Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Warto wiedzieć o co prosić

Kilka słów tytułem wprowadzenia do dzisiejszej, kolejnej z cyklu sobotnich sesji medytacyjnych, które udaje nam się z Bożą i ludzką pomocą systematycznie organizować.

Król Salomon udał się do Gibeonu, aby tam złożyć ofiarę (…) W Gibeonie Pan ukazał się Salomonowi w nocy, we śnie. Wtedy rzekł Bóg: „Proś o to, co mam ci dać”.

A Salomon odrzekł: „Tyś okazywał Twemu słudze Dawidowi, memu ojcu, wielką łaskę, bo postępował wobec Ciebie szczerze, sprawiedliwie i w prostocie serca. Ponadto zachowałeś dla niego tę wielką łaskę, że dałeś mu syna, zasiadającego na jego tronie po dziś dzień. Teraz więc, o Panie Boże mój, Tyś ustanowił królem Twego sługę w miejsce Dawida, mego ojca, a ja jestem bardzo młody. Brak mi doświadczenia. Ponadto Twój sługa jest pośród Twego ludu, któryś wybrał, ludu mnogiego, który nie da się zliczyć ani też spisać z powodu jego mnóstwa. Racz więc dać Twemu słudze serce pełne rozsądku do sądzenia Twego ludu i rozróżniania dobra i zła, bo któż zdoła sądzić ten lud Twój tak znaczny?”

Spodobało się Panu, że właśnie o to Salomon poprosił. Bóg więc mu powiedział: „Ponieważ poprosiłeś o to, a nie poprosiłeś dla siebie o długie życie ani też o bogactwa i nie poprosiłeś o zgubę twoich nieprzyjaciół, ale prosiłeś dla siebie o umiejętność rozróżniania dobra i zła, więc spełniam twoje pragnienie i daję ci serce mądre i rozsądne, takie, że podobnego tobie przed tobą nie było i po tobie nie będzie. I choć nie prosiłeś, daję ci ponadto bogactwo i sławę, tak iż za twoich dni podobnego tobie nie będzie wśród królów”. (1Krl 3,4-13)

Daj mi serce słuchające – tak brzmi prośba Salomona, jaką skierował do Boga. Prośba ta bardzo spodobała się Bogu, bo nie tylko ją spełnił, ale ponadto dał mu inne dary. W ten sposób staje się ona wzorem dla naszej modlitwy. Warto się na niej nieco skupić.

Bóg pragnie nas obdarzać łaską i nią prawdziwie obdarza. Trzeba nam jednak na nią otworzyć. Medytacja jest doskonałą okazją do tego. Uczy nas wolności od skupiania się na swoich własnych oczekiwaniach i pragnieniach i otwarcia się na Boże prowadzenie. Ponadto medytacja, jaką praktykujemy, stara się wznieść się ponad nasze intelektualne władze, uwalniając nas w ten sposób od modlitwy, która zatrzymując się na definicjach, obraz czy pojedynczych rzeczach, uwalnia nas od myślenia dyskursywnego. Dopóki bowiem próbujemy ująć Boga pojęciowo dotykamy nie Jego samego, ale Jego wyobrażenie – nauczał o. Lassalle.  A św. Jan od Krzyża dodawał: Bowiem tylko wówczas, gdy zrezygnujemy z oparcia się w modlitwie na naszej świadomości i naszych intelektualnych władzach możemy dojść do bezpośredniego i osobistego spotkania z Bogiem.

Medytacja chrześcijańska wywodzi się wprost z nauczania Chrystusa. Jeżeli zajrzymy do Ewangelii św. Mateusza (rozdział 5 i 6), Jezus daje tam podstawowe wskazania dotyczące modlitwy. Mówi przede wszystkim o tym, że w modlitwie chodzi o wnętrze, o 'wejście do swojej izdebki’, a nie o zewnętrzną manifestację. Jezus mówi o potrzebie ufności, że Bóg zna nasze potrzeby zanim o cokolwiek poprosimy. Jezus nawołuje do prostoty, do nie używania zbyt wielu słów.

