Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Rekolekcje przerywane życiem

Jeśli ktoś zdoła to, co napisałem poniżej przeczytać ciurkiem, stawiam mu kawę. Ale jeśli ktoś nie chce można przejść od razu do puenty (jest wytłuszczona) niewiele poza czasem tracąc po drodze:-)

Myślę, że tytuł dzisiejszego wpisu jest dosyć adekwatny do tego, że ten rok stoi w moim życiu pod znakiem wyjątkowej liczby rekolekcji. Właśnie z Bożą pomocą zaczynam kolejne a jeszcze dwie tury w tym roku przede mną. Z ludzkiej perspektywy to bez wątpienie spory wysiłek, przynajmniej dla mnie, bo staram się każde z nich traktować bardzo poważnie. I nie ma na myśli samego prowadzenia rekolekcji, co raczej dosyć długie przygotowanie do nich, jeśli chce się to uczynić w sumieniu dobrze. Tym bardziej, że po raz kolejny doświadczam tego, jak Pan Bóg, często po niewczasie przychodzi ze swoja propozycją, która burzy sporo z moich przygotowań i pomysłów. Po niewczasie, bo zazwyczaj to, co przychodzi jako pewne zaskoczenie i to dosyć niespodziewane ze strony Pana Boga ma miejsce wtedy, gdy ze swojej strony poczynię już sporo wysiłków w celu przygotowania się do rekolekcji. Tak było z rekolekcjami, które głosiłem pod koniec ubiegłego roku, tak było w przypadku przygotowania do rekolekcji dla sióstr i braci ze Wspólnot Jerozolimskich – o czym już pisałem, tak było i teraz. Osobiście odbieram to jako owoc modlitwy do Ducha Świętego, o co proszę przy przygotowaniu do każdych rekolekcji. Dlaczego zaskakuje mnie ostatnio w połowie moich przygotowań? Nie wiem. Może dlatego, że za mało się modlę a może żeby wyćwiczyć mnie w pokorze, bo natchnienie, które przychodzi dosyć nagle i nieoczekiwanie powoduje zazwyczaj, że to, co było przygotowane ląduje w koszu.

Jak wspomniałem tak było i tym razem. Po około dwóch i pół tygodnia przygotowań, kiedy już miałem tematy kolejnych konferencji, odpowiedni fundament biblijny etc. Nagle dosłownie na tydzień przed rozpoczynającymi się rekolekcjami, kiedy już materiały miałem mniej więcej zgromadzone, uczestnicząc w inauguracji roku akademickiego w seminarium poczułem jak zalewa mnie przekonanie, że fundament tych rekolekcji ma być zupełnie inny. Tym razem natchnienie przyszło zarówno z wewnątrz jak i z zewnątrz. Z zewnątrz, bo źródłem tego był wykład inauguracyjny jednego z profesorów. Od wewnątrz natomiast, ponieważ doznałem takiej pewności, że to właśnie to, co przed chwilą usłyszałem ma być kanwą prowadzonych rekolekcji, że nie miałem nawet cienia wątpliwości, że nie ma najmniejszego sensu dyskutować z tym przekonaniem. Nie wiem czy kiedyś tak mieliście. Człowiek się trudzi, kombinuje, składa coś aż tu nagle przychodzi pewne światło, co do którego masz stu procentowa pewność, że jest odpowiedzią na to, czego szukałeś. Tak było i tym razem. Wróciłem po inauguracji do domu i to, co przygotowałem do tej pory wylądowało w koszu. Po czym usiadłem i pisałem, pisałem, pisałem przez trzy dni i już. Jedno jest pewne, to co napisałem nie jest moje. Owszem trochę próbowałem ocalić z tego, co wymyśliłem, bo ego nie lubi być tak zwyczajnie wdeptywane w ziemię, ale i tak mu się dostało po raz kolejny. A pisze o tym wszystkim dlatego, że dla mnie jest to bardzo konkretny obraz działania Boga, choć często tak delikatny, że dopóki coś nie spadnie na nas jak grom, nie zawsze potrafimy to dostrzec.

Miałem prowadzić rekolekcje na temat modlitwy wewnętrznej, modlitwy serca z nauką medytacji. A tym czasem Pan Bóg podsuwa mi historie biblijnego Jonasza, bo właśnie ów jegomość był bohaterem rzeczonego wykładu inauguracyjnego. Jak to pogodzić!?

