Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Być w tym, co należy do Boga

Doniesiono na mnie, że prowadzę grupę, która podąża drogą medytacji chrześcijańskiej, skutkiem czego zostałem zaproszony do wygłoszenia rekolekcji wraz z nauką medytacji w jednym ze zgromadzeń zakonnych.

I przygotowując się do tych rekolekcji, natrafiłem na pewien fragment konferencji mojego ulubionego duchowego pisarza, wygłoszonej w czasie, gdy Merton był mistrzem nowicjatu w klasztorze trapistów Gethsemani, który jak mniemam jest doskonałym wprowadzeniem do medytacji. Dlatego pozwolę sobie dzisiaj oddać mu głos. 

Znajdź miejsce – mówi nam Merton, a kiedy już je znajdziesz, ciesz się nim, ukochaj je, i wracaj do niego tak często jak tylko możesz, i nie spiesz się, by zmienić je na inne. Zaś potem podejmij prawdziwy wysiłek, by odsunąć wszelki hałas, zarówno zewnętrzny jak i wewnętrzny.

Powinieneś potrafić oderwać się od świata i uwolnić się, gubiąc wszystkie drobne powiązania i napięcia, które cię przywiązują, przez wzrok, przez dźwięk, przez myśl, do obecności innych. Niech będzie gdzieś takie miejsce, w którym będziesz mógł oddychać naturalnie, spokojnie, i nie będziesz musiał ciągle łapać tchu krótkimi wdechami. Miejsce, gdzie twój umysł może pozostać bezczynny i zapomnieć o swoich troskach, wejść w ciszę, gdzie będziesz mógł chwalić Ojca w ukryciu.

Nie jest to takie łatwe, jak się wydaje. Nie jest łatwo wyłączyć się. Łapiemy się na tym, że w momencie rozproszenia sporządzamy listę rzeczy, które musimy zrobić, kontynuujemy wewnętrzne rozmowy, szczególnie te, w których czuję się stroną dotkniętą, niezrozumianą i niedocenioną. Jest to oczywiście coś bardzo bliskiego mnichom i pustelnikom, jako że oni również podejmują zmaganie, by skoncentrować się na Bogu w samotności. Św. Benedykt znał bardzo dobrze niebezpieczeństwo tzw. „szemrania”. (Merton używa terminu: „wewnętrznego zrzędzenia”). Jest to rodzaj skurczu lub spazmu, który dostaje się do duszy i który może nas zniewolić. Dlatego musi być wykorzeniony, zaś do tego potrzebujemy pomocy. Po pierwsze i przede wszystkim szukamy pomocy Boga, oddając się Jego miłosierdziu i prosząc o Jego łaskę, by podtrzymał nas w nadchodzącym czasie modlitwy. Ale również zwracam się po pomoc praktyczną – sposób, w jaki siedzimy lub oddychamy, jest prostym, lecz zasadniczo ważnym aspektem naszego sposobu modlitwy, i to dobrze, iż coraz więcej mówi się o roli postawy ciała w czasie modlitwy.

Dlatego wybierz pozycję w jakiej najlepiej możesz się modlić. Nie musi to być sztywna postawa, klęcząca, o której w dzieciństwie myślałam, iż jest jedyną właściwą postawą wobec Boga. Tak więc siedź, klęcz, lub używaj stołka modlitewnego. Trzeba być całkowitym realistą. Jeśli wybierzesz pozycję, w której w krótkim czasie dostaniesz skurczu lub mrowienia, będziesz czuł jedynie swoje sztywniejące ciało i bardziej skupisz się na własnym ja niż na relacji z Bogiem.

Kiedy będziesz całkowicie rozluźniony (nie spiesz się, zawsze jest czas), skoncentruj się na oddychaniu. Zacznij oddychać głęboko i powoli. Być może zechcesz wyobrazić sobie, że wydychasz wszystkie swoje frustracje, rozproszenia, niepokoje, i wdychasz wszystkie dobre dary Boga, łagodność, spokój. Ciągłe powtarzanie jednego słowa, na przykład imienia Jezus, może pomóc ci w pogłębieniu poczucia rytmu. Cokolwiek robisz, niech będzie to coś prostego i naturalnego, co na tyle sprawia ci radość, że pod koniec każdego dnia będziesz radośnie oczekiwał następnego.

