienia konkretne praktyki wiekopostne, to nie po to, aby udręczyć człowieka, gdyż nasze życie samo w sobie niesie wystarczająco dużo udręk czy cierpienia. Przeciwnie Chrystus chce, abyśmy ten czas traktowali jako okazję do przemiany, do pewnego rodzaju porządkowania naszego życia, do poszerzenia przestrzeni naszej wewnętrznej wolności. Celem postu nie jest głodzenie ciała, ale hartowanie ducha i uszlachetnianie naszego serca, woli i umysłu. Post ma człowieka przemieniać i ubogacać wewnętrznie. Ma pozwolić odkrywać nam przestrzeń sacrum, którą tak łatwo przegapić w naszej codziennej gonitwie a która przecież jest nierozerwalnie wpisana w nasze życie. W konkretnym zaś wymiarze post ma nas przede wszystkim uczyć pokory, cierpliwości, solidarności z innymi, wewnętrznej wrażliwości, którą wobec dyktatu współczesnego świata tak łatwo zatracić; wreszcie ma uczyć przedkładania rzeczy ważniejszych nad mniej ważne.

W filmie Jasminum brat Czeremcha, pobożny i milczący od dwudziestu lat zakonnik, wyznaje, że rozpacza, a nie modli się; szuka zapomnienia, a nie Boga. – No i wydało się: dwadzieścia lat magicznych sztuczek i udawania poszło na nic – komentuje mała dziewczynka Eugenia.

Jezus uczy nas właśnie, byśmy nie robili niczego na pokaz, dla poprawienia swojego wizerunku w oczach innych ludzi, jak często nam się to zdarza w codziennym życiu. Dobro jeśli jest prawdziwe będzie równie skuteczne wówczas, gdy dokonuje się dyskretnie – bez ostentacji.

Modlitwa jeśli ma być owocna – powie Jezus – ma dokonywać się w ukryciu – przede wszystkim dla Boga, ale też dlatego, aby uczyła nas odkrywania tak potrzebnej przestrzeni sacrum w naszym życiu, ta zaś domaga się od nas zatrzymania się w biegu, pewnego wyizolowania się od natłoku naszych myśli, emocji, czy problemów dnia codziennego, aby nie skalać niczym tej świętej przestrzeni, gdzie najważniejszy jest Bóg. Modlitwa uczy nas także tego jak potrzebne jest w naszym życiu wyciszenie, aby nie spłoszyć łaski i po to by dać Bogu szansę by przemówił do naszego serca, bo właśnie w zasłuchaniu w Boga kształtuje się nasza wiara i nasz nowy sposób widzenia, który ma cechować chrześcijan.

Wreszcie post ma być radosny – bez zewnętrznych oznak cierpiętnictwa, bo jest przecież jest drogą do wyzwolenia a nie udręczenia.

Roman Brandstaetter w książce p. t. Przypadki mojego życia pisze o człowieku, który nie chcąc iść na wojnę, udawał wariata. Przeszło to u niego w przyzwyczajenie, a potem w nałóg. Ilekroć coś mu nie odpowiadało, odgrywał wariata. Aż przyszedł taki czas pisze autor, gdy przestał odróżniać to, co jest prawdą od tego, co jest udawaniem…

Wielki post zapraszając nas do głębszej refleksji nad naszym życiem uświadamia nam, że jest ono wartością, w której nie da się udawać, która musimy przeżywać na serio i bardzo świadomie, aby go nie zmarnować. Podobnie jest z Wielkim Postem. Nawrócenia nie da się udawać. Albo się nawracamy, albo nie! A to z kolei powinno w nas rodzić wielki  szacunek i odpowiedzialność za ten czas, jaki jest nam dany oraz za dobra, które stają się naszym udziałem. Post przypomina nam, że są to dobra, z których trzeba nam korzystać roztropnie. Przesyt konsumpcją, sztucznie podsycane reklamą zachcianki, potrzeby i apetyty sprawiają, że wiele z dóbr, które są nam dane są wykorzystywane bezmyślnie lub wręcz marnotrawione a najczęściej niedoceniane. Dlatego potrzeba nam takiego czasu, który uświadomi nam, że choć nasze życie składa się z drobiazgów, to drobiazgiem nie jest i na nowo pozwoli nam odkryć i docenić to, co na co dzień otrzymujemy od Boga, od innych lub jako owoc naszej pracy.  Może pozwoli na nowo odkryć potrzebę wierności naszym codziennym obowiązkom, które zostały gdzieś zaniedbane. Ten powrót do wierności zwykłym codziennym sprawom: jak codzienna dobra modlitwa, jak dobre i sumienne wypełnianie codziennych zadań, które należą do nas w domu czy w pracy; jak docenienie drugiego człowieka i zawalczenie o to, abyśmy znaleźli czas na rozmowę czy wspólną modlitwę z najbliższymi w zamian za wyłącznie telewizora czy komputera może okazać się najtrudniejszym wymiarem wiekopostnej ascezy, ale za to wielce owocnym i odkrywczym.

