Dzisiaj wspomnienie jednego z niezwykłych świętych: JANA MARII VIANNEYA. Myślę, że najlepszym sposobem uczczenie go w dniu jego wspomnienia będzie oddać mu głos. To, co najbardziej uderza w jego nauczaniu, to fakt, że o ważnych duchowych kwestiach potrafił mówić z wielka prostotą. Myślę, że w tym fragmencie jego katechezy o modlitwie także medytujący znajda dla siebie prawdziwy pokarm duszy:
Modlitwa jest niczym innym jak zjednoczeniem z Bogiem. Jeśli ktoś ma serce czyste i zjednoczone z Bogiem, Będzie odczuwał
szczęście i radość, które go wypełniają i których nikt i nic nie zdoła go pozbawić; doznaje ponadto światła, które go oświeca i prowadzi. W tym ścisłym zjednoczeniu jakim jest prawdziwa modlitwa Bóg i dusza są jakby razem stopionymi kawałkami wosku, których już nikt nie potrafi rozdzielić. To zjednoczenie Boga z lichym stworzeniem jest czymś niezrównanym, jest szczęściem, którego nie sposób zrozumieć.
Nie zasługujemy na dar modlitwy. Ale dobry Bóg pozwolił, abyśmy z Nim rozmawiali.
Dzieci moje, wasze serce jest ciasne, ale modlitwa rozszerza je i czyni zdolnym do miłowania Boga. Modlitwa jest
przedsmakiem nieba, jest jakby zstąpieniem do nas rajskiego szczęścia. Zawsze przepełnia nas słodyczą; jest miodem
spływającym do duszy, który sprawia, iż wszystko staje się słodkie. W chwilach szczerej modlitwy znikają utrapienia jak śnieg
pod wpływem słońca.
Modlitwa sprawia także, iż czas mija tak szybko i tak przyjemnie, że nawet nie zauważa się jego trwania.
Są tacy, którzy jak ryby w falach całkowicie zatapiają się w modlitwie. Dzieje się tak dlatego, że całym sercem są
oddani Bogu.
My natomiast, ileż to razy stajemy przed Bogiem nie wiedząc, jak się zachować ani o co prosić? Kiedy idziemy do
kogoś, wiemy dobrze, po co idziemy. Co więcej, są tacy, którzy zdają się mówić do Pana: „Powiem kilka słów, żeby mieć już
spokój”. Modlitwa będąca zanurzeniem w Bogu jest prawdziwym skarbem człowieka wierzącego a gdzie jest nasz skarb tam powinny biec nasze myśli. Błogosławioną powinnością i zadaniem człowieka jest modlitwa i miłość. Módlcie się i miłujcie: oto, czym jest szczęście człowieka na ziemi.
Z katechezy św. Jana Marii Vianneya
Może sam opis cudownego rozmnożenia chleba nie porusza mnie tak bardzo, gdyż doświadczam tego cudu ciagle na nowo, gdy sprawuję Eucharystię. Osobiście ważniejsze dla mnie w medytacji nad tym tekstem jest fakt, że został on poprzedzony wzmianką o miejscu pustynnym. Ta wzmianka zasługuje na szczególną uwagę. Pustynia to miejsce, gdzie można doświadczyć potężnych interwencji Bożych, Jego szczególnej opieki, karmienia łaską (choć w przypadku każdej osoby ta łaska pustyni będzie miała swój indywidualny wyraz). Raz jeszcze przypomnę w tym miejscu wielokroć przywoływane tu powiedzenie małego brata o Jezusa – Carlo Carretto: „Pustynia nie oznacza nieobecności ludzi, oznacza obecność Boga”. Tak więc nie musimy nigdzie się udawać żeby znaleźć swoją pustynię. Może nią być po prostu bardzo konkretna, obiektywnie jakoś trudna sytuacja człowieka, taka w której nie mogę liczyć na własne siły, w której mocno objawiają się moje ograniczenia a przede wszystkim w której jestem w pełni otwarty na działanie Boga. Biblia ukazuje nam wiele takich obrazów, gdzie pobyt na pustyni człowieka otwartego na Boga pozwala mu doświadczyć Jego niezwykłej mocy i prowadzenia. Oczywiście najdłuższym opisem takiego doświadczenia jest wędrówka narodu wybranego przez pustynię. Jest ona głębokim obrazem sytuacji każdego człowieka na ziemi, który zmierza każdego dnia do wiecznej ojczyzny. Podczas tej wędrówki towarzyszy mu miłość i zbawcza moc Boża, ale człowiek niejednokrotnie jest tak ślepy, że tego nie dostrzega. […]
Piszę te słowa z daleka i w związku z tym nabierają one dla mnie szczególnego znaczenia. Bycie w innym kraju, nieco innej kulturze także może okazać się swego rodzaju pustynią. Myślę też o tych, którzy w tych dniach są lub zmierzają ku takiej pustyni: o Bracie Benedykcie, Siostrach i Braciach ze Wspólnot Jerozolimskich, o znajomym Księdzu Biskupie, który też odbywa czas swojej pustyni. Żywię nadzieje, że i ja będę miał okazję doświadczyć jej w bardzo konkretnym wymiarze. Ale póki co nie będę zdradzał tajemnicy:-]
Począwszy od XVI wieku wiele zakonów przeżywało u swoich początków wewnętrzne rozdarcia na tle tego – czy jesteśmy bardziej kontemplatywni czy też bardziej apostolscy (czynni, aktywni). Wydaje się, że św. Ignacy z Loyoli w swoim słynnym haśle: „być kontemplatywnym w działaniu„, postawił poprzeczkę bardzo wysoko. Do dziś próbują zmierzyć się z tym nie tylko pojedyncze osoby, lecz i całe wspólnoty, które szukają swojej tożsamości. Na czym więc polega owo bycie kontemplatywnym w działaniu?