Jednocześnie trzeba uważać, by nie zaplątać się w zbyt dużą ilość technik i metod. Istnieje dzisiaj nieskończona ilość książek, kaset, broszur, kursów dostępnych na temat modlitwy. Nic jednak, co mówią inni, nie będzie tak ważne. Największą sprawą jest modlitwa. Sama modlitwa. Jeżeli chcecie życia modlitwy, jedynym sposobem, by je osiągnąć, to modlić się.

Dalej Merton mówi, byśmy wystrzegali się pośpiesznego przechodzenia od jednego wezwania modlitewnego do drugiego: Powinniśmy dać każdemu z nich czas na zadomowienie się w naszym sercu.

Merton porównuje recytację w trakcie modlitwy do łagodnego, kołyszącego ruchu, w którym słowo lub fraza z miłością trzymane jest jak małe dziecko. Łagodność jest najważniejsza – pisze dalej Merton. Natężanie umysłu lub wysiłek nastawiony na osiągnięcie jakiegoś efektu, lub poczucie, że w tym momencie trzeba gdzieś dojść, coś osiągnąć, jest niewłaściwym podejściem. Czas nie jest ważny. Ponad wszystko, nie martw się o  tempo, ani o to, co się dzieje lub co się nie dzieje, o to, co zdaje się dziać na powierzchni. Oddaj to Bogu, uwierz, że pod powierzchnią twój umysł, wola i serce wprowadzane są w miejsce, gdzie działa Bóg – módl się tylko, żeby zechciał On działać w tym czasie w swój własny sposób. Bóg jest źródłem twojej modlitwy.

NIC UJĄĆ, NIC DODAĆ. Jak mówi Merton: Wiemy już tyle na temat medytacji. Teraz musimy się do niej zabrać!

Ci co odchodzą…

„Ateista jest bezbronny wobec wierzącego, natomiast wierzący nie jest bezbronny wobec ateisty. Ateista musi udowadniać, co jest zajęciem samo w sobie trudnym, ulegającym niepewności, natomiast wierzący ma tylko piękne, czyste, swoje: ja wierzę, i nic do dodania.” Sławomir Mrożek, Dzienniki t. 1

Dzisiaj w deszczowym Krakowie odbywa się pogrzeb znanego polskiego (choć pewnie ze względu na jego sławę i tułaczkę należałoby powiedzieć światowego) pisarza. Pomyślałem, że to dobry powód by skreślić z okazji tego wydarzenia kilka słów. Skoro nie mogę uczynić tego w książce pamiątkowej wystawionej na krakowskim Barbakanie, to czynie to tutaj.

mrozek

Myślę, że to jeden z tych autorów, który zawsze był mi bliski, bo w jakimś sensie towarzyszył mi swoją twórczością przez całe moje życie, choć w czasach gdy jeszcze chodziłem do szkoły nie był postacią zbyt reklamowaną przez poprzedni system, którego był bacznym obserwatorem i krytykiem, choć z pewnego dystansu (choć nie dokonało się to bez pewnej długiej wewnętrznej metamorfozy prowadzącej od wiary w komunizm, poprzez sceptycyzm aż po jego całkowitą negację. To, co uderza w jego twórczości to bez wątpienia pewien wewnętrzny akt odwagi, który cechował jego pisarstwo, które można by z pewnością określić jako pisarstwo wolnego twórcy. Zresztą to, co zawsze mnie w nim uderzało to także pewien niezwykły dystans do samego siebie: „stać mnie i na to – pisał w „tangu z samym sobą” – podpisywać własnym nazwiskiem rzeczy zarówno najpoważniejsze, co najbłahsze.”

