Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Ewangelia nadziei

Dzisiejsza Ewangelia stawia Chrystusa w krótkim czasie w różnych miejscach, ukazując w ten sposób, że każde środowisko jest miejscem działania Boga. Ale skuteczność tego działania w dużej mierze zależy od naszej otwartości na Bożą łaskę.

Zobaczmy, że Jezus uzdrawia teściową Piotra prostym gestem, chwytając ją za rękę. Jezus chce uwalniać siły drzemiące w człowieku, przysypane niemocą, wątpliwościami. Myślę, że to ważna nauka dla nas. Często słysząc wiele narzekań nie mam wątpliwości, że ich powodem jest to, że nie dostrzegamy ani naszych możliwości, ani tych ukrytych w świecie. Gdybyśmy się ich mocniej uchwycili, w pełni je wykorzystali, a nie roztrwaniali ich ani nie niszczyli, może częściej potrafili byśmy rzeczywistość widzieć w bardziej pozytywnym świetle. Moglibyśmy dużo więcej zrobić dla siebie i dla innych i żyć spokojniej, w zgodzie z naszą naturą.

Tak łatwo skupiamy nasza uwagę na ciemnych stronach naszego bytowania. Kiedy słyszymy wyznanie Hioba: „Bojowaniem jest życie człowieka”, chętnie byśmy się pod tym podpisali. Chrystus chce nam jednak pokazać pozytywny wymiar tej walki. Świat ludzkich problemów, dramat ludzkich cierpień, koszmar umierania… Jezus wychodzi im naprzeciw. Rzuca wyzwanie tej okrutnej rzeczywistości. Nie rozwiązuje swoimi uzdrowieniami problemu choroby i cierpienia, nie uwalnia od nich człowieka. Pokazuje jednak, że przez swoją moc wobec tych potęg ciążących nad człowiekiem odnosi definitywne zwycięstwo nad nimi. Chrystus uczy nas patrzeć odważnie w oczy tych doświadczeń, których władza nad człowiekiem nie jest absolutna. Non omnis moriar. Przecież nie cały umieram, mówił za starożytnym poetą św. Jan Paweł II, pokazując przeżywaniem swojej choroby i cierpienia, że można uczynić z nich także wartość. To właśnie w Chrystusie  człowiek może odnaleźć nadzieję nie tylko do życia w wieczności, ale i do dobrego wykorzystania swoich życiowych trudności. Często błędnie traktujemy życiowe trudności, cierpienie, chorobę jako dopust Boży. Jeszcze dzisiaj nie rzadko słyszę pełen żalu komentarz do choroby, która kogoś toczy: „To z pewnością kara Boża”. Zastanawiam się wówczas, skąd bierze się w nas chrześcijanach ten pesymizm, który nie ma nic wspólnego z duchem Ewangelii. Bóg nie chce cierpienia, bo jest miłośnikiem życia; nie każe nas, i nie musi szukać zemsty na człowieku, bo jest miłością.   Niestety wiele cierpień (zarówno tych fizycznych jak i duchowych), jak i życiowych problemów, które stają się naszym udziałem ma swoje źródło w naszym działaniu lub zaniechaniu tego działania, ale jeśli nawet trudno znaleźć przyczynę naszego cierpienia w nas samych lub w innych i rzeczywiście Pan Bóg je dopuszcza, to nie po to, żeby pogrążyć człowieka, ale żeby mu o czymś powiedzieć. Trudne doświadczenia, cierpienia, zmagania z życiem nie zmienią Boga, ale mogą zmienić nas. I właśnie na tej zasadzie Pan Bóg wzywa nas czasem do stawiani im czoła. Jak często pierwsze pytanie, które sobie stawiamy w trudnym doświadczeniu życiowym brzmi: „Co Pan Bóg chce mi przez to doświadczenie powiedzieć?” Zapewniam, że połączone z modlitwą i wsłuchiwaniem się w słowo Boże mogą być to bardzo odkrywcze pytania.

I na koniec jeszcze jedna kwestia: Nad ranem Jezus udaje się na miejsce pustynne, aby się modlić. Pokazuje w ten sposób, gdzie człowiek ma szukać źródła swojej życiowej siły; skąd czerpać moc do stawiania czoła rzeczywistości, do owego rzeczonego przez Hioba bojowania. Skąd wreszcie ma czerpać nadzieję i mądrość.  Sam Chrystus światło i energię do głoszenia Ewangelii czerpie z modlitwy. O ile bardziej dotyczy to nas – zwykłych śmiertelników.  Ewangelia jest z góry i tam nas prowadzi. Uczy nas patrzeć na wiele spraw z zupełnie innej, bo Bożej perspektywy. Jeśli my – chrześcijanie zrezygnujemy z tego patrzenia, to co nam pozostanie? Czym będziemy się różnić od ludzi zniewolonych doczesnością? A przecież mamy być świadkami wolności! Świadkami nadziei! To właśnie Ewangelia daje nam tę perspektywę. Święty Paweł, którego słyszymy w drugim czytaniu jest doskonałym przykładem człowieka całkowicie wolnego od siebie i od innych i pełnego nadziei. Nie szuka korzyści ani wygody, nikomu nie chce się przypochlebić. Nikt też nie może odwieść go od życia duchem prawdziwej Ewangelii, którą on zrozumiał jak mało kto. A jednocześnie przy tym radykalnym podążaniu drogą Ewangelii jest pełen miłości i delikatności dla ludzi. Potrafi się dostosować do mentalności i potrzeb innych. Staje się wszystkim dla wszystkich, aby doprowadzić do zbawienia przynajmniej niektórych.

Warto zadać sobie pytanie, czy w nas jest ta wiara, która była w Hiobie i w św. Pawle? Wiara w to, że Ewangelia jest najlepszą odpowiedzią na naszą rzeczywistość, na nasze bolączki, na nasze najgłębsze aspiracje, ale musimy się w nią nieustannie wsłuchiwać i pozwolić się jej prowadzić. Codzienne życie i rzeczywistość, które nas otaczają będą próbowały przytłumić naszą nadzieję; będą próbowały wypaczyć prawdę; będą chciały nas zatrzymać na drodze do zbawienia. Nie maja jednak mocy, aby pokonać człowieka, który swoją nadzieję położył do końca w Chrystusie. On bowiem już zwyciężył świat!