Na progu Wielkiego Postu, który zaprasza nas do wyjścia z kręgu naszego egoizmu, którego efektem  jest zawsze jakieś duchowe obumieranie,  zapytajmy siebie czy jest w nas motywacja do wejścia na drogę przemiany, która dla Chrystusa zawsze oznaczała jedno: Więcej walki o wewnętrzną wolność, więcej starania o prawdziwą miłość do Boga i bliźniego, która wyraża się w konkretach codziennego życia a nie w marzeniach a mniej walki o źle pojętą miłość własną i skupiania uwagi na samym sobie. I prośmy, żeby tej motywacji wystarczyło nam na te nadchodzące 40 dni postu a daj Boże i na dłużej…

Mądry trędowaty

Chciałoby się powiedzieć: Mądry trędowaty… Dlaczego mądry? Bo uczy nas ważnej prawdy, o której często zapominamy, że łaska przychodzi z zewnątrz. Historia trędowatego oducza nas tak powszechnego skupiania się na sobie. Ile razy słyszę w konfesjonale: zrobię, poprawię, usunę, zmienię… W centrum zainteresowania jest zawsze nasze „ja”. Ja sam sobie poradzę, ja się zmienię, ja przezwyciężę.  Smuta historia ludzkiego grzechu zaczyna się właśnie w taki sposób – od przeniesienia uwagi z Boga na nasze „ja”. Jeśli zatem ma dokonać się nasze prawdziwe nawrócenie, uzdrowienie, przemiana, ostateczne zwycięstwo nad grzechem trzeba odwrócić ten sposób patrzenia. I tego właśnie uczy nas trędowaty. Dlaczego mówię o grzechu, skoro w centrum uwagi Ewangelia stawia człowieka chorego. Dlatego, że trąd jest biblijnym symbolem grzechu i nieczystości.

Jeśli zatem chcemy naprawdę doświadczyć przemiany, nawrócenia, wewnętrznego uzdrowienia warto zainspirować się postawą trędowatego:

Pewnego dnia przyszedł do Jezusa trędowaty i upadając na kolana prosił Go: „Jeśli chcesz, możesz mnie oczyścić”. Jezus do głębi poruszony takim zachowaniem, dotknął trędowatego i oczyścił go, jednoznacznie deklarując: „Chcę, bądź oczyszczony!”.

Trędowaty doskonale zrozumiał przesłanie Dobrej Nowiny przyniesionej przez Jezusa. On przychodzi do Jezusa, bo wie, że zbawienie przychodzi z zewnątrz. Nikt bowiem nie może sam się zbawić. Chciałoby się powiedzieć za św. Teresą od Dzieciątka Jezus: „Wszystko jest łaską”.  To ogólnie pojęte religie Wschodu nauczają, że człowiek może się zbawić (zostać świętym) mocą własnego wysiłku. Pisząc to, nie oceniam tych religii, nie mam jednak wątpliwości, że wybierają trudna drogę. Ja jedynie mogę cieszyć się z tego, że jako człowiek Ewangelii jestem całkowicie zdany na Jezusa. Nie znaczy to, że mój wysiłek nie jest ważny, ale świadomość danej mi łaski daje mi ogromną wolność wewnętrzną i uwalnia z pod presji mojego „ja”, które chce i musi wszystko zrobić samo. Ja nie chcę i nie muszę, bo mogę zdać się na Jezusa. To, co piszę nie jest przejawem lenistwa czy arogancji, lecz wiary w moc Bożej łaski i realistycznej oceny moich własnych możliwości a raczej niemożliwości.