Najważniejszym elementem medytacji chrześcijańskiej jest otwarcie się na głębię obecności Boga w nas samych. W medytacji odchodzimy od skupienia się na sobie. Zaparcie się siebie, porzucenie egocentryzmu, do czego zachęca Jezus, to podstawa wszelkiej modlitwy i medytacji. W procesie medytacji przestawiamy centrum uwagi ze swojego ego na nasze prawdziwe ja, które jest ukryte w Bogu. Główną cechą medytacji chrześcijańskiej jest prostota, wejście w stan ewangelicznego dziecięctwa, kiedy przestajemy analizować siebie i roztrząsać gmatwaninę naszych myśli. W medytacji pozostawiamy na boku słowa i myśli.

Medytacja wprowadza nas w głęboką ciszę i skupienie, wymuszając w naturalny sposób konfrontację z prawdą o naszej znikomości i słabości. To samo wewnętrzne skupienie otwiera nas jednak również na Obecność Boga w nas, bo jesteśmy świątynią Bożej Obecności. Aby otworzyć się w medytacji na tę wyzwalającą i uszczęśliwiającą Obecność, nie musimy udawać, że jesteśmy kimś innym, niż jesteśmy naprawdę. W istocie, im mniej rozmyślania w czasie medytacji, tym mniej możliwości ukrycia się przed prawdą o nas w gąszczu naszych iluzji. Tym, co umożliwia dłuższe trwanie w głębokim skupieniu jest nieporuszona stabilna postawa ciała. A tym, co pomaga kroczyć ścieżkę medytacji jest połączenie tych właśnie elementów: wewnętrznego skupienia, zewnętrznego bezruchu, prostoty serca i umysłu i zasłuchania w Boga.

Żeby zacząć medytować,

wystarczy usiąść w nieruchomej i stabilnej pozycji z wyprostowanym kręgosłupem (na poduszce, stołku do medytacji lub krześle – w tym ostatnim wypadku nie opierajmy się o oparcie krzesła). Przymknij delikatnie oczy. Odpręż się, pozostając skoncentrowanym. Uświadom sobie, że jesteś w Obecności Żywego Boga, szczególnie obecnego w głębinach Twojego serca, które jest świątynią Bożej Obecności. Oddaj się z ufnością Bogu i powiedz mu, że pragniesz, aby Twoja medytacja była wyrazem Twojej miłości do Boga i otwarciem się na Jego uzdrawiającą i przemieniającą miłość. Następnie zacznij spokojnie, naturalnie i głęboko oddychać. Kiedy Twój oddech będzie już spokojny rozpocznij bezgłośnie, w sercu wypowiadać w rytm oddechu Słowo modlitwy. Niech to będzie Słowo lub Formuła Modlitewna, które w najpełniejszy sposób wyraża postawę Twojego serca wobec Boga. Może to być Słowo-Imię „Jezus”, albo „Abba” (co znaczy: „Ojcze” lub „Tato”), albo „Maranatha’ (co znaczy: „Przyjdz, Panie”). Może poczujesz, że bardziej odpowiadać Ci będzie dłuższa Formuła Modlitewna, np. „Jezu, ufam Tobie”, albo „Jezu, zmiłuj się nade mną”, albo jakieś inne słowa, zaczerpnięte z Pisma Świętego czy jeszcze bardziej indywidualne i osobiste. Kiedy już znajdziesz swoje Słowo modlitwy, bądź jej wierny. To bardzo ważne, aby to Słowo stało Ci się bardzo bliskie.  Z czasem doświadczysz, że będzie ono samo dźwięczało w Twoim sercu nie tylko podczas medytacji. W ten sposób będziesz mógł wejść w doświadczenie „modlitwy nieustającej”, do której wzywa Pan Jezus mówiąc, że trzeba się zawsze modlić i nigdy nie ustawać. Skupienie na Świętym Słowie modlitwy pomoże Ci skupić się na Bogu, a nie na sobie. Wówczas Twoja medytacja stanie się bezinteresownym gestem miłości do Boga. Kiedy pojawią się rozproszenia, po prostu powracaj do recytacji Słowa. W czasie medytacji nie oceniaj tego, czy medytujesz dobrze i nie. Ciesz się chwilą, w której Bóg jest Obecny w świętym TERAZ i pragnie dzielić się TERAZ z Tobą swoją miłością.

