Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Prezent od Pana Boga

I tak oto, po długich oczekiwaniach, spekulacjach, modlitwach Pan Bóg wybrał dwóch zacnych mężów spośród grona kapłanów naszej archidiecezji do posługi biskupa. Obu znam, obaj są mi bliscy, obu przyjmuje z radością i wdzięcznością jako prawdziwy dar od Pana Boga, zwłaszcza, że w jednym z nich mam oddanego przyjaciela.

rafal_markowskiKs. Rafał Markowski, bo to o nim mowa obecnie pełniący funkcję rzecznika prasowego archidiecezji jest religioznawcą, przez długi czas dane mi było współpracować z nim w ramach Komisji d. s. Dialogu Międzyreligijnego Konferencji Episkopatu Polski i na uczelni, wcześniej twórca i i długoletni dyrektor katolickiego radia Józef a jeszcze wcześniej najukochańszy prefekt alumnów w seminarium duchownym w czasach, gdy sam byłem klerykiem. Pod jego kierunkiem napisałem swoją pracę pseudonaukową na temat buddyzmu tybetańskiego. Człowiek ogromnego ciepła i wielkiego serca oraz dużego poczucia humoru. Jego złoty śmiech, który rozlegał na seminaryjnych korytarzach na długo poprzedzał pojawienie się jego uśmiechniętej twarzy. Dal mniej wtajemniczonych dodam, że jest rodzonym bratem Grzegorza Markowskiego lidera zespołu „Perfekt”. Kiedy Rafał odchodził do seminarium powstał na tę okazje jeden z najbardziej znanych i lubianych utworów zespołu. Teraz pewnie znowu Grzegorz będzie musiał coś ułożyć. Jest po demu doskonała okazja:-)

Cóż mogę dodać? Wraz z ogłoszeniem nominacji biskupiej Rafała spełniło się jedno z moich marzeń, gdyż uważałem, że właśnie on przez swoje oddanie kościołowi w archidiecezji najbardziej zasługiwał na tę nominację. A zatem raz jeszcze potwierdza się stwierdzenie św. Pawła z Listu do Rzymian, że „nadzieja zawieść nie może”. Dzisiaj mogę z wdzięcznością serca powiedzieć za św. Janem Chrzcicielem że „moja radość doszła do szczytu” [por J 3,30]

ks_jozef_gorzynski_3

Ks. Józef Górzyński, to drugi z nominowanych biskupów pomocniczych archidiecezji warszawskiej. Także bliski memu sercu, gdyż przez kilka lat i on był prefektem w seminarium za czasów mojej w nim bytności. Z wykształcenia liturgista, doskonały praktyk  i bardzo dobry wykładowca rozmiłowany w liturgii, któremu w tym względzie wiele zawdzięczam,  umiejący przekazać w ciekawy sposób jej arkana. Wcześniej lubiany proboszcz, więc z pewnością od dzisiaj parafia na Wrzecionie przeżywa swoja fiestę. W ostatnim czasie pełnił funkcję Moderatora Wydziałów Duszpasterskich w naszej Kurii. To również człowiek wielkiego poczucia humoru, radości i spokoju.

Polecam obu biskupów nominatów modlitwie Drogich Czytelników bloga. Konsekracja biskupia będzie miała miejsce w Archikatedrze św. Jana Chrzciciela 7 grudnia b.r. 

Inne podejście Boga

W historii Zacheusza wielu z nas mogłoby znaleźć dla siebie obfite źródło nadziei i duchowej inspiracji. Albowiem jesteśmy chyba do niego trochę podobni. No, może nie aż do tego stopnia, żebyśmy zaraz byli kolaborantami, zdrajcami czy oszustami na wielką skalę, jak Zacheusz. Ale czy nasze życie i tak nie pozostawia wiele do życzenia, gdyby odnieść je do miernika, jakim jest Ewangelia? Zapewne i nam niejednokrotnie udało się kogoś skrzywdzić w ten lub inny sposób… I na pewno nie jeden raz zboczyliśmy z właściwej drogi. Zresztą nie chodzi o to, żeby się licytować z Zacheuszem w wykroczeniach; raczej skoncentrujmy uwagę, żeby go naśladować w nawróceniu.

Nawrócenie to zaczęło się od tego, że Zachceusz usłyszał o Jezusie: Ten, który głosił wspaniałe nauki, który nie wstydził się zasiadać z celnikami przy jednym stole, który cudownie uzdrawiał i miał u wszystkich autorytet i szacunek, miał dziś ponoć przechodzić przez Jerycho. Jak wspaniale byłoby Go zobaczyć!

