Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Modlitwa jak lustro

Wiele już powiedziano i napisano na temat modlitwy. Od kogo jednak nauczyć się najlepszego sposobu stawania przed Bogiem, jeśli nie od Jezusa. On natomiast unaocznia nam to obrazując z wielkim kontrastem postawy dwóch bohaterów dzisiejszej Ewangelii.

Faryzeusz zaczyna od dziękowania za to jaki jest. Z pewnością mówi prawdę. Bo to prawda, że nie jest zdziercą ani cudzołożnikiem, tak samo jak jest prawdą, że pości dwa razy w tygodniu. I godne jest pochwały, że powstrzymuje się od złych uczynków. Nie omieszka przy tym wspomnieć, jak bardzo jest zadowolony z siebie i jak Bóg powinien być z niego zadowolony. Ale taka właśnie modlitwa, choć raz jeszcze podkreślmy to, jest w niej wiele prawdy staje się dla faryzeusza pułapką. Uważa on wszystkie te rzeczy za swój wyczyn, a nie za dary Boże. Czerpie stąd uzasadnienie do wysokiego mniemania o sobie samym i do pogardliwego osądzania bliźniego.

Także i dziś co krok spotykamy takie postawy u ludzi, którzy powiadają o sobie: „Nikogo nie zabiłem, nic nikomu nie ukradłem, nikogo nie oszukałem. Cóż mogę sobie zarzucić? W sumie wszystko u mnie w porządku. Bóg i ludzie mogą być ze mnie zadowoleni”. Taki jednak sposób patrzenia przestawia jedną z najważniejszych hierarchii wartości jakie przynosi Ewangelia. Bóg bowiem nie ograniczył się do zakazania  pewnych czynów jak: kradzież, cudzołóstwo, zabójstwo, ale przed nimi a więc na pierwszym miejscu dał nam przykazanie miłości!  I to właśnie od niego powinniśmy nieustannie rozpoczynać obrachunek z naszym życiem? Ostatecznie bowiem będziemy sądzeni z miłości – jak zwykła mawiać Matka Teresa z Kalkuty a w jej świetle wiele naszych postaw wygląda zupełnie inaczej. Miłość bowiem nie pyta tylko o to, czy nie czynię zła, ale pyta też o ilość dobra, które powinno być owocem mojego życia.  Jedno też jest pewne: kierowanie się miłością nigdy nie doprowadzi nas do postawy zadufania przed Bogiem i wyniosłości względem bliźniego, którą widzimy u faryzeusza.

Bez przyłożenia naszych codziennych czynów do miary miłości, jaką znajdujemy w Ewangelii bardzo łatwo pozostać ślepym na wiele zwykłych codziennych rzeczy, których się nie zrobiło, choć powinno się je uczynić, gdyż prawdziwa miłość objawia się w drobiazgach, choć drobiazgiem, nie jest.

Z celnikiem jest inaczej. On swoją modlitwą okazał, że właściwie rozpoznaje i ocenia swoją sytuację.  I jeśli w końcu wrócił do domu usprawiedliwiony, to nie dlatego, że jego grzechy nie były wielkie, ale dlatego, że w sposób właściwy stanął z nimi przed Bogiem. Celnik jest pokorny, aż do samej głębi. Jego pokora nie polega jednak tylko na tym, że szczerze i bez ozdóbek uznaje swoją winę. Nie wyszukuje jakiegokolwiek usprawiedliwienia czy pretekstu. Modląc się w takim duchu, objawia przede wszystkim swoją wielką ufność w działanie i dobroć Boga. On wie, że jedynie przez Boga może być uzdrowiony, ale wie też, że bez Jego pomocy sam nie może tak naprawdę nic uczynić. Innymi słowy wie, że wszystko jest łaską!

Poprzez to opowiadanie Jezus chce nam powiedzieć, że modlitwa po pierwsze: nie jest marginalną lub drugorzędną aktywnością człowieka wiary; zaś po drugie: że sposobie w jaki się modlimy, jak w lustrze odbija się prawda o naszym chrześcijaństwie, zarówno ta wewnętrzna jak i zewnętrzna. Jezus zdaje się mówić: „Pokaż mi jak się modlisz a powiem ci, jaki naprawdę jesteś!”.  Bowiem w sposobie zwracania się do Boga ujawnia się całościowa postawa człowieka.