Zawsze w ramach przygotowania do rekolekcji staram się sporo czytać. Najczęściej są to już poniekąd znane pozycje, do których wracam ze świadomością, że dobrze pasują do tematu rekolekcji. I tym razem tak było. Wróciłem do starego, może nieco zapomnianego przeze mnie autora, który w latach mojej młodości wywarł na mnie wielkie duchowe wrażenie. I tym razem, ku zaskoczeniu niektórych czytelników znających mnie lepiej podkreślę, że nie był to Merton :-)  Mam na myśli zacnego i skromnego włoskiego księdza Alessandro Pronzato, znanego z mistrzowskiego stylu pisania o duchowości, zwłaszcza o duchowości. Pomyślałem sobie zatem, że to, co pisze doskonale współgra z tematem medytacji i jeszcze lepiej wpisuje się w kontekst powołania zakonnego. A przecież miałem mówić do sióstr. A tutaj dosłownie jak filip z konopi wyskakuje mi Jonasz. Zwłaszcza, że o Jonasza i jego historie potykałem się już w tym roku kilkakrotnie i gdzieś ta historia we mnie żyła. I nagle doznałem olśnienia. Nagle, dosłownie w ułamku sekundy wszystko się poukładało do tego stopnia, że moje ego nawet zamilkło z wrażenia.

Przechodząc do puenty, żeby nie zanudzić czytelników a w sumie ta jest najistotniejsza, więc tego, co było wcześniej można nie czytać muszę przyznać, że w jednej chwili na nowo odkryłem biblijnego Jonasza. Przecież czytałem jego historie tyle razy, oglądałem filmy o nim ale nigdy dotąd nie dane mi było spojrzeć na jego historię w ten sposób. A to przecież dosłownie lustro naszego powołania! Powołania, w którym możemy znaleźć wszystkie jego etapy. I dotyczy to powołania zarówno osób świeckich jak i powołania zakonnego czy kapłańskiego. Wyłuszczę to w lapidarnym skrócie, bo od kiedy mnie „oświeciło”, ta historia nie przestaje we mnie żyć i dostarczać nowych zaskakujących pomysłów i spojrzeń. Pan Bóg powołuje Jonasza: w jakimś sensie to doświadczenie każdej i każdego z nas, choć nieraz słyszymy Jego wezwanie mniej lub bardziej wyraźnie. I dotyczy to zarówno całego naszego życia, jak i konkretnych spraw do których Pan Bóg nas zaprasza. Co robi tym czasem Jonasz? Ucieka przed tym wezwaniem. I co najciekawsze w tym kombinowaniu jak by tu uciec przed Panem Bogiem, jak by tu nie zrobić tego, o co go Pan Bóg prosi jest naprawdę pomysłowy! Poświęca temu dużo energii a nawet dużo pieniędzy. Czy z nami czasem nie jest podobnie? To jeden aspekt tej historii Jonaszowo-naszej.

Drugi dotyczy burzy na morzu, które jest droga ucieczki Jonasza. Czy nie jest tak, że czasem Pan Bóg musi pozwolić, by w naszym życiu rozpętała się jakaś burza, żebyśmy zastanowili się czy aby przypadkiem On nie miał racji chcąc czegoś od nas? Czy nie jest tak, że trzeba zacząć tonąć, żeby zobaczyć, że przed Panem Bogiem nie uciekniemy? Ale także po to, aby w takiej chwili – podobnie jak Jonasz – doświadczając ratunku (choć nie zawsze po naszej myśli) przekonać się, że nasz Bóg nigdy nas nie zostawia, nie opuszcza, nie obraża się. 

I tu jeszcze jeden obraz, który mi się objawił dzisiaj dosłownie przy ołtarzu: Kiedy współtowarzysze podróży Jonasza rzucają się, żeby ratować statek podczas burzy, on co robi? Idzie spać! Ktoś mógłby powiedzieć, że to przejaw ufności Jonasza, ale moja intuicja podpowiada mi, że niestety jest całkiem odwrotnie. Ów głęboki sen Jonasza jest wyrazem jego zobojętnienia.  Jak często jest tak, że nam zdarza się coś przespać. Nawet wtedy, gdy inni o coś walczą, gdy logicznie rzecz biorąc powinniśmy w tej walce im pomóc, my przesypiamy okazję. Z różnych powodów. Czasem po prostu, żeby się w coś nie angażować. Ale Pan Bóg wytrąca Jonasz a jego obojętności. Zostaje wrzucony w sam żywioł fal. I paradoksalnie właśnie tam odnajduje głęboki pokój. Te trzy dni pobytu Jonasza na głębinie, czy jak kto woli w brzuchu wielkiej ryby są niczym innym jak symbolem modlitwy kontemplacyjnej. Świadczy zresztą o tym piękna modlitwa, jaka wówczas wypowiada. Jonasz te trzy dni tak naprawdę spędza przed Bogiem, którego odnajduje może w dziwnym z ludzkiego punktu widzenia miejscu, ale czyż nie dla Boga nie ma rzeczy nie możliwych, czy nie wszystko jest miejscem Jego obecności? „Kontemplacja jest uświadamianiem sobie wszechobecności Boga w naszym życiu” jak zwykł mawiać Carlo Carretto. 

