Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Sakrament chwili obecnej

 …aby szukali Boga, czy nie znajdą Go niejako po omacku. Bo w rzeczywistości jest On niedaleko od każdego z nas. Bo w Nim żyjemy, poruszamy się i jesteśmy, jak też powiedzieli niektórzy z poetów: „Jesteśmy bowiem z Jego rodu„. [Dz 17,27-28]

Sakramenty są to znaki widzialne, obejmujące przedmioty materialne, gesty i słowa, które prowadzą nas – chrześcijan nie tylko do tego, co oznaczają, lecz także do rzeczywistego spotkania z Jezusem Chrystusem, który sprawia przez swojego Ducha Świętego to, co te znaki oznaczają, czyli wielką samoofiarującą się miłość Boga do nas.

Wierząc w to, że Bóg jest obecny w każdej chwili, „bo w Nim żyjemy, poruszamy się i jesteśmy”, możemy przyjąć, że w analogiczny sposób urzeczywistnia On sakramentalne samo-ofiarowanie w każdej chwili naszego życia,prowadząc nas tym samym do większego zjednoczenia ze Sobą, jeśli tylko zechcemy otworzyć się na Jego łaskę.

Medytacja kształtuje w nas tę wiarę, dzięki czemu możemy odkrywać i wielbić Bożą obecność, gdziekolwiek się znajdujemy. Dzięki temu medytacja uczy nas zaufania w Bożą opiekę stająca się dla nas źródłem oparcia w codziennym życiu, gdyż uświadamia nam, że tak jak Bóg działa i ujawnia się poprzez swoje Słowo i sakramenty, podobnie w analogiczny sposób możemy odkrywać Jego działanie w zdarzeniach każdej chwili.

W wierze, nadziei i miłości, które towarzyszą naszym spotkaniom z Bogiem w każdej chwili, możemy z ulgą zrezygnować z presji konieczności panowania nad swoim życiem, kontrolowania naszych planów i pragnień, po to, aby zawierzyć się w pełni Bożemu działaniu i planowaniu. W konsekwencji właśnie w całkowitym oddaniu się Bogu znajdujemy prawdziwy pokój serca i wolność, odkrywając owoce miłującemu działania Boga w chwili obecnej.

Pozwólmy zatem, aby cisza medytacji, która z większa uważnością pozwala nam doświadczyć chwili obecnej pozwoliła nam doświadczyć, że ta chwila jest niejako „sakramentem”, w którym Bóg przychodzi ze swoją łaską, aby nas przemieniać i uświęcać a w konsekwencji, aby przemieniać całe nasze życie, chwila po chwili.

Nie bójcie się

Nie bójcie się tych, którzy zabijają ciało,

ale duszy zabić nie mogą.

Człowiek ze swej natury lęka się wielu rzeczy. Człowiek lęka się cierpienia; lęka się śmierci; lęka się często także tych, którzy mają nad nim jakąś władzę…

Jest bohaterem najczęściej, gdy mu nic nie zagraża.

Wystarczy nieraz najmniejszy ból, którego nie znamy przyczyny, nieoczekiwana sytuacja, która wymyka się spod naszej kontroli, aby napełnić nas lękiem…

A jednak życie stawia człowieka nieustannie wobec faktu śmierci, wobec rzeczywistości cierpienia, wobec sytuacji, które przerastają jego siły.

Najchętniej chcielibyśmy takie chwile ominąć, przed nimi uciec.

A jednak Pan Bóg nie chce, abyśmy uciekali przed takimi sytuacjami. On chce, abyśmy stawili im czoła uzbrojeni w oręż, któremu na imię: WIARA!

Wiara to przekonanie, że Bóg się o nas troszczy i że na tej trosce możemy się spokojnie i z zaufaniem oprzeć. Jak powie prorok Jeremiasz: „Pan jest przy mnie jako potężny wspomożyciel” [Jer 20, 11]

Dlatego możemy powiedzieć: Nie lękam się!

I Chrystus może nas o to prosić. Gdyż On sam stanął wobec tych doświadczeń. I tak jak sam zwycięsko z nich wyszedł, tak jest w stanie przeprowadzić przez nie i nas! Pod jednym wszakże warunkiem. Że nie będziemy liczyli tylko na własne siły i możliwości i że zgodzimy się na to, że Bóg będzie działał w naszym życiu, choć nie zawsze według naszego scenariusza.