Jeśli skupiam się w niej jedynie na tym, co dobre, łatwo przeoczyć to, co w perspektywie miłości może być jeszcze lepsze.

Kto przynosi ze sobą jedynie poczucie winny, musi uważać by nie popadać w zobojętnienie lub rozpacz, które są śmiercią wiary.

Jeśli ograniczam się w niej przede wszystkim do własnego ego i jego pragnień muszę pamiętać, że jest to droga, która bardzo łatwo prowadzić może do zarozumiałości, arogancji i ślepoty zwłaszcza na potrzeby innych.

Kto opiera swoje życie i modlitwę na ciągłym porównywaniu się z innymi  wcześniej czy później dojdzie jedynie do życia w próżności lub zgorzknieniu.

Ostatecznie bowiem nie ma zupełnie znaczenia, czy jesteśmy lepsi czy gorsi od tego czy tej, ale o to, czy stopień naszej dobroci i miłości odpowiada choć trochę dobroci i miłości, jaką my sami otrzymujemy od Boga.

Zdaj się w milczeniu na Pana

Miej ufność w Panu i postępuj dobrze,

mieszkaj w ziemi i zachowaj wierność. 

Raduj się w Panu,

a On spełni pragnienia twego serca.

Powierz Panu swoją drogę

i zaufaj Mu: a On sam będzie działał

sprawi, że twoja sprawiedliwość zabłyśnie jak światło,

a wierność twoja – jak południe.

Zdaj się w milczeniu na Pana i złóż w Nim swoją nadzieję. [Ps. 37,3-7]

W naszej chrześcijańskiej tradycji jest tylko jedna modlitwa – jest nią modlitwa Jezusa. Każda modlitwa chrześcijanina siłą faktu jest zawarta w modlitwie Jezusa. Ponieważ On jest jedynym Pośrednikiem wszystkich ludzi.

Nie ma innej drogi do Ojca jak tylko przez Jezusa.

Ewargiusz z Pontu, jeden z wielkich Ojców Kościoła a przy okazji nauczyciel świętego Jana Kasjana zwykł mawiać, że „modlitwa jest wstępowaniem naszego  umysłu i serca ku Bogu”. Nasze umysły i serca możemy wznieść do Boga tylko przez Jezusa i Jego mocą a konkretnie mocą Ducha Świętego, którego Chrystus posyła nam od Ojca i który jest więzią miłości łącząca zarówno osoby Trójcy Świętej jak i człowieka z Bogiem. O Nim pisze św. Paweł w słowach:  „Duch przychodzi z pomocą naszej słabości. Gdy bowiem nie umiemy się modlić tak, jak trzeba, sam Duch przyczynia się za nami w błaganiach, których nie można wyrazić słowami” (Rz 8, 26). Ta pomoc objawia się nie tylko jako dar modlitwy, który zostaje nam udzielony przez Ducha Świętego, ale także na tym, że włącza On moją modlitwę w strumień modlitwy miłości, jaka łączy Syna z Ojcem.

Modlitwa Jezusa jest jedyną modlitwą. Medytacja, która jest otwarciem się człowieka na Obecność Boga w głębi naszego wnętrza, będącego Jego świątynią sprawia, że zanurzamy się w tej Obecności, otwierając na nią nasze serca. W tradycji Kościoła doświadczenie to nazywane jest modlitwą wiary, modlitwą kontemplacyjną czy też modlitwą czystą.

Doświadczenie medytacji wpisuje się kontekst tej modlitwy, która poprzez swoją prostotę i całkowite zdanie się na działanie Ducha Bożego w nas jest trwaniem w centrum naszego jestestwa, w którym przebywa Trójca Święta.  

 

Czy znajdzie wiarę?

Jeden ze znanych niemieckich teologów XX wieku, jezuita, ojciec Karl Rahner  sformułował kiedyś tezę, że ”chrześcijanin XXI wieku będzie albo mistykiem, albo go w ogóle nie będzie”. Można by zapytać jak to się ma do coraz częściej proklamowanej przez różnorodne media  utracie wiary we współczesnej epoce, na dowód czego przywołują one takie dowody jak to, że ludzie rzadziej chodzą do kościoła, mało się spowiadają, a w codziennym życiu są coraz bardziej krytyczni wobec Kościoła. Bez wątpienia jest w tym część prawdy. Ale tylko „część”.