 

Na końcu z całego serca dziękuję wszystkim, którzy swoim zaangażowaniem przyczyniają się do tego, że nasze medytacje mogą się spokojnie odbywać. Nie tylko te sobotnie :-) BÓG ZAPŁAĆ!!!

Razem choć indywidualnie

Dzisiaj z racji wyjazdu Sióstr i Braci ze Wspólnot Jerozolimskich na rekolekcje i zamknięcia kościoła, gdzie co tydzień medytujemy i jak wspomniała w przesłanym e-mailu Monika dzisiaj wyjątkowo „medytujemy wtedy w domu ;)”. Zachęcam gorąco, jeśli się uda, aby spróbować pomimo fizycznego „oddzielenia” usiąść razem (w swoich domach) o tej samej porze, co zwykle, czyli o godz. 19.30 na półgodzinną medytację. Ta „wspólna” godzina może stanowić pewnego rodzaju wyzwanie, ale może okazać się bardzo jednoczącym doświadczeniem. Pisząc te słowa chcę się odwołać do pewnego doświadczenia, jakie stało się moim udziałem w okresie studiów w Krakowie, gdzie stworzyliśmy wraz z kilkorgiem innych studentów grupę medytacyjną, która odwoływała się do nauki medytacji zaproponowanej przez znanego niemieckiego jezuitę o. Johannesa B. Lotza. Umówiliśmy się, że poza cotygodniowymi spotkaniami, gdy medytowaliśmy razem w jednym z krakowskich mieszkań, będziemy starali się siadać do osobistej medytacji każdego dnia o jednej porze (wtedy była to godz. 20.30). Oczywiście nie zawsze wszystkim się to udawało, ale doświadczenie to pokazało, jak ważną w praktyce medytacji może być świadomość, że pomimo fizycznego oddzielenia medytujemy jednak wspólnie. Ta duchowa łączność w doświadczeniu medytacji dla mnie ma od zawsze odgrywa istotną rolę.  Pokazuje ona, że bardzo głęboko można przeżywać więź ze wspólnotą medytujących także wówczas, gdy nie możemy na medytacji spotykać się razem. Oczywiście, patrząc w szerszym kontekście można śmiało zaryzykować stwierdzenie, że ze względu na wielość osób medytujących na świecie zawsze, gdy siadamy do medytacji w odosobnieniu lub bez niego włączamy się w ogromną rzeszę medytujących w tym samym czasie na rożnych krańcach świata. Wspominając jednak o tym krakowskim doświadczeniu odwołuje się do konkretnej wspólnoty osób, które właśnie z tego powodu, że są mi znane bardzo osobiście i o których wiem, że siadają do medytacji właśnie o tej samej porze, co ja tworzą zupełnie inną jakość wspólnoty a przez to inną (bliższą i bardziej osobistą) jakość doświadczenia. Mam głębokie przekonanie, że ta świadomość „wspólnego” medytowania o jednej porze daje ogromną sile i motywacje do tej modlitwy zwłaszcza w chwilach kryzysów, czy innych trudności, które mogłyby zagrozić systematyczności naszej praktyki.