Boże Ciało – nie tylko manifestacja wiary

Czytając dzisiejszą Ewangelie można by odnieść wrażenie, że oto na naszych oczach powtarza się ta ewangeliczna historia. Tłumy ludzi, którzy przyszli aby spotkać i słuchać Chrystusa i sam Chrystus pośród nich. Dzisiaj także jest tutaj obecny, tak jak wtedy nad jeziorem, są także Apostołowie a przynajmniej ich następcy – kapłani i jest tłum tych, którzy przyszli tu dzisiaj ze względu na Niego.I wyglądamy dzisiaj tak jak ta Ewangelia.

Po co tu jesteśmy? Otóż mówi się, że Boże Ciało, to okazja do publicznego zamanifestowania swojej wiary. I pewnie cos w tym jest! Dzisiaj szczególnie ważne jest to, abyśmy jako chrześcijanie potrafili być widoczni i mieli odwagę przyznawać się do swojej wiary tym bardziej im bardziej chce się ją zepchnąć tylko do sfery prywatnej, albo zamknąć usta wtedy, gdy głosi prawdy nie przystające do modły na która próbuje się dzisiaj kształtować przestrzeń publiczną. Ale ta manifestacja wiary, to nie jedyny powód naszej obecności tutaj.

Spotykamy się bowiem dzisiaj, aby uczcić Najświętszą Eucharystię, aby uczcić Boga obecnego w tajemnicy swojego Ciała i Krwi. A żeby dobrze to zrobić, to musimy zadać sobie pytanie dlaczego Pan Jezus ustanowił Eucharystię? Dlaczego nam siebie zostawił pod postaciami eucharystycznymi?

Jeśli sięgniemy do Liturgii Wielkiego Czwartku – momentu ustanowienie Eucharystii i nieodzownie z nią związanego kapłaństwa, to możemy zobaczyć, że w czasie Liturgii Wieczerzy Pańskiej nie czyta się Ewangelii o Ostatniej Wieczerzy, jak można by się było spodziewać. Ewangelia w tym dniu skupia się na umyciu nóg uczniom przez Chrystusa. Liturgia prawie nie wspomina o Ciele i Krwi tylko ukazuje Jezusa, który klęczy przed człowiekiem i umywa mu nogi. Co to jest za gest? Bibliści interpretując Ewangelię lubią doszukiwać się jej źródeł. I w tym przypadku uczynili podobnie. Oczywiście wszyscy wiedzieli, że w czasach Chrystusa gest umycia nóg był obowiązkiem niewolnika, ale św. Grzegorz z Nyssy dla lepszego zrozumienia tego gestu przywołuje jeszcze jeden podobny obraz z Ewangelii, kiedy do obecnego na przyjęciu w domu celnika Jezusa podchodzi jawnogrzesznica, aby obmyć mu stopy i ucałować je. I na zaskoczenie współbiesiadników Chrystus ujmując się za tą kobietą tłumaczy, że uczyniła to, bo bardzo umiłowała. Tak też tę scenie ewangeliczną tłumaczy wspomniany Grzegorz z Nyssy: Chrystus nie musiał czynić tego gestu, bo nie był niewolnikiem, On uczynił to, bo kochał. Oczywiście Pan Jezus – jak napisze św. Paweł w Liście do Filipian – przyjmuje postać sługi i uczy uczniów jak służyć, ale to za mało, żeby zrozumieć tę scenę. Pan Jezus pokazuje przede wszystkim, jak bardzo kocha, jak bardzo jest czuły w tej miłości dla człowieka. To scena, która ukazuje – jak napisze św. Grzegorz z Nyssy – „Boga zakochanego w człowieku”. I rzeczywiście, gdy mówi do Piotra Apostoła, który sprzeciwia się temu gestowi – „Ty tego teraz nie rozumiesz” – to ma rację. Bo jest to taki rodzaj miłości, który jest nam mało znany.