Gdy, zamiast ulegać stereotypom i powierzchownym ocenom, rzucimy okiem wokół siebie, zobaczymy nasze parafialne kościoły i ludzi, których dobrze znamy, okazuje się, że rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej. Na pewno nie jest idealna, ale jednak daleka od skandali i ciemnych obrazów z gazetowych i telewizyjnych statystyk.

„Czy Syn Człowieczy znajdzie wiarę na ziemi, gdy przyjdzie?” To, jakby mimochodem rzucone pytanie, brzmi może trochę przerażająco. Pobrzmiewa w nim jakaś nuta fatalizmu. Nie o to jednak chodzi Chrystusowi, by straszyć nas czy dołować. Trzeba nam dzisiaj te słowa usłyszeć jako zaproszenie i zachętę skierowane do każdej i każdego z nas. Pytanie Jezusa, zamykające przypowieść, która mówi o tym, że trzeba «zawsze się modlić i nie ustawać», ma poruszyć nasze sumienia. Po tym pytaniu nie następuje odpowiedź, jak często dzieje się w Ewangelii. Została ona niejako zawieszona  przez Chrystusa – ma ono bowiem pobudzić do myślenia każdą osobę, każdą wspólnotę kościelną, każde pokolenie. Każdy z nas sam musi znaleźć na nie odpowiedź. Chrystus chce nam przypomnieć, że celem życia człowieka jest spotkanie z Bogiem.

Warto jednak zapytać siebie: gdzie zaczyna się to spotkanie? I Ewangelia dzisiejsza bardzo konkretnie ukierunkowuje nasze poszukiwania. Odpowiedź na to pytanie brzmi: Moje spotkanie z Bogiem zaczyna się w moim sercu a sposobem nawiązania relacji z Bogiem na płaszczyźnie serca jest nasza modlitwa, nasze życie duchowe. Nie chodzi jednak o to aby była to modlitwa przeżywana jako jeden z wielu obowiązków do spełnienia, jakie mamy w ciągu dnia zwłaszcza takich, które wykonujemy pod dyktando naszego lęku.  Chodzi o to, aby nasza modlitwa była rzeczywiście przeżywana jako spotkanie, żeby stała się sprawą miłości a nie obowiązku. A stanie się tak, jeśli nie zapomnimy, że po drugiej stronie czeka na nas Osoba. Konkretna, żywa, kochającą i tęskniąca za chwilą, gdy znajdziemy czas, aby pobyć w Jej obecności, aby cieszyć się TĄ OBECNOŚCIĄ. Warto uświadomić sobie, że w naszej relacji z Bogiem nie jest najważniejsze to co mówię, albo to czy mam rozproszenia na modlitwie. Najważniejsze jest to, że jestem. Nie jest wcale istotne to czy z ludzkiego punktu widzenia pięknie się modlę.  Przecież „Duch przychodzi z pomocą naszej słabości. Gdy bowiem nie umiemy się modlić tak, jak trzeba, sam Duch przyczynia się za nami w błaganiach, których nie można wyrazić słowami” (Rz 8, 26). Zdani na własne siły nigdy nie będziemy potrafili się modlić „tak, jak trzeba”. Toteż najpewniejszą drogą modlitwy prowadzącej do spotkania z Bogiem jest pełne prostoty i pokory włączanie się w tę doskonałą modlitwę Ducha Świętego obecnego w nas, modlitwę, której na imię: MIŁOŚĆ! Kiedy moja modlitwa, moje codzienne spotkanie z Bogiem stanie się nie obowiązkiem, ale kwestią miłości, wówczas wraz z otwarciem się na tę miłość zmieni się wszystko: kwestią miłości stanie się wypełnienie codziennych moich obowiązków (i tych zawodowych i tych domowych); kwestią miłości będą moje relacje z innymi; kwestią miłości stanie się obecność na Mszy świętej itd., itd. Życie w duchu miłości jest najlepszym przygotowaniem do spotkania z Panem, gdyż ostatecznie będziemy sądzeni właśnie z miłości. A bez niej jak przypomina święty Paweł także wiara nie będzie nigdy autentyczna. Z nią zaś łatwiej nam będzie dostrzec, że wszystko w naszym życiu jest miejscem Boga, w którym mogę dlań żyć. Tak naprawdę to właśnie tutaj zaczyna się mistyka, o której mówił wspomniany przeze mnie Karl Rahner. To życie ze świadomością obecności Boga, „w którym przecież żyjemy, poruszamy się i jesteśmy” [Dz 17,27].