Odwołuję się tutaj do tego, co napisałem w innym miejscu w moim osobistym świadectwie o medytacji:

„Choć praktyka medytacji prowadzi nas ku pogłębieniu naszej relacji z Bogiem prostą drogą, to nie znaczy, że jest to droga łatwa. Właśnie dlatego tak ważna jest obecność grupy, która wspiera osobistą praktykę, mobilizuje do niej i staje się miejscem dzielenia się duchowym doświadczeniem, co ważne jest zwłaszcza wówczas, gdy pojawiają się trudności czy kryzysy na drodze duchowej. A te przecież zawsze kiedyś przyjdą. Wspólnotę osób medytujących trzeba rozumieć nie tylko w sensie fizycznym – możemy się spotkać, razem modlić i dzielić doświadczeniem, ale w również w wymiarze duchowym – jestem we wspólnocie i jestem z nią zjednoczony duchowo także wówczas, kiedy medytuję sam w swoim domu. Świadomość, że kiedy siadamy do medytacji nigdy nie jesteśmy sami, jest bardzo ważna. Medytacja uczy odkrywania istotnego transcendentnego wymiaru tej praktyki. Uczy, że kiedykolwiek i gdziekolwiek medytuję, to zawsze jestem we wspólnocie. Jest to wspólnota modlitwy, wspólnota praktyki, a przede wszystkim wspólnota miłości jednoczona mocą samego Boga, w którym żyjemy, poruszamy się i jesteśmy i w łączność z którym zanurza nas doświadczenie medytacji.”

Ufam zatem, że pomimo dzisiejszej nieobecności na Łazienkowskiej uda nam się jednak „spotkać” razem na medytacji

Sens ofiarowania

Prawo Mojżeszowe nakazywało, aby czterdzieści dni po narodzinach pierwszego syna rodzice udali się do świątyni, w celu ofiarowania go Panu.

Tak też postąpili Józef i Maryja. Ofiarowanie pierworodnego dziecka Panu nawiązywało do ocalenia pierworodnych synów Izraelitów w Egipcie. Ewangelie przykładają do tego wydarzenia wielką wagę, ponieważ łączyło się ono z ważnym objawieniem dotyczącym osoby Chrystusa, jakie dokonało się za sprawą świadectwa Symeona, który nazywa to maleńkie dziecko : światłością ludzi, chwałą Izraela i znakiem sprzeciwu.

Dzisiejsze święto domaga się od nas zatrzymania się nad kilkoma aspektami, jakie ono ze sobą przynosi. Pierwszym jest bez wątpienia gest ofiarowania.  Ofiarowanie dziecka, czy dzieci Bogu, jakie dokonuje się za każdym razem, gdy przeżywamy chrzest jest zawsze początkiem drogi podczas której owo zawierzenie dziecka Bogu przez rodziców ma pomagać mu wzrastać w mądrości i łasce, a więc nie tylko intelektualnie, ale i duchowo. Zapytajmy co znaczy ten gest ofiarowania dziecka Bogu? Przede wszystkim świadomość, że dziecko jest najpierw darem Boga, a potem dopiero jego rodziców, mamy i taty. To ważna uwaga, zwłaszcza w naszych czasach, kiedy na dziecko patrzy się bardzo egoistycznie jak na kogoś, do kogo mają prawo tylko rodzice. Nie zapominajmy jako ludzie wierzący, że prokreacja oznacza współpracę z Bogiem, który jest jedynym źródłem życia.

Warto jednak pamiętać o tym, że nie wystarczy tylko raz jeden ofiarować Bogu własnego dziecka na początku życia. Trzeba je wychowywać w wierze a więc w jakimś sensie nieustannie zawierzać. Rodzice są pierwszymi świadkami wiary i dobrze, jeśli posiadają tę świadomość i starają się dziecku w sposób prosty i jasny tłumaczyć prawdy wiary a zwłaszcza, gdy potrafią jej wartość pokazać dziecku własnym życiem. W całokształcie rozwoju człowieka od najmłodszych lat ta sfera życia duchowego, jest potrzebna, wręcz konieczna, bo bez niej łatwo się zagubić w świecie, czego przykładów nie trzeba daleko szukać!

