Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Ukierunkowanie doświadczenia medytacyjnego

Jaki jest cel medytacji? Szukamy w niej przede wszystkim najgłębszych podstaw naszej tożsamości w Bogu. Nie przeprowadzamy rozważań nad dogmatami i tajemnicami wiary. Uczymy się skupienia, które polega na słuchaniu Bożej woli z bezpośrednią i prostą uwagą skierowaną ku rzeczywistości. Modlitwa oznacza wówczas tęsknotę za prostą obecnością Boga, za osobistym zrozumieniem Jego słowa, za poznaniem Jego woli, za zdolnością słuchania i za posłuszeństwem wobec Niego. Nasze pragnienie i modlitwę można ująć słowami św. Augustyna: Noverim te, noverim me (Spraw, abym poznał siebie, spraw, abym poznał Ciebie). Pragniemy osiągnąć prawdziwe, miłujące poznanie Boga, naszego Ojca i Odkupiciela, pragniemy zatracić się w Jego miłości i w Nim spocząć. Pragniemy słyszeć Jego słowo i odpowiedzieć na nie całym naszym istnieniem. Pragniemy poznać Jego miłosierną wolę i poddać się jej całkowicie. Takie są dążenia i cele meditatio.

Według nauki ojców monastycznych medytacja jest skierowana i nastawiona na czystość serca, na bezwarunkowe i całkowicie pokorne poddanie się Bogu oraz całkowitą akceptację nas samych i naszej sytuacji jako wyrazu Jego woli. Oznacza to wyrzeczenie się wszystkich kłamliwych wyobrażeń o sobie, przesadnych ocen swoich zdolności, po to, aby być posłusznym woli Bożej, która przychodzi do nas w trudnych wymaganiach stawianych nam przez życie w jego surowej prawdzie. Medytacja jest zatem ukierunkowana ku nowemu wglądowi, ku bezpośredniemu poznaniu swojego ja. „Przez medytację penetruję najgłębsze podłoże mojego życia, szukam pełnego zrozumienia woli Boga i Jego miłosierdzia wobec mnie oraz mej całkowitej zależności od Niego. Lecz ta penetracja musi być autentyczna. Musi być autentycznie przeżywana” – pisał Thomas Merton w swojej książce p. t. Kierownictwo duchowe i medytacja.

Oczywiście nie dzieje się to przede wszystkim dzięki naszemu wysiłkowi, ale dzięki łasce i otwarciu na światło Ducha Świętego, który w doświadczeniu medytacji działa w nas.

Dotknięcie wieczności

To jedyne miejsce w Biblii, gdzie mowa jest o Nain. Ale dzięki temu wydarzeniu, o którym mówi Ewangelia zrobiło się ono słynne. Nain to nie tyle miasto, co mała osada oddalona 10 kilometrów na południowy wschód od Nazaretu. Ewangelista opisuje ceremonię pogrzebu młodego mężczyzny, zmarłego najprawdopodobniej kilka godzin wcześniej, tego samego dnia. Tradycja żydowska zalecała jak najszybszy pogrzeb, jeszcze przed zachodem słońca, dopuszczając nawet obmycie i namaszczanie ciała w dzień szabatu. Ciało zmarłego kładziono na desce – marach, tak żeby wszyscy w czasie pogrzebu mogli je zobaczyć. To właśnie tam, w bezpośredniej bliskości miejskiej bramy, Jezus spotkał kondukt pogrzebowy.

Na piaszczystej drodze, gdzie padały łzy matki i wdowy zarazem, która straciła swojego jedynego syna dokonało się spotkanie Życia ze śmiercią. Z ust Chrystusa padają krótkie słowa. Był w nich okruch pociechy, ale przede wszystkim polecenie. Pierwsze – skierowane były do matki: Nie płacz. Drugie – do zmarłego: tobie mówię, wstań! I oto wobec wszystkich zgromadzonych śmierć oddaje swój łup. W miejsce bezgranicznego żalu zstępuje niewypowiedziana radość. Jak czytamy: Podziw ogarnął otaczających umarłego. Ale nie ten psychologiczny stan entuzjazmu był najważniejszy. Z punktu widzenia wiary ważniejsze doświadczenie duchowe tej chwili.

