Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Trudne wezwanie

Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje! [Mk 8,34]

Chrystus stawia przed nami trudne zadanie: wziąć swój krzyż i naśladować Go…                                                             Trudno się czasem z tym pogodzić. Nawet patrząc na naszą ziemską wędrówkę z perspektywy wieczności – każdemu z pewnością trafiają się chwile, gdy ciężar złożony na nasze barki zdaje się przekraczać nasze siły. I jakkolwiek naturalny w takiej sytuacji wydaje się bunt – to rzadko kiedy przynosi on pozytywny efekt. Więcej wytchnienia, ulgi, a przede wszystkim – wewnętrznego spokoju przynosi modlitwa a nawet zgoda na własną bezsilność. To ona bowiem paradoksalnie może okazać się największą szansą doświadczenia mocy Boga w naszym życiu.

Dobrym komentarzem do tego może być znany wiersz anonimowego brazylijskiego autora:

We śnie szedłem brzegiem morza z Panem ,

oglądając na ekranie nieba całą przeszłość mego życia.

Po każdym z minionych dni zostawały na piasku dwa ślady :

mój i Pana Jezusa .

 

Czasem jednak widziałem tylko jeden ślad

odciśnięty w najcięższych dniach mego życia

I rzekłem :

„Panie postanowiłem iść zawsze z Tobą ,

przyrzekłeś być zawsze ze mną ,

czemu zostawiłeś mnie samego ,

gdy było mi tak ciężko ? ”

 

Odrzekł Pan :

„Wiesz synu że cię kocham

i nigdy cię nie opuściłem !

W te dni, gdy widziałeś jeden tylko ślad,

ja niosłem Cię na swoich ramionach …

A zatem, jeśli pomimo tego, że ciężar Twojego krzyża wydaje się ponad Twoje siły nadal go niesiesz, to najlepszy dowód, że czynisz to nie tylko swoja mocą…

Nie bądźcie tylko słuchaczami

Z listu św. Jakuba Apostoła  [Jk 1,19-27]

Wiedzcie, bracia moi umiłowani: każdy człowiek winien być chętny do słuchania, nieskory do mówienia, nieskory do gniewu. Gniew bowiem męża nie wykonuje sprawiedliwości Bożej. Odrzućcie przeto wszystko, co nieczyste, oraz cały bezmiar zła, a przyjmijcie w duchu łagodności zaszczepione w was słowo, które ma moc zbawić dusze wasze. Wprowadzajcie zaś słowo w czyn, a nie bądźcie tylko słuchaczami oszukującymi samych siebie. Jeżeli bowiem ktoś przysłuchuje się tylko słowu, a nie wypełnia go, podobny jest do człowieka oglądającego w lustrze swe naturalne odbicie. Bo przyjrzał się sobie, odszedł i zaraz zapomniał, jakim był. Kto zaś pilnie rozważa doskonałe Prawo, Prawo wolności, i wytrwa w nim, ten nie jest słuchaczem skłonnym do zapominania, ale wykonawcą dzieła; wypełniając je, otrzyma błogosławieństwo. Jeżeli ktoś uważa się za człowieka religijnego, lecz łudząc serce swoje nie powściąga swego języka, to pobożność jego pozbawiona jest podstaw. Religijność czysta i bez skazy wobec Boga i Ojca wyraża się w uczynkach miłości i w zachowaniu siebie samego nieskalanym od wpływów świata.

Ten tekst zaczerpnięty z dzisiejszej Liturgii Słowa mógłby z powodzeniem sam w sobie posłużyć za wprowadzenie do medytacji. Spróbujmy jednak nieco głębiej wejść w jego treść.

Zachęta do słuchania – to pierwsze, o czym mówi św. Jakub i co powinno cechować chrześcijanina. Oczywiście ważne jest to, w co się wsłuchujemy. Już Mistrz Eckhart zwykł mawiać, że to, w co się wsłuchujemy kształtuje sposób naszego myślenia i patrzenia na rzeczywistość.   Jak bardzo wydaje się to aktualne dzisiaj, gdy żyjemy w prawdziwej kakofonii dochodzących do nas zewsząd słów! Jak wyłowić z tej masy to, co dobre, co pożyteczne i co prawdziwe? Przez te bowiem trzy sita reprezentant mistyki nadreńskiej poleca przesiewać wszystkie nasze wybory, tak aby jak chce dzisiaj św. Jakub nie wkradło się do naszego serca a następnie i życia to, co je zanieczyszcza.