Dokładnie z tego samego założenia wyszedł trędowaty. On wiedział, że jest w sytuacji, której sam nie może zmienić, ale od kiedy na świat przyszedł Chrystus nie jest to już sytuacja beznadziejna, bo jest ktoś, kto mógł go z jego stanu wyrwać. Uznał tę prawdę i dlatego przyszedł do Jezusa, upadł przed Nim na kolana i prosił, aby – jeśli sam tak chce – oczyścił go. Co za pokora! Idąca dużo dalej niż prośby każdego z nas, bo wpisująca się w przykład modlitwy samego Chrystusa: „Nie moja wola, lecz Twoja niech się stanie.” Tym czasem my przedstawiając nasze prośby chcielibyśmy najczęściej, żeby to nasza wola się zrealizowała. Kiedy jednak przyjmujemy taka postawę, jakiej przykładem jest trędowaty z dzisiejszej ewangelii możemy być pewni, że Bóg z radością obdarzy nas swoja łaską. Serce Boga jest bowiem do głębi poruszone kiedy człowiek z pokorą i całkowitym zdaniem się na Boga staje przed Jego obliczem. Nie potrafi mu odmówić daru, bo taka jest miłość miłosierna.

Oczywiście człowiek jest wolny, może odrzucić tę prawdę, którą św. Paweł formułuje w słowach: „Wszystko mogę…” po czym z pokorą dodaje „ale tylko w tym, który mnie umacnia”; może uznać, że nie potrzebuje Bożej pomocy, może uwierzyć mocy własnego „ja”, lecz co się stanie, jeśli okaże się to zaufaniem na wyrost. Wówczas pozostaje smutek, który wyrastając z próżności zamyka się w sobie a w konsekwencji zamyka się także na Boga z czasem przeradzając się w rozpacz.

Na szczęście dla nas jest łaska Boża, która ma moc wszystko zmienić. Warto o tym pamiętać, kiedy za kilka dni przyjdzie nam wchodzić w czas Wielkiego Postu. Czas przemiany. Czas łaski…

Porządek, który rodzi się z ciszy

Jezus przywołał znowu tłum do siebie i rzekł do niego: „Słuchajcie Mnie wszyscy i zrozumiejcie. Nic nie wchodzi z zewnątrz w człowieka, co mogłoby uczynić go nieczystym; lecz co wychodzi z człowieka, to czyni człowieka nieczystym. Kto ma uszy do słuchania, niechaj słucha”. (Mk 7,14-15)

Pisząc niedawno krótką relacje do Gościa Niedzielnego związaną z obchodami jubileuszowego Dnia Islamu w Polsce miałem okazje spotkać się przy kawie z moim przyjacielem – redaktorem tejże gazety, który mówił mi o jednym z artykułów, który sam pisze do tejże gazety. W zasadzie mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że ta rozmowa dla mnie miała rangę świadectwa tego człowieka i roli, jaką ma Słowo Boże w jego życiu. Nie jest to miejsce ani czas, aby przytaczać to świadectwo, ale chciałbym odwołać się do jego puenty. Otóż mój znajomy opowiadał mi o pewnym spotkaniu sprzed lat, które w dużej mierze odmieniło jego pracę a może i życie. Spotkaniu krótkim, właściwie rozmowie. Znamy te słynne porzekadła: „pokaż mi jak mieszkasz a powiem ci, kim jesteś”. Otóż jego rozmówca powiedział mu przed laty podczas pewnych rekolekcji, które przeżywał, że: „Porządek w życiu duchowym zaczyna się od porządku na biurku”. I właściwie to była największa i najbardziej owocna nauka, jaka wyniósł z tych rekolekcji. Stała się dla niego zaczynam lat zmagań ze sobą. Jak sam mówił nigdy nie potrafił zdobyć się na to, aby na jego biurku był porządek. Miał tak od dziecka. Wydawało mu się, że tym bardziej w życiu poważnego i zabieganego redaktora gazety to nieosiągalne. Czasem jak się śmiał – usprawiedliwiał się jeszcze większym bałaganem, który widział na burkach swoich kolegów. Po trzech latach zmagań raz jeszcze spotkał człowieka, który wypowiedział do niego rzeczone zdanie i stwierdził, że dla niego utrzymanie porządku na biurku dłużej niż godzinę nie jest realne. Czy jest w ogóle jakiś sposób jak to zrobić? Wówczas jego rozmówca – mądry, głęboko wierzący i poukładany – człowiek powiedział: „Połóż na biurku otwarte Pismo Święte.” Zrobił tak. I stało się…