I dopiero ten czas bycia przed Bogiem, zagłębienie się w siebie, w swoją motywację sprawia, że Jonasz odpowiada na Boże wezwanie, by pójść i wzywać mieszkańców Niniwy do nawrócenia. Charakterystyczne dla mnie jest jeszcze to (co znowu przyszło do mnie dzisiaj nieoczekiwanie, kiedy raz jeszcze czytałem te historie przed konferencją), że Jonasz idzie przez Niniwę dokładnie tyle czasu, ile spędził przed Bogiem! To znamienne także dla nas. W tym kontekście przypomina mi się znowu słynne pytanie Matki Teresy wypowiedziane do jednego z moich współbraci: „Czy modlisz się sześć godzin dziennie?” Bo czyż nasze – chrześcijańskie działanie (nie mówiąc już o księżach czy siostrach zakonnych) bierze swoje źródło z modlitwy? Jakie są proporcje naszego życia duchowego do naszego działania? Może w odpowiedzi na to pytanie tkwi tez inna odpowiedź, dlaczego jesteśmy tak często mało skuteczni w tym, co robimy?

Oczywiście, żeby nie było zbyt pięknie ego Jonasza nie obumarło. Nawet po pokucie i nawróceniu mieszkańców Niniwy Jonasz nie był zbyt przekonany co do tego, że Pan Bóg postąpił właściwie. Jego własny plan zniszczenia miasta za karę wydawał się bardziej na miejscu. Ale i te sytuacje wykorzystuje Pan Bóg, który jak dziecku tłumaczy Jonaszowi na czym polega prawdziwa miłosierna i przebaczająca miłość Boga. A wykorzystuje do tego prosty krzew rycynusowy i małego robaczka, który na szczęście i ku naszemu zawstydzeniu działał bardziej po Bożej myśli niż my, którzy ponoć jesteśmy sporo bardziej od robaczka stworzeni na Boże podobieństwo.

A na koniec odpowiem na postawione wcześniej pytanie czyli jak to się ma do modlitwy wewnętrznej (medytacji), o której miały być rekolekcje? Otóż ma się tak, że ostatecznie modlitwa wewnętrzna jest właśnie ta modlitwą w czasie której wszystko to widać jak w lustrze. Kiedy godzimy się na to, aby uciszyć nasze rozgadane ego, żeby wyłączyć nasze mechanizmy obronne i wreszcie na to, aby w naszym wnętrzu działał sam Bóg, wówczas to właśnie modlitwa wewnętrzna przeprowadzi nas przez te wszystkie doświadczenia na nowo, pozwalając się w ramach wewnętrznego oczyszczenia uwolnić skutkom tych „Jonaszowych” błędów w nas, które czasem tak bardzo skutecznie potrafią zaśmiecić nasze serca, tak iż wydaje się, że ciężar przeszłych doświadczeń, jakie w nim niesiemy trzeba raczej zepchnąć do podświadomości niż próbować się z nim zmierzyć. Oczywiście Pan Bóg w swojej dobroci nie robi tego żeby nas udręczyć, wydobywając z naszej pamięci to, czego nie lubimy sobie przypominać, ale aby przywrócić nam tak upragniona i potrzebną wolność. A posługuje się w tym doświadczeniem prostej modlitwy, która wydaje się przez to ciągle powtarzanie jednego wersetu taka niepozorna, ale każdy, kto doświadczył jej mocy zapewne potwierdzi, że właśnie taka modlitwa jest niezwykła w swej skuteczności, gdyż podobnie jak kropla wody drąży ona skale naszego serca nie siłą lecz wytrwałością aż wydrąży w niej przestrzeń wolności, którą będzie mógł zając tylko Bóg. Amen.

Bardzo przepraszam, że to aż tyle zajęło, ale tak się to ze mnie dzisiaj wylało, więc wobec oczywistego działania Pana Boga nie mogłem tego nie wypowiedzieć.