Oczywiście dla chrześcijanina pierwszą rzeczą w jaką powinien się wsłuchiwać jest Słowo Boże. Ono bowiem po pierwsze kształtuje nasz, a więc bliski samemu Chrystusowi sposób patrzenia na rzeczywistość, ale też przez uważność, jaką kształtujemy w medytacji, uczy nas, że właśnie przez  zasłuchanie się w Boże Słowo uczymy się także lepiej słuchać innych. To jest konkret, którego możemy doświadczyć w naszym życiu, jako owoców medytacji.

Dalej jak mówi św. Jakub  Słowo, w które się wsłuchujemy jest tym Słowem, które zbawia. Uświadamia nam to, że Słowo, którego słuchamy w medytacji nie jest jakimś tam słowem, ale jest Słowem samego Boga a ono ze swej natury jest stwórcze. Jego owocem jest to, że rodzi ono w naszym sercu Obecność, która od tej pory przenika nasze życie. Oczywiście szanując nasza wolność, więc przenika je na tyle na ile na to pozwalamy. Stąd kolejne zastrzeżenie, jakie wysuwa św. Jakub: NIE WYSTARCZY BYĆ TYLKO SLUCHACZEM! To słowo bowiem domaga się, abyśmy wprowadzali je w czyn. Żeby jednak mogło zaowocować w naszym życiu najpierw musi głęboko zapaść w nasze serce – to bowiem z jego płaszczyzny jak przypomina Chrystus dopiero możemy owocować. Dla odróżnienia – nie wystarczy, gdy coś zapadnie nam tylko w umysł. Nasz umysł bowiem jest bombardowany wieloma treściami. Aby móc jedne przyjąć musi też usuwać inne. Dlatego już zdaniem pierwszych Ojców Kościoła dopiero to, co zapada w nasze serca jest trwałe i naprawdę wpływa na nasze życie. Dlatego medytacja przez ciągłe, wytrwałe i wierne trwanie w obecności Słowa pozwala mu zakorzenić się głębiej niż tylko w umyśle. To kolejne konkretny owoc medytacji, którego możemy doświadczyć.

I jeszcze jedna ważna przestroga, jaką kieruje dziś do nas św. Jakub. Otóż wsłuchiwanie się w Słowo Boże jest jak przeglądanie się w lustrze. O tym też pisze św. Paweł Apostoł czy List do Hebrajczyków (por. Hbr 4,12-16). Dzięki niemu mogę dostrzec swoje naturalne odbicie a zatem moje prawdziwe „ja”. Dlatego nam – chrześcijanom tak bardzo potrzeba dzisiaj wsłuchiwania się w to Słowo, aby nie zapomnieć kim jesteśmy – jak wspomina św. Jakub. Bez tego nieustannego zasłuchania się w Słowo Boże rodzi się ryzyko utraty własnej tożsamości! A czy chrześcijaninowi może przytrafić się cos gorszego, niż utrata jego własnej tożsamości? To pytanie, które choć trochę w inny sposób formułuje już sam Chrystus i odpowiada sam sobie, że chrześcijaństwo, które traci swoją tożsamość na nic się już nie przyda, tylko na wyrzucenie i podeptanie przez ludzi [por. Mt 5,13].

Dlatego św. Jakub uzasadnia dzisiaj swoje napomnienie tym, że im bardziej wsłuchujemy się w Słowo Boże tym bardziej wpisuje ono w nasze serce prawo wolności, które sam nazywa doskonałym prawem, a którego owocem jest nie tylko Boże błogosławieństwo, ale także konkretny styl życia, przejawiający się w uczynkach miłości i zdolności zachowania siebie nieskażonym wpływami świata.

Można by zatem powiedzieć, że medytacja jest wstępowaniem na drogę prawdziwej wewnętrznej wolności, dzięki której wsłuchując się w Słowo Boże możemy uchronić się przed utratą naszego prawdziwego „ja”, któremu tak bardzo zagraża świat a przez to uchronić się przed rozminięciem z naszym chrześcijańskim powołaniem.

Trudna wolność

Nie bez powodu dzisiejsza liturgia Słowa rozpoczyna się od tekstu nazwanego bardzo wymownie przez biblistów: „Wymagająca wolność”. Od początku w Biblii kwestia wolności jest sprawą istotną. Już przez Mojżesza Bóg kieruje do człowieka istotne wezwanie: „Kładę przed tobą życie i szczęście, błogosławieństwo i przekleństwo…. Wybieraj!” [por. Pwt. 30,15] Bóg zawsze szanował wolność człowieka, którą go obdarował, ale nie wolno zapomnieć, że jak mawiał błogosławiony Jan Paweł II, że miłość jest nie tylko darem, ale także i przede wszystkim zadaniem! Nie da się ukryć, że współczesny człowiek ma problem z wolnością. Najprościej jest mu posłużyć się osławionym swego czasu powiedzeniem: „róbta, co chceta”. 