W święto Ofiarowania Pańskiego przynosimy do kościoła świece – gromnice, które potem zanosimy do naszych domów. To nawiązanie do świadectwa Symeona, że Chrystus jest światłością świata. Ta świeca niesie także bardzo ważne przesłanie dla nas.

Dla chrześcijanina tym światłem jest przede wszystkim wiara, którą wraz z chrztem otrzymuje w zalążku. Później jednak  zapalają się na drodze naszego życia inne światła  – mam tu na myśli wartości, które niejednokrotnie mogą rodzić w duszy człowieka pewne zamieszanie. Dlatego dzisiaj wpatrując się w płomień tej świecy warto zadać sobie pytanie: Czy moja wiara jest jak światło – oświecające drogę mnie samemu, ale także i innym przez dar mojego świadectwa wiary i czy przypadkiem przez lata fakt, że postawiłem w życiu na inne wartości nie sprawił, że ta wiara zbladła i osłabła i nie płonie już tak wyrazistym płomieniem jak dawniej?

I jeszcze jedna bardzo ważna myśl, nad którą warto się zatrzymać w dniu Ofiarowania Pańskiego. Ten dzień bł. Jan Paweł II uczynił dniem życia konsekrowanego. Dniem, kiedy szczególnie wspominamy osoby konsekrowane, czyli te, które swoje życie poświęciły bez reszty Bogu. Czy potrafimy doceniać tych, spośród nich, których Pan Bóg postawił na naszej drodze? Nie stawiam tego pytania dlatego, że sam jestem osobą konsekrowaną, ale dlatego, że wiem ile takim osobom sam zawdzięczam. Nie było by mojego życia wiary, nie byłoby mojego powołania a następnie kapłaństwa, gdyby nie świadectwo tych właśnie osób. I nie mam na myśli tylko niezwykłych kapłanów, których Bóg postawił na drodze mojego życia, jako świadków wiary, ale także tych, których na co dzień nie widać, którzy zamknięci na całe życie za klauzurą klasztorów kontemplacyjnych modlą się za nas. Ja sam czuję na każdym kroku moc tej modlitwy, choć tak naprawdę o tym, jak wiele takim czasem bezimiennym ludziom modlitwy zawdzięczamy przekonamy się dopiero po tamtej stronie życia.

Dzisiaj sięgając do nieco osobistego wymiaru mojego życia chcę powiedzieć Wam, Drodzy moi, jak bardzo tej Waszej modlitwy nam kapłanom, czy też osobom zakonnym potrzeba. Dzisiaj słyszy się wiele słów krytyki pod adresem kapłanów i może nierzadko słusznej, bo przecież winniśmy być tymi, którzy świecą przykładem. Ale osoby konsekrowane, to przecież nikt inny, jak jedni z nas. Wśród nas się wychowują, wśród nas wzrastają, z naszego zachowania czerpią wzorce, więc jeśli chcemy spotykać na swojej drodze świętych ludzi, którym w Kościele przypada szczególna rola całkowitego oddani się na służbę Chrystusowi i ludziom, to módlmy się za nich! Dlatego na końcu tego rozważania pragnę podziękować w imieniu własnym oraz innych kapłanów i osób zakonnych za Waszą modlitwę. Doświadczamy nieustannie płynącej z niej mocy, ale pozwolę sobie także z wielką pokorą prosić za błogosławionym Janem Pawłem II byście w tej modlitwie – tak bardzo nam potrzebnej – nigdy nie ustawali, tak za naszego życia jak i po śmierci. Ja zaś ze swojej strony mogę zapewnić, że wszystkich Was bez wyjątku –  i tych znanych i tych nieznanych, z którymi dane jest mi się spotkać jedynie za pośrednictwem tego bloga – noszę w sercu i zawierzam Chrystusowi w każdej sprawowanej przeze mnie Eucharystii.