Wiara pokonująca poczucie beznadziei

Zapewne trudno wyobrazić sobie chorobę straszniejszą niż trąd; psuje się ciało, odsłaniają się kości, zamiera życie. Zdrowi (nie tylko w czasach Jezusa) są przekonania, że tak ciężko chorych powinni od siebie oddzielić.

A co na to trędowaci z dzisiejszej Ewangelii? Im także wszystko zdaje się mówić, że takiego życia nie da się błogosławić. I że nie ma powodów, by się cieszyć a już tym bardziej by być wdzięcznym. Pozostaje niewymowny ból i, być może, nawet przeklinanie nieszczęśliwego losu, złorzeczenie…
Szczerze powiedziawszy, nie trzeba by
ć aż trędowatym, by się zastanawiać nad tym, czy życie rzeczywiście daje podstawy do błogosławienia czy raczej do przeklinania go. Bywają bowiem sytuacje (zarówno w wymiarze fizycznym jak i duchowym), które odbierają człowiekowi zdolność takiego funkcjonowania, jakiego by sobie życzył; i zmuszają go do bardzo ograniczonego sposobu życia.

Ale oto dziesięciu trędowatych przekonało się, że ich straszny los nie jest czymś definitywnym! Spotkali Kogoś, kto zmienia ich życie! Jezus, wtedy i dzisiaj, staje przed ludźmi jako Ten, który ma moc odmienić los człowieka.

On dobrze zna to wszystko, co niszczy człowieka, co zżera jego egzystencję. On zna nie tylko nasze choroby, smutki i lęki, ale zna także przyczynę tego wszystkiego. On jeden jest Tym, który ma moc zmienić nawet najbardziej fatalną egzystencję człowieka. I co więcej potrafi też przywrócić pełnię zdrowia nie tylko ciała lecz także duszy!

To nie jest tak, że cuda działy się jedynie w czasach Chrystusa. One mają miejsce i dzisiaj. Chrystus działa dzisiaj z nie mniejsza mocą. I choć może nie zawsze cud dokonuje się tak nagle i spektakularnie, jak w Ewangelii dzisiejszej to jednak nie trzeba daleko szukać, aby się o tym przekonać. Problem w tym, że nie zawsze oczekując cudu dostrzegamy jeden ważny aspekt, który podkreśla dzisiejsza Ewangelia. Ten mianowicie, że  we wszystkich zbawczych spotkaniach różnych osób z Jezusem widać, że (zawsze lub prawie zawsze) potrzebny jest świadomy i dobrowolny wkład człowieka. Czasem polega on na większym wysiłku, czasem na mniejszym.  Ale zawsze najważniejszym aspektem skuteczności działania Boga w naszym życiu jest nasza wiara.

Ważność wiary podkreśla Chrystus wielokrotnie mówiąc: „Idź, twoja wiara cię uzdrowiła, lub ocaliła”. – To dość niezwykłe, że Jezus często nie akcentuje własnego działania, ale pokornie i wręcz pedagogicznie podkreśla cud wiary, rodzącej się w sercu człowieka. Warto to podkreślić w roku wiary, który powoli dobiega końca.

Niewiara czy to wyraźnie zdeklarowana, czy jedynie praktycznie rządząca życiem człowieka, choć wydaje się być dzisiaj znowu na topie tak naprawdę jest straszna i bezbrzeżnie smutna. Tymczasem chyba z niczym tak często jak właśnie z wiarą człowiek lubi eksperymentować. Jakby chciał na własnej skórze przekonywać się o tym, że i jak bardzo fatalna jest egzystencja – bez wiary w Boga, bez  nadziei i siły, jakie ona ze sobą niesie.

Zapewne truizmem jest stwierdzenie, że dałoby się zaoszczędzić sobie i innym wielu cierpień, gdyby bardziej zdecydowanie zawierzyć radom Jezusa. On nieraz zachęcał do żywej wiary. Od niej uzależniał wiele owoców w życiu człowieka. Niejednokrotnie wydobywał ją z ukrycia i pokazywał jako główną przyczynę konkretnego dobra, jakie stało się udziałem człowieka wiary.