Bardzo pomocny może być w tym miejscu przykład z literatury. Pisarz Imre Kertész – Żyd, który wychował się na Węgrzech – dużą część swego dzieciństwa spędził w obozowej rzeczywistości Auschwitz. Pewnego dnia Niemcy postanowili przenieść szpital, w którym przebywał, w inne miejsce. Główny bohater książki, alter ego autora, był już tak wycieńczony, że miał wątpliwości, czy uda mu się dożyć do wieczora. Na domiar złego, akurat tuż przed wyruszeniem transportu, rozdawano chorym więźniom dzienną porcję chleba. Kertész rozmawiał właśnie z jednym ze współwięźniów, gdy jego porcja wpadła pod ciężarówkę. Rozmówca, ryzykując zdrowie, a nawet życie – wszedł pod samochód, wydobył chleb i oddał go właścicielowi. „Przez połowę swego życia stawiałem sobie pytanie – napisał Kertész: Dlaczego on to uczynił? Dlaczego oddał mi chleb, skoro mógł tę porcję zachować dla siebie?”. Pisarz sam sobie odpowiada: „On mi oddał chleb, gdyż był człowiekiem prawdziwie wolnym”. 

W tym miejscu przed naszymi oczyma stają sens i logika chrześcijańskiej moralności. Nie dlatego przestrzegamy przykazań, że zostały zapisane, ale dlatego, że kochamy a tylko miłość potrafi nas uczynić cudownie wolnymi. Jeśli więc spotkamy się z zachętą, by innych nie oczerniać, to właśnie dlatego, że cudownie jest być człowiekiem wolnym od jadu oszczerstwa. Podobnie jest z jadem pożądliwości, chciwości, zazdrości itd. 

Św. Mateusz w tekście dzisiejszej Ewangelii idzie nawet dalej. Nie ogranicza się do literalnego brzmienia przykazań. Cytuje słowa Chrystusa, który mówi wyraźnie: „Słyszeliście, że powiedziano przodkom «Nie zabijaj», a kto by się dopuścił zabójstwa, podlega sądowi. A ja wam powiadam: Każdy, kto się gniewa na swego brata, podlega sądowi”. A zatem prawdziwa wolność nie polega na nieprzekraczaniu prawa, ale na wewnętrznym nastawieniu, które jest przeniknięte szacunkiem do drugiego człowieka, a przede wszystkim miłością.

„Naucz mnie, Panie, drogi Twoich ustaw. Ucz mnie, abym przestrzegał Twego Prawa i zachowywał je całym sercem” — ta modlitwa Psalmisty bardzo mocno rozbrzmiewa w dzisiejszej liturgii słowa. Autor natchniony prosi Boga, aby najpierw nauczył go swojego Prawa, potem pomagał przestrzegać je przez całe życie i nosić głęboko w swoim sercu. Jest jednak świadom, że tylko z Bożą pomocą może je wypełnić, i o tę pomoc pokornie prosi.

Dobrze byłoby, gdyby zarówno to pragnienie Psalmisty jak i jego modlitwa stały się naszymi.

Bowiem jak zwykł mawiać jeden ze średniowiecznych mistyków nadreńskich, Mistrz Eckhart: „Sama twoja chęć kochania jest już przylgnięciem do prawa Chrystusa. A gdy kierujesz się miłością w swoich codziennych wyborach, żadne przepisy prawa nie są ci już potrzebne, bo miłość potrafi kierować się jedynie dobrem”.

 

 

Co wychodzi z człowieka?

Potem przywołał znowu tłum do siebie i rzekł do niego: „Słuchajcie Mnie, wszyscy, i zrozumiejcie! Nic nie wchodzi z zewnątrz w człowieka, co mogłoby uczynić go nieczystym; lecz co wychodzi z człowieka, to czyni człowieka nieczystym. (…) Z wnętrza bowiem, z serca ludzkiego pochodzą złe myśli, nierząd, kradzieże, zabójstwa, cudzołóstwa, chciwość, przewrotność, podstęp, wyuzdanie, zazdrość, obelgi, pycha, głupota. Całe to zło z wnętrza pochodzi i czyni człowieka nieczystym. Kto ma uszy do słuchania, niechaj słucha!”. (Mk 7,14-23)

W swoim orędziu na obchodzony wczoraj Światowy Dzień Chorego papież Franciszek napisał m. in: „Kiedy Syn Boży wstąpił na krzyż, zniszczył samotność cierpienia i oświecił jego ciemności. W ten sposób stajemy przed tajemnicą miłości Boga względem nas, która napełnia nas nadzieją i odwagą: nadzieją, ponieważ w Bożym planie miłości, także noc cierpienia otwiera się na światło paschalne; a odwagą, by stawiać czoło wszelkim przeciwnościom w Jego towarzystwie, zjednoczeni z Nim”.