Czy ktoś kiedyś przed wami uklęknął, żeby wam umyć nogi i je pocałować? Jeżeli była taka osoba, to zazwyczaj to była nasza mama. Jak byliśmy dziećmi, to mama to robiła. Mama jak byliśmy mali i nas myła, to zazwyczaj nas całowała. I to jest dokładnie ten gest…

My o tym geście już trochę zapomnieliśmy. Ale Pan Jezus w tej Ewangelii pokazuje nam jak nas kocha. I to dzisiejsze święto jest właśnie świętem o takiej miłości.I procesje, które się dzisiaj odbywają powinny być hołdem dla takiej właśnie miłości Boga do każdej i każdego z nas!  To nie jest święto, które wychodząc na ulice ma ukazać jakiś triumfalizm chrześcijan i Kościoła.  I te procesje, które się dzisiaj odbywają powinny odbywać się tylko w jednym celu: skoro spotykamy się, aby uwielbić miłość Boga, która objawi się w tym, że On przychodzi na świat, żeby stać się naszym sługą i który z miłości do nas zostaje z nami w kawałku chleba i kropli wina, to my te miłość powinniśmy zanieść dalej. Tak jak pierwsi chrześcijanie – o których piszą Dzieje Apostolskie – że byli rozpoznawalni w swoich środowiskach po miłości, z jaką odnosili się do innych. Czy my to jeszcze potrafimy? Właśnie po to jest dzisiejsze święto, po to jest Eucharystia, abyśmy wychodzili z niej tylko w jednym celu: ABY BARDZIEJ UKOCHAC SWOICH BLISKICH!!! Żebyśmy to, czego się nauczyliśmy patrząc na Eucharystię – a przecież ona jest ucztą i szkołą bezgranicznej miłości Boga do nas – abyśmy to zanieśli dalej! Aby ta miłość realizowała się tam, gdzie żyjemy.

I ten dzień będzie miał sens wtedy, kiedy najpierw będziemy tutaj. Napatrzymy się i najemy takiej miłości a potem mając ją od Chrystusa – bo Od niego musimy ja najpierw wziąć – pójdziemy ja znaleźć dalej. Pójdziemy to zrobić względem tych, którzy z nami żyją. Dzisiaj trzeba by tych, wśród których żyjecie uściskać i ucałować, bo oni są wam dani właśnie po to, abyście wśród nich mogli świadkami miłości – bo do tego posyła nas Chrystus! Miłujcie się wzajemnie, tak jak Ja was umiłowałem – nie ma w Piśmie Świętym większego nakazu od tego!

I może najbardziej trzeba by, abyśmy ten gest życzliwości i miłości okazali tym, z którymi coś nas dzieli, do których cos mamy, albo oni maja coś do nas. Pozornie to może głupio wyglądać, ale Chrystus umywający nogi uczniom też wyglądało głupio, ale On się tym zupełnie nie przejmował. Bo miłość nie przejmuje się tym, co o niej powiedzą, ona zawsze szuka tego, co dobre.

Zachęcam was, abyście dzisiaj na tę tajemnicę Eucharystii właśnie tak spojrzeli. Chrystus gromadzi nas tutaj, abyśmy mogli doświadczyć Jego miłości i abyśmy się tej miłości od Niego nauczyli. Żeby tak kochać tego się nie da zrobić z samemu z siebie. Nie potrafimy tak! Trzeba tę Eucharystię spożyć, trzeba tę miłość do siebie wziąć. Trzeba otworzyć nasze serca dla Chrystusa, aby On mógł kochać w nas i przez nas. Ale jeśli już to robimy  jeśli przyjmujemy Eucharystię – to zanieśmy ja dalej, to sprawmy, żeby ona się działa tam, gdzie Chrystus nas posyła jako swoich świadków, tam gdzie tej miłości dzisiaj brakuje i gdzie dzisiaj potrzeba jej najbardziej. To jest nasze zadanie, o którym nam przypomina dzisiejsze święto!

Święta przestrzeń życia

Zdejmij sandały z nóg, gdyż miejsce, na którym stoisz, jest święte. [Wj 3,5]\

Medytacja, która zanurza nas w chwili bieżącej, poprzez  głębsze doświadczenie tej chwili pozwala nam odkrywać prawdę, o której w biegu życia często zapominamy, że przestrzeń, w której funkcjonujemy (szczególnie przestrzeń modlitwy, ale nie tylko) jest „miejscem” świętym, ponieważ jest przestrzenią Bożej obecności i Bożego działania i gdzie jesteśmy zaproszeni do tego, aby stanąć przed Bogiem i szukać Go tu i teraz, aby wsłuchać się w Jego głos, który mówi do naszego serca. „Zdejmij sandały z nóg, gdyż miejsce, na którym stoisz; jest ziemią świętą” – mówi Bóg do każdej i każdego z nas. Żyjemy w świecie, w którym sacrum jest tak bardzo wypierane przez profanum, że trudno nam uwierzyć, że całe nasze życie jest święte i że w życiu chrześcijanina nie ma i nie może być podziału na sacrum i profanum, gdyż dokonując takiego podziału wykazujemy niezrozumienie tego, czym jest nasze powołanie.