Jak często, zwłaszcza w świecie, który lubi relatywizować wszelkie wartości, który tak często drwi (także publicznie z wiary i ludzi wierzących) my potrafimy uświadomić sobie, że wiara to prawdziwy skarb. To bowiem dzięki niej ograniczony w swoich możliwościach człowiek otwiera się na bezmiar bogactw i działania samego Boga. Człowiek otwarty na Boga i związany z Nim głęboką i żywą relacją (a właśnie tym jest wiara) nigdy nie będzie marniał w poczuciu bezradności i bezsensowności swojego życia. Nigdy też nie będzie doznawał trwogi w obliczu przemijania i śmierci, co tak bardzo przeraża ludzi niewierzących. Wiara bowiem – jeśli jest prawdziwa –  radykalnie zmienia nasz status i nasz sposób patrzenia. Dzięki wierze człowiek wie i doświadcza, że nigdy nie jest sam i że może być naprawdę w każdej sytuacji człowiekiem radosnej wdzięczności, gdyż wie, że każda, dosłownie każda sytuacja jest miejscem, w którym możemy doświadczyć obecności i działania Boga.

A jeśli wdzięczności nam nie zabraknie, wówczas jeszcze bardziej pogłębi się nasza wiara. I nic już nigdy w życiu nie będzie beznadziejne.

Na modlitwie nie bądźcie gadatliwi

Ktoś kiedyś pokusił się o zwolnienie pewnego testu w ramach pracy z teologii duchowości. Zapytał blisko tysiąca osób o ich modlitwę. Okazało się, że wśród pytanych do znakomitej większości, należą ci, którzy poprzestają na modlitwie prośby o jakąś konkretną łaskę. Stanowili oni ok. 73 % pytanych osób; ok. 26% mówiła, że zawsze lub prawie zawsze dodaje do modlitwy wymiar dziękczynienia i uwielbienia.  Zaledwie 2 % mówiło, że traktuje modlitwę bezinteresownie. Ot tak, chcą poprzebywać w obecności Kogoś, o kim wiedzą, że ich kocha i cieszyć się tą miłością. Nie chcą nic więcej. To daje im siły, wlewa w ich serce radość i pokój.

Myślę, że medytacja jest właśnie drogą, która prowadzi nas do takiego bezinteresownego trwania przed Bogiem. Ona zmienia akcent naszego podejścia do modlitwy. Uczy, że chodzi w niej bardziej nie o to, co dostane w zamian, ale o samo to, że jestem. Uczy, że modlitwa, to przede wszystkim zanurzenie w Bogu, w ciszy, którą traktujemy tutaj w sensie pozytywnym, jako rezygnację z bezużytecznych słów, ze wspomnianej przez Chrystusa gadatliwości,  która na modlitwie może okazać się bardziej przeszkodą w usłyszeniu tego, co chce powiedzieć do nas Bóg niż pomocą. Ta pozwala nam bardziej otworzyć się na obecność Boga, po to, aby to doświadczenie przenieść następnie w nasza codzienność, która choć także jest cała zanurzona w Bogu, to jednak tempo życia sprawia, że często nam ta prawda umyka lub schodzi na dalszy plan, co z kolei prowadzi do tego, że nie rzadko trudno nam się skupić na tu i teraz, gdzie dzieje się nasze prawdziwe życie. Zapraszam zatem do wejścia w ciszę modlitwy i jak ktoś to ładnie określił: wsłuchiwania się dzięki niej w prawdziwe istnienie. 

Wiara jak ziarnko

Apostołowie zwrócili się do Pana: „Przymnóż nam wiary”. Pan odpowiedział: „Gdybyście mieli wiarę choćby taką jak nasienie gorczycy, powiedzielibyście tej morwie: „Wyrwij się i zasadź się w morzu” a byłaby wam posłuszna [Łk 17, 5-7].

Wiara rodzi się ze słuchania a to oznacza, że przymnaża się poprzez praktykę. Nie chodzi wcale o rzeczy wzniosłe i wielkie, choć bez wątpienia możliwość słuchania samego Boga nie jest rzeczą małą, istotna jest jednak przede wszystkim wierność . Nie chodzi bowiem o wsłuchanie się w słowo Boże od wielkiego dzwonu, albo tylko w niedzielę na Eucharystii. Apostołowie wsłuchiwali się w słowo Chrystusa codziennie. Jeśli my też uważamy się za uczniów Jezusa, to czy nie powinniśmy czynić podobnie.  Problemem, który pokutuje w naszym myśleniu jest właśnie to, że nierzadko utożsamiamy wiarę z rzeczami wielkimi, wręcz heroicznymi, i przez to zaniedbujemy rzeczy małe, które ja kształtują.