To bardzo ważne słowa, które odnieść można nie tylko do fizycznego cierpienia, ale także do psychicznego czy duchowego, które choć czasem mniej widoczne jest wcale nie mniej dojmujące. Pomyślałem, że warto o tym wspomnieć w dzisiejszym wprowadzeniu do medytacji, gdyż dla każdego, kto medytuje już jakiś czas oczywistym jest fakt, że medytacja jest doświadczeniem, w którym czy chcemy czy nie w pewnym momencie musimy stanąć oko w oko z rzeczywistością tego, co ukryte jest w naszym wnętrzu, także w wymiarze krzyża jakim jest duchowe bądź psychiczne cierpienie jakie niesiemy (to mogą być nasze lęki, zranienia, kompleksy etc.)

Ale właśnie doświadczenie medytacji, czyli pewnego rodzaju przepchnięcia tego, co jest dla nas bolesnym doświadczeniem przez „filtr” wiary i miłości, w jakich medytacja nas zanurza sprawia, że odkrywamy iż jak pisze dalej papież we wspomnianym Orędziu: „Syn Boży, który stał się człowiekiem choć nie usunął z ludzkiego doświadczenia cierpienia, to przyjmując je w sobie, przekształcił je i przywrócił mu właściwym wymiar. Właściwy wymiar, ponieważ, nie ma już ono ostatniego słowa, bo w jedności z Chrystusem nasze bolesne doświadczenia z negatywnych mogą stać się pozytywnymi. Jezus jest drogą, i wspierani Jego Duchem możemy Go naśladować. Tak jak Ojciec dał Syna z miłości, a Syn oddał siebie z tej samej miłości, podobnie i my możemy miłować innych tak, jak Bóg nas umiłował, dając swoje życie za braci. Wiara w dobrego Boga staje się skutecznością, staje się siłą miłości potrafiąca pokonać wszystko, nie tylko cierpienie, ale nawet śmierć. Jest to siła prawdziwej wiary w Chrystusa gotowa nawet na całkowity dar z samego siebie”.

Dla mnie medytacja zawsze znaczyła nic innego jak uczenie się składania daru z mojego życia w ręce samego Boga. Kiedy powtarzam w niej wezwanie: „Jezu, ufam Tobie”, albo „Maranatha”, albo „Jezu Chryste, ulituj się nade mną” czy też „W Twoje ręce Panie powierzam ducha mego” to tak naprawdę wyrażam zgodę na to, aby w moim życiu w całej pełni realizowała się tylko wola Boża, bo wiem, na zasadzie zaufania Jego miłości, że powierzenie mego życia w całej pełni Jego woli jest najlepszym wyborem, jakiego mogę dokonać w życiu a co za tym idzie najlepszą drogą do uzdrowienia, czy przemiany mojego pełnego egoizmu wnętrza, po to, aby jak chce w Ewangelii Chrystus wychodziło z  niego jedynie to, co rodzi się z miłości a nie to, co czyni człowieka nieczystym.  A to, czy On zechce tę drogę przemiany przez doświadczenie cierpienia, krzyża, czy też inny sposób, to już nie moja sprawa, jeśli naprawdę moje życie złożyłem Mu w pełnym ufnego zawierzenia darze.  Oczywiście najlepszym wzorem takiej postawy dla nas jest Maryja, bacznie wsłuchująca się w głos Boga uczący jej pełnej czułości i wrażliwości miłości i zawierzenia i dobrze prosić Ja by będąc dla nas wzorem medytacji, która jest zasłuchaniem i otwarciem się na Boga w naszym życiu uczyła nas także składania z naszego życia daru dla Pana Boga a w konsekwencji także dla innych.

Czy pamiętamy do czego jesteśmy wezwani?

Co sobie mogli pomyśleć Apostołowie, gdy usłyszeli z ust Jezusa, że są solą ziemi, albo że są światłem w ciemnościach? Normalny człowiek by powiedział, że to dotyczy kogo innego, a nie ich, zwyczajnych ludzi. Ale Apostołowie te słowa potraktowali bardzo poważnie a napisali je w Ewangelii już po zesłaniu Ducha Świętego, po doświadczeniu mocy Zmartwychwstałego, który działał w nich i przez nich. Wtedy już nie czuli się słabi.