Niewątpliwie jest to problem, który dotyka wielu współczesnych chrześcijan: jak połączyć życie modlitewne z aktywnym życiem w świecie? Jakie należy mieć proporcje pomiędzy tymi dwoma rzeczywistościami, by życie było w pewnej „równowadze”? Być może niektórzy wprost by zapytali: ile czasu, konkretnie, potrzeba na jedno i na drugie by można było uznać, że życie jest w równowadze?
Istotne nieporozumienie, jakiego tutaj dotykamy jest takie, że pod pojęciem kontemplacja rozumiemy wyłącznie czas modlitwy, skupienia i ciszy a pod pojęciem akcja rozumiemy wyłącznie działanie, aktywność. Tak naprawdę najważniejsze w tym wszystkim jest serce, które kocha. To tutaj znajdziemy równowagę między akcją i kontemplacją.
Przybliżmy to sobie jeszcze bardziej. Kiedy zbytnio koncentrujemy się na tym, ile ma być w naszym życiu aktywności (działania) a ile modlitwy, pojawia się niebezpieczeństwo, że zniknie nam sprzed oczu Ten, dla którego to wszystko czynimy, Ten, który jest sensem naszej modlitwy i naszego działania – Chrystus. Aby więc prowadzić życie w równowadze pomiędzy kontemplacją a działaniem potrzebujemy zakochać się w Chrystusie, zanurzyć się w Nim całkowicie i pragnąć poznawać Go coraz bardziej.
W centrum życia chrześcijanina zawsze stoi Jezus Chrystus, nasz Pan i Zbawiciel. Musimy naszą troskę przenieść z pytań o działanie i modlitwę na Niego. To On nauczy nas jak znajdować i twórczo przeżywać czas modlitwy a następnie z perspektywy miłości i współpracy z Duchem Świętym nauczy nas przeżywać każde zadanie jakie niesie ze sobą dzień, pokazując, że tak naprawdę w życiu człowieka wiary i modlitwy zarówno działanie rozumiane jako aktywność fizyczna jak i modlitwa to dwie uzupełniające się rzeczywistości tworzące całość naszego chrześcijańskiego powołania. A zatem w życiu człowieka wiary nie tylko nie ma między nimi sprzeczności, ale jest to, co można określić wzajemnym dopełnianiem się i odkrywaniem z zachwytem, że wszystko jest miejscem Boga i zawsze i poprzez wszystko możemy Mu służyć z miłością, jeśli tylko chcemy.
Dzisiejszy fragment Ewangelii kończy się pytaniem Jezusa, skierowanym do Jego słuchaczy: „Zrozumieliście to wszystko?” Słuchacze mają zdecydowaną odpowiedź: „Tak jest”. Ten krótki dialog Jezusa z uczniami zachęca nas również do pytania, czy my dobrze rozumiemy Jezusa. Od zrozumienia Jego nauki zależy to, jak przeżywać będziemy nasze chrześcijaństwo.
Warto zapytać siebie: Czego oczekujemy tak naprawdę od życia? konsumpcyjny styl życia nieustannie podsycany przez różnego rodzaju reklamy próbuje nas przekonać, że najważniejszy jest stan posiadania. Daje on bowiem człowiekowi złudne poczucie zabezpieczenia. Ponadto jesteśmy przekonani, że jest ono w zasięgu naszych możliwości, możemy o niego walczyć!
Szczęście zaś rozumiemy zazwyczaj, jako dar dany nam przez kogoś. To skarb, o którym człowiek marzy, ale się go nie spodziewa. Nawet, jeśli szuka skarbu, to chwila jego znalezienia jest niespodzianką. A co dopiero, gdy gonie szuka… Znaleziony skarb zmienia życie.
Jezus mówi nam dzisiaj o ukrytym skarbie i o Królestwie. W ten sposób Pan nas naucza o mądrości potrzebnej do osiągnięcia tego, co najważniejsze w życiu. Nauczanie w formie przypowieści jest szczególnie skuteczne, gdyż wywiera wpływ na nasze umysły i serca, pobudza nas do działania, do „poszukiwania”, do aktywności wywołanej przez świadomość, że realizujemy coś ważnego, zdobywamy doświadczenie i wiedzę, podejmujemy ryzyko.