Inną fascynująca cechą jego twórczości było tak bardzo widoczne ścieranie się „starego” i „nowego”, a zarazem ich tragikomiczne splątanie, które odnajdujemy w wielu jego dziełach. Dla mnie był wybitnym i wrażliwym obserwatorem życia, jego blasków i cieni. Ta obserwacja była zwrócona zarówno na zewnątrz jak i w stronę własnego wnętrza. Choć unikał wywiadów a podczas niektórych występów z jego udziałem większość czasu była spowita jego milczeniem, był bez wątpienia wspaniałym gawędziarzem. Jego życie w dużej mierze potwierdzało to, co innym dążącym celowo a czasem po trupach do sławy dzisiaj wydałoby się niedorzeczne a co Mrożek mocno podkreślał mówiąc: „zawsze wolałem być nieważny, dlatego tak bardzo cieszyłem się tymi wszystkimi miejscami, gdzie mogłem cieszyć się wspaniałą anonimowością.”

A żeby nie zabrakło w tym miejscu pewnego aspektu duchowego, choć może ukazanego w tak charakterystyczny dla Mrożka pełen satyry sposób jako epitafium dla tego wybitnego pisarza pozwolę sobie przywołaj jedno z jego krótkich opowiadań. Jeśli jest znane, to mam nadzieję, że wielu z Was podobnie jak ja chętnie do niego wróci, jeśli nie to życzę radosnej i owocnej lektury. Bo choć to małe opowiadanie daje wiele do myślenia.

 

KOEGZYSTENCJA CZYLI O CZAPECZCE I WUJKU

Żył sobie gorliwy proboszcz, który cały swój czas poświęcał parafii: pracował od świtu do nocy. I oto pewnego razu wróciwszy do domu, zastał przy stole diabła w czerwonej, dżokejskiej czapeczce.

Zmęczony staruszek zapytał tylko krótko i niegościnnie:

– Czego?!

– Właściwie to niczego, po prostu jestem.

– Ale nie obawiaj się. Posiedzę sobie, to wszystko.

Ksiądz zdając sobie sprawę z natury diabelskiej, obiecał sobie, że rozprawi się z szatanem zaraz potem: gdy tylko zdejmie buty… gdy zaparzy herbatę… gdy odmówi brewiarz… gdy poczyta książkę… gdy się zdrzemnie…. gdy nieco odpocznie…

I tak spokojny, grzeczny diabeł uśpił czujność duszpasterza, który w końcu – jako praktyk – wykonkludował:

Niech sobie siedzi, mnie on nie przeszkadza, tu go mam na oku i dopóki tu jest, nie może szkodzić innym.

I tak pleban spędził pierwszą noc razem z diabłem.

Dziwił się tylko potem rano, że mimo obecności diabła, spał jak zazwyczaj głęboko i bez złych snów.

Kiedy opuszczał plebanię, aby udać się do swych codziennych obowiązków parafialnych, diabeł odprowadził go do drzwi spojrzeniem.

Tym samym spojrzeniem przywitał go na wieczór.

Był jak wierny, dobrze wychowany pies, a nie kosztował nic.

Ksiądz przypomniał sobie wczorajsze postanowienie przepędzenia nieproszonego gościa, ale znowu wzięły górę praktyczne argumenty:

On mi nic nie robi, ja mu nic nie robię; u mnie jest nieszkodliwy, a jak spróbuje coś robić, to mam egzorcyzmy.

Ale diabeł nie próbował nic robić.

I ksiądz nie pytał o nic.

Po prostu nie odzywali się do siebie.

Ksiądz wracał zmęczony i szedł spać, a diabeł czuwał.

I tak się między nimi jakoś ułożyło.

Spokój zakłócił biskup, który przybył na wizytację.

Kościół znalazł w doskonałym stanie, duszpasterstwo wzorowe.

Na koniec chciał jeszcze zobaczyć plebanię.

Proboszcz przeraził się, ale odmówić nie mógł, przekonany, że teraz wybuchnie skandal i kompromitacja na całego, otworzył drzwi do swego mieszkania.