Kiedy w taki właśnie, bardzo osobisty sposób, odczytamy dzisiejszą Ewangelię, pojawi się już nie nuta beznadziejności, ale autentycznej nadziei. Dopiero bowiem wtedy, gdy każdy poczuje na sobie wzrok Jezusa i usłyszy, że nie jest to jakieś abstrakcyjne pytanie, ale wezwanie skierowane do każdego z osobna, nabierze ono zupełnie innego, nowego znaczenia.

„Czy znajdzie wiarę na ziemi?” – to pytanie o moją wiarę i poczucie odpowiedzialności za ten dar u każdego pojedynczego człowieka. Zwłaszcza w przeżywanym obecnie roku wiary nabiera ono szczególnego znaczenia.  Jak długo z całą odpowiedzialnością będziemy zaczynali od siebie, zamiast rozglądać się wokoło i szukać tej wiary lub jej baraków w naszym otoczeniu, tak długo pytanie Jezusa nie będzie nas smucić i przerażać, lecz może pomóc rozbudzić jeszcze większą gorliwość i umocnić nadzieję.

Doświadczenie pustyni

Czas kolejnych rekolekcji dobiegł końca. To zawsze święty czas. Jakie owoce przyniósł? Nie sposób obiektywnie odpowiedzieć na to pytanie. Po pierwsze dlatego, że są one bardzo indywidualne, po drugie dlatego, że zależą od naszej otwartości na to, co Pan Bóg chce nam powiedzieć a po trzecie dlatego, że te owoce objawiają się niejednokrotnie po długim czasie a bywa i tak, że zostaną przez nas niedostrzeżone  i niedocenione, jak wcale nie rzadko bywa z darami, jakie otrzymujemy od Pana Boga.

Dla mnie jednak owoce tych rekolekcji objawiły się już na samym początku. O jednych już pisałem w poniedziałek, na starcie. Kolejnym namacalnym owocem była wielka otwartość tych, do których miałem szczęście mówić. I wreszcie jeden z najistotniejszych owoców – siła modlitwy. Kiedy głosi się rekolekcje dla wspólnoty zakonnej, wówczas można w sposób namacalny  moc modlitwy. Można powiedzieć wręcz i bez przesady, że czuje się, jak ona niesie człowieka…

Dla mnie jednak rekolekcje to zawsze dar pewnej duchowej pustyni. Różnie przeżywanej ze względu na czas, miejsce i okoliczności, ale zawsze bardzo twórczej w duchowym znaczeniu. I o tym chciałem dzisiaj napisać, także w odpowiedzi na prośby niektórych z Was.

Myśląc pustynia mam na myśli przede wszystkim pewne istotne dla mnie doświadczenie duchowe., które jest miejscem odkrywania w sposób bardziej intensywny obecności Boga i otwartości na Jego działanie. Nie umniejsza to w żadnym razie łask, które otrzymujemy w innych okolicznościach, wręcz przeciwnie, wyostrza zdolność ich dostrzegania.

Myśląc „pustynia” mam na myśli pewien rodzaj oderwania, odosobnienia.  Jest to doświadczenie, które bardzo mocno przemawia do mnie od ponad dwudziestu lat, kiedy to dane mi było po raz pierwszy przeżywać jedne z wielu rekolekcji.  Prowadził je przedstawiciel wspólnoty Małych Braci Jezusa, zgromadzenie powołanego w niezwykłych dosyć okolicznościach przez Karola de Foucauld. Można powiedzieć, że doświadczenie pustyni jest im szczególnie bliskie, bo określając to w lapidarnym skrócie na jego gruncie wyrosła ich reguła zakonna. 

Od tego czasu doświadczenie pustyni, jako miejsca przebywania sam na sam z Bogiem jest tym, o które staram się nieustannie troszczyć.

Wspomniałem o odosobnieniu, jako warunku doświadczenia daru pustyni, ale bynajmniej nie oznacza to, że w miejscu takim musimy być zupełnie sami, gdyż jak przekonuje inny mały brat i znany chrześcijański pisarz Carlo Carretto: „Pustynia nie oznacza nieobecności ludzi. Oznacza obecność Boga”.