Z tej duchowej perspektywy miejscowość Nain leży w dość istotnym miejscu, nieopodal góry Tabor – góry przemienienia. Góry na której Jezus wprowadził swoich uczniów w doświadczenie wieczności, odsłaniając im swoją prawdziwą naturę – Syna Bożego. W Nain odbywa się wędrówka w odwrotny kierunku: z wieczności na ziemię. Wędrówka, która do tej pory dla człowieka była niedostępna. Tę drogę pokonuje chłopiec owinięty śmiertelnym całunem. Nie dokonuje jednak tego o własnych  siłach, lecz dzięki Temu, który już raz tę drogę z wieczności do doczesności przebył – Jezusowi. To kolejna sytuacja, która odsłania Bożą moc Syna Człowieczego, ale też Jego głębokie więzy z człowiekiem.

Ewangelie odnotowują trzy wskrzeszenia: córeczki Jaira, Łazarza i młodzieńca z Nain. Żadna z osób, które powróciły żywe z owego doświadczenia śmierci, nie odsłoniła jednak tajemnicy tamtego świata. Choć tak bardzo byśmy chcieli, aby choć w części zaspokoiły naszą ciekawość. To między innymi z tego powodu tak chętnie wsłuchujemy się w relacje osób, które przeżyły śmierć kliniczną. Jednak na przekór tego życie człowieka – jak pisał swego czasu Vittorio Messori – mocno strzeże dwóch swoich największych tajemnic: „Przed narodzeniem i po śmierci oba końce naszego istnienia zanurzają się w niewiadomym. Wieczność czy nicość, skąd pochodzimy? Wieczność czy nicość, dokąd zmierzamy?

Póki co mamy tylko jednego świadka, który o doświadczeniu wieczności może opowiedzieć z własnej autopsji. Jest nim Jezus Chrystus. Możemy Mu uwierzyć lub nie! To dzisiejsze doświadczenie opisane w Ewangelii przechyla jednak szalę na stronę wiary, gdyż nie mamy wątpliwości, że ten młody chłopak z Nain był już po tamtej stronie życia a jednak wieczność została zmuszona do tego, aby zwrócić go doczesności. A kto może zmusić wieczność do oddania swojej zdobyczy, jak nie Ten, który ją wypełnia i nią zawiaduje? Tamtego dnia przy żałobnej drodze człowiek spotkał Tego, który jest wiecznością, choć może wielu nie rozpoznało go w Chrystusie, poprzestali na zachwycie i zdziwieniu całą tą sytuacją. Dla nas jednak, do których to słowo jest skierowane, to jednak zapowiedź spełnienia pewnej obietnicy: Tej mianowicie, że kiedy wieczność ogranie kiedyś każdą i każdego z nas wtedy u bram tamtego świata spotkamy tego samego Jezusa, który zatrzymał się na drodze z Nain i mamy nadzieję, że tak jak do tamtego młodzieńca powie: tobie mówię wstań po to, aby móc oddać nas w ręce naszego Ojca.

Większa radość

serce Boga

Serce Jezusa jest symbolem Bożej miłości do człowieka. Przyjąć tę miłość oznacza pozwalać jej przemieniać nas wewnętrznie, poczynając od płaszczyzny serca, gdyż tam, jak zwykł mawiać Chrystus swoje źródło mają nasze wybory, myśli, decyzje. Przyjąć tę miłość oznacza także zgodzić się na prawdę o sobie, ale owo odkrycie prawdy o naszej nędzy i słabości nie będzie nas w takim wypadku prowadziło do użalania się nad sobą, ale do jeszcze większego otwarcia na tę jedyną w swoim rodzaju miłość, gdyż to właśnie tylko w niej człowiek może odnaleźć swoje uzdrowienie i prawdziwą wolność. Uznać prawdę o sobie, uznać swoją bezradność i swój grzech to nic innego, jak pozwolić się odnaleźć Bogu, to doświadczyć tej niezwykłej czułości z jaką On pielęgnuje nasze zranione i złamane grzechem serce. 