Medytacja – odpowiedź na wezwanie Chrystusa

Z Ewangelii według św. Marka (Mk 3, 31-35)

Nadeszła Matka Jezusa i bracia i stojąc na dworze, posłali po Niego, aby Go przywołać. Właśnie tłum ludzi siedział wokół Niego, gdy Mu powiedzieli: «Oto Twoja Matka i bracia na dworze pytają się o Ciebie.

Odpowiedział im: «Któż jest moją matką i którzy są braćmi?» I spoglądając na siedzących dokoła Niego rzekł: «Oto moja matka i moi bracia. Bo kto słucha słowa Bożego i wypełnia je, ten Mi jest bratem, siostrą i matką».

Chrystus wykorzystuje każdą nadarzającą się okazję, żeby nauczać o rzeczywistości nowego Królestwa, które przynosi. Korzystając z obecności najbliższych, którzy chcą się z Nim spotkać rozszerza pojęcie bliskich mu osób i krewnych do wszystkich tych, którzy w swoim życiu pragną jak najlepiej wypełniać wolę Bożą. Byśmy jednak mogli to czynić i stawać się świadkami wiary, potrzeba, abyśmy pozwolili najpierw, aby zaszczepił w naszych sercach to, co jest źródłem tej woli i wiary – Słowo i przychodząca wraz z nim laskę.

Medytacja staje się pierwszą odpowiedzią na zachętę Chrystusa, którą słyszymy w tych dniach w Ewangelii, skupiającej się właśnie na Słowie Bożym i owocach, jakie może ono przynosić w naszym życiu. Z wsłuchiwaniem się w to słowo Chrystus bezpośrednio wiąże konkretne owoce wiary i łaski, jakie będą widoczne w naszym życiu. Jednak zawsze pierwsze wezwanie, jakie jest stawiane przed ludźmi wary od czasów Starego Testamentu brzmi – Słuchaj!

Kiedy Ewangelia dzisiejsza wspomina o Maryi warto uświadomić sobie, że to właśnie jej postawa jest dla nas wzorem zarówno dla wsłuchiwania się w Słowo Boże jak i dyspozycyjności wobec tego słowa. Pamiętamy Jej pełną pokory odpowiedź na posłannictwo Archanioła: „Oto ja służebnica Pańska, niech mi się stanie według Twego słowa!”. Jest to najlepsza odpowiedź, jakiej człowiek może udzielić na miłość Boga. Na podobieństwo Maryi, uczymy się „przechowywać” nasze słowo w sercu. Kiedy przechowujesz je w swoim sercu, to uleczy ono wszystkie wspomnienia i otworzy je na Boga. Stając przed Bogiem musimy starać się jak najpełniej otworzyć na Boża łaskę, aby mogła nas ona wypełnić tą wyjątkową obfitością i bogactwem królestwa Bożego – w prostocie, w duchu ubóstwa i posłuszeństwa, otwierając na podobieństwo serca Maryi nasze serca na Słowo Boga.

Do kogo dzisiaj przyszedłby Syn Boży?

Jezus idzie nad Jezioro Galilejskie, by powołać uczniów i rozpocząć działalność publiczną. Wybiera prostych rybaków. Czytając tekst dzisiejszej Ewangelii zastanawiałem się: Do kogo dzisiaj przyszedłby Syn Boży? Może do dziennikarzy, żeby news o Dobrej Nowinie szybko się rozszedł? Chociaż nie, bo media lubią karmić się raczej złymi niż dobrymi wiadomościami.

Poszedłby może tam, gdzie by się Go najmniej spodziewano: tam, gdzie nie przestrzega się zbytnio norm moralnych? W końcu jak sam lubił przypominać: Nie przyszedł do zdrowych, dobrych, postępujących moralnie, lecz do tych, którzy się źle mają…

Czy dzisiaj znalazłoby się Dwunastu? Czy mieliby odwagę słuchać i iść za Nim? Pewnie tak, bo niejednokrotnie słyszeliśmy jak liderom współczesnych sekt łatwo było powołać swoich wyznawców i zmusić do porzucenia wszystkiego i pójścia z ich nauką.