Dla mnie doświadczenie pustyni to po prostu okazja do zostawienia na pewien czas wszystkiego za drzwiami „pustelni”, choć nie zawsze takie oderwanie przychodzi łatwo. A powodem jej przeżycia jest pragnienie bardziej intensywnego trwania przed Bogiem, gdzie nic poza Nim nie jest ważne. Jest to w związku z tym przede wszystkim czas wsłuchiwania się w Boga.

Jak wspomniałem staram się co jakiś czas walczyć o to doświadczenie pustyni od blisko dwudziestu lat. Raz udaje się zarezerwować na to przeżycie jeden dzień w miesiącu, raz dwa lub trzy dni. Ale nie czas jest tutaj najistotniejszy, lecz sposób jego przeżywania.  W świecie ciągłego zabiegania i intensywności naszych przeżyć czymś nieodzownym dla naszego ducha wydaje się konieczność zatrzymania przy tym, co dla człowieka wiary najważniejsze.  Jest to dobry czas, by przyjrzeć się naszej hierarchii wartości i temu czy Bóg jest w nim rzeczywiście na pierwszym miejscu, po to by uświadomić sobie o co w tym wszystkim naprawdę chodzi. Jest to dobry czas by wrócić do Źródła, z którego zrodziło się nasze życie, powołanie i z którego każdego dnia ja – chrześcijanin mam czerpać swoją moc, skoro mam być alter Christus.  Dla mnie czas pustyni to taki swoisty czas „ładowania duchowych akumulatorów”, ale także uczenie się spoglądania na wiele spraw z dystansem i dostrzeżenie, że nawet jeśli na jakiś czas zostawiamy coś po to, by poprzebywać z Bogiem nic się nie zawali. Jest to doświadczenie, które doskonale oczyszcza nasze intencje dotyczące codziennego działania i wyostrza sposób patrzenia na zwykłe codzienne sprawy, w których każdego dnia objawia się Tajemnica obecności Boga i Jego działania.

Dlatego, jeśli jesteś w stanie zawalczyć o taki czas bycia sam na sam z Bogiem, czas kiedy nie musisz się spieszyć, kiedy możesz wyłączyć komórkę, komputer, nie spoglądać w terminarz i cieszyć się chwilą, w której jak ewangeliczna Maria możesz spokojnie usiąść u stóp Pana i chłonąć Jego obecność, Jego słowo i Jego miłość to serdecznie polecam a  doświadczysz szybko, że jest to czas szczególnego objawienia się mocy Bożej.

Na koniec niech mi będzie wolno przywołać tekst jednego ze świadków doświadczenia pustyni i jej owoców oraz wielkich współczesnych jej piewców: Myślę, że w tych prostych słowach można znaleźć sedno tego, czym jest doświadczenie pustyni i jak bardzo może ono być potrzebne nam – ludziom tak bardzo często pozostających w niewoli czasu i tempa życia a przy okazji jak łatwo można je odkryć w pobliżu siebie.

Gdy słyszysz, że mówi się o pustyni, radzę ci: nie szukaj jej na mapie.

Nie marz o nieosiągalnej pustyni.

Nie fantazjuj na jej temat.

Nie. Dla spotkania z Bogiem nie istnieje pustynia pod ochroną, niezakłócana.

Istnieje wola pustyni, mocne zobowiązanie do samotności, upór oczekiwania, zdolność do znoszenia wszelkich opóźnień, gorące poszukiwanie spraw wewnętrznych, pragnienie autentyczności.

Przestrzeń dla zbudowania pustyni musisz uzyskać tam, gdzie się znajdujesz, gdzie pracujesz, gdzie żyjesz, kochasz, trudzisz się. Właśnie z takim rozkładem godzin, z takimi obowiązkami, z taką odpowiedzialnością.

Musisz wydrzeć przestrzeń hałasowi, roztargnieniom, sprawom nie cierpiącym zwłoki, żądaniom rynku.

Pustynia nie zostaje ci dana jako meta czy dywan dla modlitwy. Musisz ją sobie zapewnić, odbierać w każdej chwili.

Każda chwila może zawierać łaskę pustyni. Ale ze swej strony musisz zbuntować się przeciwko zniewoleniu przez zegarek, musisz wędrować z dala od rynku, sprzeciwiać się powierzchowności, zejść ze sceny, nie wdawać się w gadaninę, musisz lękać się pustki.