A tu – ku zaskoczeniu duchownego – pokój pusty, diabeł zniknął.

Biskup rozejrzał się i już miał pochwalić skromne mieszkanie, gdy dostrzegł czerwoną czapeczkę, którą diabeł zostawił na stole. Z niemym zapytaniem przeniósł wzrok na proboszcza, bo wydało mu się to dziwne, aby taka dostojna osoba używała takiego nakrycia głowy.

 -To… to mój siostrzeniec… odwiedza mnie czasami – skłamał proboszcz.

Biskup pokiwał głową ze zrozumieniem i wyraził zadowolenie z ogólnego stanu parafii.

Kiedy ksiądz został sam w mieszkaniu, diabeł wyszedł z szafy, w której się ukrył.

Zbliżył się do proboszcza i z ohydnym uśmiechem triumfu, wykrzywiając paszczę, zawołał radośnie:

– Wujaszku!

Radość Boga

Jeżeli Ewangelia oznacza dobrą nowinę, zwłaszcza zaś dobrą nowinę dla ubogich i grzeszników, to cytowany dzisiaj piętnasty rozdział Ewangelii św. Łukasza, z przypowieściami o zaginionej owieczce, o zgubionej drachmie i o synu marnotrawnym, wprowadza nas w samo serce Ewangelii. Przez konkretne sytuacje Jezus ukazuje Boże postępowanie. W rzeczywistości jednak w przypowieściach tych nie mówi się przede wszystkim o człowieku czy o grzeszniku, o jego duchowej kondycji lecz o Bogu. Dokładniej — o radości Boga!

Perykopa przeznaczona na dzień dzisiejszy wspomina o niej aż dziesięciokrotnie.

Przypowieści, które opowiada dziś Jezus napełniają nas otuchą jak żadne inne, lecz zamiast pozwolić cieszyć się, mogą sprowokować niepokojące pytanie: Owszem, radość tego pasterza jest rzeczą piękną, ale dlaczego większa jest radość z powodu tej jednej niż z powodu dziewięćdziesięciu dziewięciu, które nie sprawiały kłopotu? Czy nie jesteśmy wszyscy w tym samym stopniu dziećmi Bożymi? Dlaczego więc jedna owca jest warta tyle samo, co dziewięćdziesiąt dziewięć innych? Czemu ważniejsza jest ta, która uciekła, przez co w oczach ludzkich wydaje się mieć mniejszą wartość? Czy nie jest to przesada, a nawet skandal?

Pytania ta uświadamiają nam, że aby zrozumieć tę przypowieść, trzeba „wyzbyć się” ludzkiej logiki i kalkulacji. Trzeba zacząć myśleć i widzieć tak jak Bóg, choć nie jest to zadanie łatwe.

Ta niezwykła, wręcz przesadna radość z powrotu człowieka dotychczas żyjącego w grzechu, może budzić zdziwienie. Zwłaszcza w porównaniu z radością, którą niesie prawe życie sprawiedliwych. To jednak właśnie w ten sposób ujawnia się i wielkość Bożego miłosierdzia, i wola zbawienia każdego człowieka.

Święty Paweł w Liście do Tymoteusza powie: „Chrystus Jezus przyszedł na świat zbawić grzeszników, spośród których ja jestem pierwszy. Lecz dostąpiłem miłosierdzia po to, by we mnie pierwszym Jezus Chrystus pokazał całą wielkoduszność…” Ta właśnie postawa Apostoła Pawła, pełne pokory przyznanie się do własnego grzechu, pozwala chyba lepiej zrozumieć sens czytanej dziś Ewangelii. Dopiero gdy człowiek odkryje, że sam (przynajmniej od czasu do czasu) znajduje się w sytuacji tej owcy, która się zagubiła, albo syna marnotrawnego i jest poszukiwany przez Boga, jest przez Niego wyczekiwany, z większym zrozumieniem, otwartością i radością spojrzy na wszystkich innych, którzy wracają, niejednokrotnie po długiej tułaczce do domu Ojca.