Serce Jezusa jest symbolem miłości tęskniącej i poszukującej i ukazuje nam Boga, który potrafi odnaleźć nas w największych nawet ciemnościach naszego zagubienia. To Serce jest symbolem pewnego paradoksu, który polega na tym, że Bóg, którego to serce symbolizuje zna nas lepiej niż my sami siebie i jest zawsze niewyobrażalnie blisko nas, nawet wówczas, gdy my oddalamy się od Niego. Tak jest również wtedy, gdy pozornie będzie On wydawał się odległy, czy nieobecny.

Zawsze jednak największą radością tego zakochanego w człowieku Serca będzie to, gdy ów wejdzie na drogę nawrócenia, która jest właśnie tożsama z przyjęciem i otwarciem się na tę miłość. Doświadczając przejrzenia, które jest jednym z owoców nawrócenia (po wcześniejszym błądzeniu – czyli sytuacji, gdy oczy serca są z jakichś przyczyn na uwięzi), możemy jednocześnie przekonać się, jak bardzo Jezusowi na każdym z nas zależy, jak bardzo nam ufa. Jak bardzo nas kocha. I w tej miłości nie chce być zaborczy, i szanując ludzką wolność i wybór, dlatego… zezwala nawet na błądzenie. Lecz jednocześnie nieustannie szuka nas na rubieżach naszych grzechów, na końcu naszych światów. 
Dlatego z naszej strony pozostaje tak niewiele, a jednocześnie jakże to trudne: pozwolić dać się odnaleźć Miłości.

Powołanie do medytacji

W swojej książce Życie wewnętrzne Thomas Merton pisze: Chrześcijańska medytacja, w swej najgłębszej istocie, jest spotkaniem z Bogiem. Jest spotkaniem z Nim w każdym Jego Słowie, które powtarzamy i w które wsłuchujemy się. Jest naszym „Tak” na Bożą wolę, na konkretne Boże działanie w naszym życiu. Doświadczenie medytacji z jej uważnością i skupieniem, które w sposób szczególny są przypisane temu rodzajowi modlitwy skutecznie chronią nas przed niebezpieczeństwem tak powszechnego dzisiaj „odklepywania” modlitwy. Medytacja wymaga od nas całkowitego zaangażowania. Jeśli go brakuje to medytacja nie zaistnieje. Będziemy co najwyżej przeżywali sny na jawie ale nie będzie to miało nic wspólnego z prawdziwym doświadczeniem duchowym. Inną ważną cechą medytacja jest fakt, że zmusza nas ona do stawania przed Bogiem takim jakim jestem, bez udawania, gdyż doświadczenie medytacji bardzo łatwo obnaża nasz wewnętrzny fałsz, który nie ostanie się w kontakcie z prawdą Bożego Słowa, które ma moc przeniknąć nawet najbardziej ukryte zakamarki naszego serca, umysłu i pamięci. Dobrą stroną tego jest to, że taka modlitwa, która obnaża wewnętrzną prawdę o nas mobilizuje nas także do zmiany życia i tak naprawdę tylko taka daje mi radość i pokój serca.

Doświadczenie medytacji to modlitwa, którą powinniśmy odkrywać także w kontekście naszego chrześcijańskiego powołania. Nie w tym znaczeniu, że dana jest ona tylko niektórym (gdyż do odkrywania medytacji jako żywej i głębokiej relacji z Bogiem powołany jest każdy chrześcijanin. Oczywiście są różne rodzaje medytacji i każdy może znaleźć coś dla siebie. Doskonałym punktem wyjścia do tego jest odkrycie, że dotychczasowy rodzaj modlitwy nam już nie wystarcza. Jest to zawsze wezwanie do wypłynięcia na głębię).