Jeśli jednak nie stracimy z pola widzenia faktu, że nasze życie rzeczywiście jest święte, wówczas łatwiej nam będzie poszukiwać działania  Boga w każdym dniu, chwila po chwili, gdyż bieżąca jest tą chwilą, w której jesteśmy zaproszeni by odpowiedzieć na zaproszenie ofiarowane nam przez miłość Boga, abyśmy z Nim współtworzyli nowe, lepsze oblicze świata.

To właśnie w chwili bieżącej ja – człowiek i Bóg możemy się spotykać.  jak pisze Teilhard de Chardin: „Czas historyczny chwili bieżącej zostaje bowiem pochłonięty przez wieczne „teraz” Boga. To właśnie tu i teraz Bóg w swojej miłości pragnie napełniać nas swoją łaską a to oznacza, że nie musimy jej nigdzie szukać, czy o nią zabiegać, wystarczy się na nią otworzyć, aby mieć wszystko.

Medytacja jako Boże działanie w nas

Umiłowani, miłujmy się wzajemnie, ponieważ miłość jest z Boga, a każdy, kto miłuje, narodził się z Boga i zna Boga. Kto nie miłuje, nie zna Boga, bo Bóg jest miłością. A myśmy poznali i uwierzyli miłości… [J 4,7-8]

Modlitwa wiąże się z wiarą w Boga i jest sposobem  nawiązania z Nim osobistej relacji. Ta osobista i osobowa zarazem relacji jest możliwa, ponieważ Bóg, w którego wierzymy jako chrześcijanie objawia się nam jako osoba. Należy jednak pamiętać, że Bóg jest tajemnicą. Aby ułatwić sobie rozumienie i pojmowanie Boga uciekamy się często do personifikacji, sprowadzając obraz Boga, do znanych nam z doświadczenia relacji i zachowań ludzkich. Jednak takie podejście rodzi też pewne niebezpieczeństwo, że stworzymy sobie obraz Boga na nasze podobieństwo a tym samym rozminiemy się z prawdą o Bogu takim, jakim On jest naprawdę. Doświadczenie medytacji niedyskursywnej wydaje się wychodzić naprzeciw tej pokusie, gdyż rezygnuje z dyskursywnej refleksji na temat Boga. Bóg jednak ułatwia nam w pewnym sensie to zadanie, bo skoro nie możemy poznać pełnej prawdy o Bogu, jako osobie, to jednak możemy zanurzyć się w doświadczenie Boga, który „jest miłością” (J 4,8) Co więcej, to właśnie miłość najpełniej określa relację do której nas Bóg zaprasza. W tej relacji możemy odnaleźć nie tylko prawdę o Bogu, ale też prawdę o nas samych. I dlatego modlitwa jest też czymś więcej niż tylko naszym ludzkim zwracaniem się do Boskiej osoby. Jest spotkaniem, które nas kształtuje, przemienia i uczy.  Jeśli o tym nie pamiętamy, grozi nam uproszczone pojmowanie modlitwy. Wyobrażając ją sobie jako nasze zwracanie się do Boga, podobnie jak zwracamy się do drugiego człowieka, traktujemy modlitwę jako nasze działanie, na które Bóg „powinien” odpowiedzieć. A wtedy możemy się dziwić, a nawet gorszyć tym, że prosimy Go o różne rzeczy, a On nam nie odpowiada. Tymczasem prawda o modlitwie jest taka, że na pierwszym miejscu nie zwraca się ona „do” Boga, jak gdyby nasze działanie miało nas do Niego przybliżyć, ale raczej od początku dokonuje się ona „w” Bogu, skoro „w Nim żyjemy, poruszamy się i jesteśmy” (Dz 17,28) i co więcej dobrze przeżywana modlitwa, to taka, w której pozwalamy właśnie Bogu przejąć inicjatywę, skoro to właśnie on ma być dla nas Drogą, Źródłem Prawdy i Życia. To znaczy: podstawą modlitwy nie jest nasze działanie, tylko Boże działanie w nas, uzdalniające nas do właściwego działania, także na modlitwie. I takiej właśnie postawy medytacja pragnie nas nauczyć.