Nie wiem czy ktoś miał okazję zobaczyć solne skały, które ciągną się przez 10 kilometrów zachodniego wybrzeża Morza Martwego. Robią one na pielgrzymach wielkie wrażenie. Znajdują się w okolicy miejsca, zwanego po arabsku „Gebel Usdum”, co znaczy „Góra Sodomy”. Ustawiono je na pamiątkę wydarzeń opisanych w 19. rozdziale Księgi Rodzaju. Nazwa jednej ze skał, „Żona Lota”, nawiązuje do biblijnego opowiadania, w którym żona Lota obejrzała się i stała się słupem soli.

Symbolika soli w języku Biblii i tradycji Wschodu jest bardzo bogata. Przede wszystkim jest to sól nadaje smak i konserwuje, ale też jest symbolem przyjaźni, przymierza, solidarności. Na starożytnym Wschodzie zawierano tzw. „pakt soli”, który oznaczał nierozerwalne przymierze. U Ewangelisty Marka przytoczone zostały słowa Jezusa, zapraszającego uczniów do przyprawienia życia braterskiego solą miłości: „Dobra jest sól; lecz jeśli sól smak swój utraci, czymże ją przyprawicie? Miejcie sól w sobie…” – wzywa Chrystus swoich uczniów. (Mk 9,50).

Do czego więc jesteśmy wezwani?

Chrześcijanin ma być solą dla społeczności, w której żyje: ma zatem nadawać smak i zabezpieczać przed rozkładem, głupotą, zepsuciem (rozumianym w sensie moralnym). Ma to czynić siłą swojego wnętrza, stylem życia. Autentyczny chrześcijanin musi przede wszystkim chcieć, ale musi też mieć odwagę być innym niż ci, którzy nie znają Chrystusa i Jego Ewangelii. To przecież oznaczał chrzest: zrzucenie starego człowieka i przyobleczenie się w nowego. Dlatego tak bardzo trzeba nam troszczyć się o wrażliwość naszych sumień, bo istnieje realne niebezpieczeństwo zwietrzenia, zobojętnienia a przez to utraty własnej tożsamości a więc tego, co ma nas wyróżniać w świecie! Możemy zostać rozmyci! Czy może być coś gorszego w wymiarze duchowym niż nijakość!?

A wtedy pozostaje jedynie jakaś namiastka wiary: paciorek, tradycja, zwyczaj, wspomnienie, religijne gesty, które tak naprawdę do niczego nie przystają, gdy wnętrze jest puste. Gdy zanika życie z wiary człowiek przestaje być solą, traci smak! – to przed tym przestrzegał nas Chrystus? Co z tego, że wielu lubi się odwoływać do faktu, że 98% Polaków to ludzie ochrzczeni? Blisko 70% Europejczyków też! Czy to widać?  A postawa byle jakich chrześcijan staje się najlepszym usprawiedliwieniem dla tych, którzy do Chrystusa nie należą i którzy żyją tak, jakby Boga nie było!  Straszne jest zakończenie Chrystusa, który porównując nasze chrześcijaństwo do soli mówi, że jeśli jest rozmyte i zwietrzałe, „to na nic się już nie przyda, chyba na wyrzucenie i podeptanie przez ludzi”.

Podobnie jest z drugim poleceniem, jakie kieruje do nas Chrystus w dzisiejszej Ewangelii: „Niech świeci wasze światło przed ludźmi”. I wcale nie trzeba wiele, aby to światło świeciło.

Jesteśmy światłem, gdy w świecie przeżartym egoizmem potrafimy kierować się miłosierną miłością w zwykłych codziennych wyborach. Jesteśmy światłem również wtedy, gdy mówimy prawdę i walczymy o prawdę bez względu na to, ile nas to będzie kosztować. Jesteśmy światłem, kiedy dzielimy się z innymi radosnym pokojem i nadzieją, które czerpiemy z modlitwy i życia Słowem Bożym. Jestem światłem, kiedy podczas Mszy świętej walczę z rozproszeniami i bezmyślnym odmawianiem modlitw, starając się „być naprawdę obecnym” przed Bogiem.

Stajemy się światłem wówczas, gdy nasze codzienne życie przeniknięte jest wiarą do tego stopnia, że nasze wybory są wyborami samego Jezusa obecnego w nas. Jesteśmy światłem na tyle, na ile sami pozwalamy Jezusowi prowadzić się po drogach naszego życia i oświetlać je.

Wy jesteście solą dla ziemi. Wy jesteście światłem świata. – przypomina dziś Chrystus!

Pozostaje tylko jedno pytanie? Czy na pewno jesteśmy?