Ale szanse na to Zachceusz miał nikłe. Bał się tłumu. Wszyscy nim gardzili i darzyli nienawiścią, a mieli za co. Przecież wysługiwał się okupantom, zdzierał pieniądze od swoich współziomków, by oddawać je obcym, zagarniając przy tym sporą dolę dla siebie. Był bez skrupułów, więc szybko zbił spory majątek. Ale co z tego, skoro nie mógł za niego kupić ludzkiego szacunku. A na dodatek jego niski wzrost stanowił doskonały pretekst do drwin. Wobec tłumu Zacheusz był bezsilny. I dlatego go unikał.

Ale tym razem za wszelką cenę chciał zobaczyć Jezusa i postawił wszystko na jedną kartę. Po kryjomu wspiął się na drzewo, by zobaczyć Jezusa. Bardzo możliwe, że ludzie też go zobaczyli. Natychmiast wybuchł jeden gromki śmiech. Pokazywali go sobie palcami, głośno i złośliwie komentowali, mając nadzieję, że Jezus utrze teraz nosa temu zdrajcy!

Ale Jezus nie uległ zbiorowej kpinie, nie pozwolił sobie narzucić cudzej opinii. Zamiast potępiających słów, odezwał się ciepło: Zacheuszu! Chciałbym wstąpić do ciebie. To jakby grom z jasnego nieba. Wszystkich poraziło. Do Zacheusza? Do tego sprzedawczyka? Chyba coś się Jezusowi pomyliło! A jednak nie. Tylko Jezus potrafił przełamać mur nienawiści i uprzedzeń wobec Zacheusza. Potrafił spojrzeć na niego inaczej i dostrzec coś, czego inni nie dostrzegali, czego nie widział także sam Zacheusz – pragnienia dobra i poprawy, kryjące się w jego sercu.

Jak łatwo jest kogoś osądzić, zaocznie skazać. Czy sami tego często nie robimy? Czy nie powtarzamy często plotek na czyjś temat, ot tak, przy zdawało by się niewinnej rozmowie, ulegając w ten sposób opinii większości i powiększając istniejący stereotyp na czyjś temat?

Podejście jednak Boga jest inne. Jego nie interesują opinie ludzkie ani układy, lecz ludzkie serce. Czy jako uczniowie Jezusa nie powinniśmy być do Niego podobni w patrzeniu na człowieka? Każdy odpowie: Bez wątpienia! A teraz zapytajmy siebie: czy jesteśmy podobni?

W każdym człowieku kryje się gdzieś to pragnienie, które było obecne w Zacheuszu, by zmienić swoje życie, ale nieraz brakuje „katalizatora”, który by je uaktywnił. Nieraz ludzka postawa zabija skutecznie to pragnienie. A takim katalizatorem, pomagającym człowiekowi się zmienić jest ludzka akceptacja i zaufanie. To zmieniło Zacheusza o wiele skuteczniej niż wszystkie napomnienia, potępienia i groźby. Wreszcie ktoś mu zaufał! Więc nie jestem jeszcze przegrany, mogę zacząć od nowa!

I zaczął. Prawdopodobnie tego wieczora Zachceusz stracił prawie cały swój majątek. Połowę rozdał, a po drugą połowę już stała długa kolejka pokrzywdzonych, chętnych powetować sobie dotychczasowe straty. Ale dla Zacheusza to się nie liczyło. Najważniejsze, że odzyskał szacunek do siebie samego. Za to warto zapłacić nawet wysoką cenę. A wszystko to za sprawą Jezusa, którego Zachceusz chciał tylko zobaczyć.

Czyż nie jest to jakieś wezwanie także i dla nas? Czy i nam nie przydałoby się takie wyzwalające spotkanie z Jezusem? Czy i w naszym życiu nie trzeba by czegoś zmienić?

Jezus przychodzi do nas w każdej Mszy świętej, ale żeby zmiana mogła się rzeczywiście dokonać, potrzeba jeszcze Zacheuszowej otwartości serca, gotowej odpowiedzieć na miłość Jezusa. Czy mi jej nie brakuje???

To jedna sprawa! A druga, to konieczność nauczenia się od Jezusa stosunku do innych. Zwłaszcza tych, którzy błądzą. Jezus chce, abym to ja – chrześcijanin – Jego naśladowca, potrafił zając wobec innych postawę akceptującej miłości, która pozwoli im może wrócić z błędnej drogi i uwierzyć, że jest jeszcze Miłość, która ma moc ich ocalić.