Jezus zachęca nas dziś do zadania sobie pytania: w jakiego Boga ja wierzę?

Jak często jest tak, że twoja słabość, której doświadczasz mówi ci: Bóg już cię nie kocha; nie jesteś godzien, aby być Jego dzieckiem. Wielu z nas ma serca nasączone takim jadem kłamstwa, które pochodzi od złego ducha. Jak wielu traktuje Boga jak przysłowiowego policjanta, który nieustannie ich obserwuje i tylko czyha, żeby ich na czymś przyłapać, aby potem rozkoszować się ukaraniem ich?

Czy taki jest nasz Bóg?

Jezus chce burzyć nasze fałszywe myślenie o Bogu i ukazuje nam może „nielogiczne” z ludzkiego punktu widzenia, ale za to prawdziwe szaleństwo Bożej miłości do nas — miłości, która jest niezmienna pomimo naszej słabości, bo tak właśnie kocha Bóg.

Medytacja uczy porzucania powierzchowności

Medytacja uczy nas życia skupionego wiernie i w sposób zdyscyplinowany wokół modlitwy. Jest to droga, która prowadzi do doświadczenia działania Ducha Świętego. W medytacji uczymy się naturalnie otwierać nasze serca na łaskę, tak jak kwiat otwiera się naturalnie na słońce. Medytacja uczy nas ponadto, że w działanie Ducha Świętego musimy zaangażować całe nasze serce, jeżeli chcemy odpowiedzieć na zaproszenie do wypłynięcia na głębię , co się rozumie przez porzucenie naszej powierzchowności. Ta zdolność przeżywania głębi naszego życia charakteryzuje tych, których życie jest naprawdę zanurzone w Bogu.

Doświadczenie medytacji jest pierwszym krokiem do tego, aby nauczyć się otwartości na działanie Boga w naszym życiu i naturalnie wynikającej z niej chęci odpowiedzi, która staje się potrzebą naszego serca, wypełnionego przez dar łaski. Z medytacji z kolei zdolność ta przenosi się na całe nasze życie, także na nasze najbardziej prozaiczne zajęcia, bo one także w życiu chrześcijanina są przecież zanurzone w Bożej obecności. Kiedy się to dokona łatwiej nam będzie dostrzegać przejawy działania Bożej laski w zwykłych, codziennych doświadczeniach naszego życia, również tam, gdzie dotąd ich nie dostrzegaliśmy.

Jest to doświadczenie bardzo wyzwalające, bo pozwalające się przekonać, że Boża łaska rzeczywiście jest strumieniem, który nieustannie przepływa przez nasze życie i mocą na której rzeczywiście mogę się oprzeć  bardziej i bezpieczniej niż na własnym ja.

Jezus pierwszą miłością

Jednym z głównych tematów, których dotyka dzisiejsza liturgia słowa jest wierność i gotowość pójścia za Jezusem.

Dla świętego Pawła była to także wartość najważniejsza, dla której gotów był poświęcić wszystko inne. Zarówno wolność jak i życie. Nie on jeden zresztą.

Dzisiaj słyszymy, że na całej drodze towarzyszy Jezusowi wiele osób. Chciały z Nim być. Wierzyły, że ma On coś ważnego do powiedzenia i coś trwałego do ofiarowania. Byli Nim zafascynowani. Jezus nigdy nie odpychał ludzi. Ale nie chce też, by szli za Nim z fałszywymi oczekiwaniami. Mówi do nich bardzo jasno. Kto wiąże się z Nim – kto chce być prawdziwym chrześcijaninem – musi wiedzieć, czego się od niego oczekuje. Musi dobrze się zastanowić, czy jest w stanie temu podołać. Bo nie ma sensu zatrzymywać się w połowie drogi i wycofać się. Jezus chce mieć naśladowców, chrześcijan, którzy idą za Nim sumiennie i rozważnie.