Jednak Chrystus nie potrzebuje dzisiaj powoływać dwunastu uczniów! Ma ich przecież we współczesnym świecie miliony. Blisko dwa miliardy chrześcijan. Dlaczego zatem nasze świadectwo nie oddziałuje równie mocno na świat, jak oddziaływało świadectwo pierwszych chrześcijan?  Myślę, że dzisiaj brakuje nam zarówno radykalizmu i determinacji w naszych codziennych wyborach, jak i odwagi pokazania tego, że kierujemy się innymi zasadami, niż świat. Rzadko słyszymy stwierdzenie typu: „idę na Mszę”, „nie pójdę na imprezę, bo np. jest Wielki Post”, „nie zjem tego kawałka mięsa, bo jest piątek”. Wcale nie chodzi o rzeczy wielkie! Nie chodzi o to, aby stanąć na rynku i krzyknąć: „Dzisiaj przyszedł do mnie Jezus”. Chodzi o to, aby być wiernym w małych rzeczach. To przecież na nie Chrystus zwracał uwagę wzywając do wierności i przemiany życia.

Bardzo znane zdanie z Ewangelii, które dziś słyszymy i które często powtarza się niejednokrotnie na rekolekcjach brzmi: „Nawracajcie się”. Jest to wezwanie, które często budzi w ludziach poczucie dużej bezradności, ponieważ my wiemy od dawna, że powinniśmy się nawrócić, natomiast jakoś nie bardzo znajdujemy na to siły a i strach przed tym, co będzie jak przemienimy nasze życie tak gruntownie, jak tego chce Chrystus, również potrafi nas paraliżować. Dlatego to zdanie: nawracajcie się – trzeba koniecznie dopełnić drugą częścią i powiedzieć je w całości tak jak je powiedział Jezus. Ono brzmi w taki sposób: „Nawracajcie się, bo bliskie jest Królestwo Niebieskie”. Proszę zauważyć, że sens tych słów nie jest wcale taki: nawróć się człowieku, teraz weź się do roboty nad sobą, wyzbądź się wszystkich grzechów, ponieważ już niedługo możesz umrzeć, będzie Sąd, i możesz zostać potępiony. Słowa Jezusa, który mówi do konkretnych ludzi przy Nim obecnych należałoby wypowiedzieć w taki sposób: Ja jestem blisko, przyjdź do Mnie ze swoimi grzechami; Ja jestem blisko, bo to Ja jestem Królestwem, to we Mnie ono przychodzi. Tylko we Mnie możesz odnaleźć prawdziwą wolność i sens swojego życia…

Naprawdę wyzbądźmy się takiej bardzo niepoważnej wizji, że my najpierw uporządkujemy nasze życie, a potem właśnie w Niebie będzie nam odpłacone za to, żeśmy naprawdę duchowo się naharowali.

Dzisiaj, u progu swojej działalności Jezus mówi do każdego z nas: To Ja jestem twoją siłą, to we Mnie masz szukać oparcia; Ja będę Cię wspierał, bo beze Mnie nic uczynić nie możecie. Beze mnie nie ma prawdziwego nawrócenia. Prawdziwe nawrócenie to nic innego, jak pozwolić się na wzór tych młodych mężczyzn znad Jeziora Galilejskiego zaprosić do pójścia za Nim, po to żeby być szczęśliwym, po to żeby w Chrystusie i Jego nauce odnaleźć najgłębszą radość i sens swojego życia. Tylko wówczas nasze zwykłe, codzienne wybory motywowane Jego nauką będą naturalne, spontaniczne a przez to przekonujące dla tych, wobec których dzisiaj mamy być świadkami tej wiary, którą żyjemy.