Ale czy jestem takim świadkiem, który w swoim postępowaniu odbija się dobroć Mistrza?

Cokolwiek uczyniliście jednemu z braci najmniejszych …

Może kiedyś – na Sądzie Jezus zapyta: Ile osób dzięki mojej postawie miało szansę wrócić do Niego, bo spotkało się z naszej strony z miłością, w którą zwątpili?

 

Cokolwiek uczyniliście innym…

Nauka Jezusa jest przejrzysta: utożsamia się On z bliźnim. Tylko ci, którzy chcą się dyspensować od miłości względem innych, szukają różnych pobocznych znaczeń tego ewangelicznego nauczania, różnych wymówek…
Będziemy sądzeni z miłości, a raczej: będziemy sami siebie sądzili, stojąc wobec jedynej i ostatecznej Prawdy, Jezusa Chrystusa. Może warto przypomnieć sobie o tym przynajmniej ten jeden raz w roku, gdy wspominamy tych, którzy poprzedzili nas w pielgrzymce życia i nic już zmienić w nim nie mogą. Dlatego warto coś zmieniać póki jest czas. Póki trwa to, co życiem się nazywa. Kiedy podzielimy już los tych, których dzisiaj wspominamy nie będzie wtedy możliwości usprawiedliwienia od zaniedbanych aktów miłości, którą mamy szansę praktykować każdego dnia. Wszak ta prawdziwa miłość składa się z drobiazgów, choć drobiazgiem nie jest. Także dzisiaj nie brakuje przecież tych wspomnianych przez Chrystusa: głodnych, nagich, spragnionych, przybyszów, więźniów, chorych, do których można by dodać jeszcze tych potrzebujących naszego czasu, uwagi, czekających na dobre słowo, wykluczonych, znieważonych słowem czy skazanych na śmierć (na różne sposoby), którzy sami sobie nie mogą pomóc. 

Z każdym dobrym czynem ofiarowanym w sposób bezinteresowny drugiemu spływa na nas błogosławieństwo Boga i przyszła nagroda, która przerasta nasze oczekiwania. Czy to mało?…

Dla tych, którzy nie wierzą: zapewne tak. Dla wierzących w Jezusa to próba prawdziwości ich wiary, która bez uczynków jest martwa.

Nauka Jezusa jest przejrzysta a droga prosta… Tylko trzeba umieć dostrzegać wkoło siebie innych ludzi. Nie tylko tych przydatnych dla mnie. A niestety zdarza się dość często, że nasz własny egoizm przysłania nam tak wiele z tego, co dla nas jako dla ludzi wiary powinno być dostrzegalne i oczywiste
Może już pora odsłonić zasłony w oknach naszych oczu i serc? Póki jeszcze możemy coś zmienić…

Tam, gdzie rodzi się świętość

Miłość zawsze pragnie szczęścia dla innych. Bóg, który jest Miłością pragnie go dla wszystkich ludzi. Dlatego wskazuje drogę; skuteczny program do osiągnięcia szczęścia, i to nie tylko tego wiecznego, lecz i tego tutaj, na ziemi. Program prosty i zarazem bardzo trudny. Co nie znaczy, iż niemożliwy do realizacji. Dowodem jego skuteczności jest niezliczona rzesza ludzi świętych, którzy na serio wzięli sobie do serca Boży plan świętości człowieka oraz wcielili go w życie. 
Świętość rodzi się w zasłuchaniu  w głos Pana. Aby usłyszeć, trzeba się przybliżyć do mówiącego. Być blisko Jezusa, w milczeniu i pokorze słuchającego serca. Błogosławieni… szczęśliwi, rozradowani, zaspokojeni w swoich pragnieniach. By odczuć to w swoim życiu należy wkroczyć na drogę do świętości wskazaną przez Chrystusa. Warto. Bo przecież każdy pragnie być prawdziwie i to szczęśliwy naprawdę, do końca.

Drogę do tego szczęścia już znamy. Pozostaje pytanie czy podążamy tą drogą? Bo jeśli nie ta wiedza może stać się naszym przekleństwem i ostatecznie naszym oskarżycielem przed Bogiem.