Wśród oczekiwań, jakie stawia Jezus jest jedno, które moglibyśmy określić mianem: dziwne. Wybrzmiewa ono w dzisiejszej Ewangelii. „Jeśli kto przychodzi do Mnie, a nie ma w nienawiści swego ojca i matki, żony i dzieci, braci i sióstr, nadto i siebie samego, nie może być moim uczniem”.  Święty Mateusz w swojej Ewangelii ujmuje to nieco łagodniej: „Kto kocha ojca lub matkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien. I kto kocha syna lub córkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien”. Oczywiście błędem byłoby sądzić, że Chrystus wzywa do nienawiści. Używa On jednak pewnej przesady, aby podkreślić coś, co ma być istotą naszej relacji do Niego a w konsekwencji naszego chrześcijaństwa i jego autentyczności.

Znaczy to, że kto chce iść za Jezusem, powinien kochać Go bardziej niż inne osoby, także te, które są mu bliskie. Jezus domaga się od nas, byśmy przyznali Mu w naszym życiu miejsce wyjątkowe, jedyne. Miłość do Niego i związek z Nim powinny mieć pierwszeństwo przed wszystkimi innymi związkami. Oczywiście, miłość do Niego nie wyklucza miłości do ludzi, jest wprost przeciwnie. Właśnie Jezus uczy nas prawdziwej miłości i właściwego odniesienia do bliźniego. Dlatego nasz stosunek do bliźniego powinien być włączony do naszej relacji z Chrystusem. Z drugiej strony, musimy w taki sposób kształtować swoje związki z bliźnim, aby nie przeszkadzały nam one w więzi z Jezusem. Ostatecznym kryterium naszych wyborów nie może być  pragnienie i wola bliźniego ani jego przyjemność, ani też harmonia i zgoda z nim; ostatecznym kryterium postępowania chrześcijanina jest zawsze wola Jezusa i droga, którą chce On nas prowadzić. Chrześcijanin nie może budować takich relacji z bliźnimi, które byłyby przeciwne woli Chrystusa; musi budować takie relacje, które odpowiadać będą woli Jezusa, bo ona jest dla chrześcijanina obowiązującą i najwyższą normą.

Podobnie jest zresztą ze stosunkiem do własnego „ja”.  Nie rzadko nasz własny egoizm bywa mocną przeszkodą do pójścia za Jezusem, większą nawet niż inni. Dlatego również własne „ja” i własne życie muszą ustąpić miejsca więzi z Jezusem. Kto chce iść za Nim, musi nieść swój krzyż, musi iść za Jezusem nawet drogą krzyża. Bo albo się całkowicie naśladuje Chrystusa, albo w ogóle się Go nie naśladuje. Nie można wybrać tylko tych odcinków drogi Jezusa, które nam się podobają. Dla chrześcijanina wartością największą nie może być życie przyjemne, w blasku własnego „ja”, ale wierność woli Bożej i więź z Jezusem. Kto chce iść za Nim, musi postawić tę wierność ponad wszystkim.

Jezus mówi zupełnie otwarcie o warunkach podążania za Nim, czyli bycia chrześcijaninem. My, owszem, chcielibyśmy być chrześcijanami, pójść za Jezusem, ale czy nie jest tak, że chcielibyśmy nasze chrześcijaństwo przeżywać na naszych warunkach? Wiele rzeczy fascynuje nas w Chrystusie i pociąga nas, inne podobają się nam mniej. Chcielibyśmy stworzyć sobie taką formę chrześcijaństwa, która byłaby na naszą miarę, która by się nam podobała. Ale Jezus mówi wyraźnie, że pójście za Nim jest możliwe tylko na Jego warunkach, bo inaczej nie jest się Jego naśladowcą. Kto chce rzeczywiście należeć do Jezusa, musi zdecydować się na wszystkie stawiane przez Niego warunki; musi wybrać całą Jego drogę! W przeciwnym razie nasze chrześcijaństwo będzie bardziej przypominało karykaturę niż prawdziwe naśladowanie życia naszego Mistrza, którego przecież ma być odbiciem.