Dla mnie jego opowieść jest doskonałym przykładem tego, co robi w naszym życiu medytacja. Dla mnie bowiem jest ona jak otwarta księga, położona w naszym sercu. Tak jak Pismo Święte wprowadza na biurku porządek, tak medytacja wprowadza w nasze serce ciszę, która jest punktem wyjścia do słuchania Boga i Jego słowa. A to przecież od naszego serca, jak mówi dzisiaj Chrystus zaczyna się wszystko. Z niego – z wnętrza, z serca człowieka – rodzi się zarówno dobro jak i zło.

Wydawać by się mogło, że życie pośród hałasu, jaki funduje nam współczesna rzeczywistość, wśród nieustannego bełkotu mediów, krzyku miasta, w którym żyjemy musi nas nauczyć sposobów życia w hałasie. Trzeba się nauczyć żyć w hałasie, pracować w hałasie, spożywać posiłki w hałasie, rozmawiać w hałasie, nawet modlić się w hałasie. Nic bardzie mylnego! Im bardziej żyjemy w hałasie zewnętrznym, tym bardziej potrzebujemy ciszy – jako antidotum, jako równowagi. Ktoś, kto nie potrafi o nią zadbać, ten bardzo łatwo przekona się, że hałas zewnętrzny zburzy mury jego wewnętrznej twierdzy, wedrze się do środka, stając się źródłem także wewnętrznego chaosu. A przed hałasem wewnętrznym dużo trudniej uciec. Dużo trudniej się z niego wyleczyć. Dlatego jedyną odpowiedzią na zgiełk, jaki nas otacza jest cisza. Odpoczynek domaga się ciszy. Modlitwa domaga się ciszy. Wsłuchiwanie się w Słowo Boże domaga się ciszy. A jednocześnie Słowo Boże jest tym, które wprowadza ciszę. Nie ma bowiem innej możliwości, aby wsłuchać się w Boga, który mówi w ciszy. Regularne wsłuchiwanie się w Słowo Boże buduje wewnętrzną ciszę, która dopiero z naszego wnętrza ma szansę przenosić się w nasze zewnętrzne życie. Ponadto zarówno cisza jak i Słowo Boże stoją na straży naszego serca. W ciszy bowiem nie da się przeoczyć tego, co do niego wpuszczamy. Nieproszeni goście, którzy chcą zatruć nasze serce a w konsekwencji nasze życie mogą dostać się do wnętrza tylko wówczas, gdy żyjemy w hałasie i w chaosie.

Jeśli życie duchowe może zacząć się od porządku na biurku, na które kładziemy otwarte Pismo Święte, to może się ono także zacząć od ciszy i Słowa Bożego, które kładąc na chaosie naszego życia zaczyna wprowadzać w nie porządek, harmonie i głębię. I temu właśnie służy medytacja. Ona jest jak Otwarte Pismo Święte położone na bałaganie naszego życia, otwierając nas tym samym na Ducha, który ma moc nas przemieniać i uzdrawiać.

Ewangelia nadziei

Dzisiejsza Ewangelia stawia Chrystusa w krótkim czasie w różnych miejscach, ukazując w ten sposób, że każde środowisko jest miejscem działania Boga. Ale skuteczność tego działania w dużej mierze zależy od naszej otwartości na Bożą łaskę.

Zobaczmy, że Jezus uzdrawia teściową Piotra prostym gestem, chwytając ją za rękę. Jezus chce uwalniać siły drzemiące w człowieku, przysypane niemocą, wątpliwościami. Myślę, że to ważna nauka dla nas. Często słysząc wiele narzekań nie mam wątpliwości, że ich powodem jest to, że nie dostrzegamy ani naszych możliwości, ani tych ukrytych w świecie. Gdybyśmy się ich mocniej uchwycili, w pełni je wykorzystali, a nie roztrwaniali ich ani nie niszczyli, może częściej potrafili byśmy rzeczywistość widzieć w bardziej pozytywnym świetle. Moglibyśmy dużo więcej zrobić dla siebie i dla innych i żyć spokojniej, w zgodzie z naszą naturą.