Błogosławieni ubodzy w duchu

Coraz więcej ostatnio mówi się i pisze o doświadczeniu medytacji. Nie wolno nam jednak zapomnieć o tym, że medytacja to przede wszystkim droga prostoty. Niekiedy jest tak, że słowa potrafią jedynie zaciemnić jej rzeczywistą wartość. Każdy, kto praktykuje medytację od jakiegoś czasu doskonale wie, że słowa nigdy w pełni nie oddadzą tego, co jest wyrazem osobistego doświadczenia. Zawsze będą zbyt ubogie, aby wypowiedzieć to, czym w rzeczywistości medytacja jest. Jedną z przyczyn takiego stanu rzeczy jest to, że w doświadczeniu medytacji dotykamy TAJEMNICY.

Ojciec Jan Kasjan w swoim nauczaniu dotyczącym modlitwy monologicznej podkreślał zawsze to, że jej celem jest prostota. Medytacja chce być odpowiedzią człowieka modlitwy na zaproszenie Chrystusa wyrażone w jednym z ewangelicznych błogosławieństw: „Błogosławieni ubodzy w duchu, albowiem do nich należy królestwo niebieskie”. [Mt 5,3]

Współczesne zainteresowanie modlitwą medytacyjną wynika zapewne także z tego, że wiele osób praktykując modlitwę, która można by określić jako modlitwę człowieka bogatego tj. opartą na intelekcie, zdolnościach czy fałszywym obrazie Boga wcześniej czy później zostaje rozczarowana w swoich oczekiwaniach. Nie odważę się powiedzieć, że szukają oni Boga tam, gdzie Go nie ma, ale możliwe jest to, że poprzez fakt, że komplikują swoją modlitwę skutecznie zagłuszają to, co Bóg chce im powiedzieć.  Jednym z duchowych niebezpieczeństw dla chrześcijanina przełomu XX i XX – przed którym przestrzegają mistrzowie życia duchowego – jest to, że nierzadko myli on głos swojego ego rozbrzmiewający w jego podświadomości i sercu z głosem Boga. Jednak aby usłyszeć głos Boga musimy zamilknąć. Musimy zawalczyć o ciszę zarówno te zewnętrzną jak i tę wewnętrzną.

Mówiąc „modlitwa prostoty” nie oznacza wcale, że jest to modlitwa łatwa. Zwłaszcza nie będzie ona taką dla tych, którzy zostali ukształtowani w cywilizacji zachodniej, w której większym respektem cieszy się to, co trudne, skomplikowane, zaawansowane, co wymaga od nas większego wysiłku intelektualnego.  Takim osobom niejednokrotnie trudno pozostać w milczeniu i odkryć, że właśnie w ich nie-działaniu można dotknąć tajemnicy Boga i zejść ku korzeniom naszej własnej istoty.

To właśnie przez swoją prostotę doświadczenie medytacji może stać się drogą prowadzącą ze świata iluzji, w jakiej ciągle żyje wiele osób, także chrześcijan do świata prawdy o Bogu i o sobie.  Jednak na samym starcie muszę uznać, że prawdę tę może mi objawić jedynie ten, który jest Drogą, Prawda i Życiem [por. J 14,6] i że nie potrafię dojść do niej opierając się na swoich własnych możliwościach.  Owo odkrywanie prawdy z kolei prowadzi dalej ku rzeczywistemu wyzwoleniu, bo jedynie prawda nas wyzwala. Nie zawsze jest to taka prawda jaką chcemy odkryć, czy jaką sobie wymyśliliśmy, ale nawet gdy doświadczenie modlitwy wewnętrznej prowadzi nas przez odkrywanie trudnej prawdy to potrafimy ja przyjąć i udźwignąć właśnie dzięki temu, że modlitwa ta osadza nas bezpiecznie w Tym, który jest Miłością.

Medytacja jest zaproszeniem skierowanym do każdej i każdego z nas, aby wejść na drogę światła, doświadczenia Bożej miłości i pełni życia jaką znajdujemy jedynie w Chrystusie. Ale aby mógł On nas poprowadzić tą drogą potrzebuje naszej otwartości, zgody na prostotę, która w rzeczywistości jest zgodą na to, aby to On działał, podczas gdy my poddajemy się z ufnością temu działaniu i wreszcie potrzebuje naszego hojnego zaangażowania, poprzez codzienne wytrwałe wchodzenie na ścieżkę medytacji. 

„Błogosławieni ubodzy w duchu, albowiem do nich należy królestwo niebieskie […] Błogosławieni czystego serca, albowiem oni Boga oglądać będą” [Mt 5,3.8]

Medytacja jest drogą do królestwa Bożego, które jest w nas. Jest drogą do czystości serca, które wyzwolone od wszelkich iluzji, od wszelkiego lęku może cieszyć się obecnością Boga już zawsze i wszędzie.