Początek tej ważnej dla nas nauki to rozmowa Salomona z Bogiem. Salomon nie prosi o dobra dla siebie „Ponieważ poprosiłeś o to, a nie poprosiłeś dla siebie o długie życie ani też o bogactwa, i nie poprosiłeś o zgubę twoich nieprzyjaciół (…) daję ci serce mądre i rozsądne, takie, że podobnego tobie przed tobą nie było i po tobie nie będzie” – mówi do niego Bóg. (Krl 3,-11-12). Jak jest z nami? Czy my jeśli już o coś prosimy, to najczęściej nie o coś dla siebie, by polepszyć własny byt i własne życie? Ewentualnie wierzymy, że jeśli nie nam, to przynajmniej Pan Bóg pomoże naszym najbliższym?
Tymczasem prawdziwa wiara opiera się na miłości, jak pisze święty Paweł: „Wiemy też, że Bóg z tymi, którzy Go miłują, współdziała we wszystkim dla ich dobra, z tymi, którzy są powołani według [Jego] zamiaru. ” (Rz 8,28). Dlatego przykład z dzisiejszej Ewangelii powinien wyostrzać nasz sposób widzenia abyśmy nie przeoczyli tego, co w życiu istotne, abyśmy i my odnaleźli prawdziwy skarb. Wielu ma go blisko, lecz nie odkrywa, a odkrywszy, nie ceni go tak, jak na to zasługuje i zaniedbuje go, przedkładając nadeń zabieganie o kwestie doczesne. Prawdziwy skarb to Królestwo Niebieskie, które już zaistniało pośród nas. Jest, ale wciąż w toku realizacji i wzrostu.
To prawda, która sprawia, że już teraz w naszym ziemskim życiu powinniśmy we właściwy sposób je odkrywać. Szukając szczerym sercem znajdziemy je, jak kupiec drogocenną perłę, jak rolnik skarb ukryty w roli. Wymaga to jednak pewnego wysiłku. Ludziom z przypowieści obcy jest minimalizm. Podejmują trud, ponieważ wiedzą, o co chodzi w życiu. ,
Rozważając te przypowieści, możemy wyciągnąć spore korzyści z nauk, które Pan Jezus nie tylko ówczesnemu pokoleniu dawał do przemyślenia, ale nadal daje je nam wszystkim. I nie chodzi tu o zrozumienie ogólne, ale o konkretne odniesienie do nas samych, do naszego życia. Bądźmy więc wyczuleni, abyśmy nie przeoczyli tego, co dla nas w życiu najważniejsze.
Dlatego warto prosić tak, jak podpowiada nam dzisiejsza kolekta pomóż nam Panie dobrze używać rzeczy przemijających ale też nigdy nie stracić z pola widzenia rzeczy wiecznych.
Jezus powiedział do swoich uczniów: Wy stajecie się czyści dzięki słowu, które wypowiedziałem do was.
Trwajcie we Mnie, a Ja będę trwał w was. Podobnie jak latorośl nie może przynosić owocu sama z siebie, jeżeli nie trwa w winnym krzewie, tak samo i wy, jeżeli we Mnie trwać nie będziecie.
Ja jestem krzewem winnym, wy latoroślami. Kto trwa we Mnie, a Ja w nim, ten przynosi owoc obfity, ponieważ beze Mnie nic nie możecie uczynić. Ten, kto we Mnie nie trwa, zostanie wyrzucony jak winna latorośl i uschnie.(J 15,2-7)
Medytacja pozwala praktykującym ją doświadczyć prawdziwości tych słów Chrystusa, ponieważ w medytacji możemy odkryć konkretne owoce owego wszczepienia w Chrystusa. Obraz winnego krzewu i latorośli, która żyje dzięki wszczepieniu w niego i czerpaniu z niego życiodajnych soków jest pięknym obrazem człowieka medytującego. Człowiek medytujący bowiem to ten, który otwiera się na Bożą łaskę pozwalając aby ona wraz z kontemplowanym słowem, które wybrzmiewa w jego sercu przenikała całe jego jestestwo. Każdy, kto praktykuje medytację może doświadczyć konkretnych owoców, o których mówi dzisiejsza Ewangelia: tego, że słowo, w które się wsłuchuje jest życiem, jest tym, które żyjąc w nas chroni nas przed duchowym wysychaniem, gdyż staje się w sercu osoby medytującej prawdziwym źródłem duchowej mocy przenikającej całe jej życie; dalej jest ono także słowem, które oczyszcza, przemienia i pozwalając trwać w obecności Tego, który nas kocha otwierać się na konkretne owoce, w które obfituje nasze życie, owoce, które mamy świadomość nie są konsekwencją naszego wysiłku ale mocy i łaski samego Boga, na którą w medytacji a następnie w życiu, które z niej wyrasta pozostajemy stale otwarci.
Otwierajmy się zatem na to Boże działanie, które przychodzi wraz z każdym powtarzanym słowem, z każdym oddechem prowadząc nas do doświadczenia wewnętrznego pokoju i mistycznego milczenia przez które Bóg mówi do naszego serca.