Tak łatwo skupiamy nasza uwagę na ciemnych stronach naszego bytowania. Kiedy słyszymy wyznanie Hioba: „Bojowaniem jest życie człowieka”, chętnie byśmy się pod tym podpisali. Chrystus chce nam jednak pokazać pozytywny wymiar tej walki. Świat ludzkich problemów, dramat ludzkich cierpień, koszmar umierania… Jezus wychodzi im naprzeciw. Rzuca wyzwanie tej okrutnej rzeczywistości. Nie rozwiązuje swoimi uzdrowieniami problemu choroby i cierpienia, nie uwalnia od nich człowieka. Pokazuje jednak, że przez swoją moc wobec tych potęg ciążących nad człowiekiem odnosi definitywne zwycięstwo nad nimi. Chrystus uczy nas patrzeć odważnie w oczy tych doświadczeń, których władza nad człowiekiem nie jest absolutna. Non omnis moriar. Przecież nie cały umieram, mówił za starożytnym poetą św. Jan Paweł II, pokazując przeżywaniem swojej choroby i cierpienia, że można uczynić z nich także wartość. To właśnie w Chrystusie  człowiek może odnaleźć nadzieję nie tylko do życia w wieczności, ale i do dobrego wykorzystania swoich życiowych trudności. Często błędnie traktujemy życiowe trudności, cierpienie, chorobę jako dopust Boży. Jeszcze dzisiaj nie rzadko słyszę pełen żalu komentarz do choroby, która kogoś toczy: „To z pewnością kara Boża”. Zastanawiam się wówczas, skąd bierze się w nas chrześcijanach ten pesymizm, który nie ma nic wspólnego z duchem Ewangelii. Bóg nie chce cierpienia, bo jest miłośnikiem życia; nie każe nas, i nie musi szukać zemsty na człowieku, bo jest miłością.   Niestety wiele cierpień (zarówno tych fizycznych jak i duchowych), jak i życiowych problemów, które stają się naszym udziałem ma swoje źródło w naszym działaniu lub zaniechaniu tego działania, ale jeśli nawet trudno znaleźć przyczynę naszego cierpienia w nas samych lub w innych i rzeczywiście Pan Bóg je dopuszcza, to nie po to, żeby pogrążyć człowieka, ale żeby mu o czymś powiedzieć. Trudne doświadczenia, cierpienia, zmagania z życiem nie zmienią Boga, ale mogą zmienić nas. I właśnie na tej zasadzie Pan Bóg wzywa nas czasem do stawiani im czoła. Jak często pierwsze pytanie, które sobie stawiamy w trudnym doświadczeniu życiowym brzmi: „Co Pan Bóg chce mi przez to doświadczenie powiedzieć?” Zapewniam, że połączone z modlitwą i wsłuchiwaniem się w słowo Boże mogą być to bardzo odkrywcze pytania.

I na koniec jeszcze jedna kwestia: Nad ranem Jezus udaje się na miejsce pustynne, aby się modlić. Pokazuje w ten sposób, gdzie człowiek ma szukać źródła swojej życiowej siły; skąd czerpać moc do stawiania czoła rzeczywistości, do owego rzeczonego przez Hioba bojowania. Skąd wreszcie ma czerpać nadzieję i mądrość.  Sam Chrystus światło i energię do głoszenia Ewangelii czerpie z modlitwy. O ile bardziej dotyczy to nas – zwykłych śmiertelników.  Ewangelia jest z góry i tam nas prowadzi. Uczy nas patrzeć na wiele spraw z zupełnie innej, bo Bożej perspektywy. Jeśli my – chrześcijanie zrezygnujemy z tego patrzenia, to co nam pozostanie? Czym będziemy się różnić od ludzi zniewolonych doczesnością? A przecież mamy być świadkami wolności! Świadkami nadziei! To właśnie Ewangelia daje nam tę perspektywę. Święty Paweł, którego słyszymy w drugim czytaniu jest doskonałym przykładem człowieka całkowicie wolnego od siebie i od innych i pełnego nadziei. Nie szuka korzyści ani wygody, nikomu nie chce się przypochlebić. Nikt też nie może odwieść go od życia duchem prawdziwej Ewangelii, którą on zrozumiał jak mało kto. A jednocześnie przy tym radykalnym podążaniu drogą Ewangelii jest pełen miłości i delikatności dla ludzi. Potrafi się dostosować do mentalności i potrzeb innych. Staje się wszystkim dla wszystkich, aby doprowadzić do zbawienia przynajmniej niektórych.