W zatłoczonym autobusie, stojąc w kolejce przed wjazdem na autostradę albo okienkiem w jakimś urzędzie, czekając na metro, w chaosie ruchu miejskiego albo też w domu, gdy telewizor sąsiada nie daje ci spokoju, a nad głową wybucha hałas wywołany przez dzieci z drugiego piętra, gdy na ulicy szaleje gromada motocykli, bo ktoś pomylił numer… Otóż uważaj: takie właśnie, a nie inne są realne warunki dla zaistnienia twojej pustyni.

Nie uciekaj. Nie denerwuj się. Nie przesuwaj na jutro.

Uklęknij.

Pogrąż się w tej zakłócanej samotności.

Pozwól, by twoje milczenie zostało otulone hałasem.

Pustynia zaczyna się wtedy, gdy pozostając na swym miejscu, postanawiasz być gdzie indziej.

Twoją pustynię musisz tworzyć i odnawiać każdego dnia.

Pustynię, gdzie milczenie nie czeka gotowe do dyspozycji, ale gdzie trzeba stłumić najpierw hałasy, zatrzymać męczący bieg, wydrzeć się trybom.

Wszystko, co jest wydarte rozproszeniu, próżności, niewolnictwu czynów, hałasom, bałwochwalstwu, a co jest poświęcone Jedynemu Panu – jest prawdziwą pustynią.

Gdy jakaś osoba ustala linie oporu wobec błahostek, zanieczyszczenia głupotą, truciznami kompromisów i porzucania, obrzędami pozorów, szantażami korzyści – wówczas staje się człowiekiem pustyni.

Tam, gdzie wreszcie nauczyłeś się zatrzymywać, Bóg przychodzi, by odszukać ciebie.

Bóg przebywa w „miejscach wewnętrznych”. Dla Niego nie ma różnicy pomiędzy szałasem a drapaczem chmur, pomiędzy piaskiem a cementem, pomiędzy górą a asfaltem. On wie, że można stworzyć celę również w pustce jakiegoś mieszkania, w jakimkolwiek bloku, podobnym do tysiąca innych.

On potrzebuje jednostek, które zastąpiłyby pośpiech czuwaniem, lęki nadzieją. Niecierpliwość oczekiwaniem. Maski – obliczem…

Alessandro Pronzato

 

Uwalnianie od duchowego materializmu

Podążanie drogą medytacji to uczenie się przeżywania życia w jak najpełniejszy sposób w chwili obecnej. Może zdarzyć się tak, że na początku podchodzimy do doświadczenia modlitwy w sposób interesowny lub inaczej mówiąc egoistyczny. Ale nawet wówczas, gdy rozpoczynamy medytację z jakoś obecną w nas troską o jej rezultaty, nawet kiedy próbujemy czasem oszacować, czy zainwestowany przez nas czas i energia okażą się uzasadnione dzięki temu, co otrzymamy w zamian, to jednak wytrwała praktyka medytacji prowadzi nas zawsze do oczyszczenia nas z tego, co można by określić mianem „duchowego materializmu”. 

Wejście w doświadczenie prawdziwie transcendentne, ku któremu prowadzi nas medytacja ze swej natury musi prowadzić medytującego do poszerzenia przestrzeni jego wewnętrznej wolności. I choć dokonuje się to zawsze w sposób indywidualny dla każdego medytującego, to jednak jest jednym z bardziej dostrzegalnych jej owoców.

Można powiedzieć, że jest to bardzo konkretny przejaw działania w nas mocy Bożej łaski, na która otwieramy się za każdym razem, gdy z wiarą i miłością powtarzamy słowo czy werset. Jest to słowo, które ze swej natury ma moc stwórczą. Ale aby mogły w nas wzrastać jego duchowe owoce musimy zgodzić się na to, że najpierw objawi ono swoja moc w oczyszczeniu naszego jestestwa (począwszy od naszego serca). I choć może to być doświadczenie, które nie jest łatwe, bo zawiera w sobie element obumierania naszego ego, to zawsze jest konieczne, aby mógł dokonywać się w nas proces kształtowania w nas nowego człowieka, który jako chrześcijanin powinien stawać się odbiciem swojego Mistrza.