Nie będziemy nigdy przekonującymi świadkami wiary, jeśli nie oprzemy naszej wiary o silny fundament, jakim jest sam Bóg i Jego słowo. Wiara to nie tyle uznanie, że Bóg istnieje, co zaufanie Mu i oparcie się na Nim. To słuchanie Słowa i zgoda na to, aby ono zajmowało miejsce naszej ludzkiej mądrości czy ciągłym dyskusjom naszego ego, które maja miejsce w naszym sercu i naszym umyśle. To zgoda na to, by to Słowo  prowadziło nas.

Kto by pomyślał, że takie wierne i wytrwale zasłuchanie w Słowo, czasem maleńkie, jak to powtarzane codziennie w medytacji, podobne do ziarenka gorczycy może stać się źródłem prawdziwej mądrości i wiary, fundamentem, któremu nie zagrożą nawet największe zakusy piekła.

Ale żeby tego doświadczyć trzeba wejść na drogę wytrwałej praktyki, bo podkreślmy to raz jeszcze: wiara przymnaża się przez praktykę i dzięki niej pozostaje żywa.

Biada tobie…

«Biada tobie, Korozain! Biada tobie, Betsaido! Bo gdyby w Tyrze i Sydonie działy się cuda, które u was się dokonały, już dawno by się nawróciły, siedząc we włosiennicy i w popiele. Toteż Tyrowi i Sydonowi lżej będzie na sądzie niżeli wam. A ty, Kafarnaum, czy aż do nieba masz być wyniesione? Aż do Otchłani zejdziesz. Kto was słucha, Mnie słucha, a kto wami gardzi, Mną gardzi; lecz kto Mną gardzi, gardzi Tym, który Mnie posłał». [Łk 10, 13-16]

To znamienne, że Chrystus swoje „biada” kieruje do miast, z którymi był najbardziej związany. To bowiem z Kafarnaum, Korozain, Betsaidy i okolic tych miast pochodziła większość uczniów Chrystusa. To tam właśnie Jezus spędzał najwięcej czasu, tam miał przyjaciół, tam odpoczywał, tam nauczał i dokonywał najwięcej cudów, tam czuł się u siebie. Cały paradoks polega na tym, że pomimo całej działalności Jezusa te miasta nie nawróciły się. Być może powodem tego był fakt, że mieszkańcy tych miast dobrze znali Jezusa, że traktowali Go jako swojego a Jego nauczanie jako jeden z elementów pejzażu w jakim żyli. To wszystko powodowało, że Jego nauczanie i cuda jakich dokonywał nie robiły na nich zbyt wielkiego wrażenia. Można powiedzieć, że mieszkańcy tego regionu Galilei oswoili Jezusa tak, że Jego życie i Jego nauka przestała mieć wpływ na ich postępowanie.

Ten obraz jest doskonałym odzwierciedleniem tego, co może stać się także i naszym udziałem. Otóż i nam może grozić pewne niebezpieczeństwo duchowego zobojętnienia na nauczanie Chrystusa. Możemy dobrze znać Jego Ewangelię,  możemy żyć sami w dużej zażyłości z Chrystusem, ale najistotniejszym z punktu widzenia doświadczenia wiary jest pytanie czy ta obecność Chrystusowego nauczania rzeczywiście zmienia coś w moim życiu? Czy mogę powiedzieć o sobie, że w perspektywie jakiegoś czasu pod wpływem Słowa Bożego, którym żyję i bliskości Boga na która się otwieram w życiu duchowym dokonuje się moje rzeczywiste nawrócenie. Bo jeśli nie mogę okazać się podobny do owych miast z dzisiejszej Ewangelii, które pomimo iż cieszyły się obecnością Jezusa nie skorzystały z czasu łaski jaki został im dany.  Z tej perspektywy Chrystusowe „biada” wypowiedziane nad mieszkańcami tych miast, „biada” w którym wybrzmiewa smutek Bożego serca wobec zatwardziałości serca człowieka, zamkniętego tak naprawdę na Bożą łaskę wydaje się jak najbardziej uzasadniony.

Warto zapytać zatem siebie dzisiaj w kontekście tej dzisiejszej Ewangelii, czy owo „biada” nie jest skierowane także do mnie. „Kto was słucha mnie słucha” – powie Jezus, ale na nic zdaje się słuchanie, które nie przynosi konkretnych owoców nawrócenia w naszym życiu. Takie słuchanie wydaje się bardziej wzgardą dla Słowa Bożego niż rzeczywistym jego przyjmowaniem.