Warto zadać sobie pytanie, czy w nas jest ta wiara, która była w Hiobie i w św. Pawle? Wiara w to, że Ewangelia jest najlepszą odpowiedzią na naszą rzeczywistość, na nasze bolączki, na nasze najgłębsze aspiracje, ale musimy się w nią nieustannie wsłuchiwać i pozwolić się jej prowadzić. Codzienne życie i rzeczywistość, które nas otaczają będą próbowały przytłumić naszą nadzieję; będą próbowały wypaczyć prawdę; będą chciały nas zatrzymać na drodze do zbawienia. Nie maja jednak mocy, aby pokonać człowieka, który swoją nadzieję położył do końca w Chrystusie. On bowiem już zwyciężył świat!

Usankcjonowana prawnie tajemnica bezbożności

I stało się. Jesteśmy po raz kolejny świadkami ustanowienia pseudo-prawa, które pod przykrywką walki z przemocą tylnymi drzwiami wprowadza ideologię Gender.  To smutne, że musimy na własnej skórze sprawdzać to, czego wcześniej doświadczyły i z czego zaczynają się wycofywać niektóre z państw europejskich (m. in. Wielka Brytania) a inne w ogóle nie myślą wprowadzać tych zasad. Smutku dopełnia fakt, że zatroskani o „nowoczesną” Polskę posłowie przegłosowali ustawę o ratyfikacji Konwencji o zapobieganiu przemocy na początku roku ogłoszonego w Polsce rokiem Jana Pawła II. Chciałoby się zapytać za Janem Pawłem II: „Dziwisz się, czy się nie dziwisz?”

Mnie osobiście to nie dziwi. A jeśli ktoś zapytałby: Dlaczego? Odpowiem słowami świętego Pawła z dzisiejszej Liturgii Godzin, gdzie w jego Liście do Tesaloniczan [2 Tes 2, 1-17], czytamy:

Niech was w żaden sposób nikt nie zwodzi, bo dzień ten [Dzień Chrystusa – przypis autora] nie nadejdzie, dopóki nie przyjdzie najpierw odstępstwo i nie objawi się człowiek grzechu, syn zatracenia, który się sprzeciwia i wynosi ponad wszystko, co nazywa się Bogiem lub tym, co odbiera cześć, tak że zasiądzie w świątyni Boga dowodząc, że sam jest Bogiem. Czy nie pamiętacie, jak mówiłem wam o tym, gdy wśród was przebywałem? Wiecie, co go teraz powstrzymuje, aby objawił się w swoim czasie. Albowiem już działa tajemnica bezbożności. Pojawieniu się jego towarzyszyć będzie działanie szatana; z całą mocą, wśród znaków i fałszywych cudów, działanie z wszelkim zwodzeniem ku nieprawości tych, którzy giną, ponieważ nie przyjęli miłości prawdy, aby dostąpić zbawienia. Dlatego Bóg dopuszcza działanie na nich oszustwa, tak iż uwierzą kłamstwu, aby byli osądzeni wszyscy, którzy nie uwierzyli prawdzie, ale upodobali sobie nieprawość.

Chciałoby się powiedzieć nic ująć, nic dodać. I niech ktoś powie mi, że Słowo Boże straciło cokolwiek ze swej aktualności.

Nam jednak św. Paweł nie pozostawia wątpliwości, jak powinna być nasza postawa wobec tych wszystkich faktów dokonujących się na naszych oczach:

Prosimy was, bracia, abyście się nie dali zbyt łatwo zachwiać w waszym rozumieniu ani zastraszyć (…) Lecz my zawsze winniśmy dziękować Bogu (…) że wybrał nas Bóg do zbawienia jako pierwociny przez uświęcenie Ducha i wiarę w prawdę. (…) Przeto, bracia, stójcie niewzruszenie i trzymajcie się tradycji, o których zostaliście pouczeni bądź żywym słowem, bądź za pośrednictwem naszego listu. Sam zaś Pan nasz Jezus Chrystus i Bóg, Ojciec nasz, który nas umiłował i przez łaskę udzielił nam niekończącego się pocieszenia i dobrej nadziei, niech pocieszy serca wasze i niech utwierdzi we wszelkim czynie i dobrej mowie.