Chrześcijanin jest także zaproszony do tego, by uświadomić sobie, iż jest wezwany przez Boga do przeżywania ciszy medytacji, jako „wsłuchiwania się” w Boga, co jest podstawowym warunkiem pogłębiania naszej wiary. Cisza medytacji wydaje się być także doskonałym antidotum na zbytnie rozgadanie naszych czasów, które przenosi się nierzadko również na modlitwę; a także na zbytni aktywizm naszego życia chrześcijańskiego, ukazujący także pokusę naszej samowystarczalności, w którym główne zasługi chcielibyśmy przypisać bardziej sobie niż łasce. Stąd potem biorą się deklaracje typu: Jestem człowiekiem  wierzącym, ale Kościół nie jest mi do realizowania mojej wiary potrzebny, co dosłownie można przetłumaczyć, że sam sobie dam radę, bez sakramentów, bez wspólnoty a przecież właśnie one są odpowiedzią Boga na naszą słabość i niewystarczalność. Doświadczenie medytacji, które uczy nas więcej pola w naszym życiu zostawiać działaniu Boga i jego łaski i przekonuje nas , że nasza pobożność nie zawiera się głównie w mówieniu i działaniu. Może również polegać na przebywaniu w ciszy – na słuchaniu i oczekiwaniu. I w zasadzie tutaj powinna brać swój początek, gdyż źródłem prawdziwej duchowej inspiracji jest zawsze Bóg, moja postawa jest dopiero odpowiedzią na to, czego On ode mnie oczekuje. Tej postawy ciszy i zasłuchania uczą nas także klasztory kontemplacyjne, które jak pisał Merton: pozwalają odkrywać tak ważne dla naszego wieku przemocy i niepokoju doświadczenie kontemplacji – cichej wewnętrznej, jednoczącej modlitwy oraz twórczej mocy łaski, która się przez nie objawia. Praktykując medytację pragniemy także, aby nasze wnętrza i nasze życie stawały się miejscem objawienia się tej twórczej mocy Boga.

Doświadczenie Kościoła w jedności…

adoracja z papieżem

Sądzę, że już dawno nie przeżywaliśmy w Kościele podobnego doświadczenia, jak tego, które było naszym udziałem zaledwie kilka godzin temu. Otóż na apel Ojca Świętego Franciszka wierni Kościoła katolickiego mieli spotkać się duchowo o jednej porze zjednoczeni jedną modlitwą adoracyjną przed Najświętszym Sakramentem. Dokładnie o tej samej porze przed Chrystusem Eucharystycznym stanęli katolicy Europy, Azji, obu Ameryk, Oceanii, Australii, dosłownie całego świata. Uczynili to bez względu na godzinę, jaka wybiła na zegarach w ich szerokości geograficznej. Nam w Europie było nieco łatwiej niż np. katolikom w Japonii, bo w godzinie tej modlitwy przypadało w Europie późne popołudnie. Niemniej jak donoszą ludzie Chloe odzew na apel papieża bez względu na porę był niezwykły.

Mam świadomość, że odmawiając codziennie Liturgię Godzin i czy sprawując Eucharystię także czynię to w jedności z całym Kościołem na świecie, choć to modlitwa zanoszona o różnych godzinach w różnych zakątkach ziemi. Ma to oczywiście swój niezwykły wyraz w fakcie, że na ziemi zawsze jest ktoś, kto modli się tą wspólną modlitwą wyznawców Chrystusa. Nieustanną modlitwą.  Modlitwą, która jak wierzy wielu podtrzymuje ten świat w jego istnieniu. Tym razem jednak wierni Kościoła mieli spotkać się o jednej porze, przez jedną godzinę trwając we wspólnej modlitwie w duchowej łączności z Piotrem naszych czasów, który w Wiecznym Mieście przewodził tej niezwykłej modlitwie Kościoła.

Dla mnie osobiście uderzający był fakt, że na ten szczególny czas Ojciec Święty wybrał modlitwę adoracyjną i medytacyjną zarazem, albo inaczej mówiąc medytację przed Chrystusem ukrytym w Najświętszym Sakramencie. W tej medytacji było obecne zarówno Słowo Boże, cisza i wpatrywanie się w Obecność.

Była to modlitwa oparta na podwójnej relacji: z jednej strony relacji jedności między wielu wyznawcami Kościoła na całym świecie, którzy w tym samym momencie trwali wspólnie na modlitwie [przypomina się tutaj obraz z Wieczernika przed Zesłaniem Ducha Świętego: Wszyscy oni trwali jednomyślnie na modlitwie (Dz 1,14)], z drugiej zaś strony była to relacja między człowiekiem a Bogiem, między Oblubienicą, jaka jest Kościół a Oblubieńcem, którym jest Chrystus. Każda relacja osobowa potrzebuje takiego trwania, takiego wpatrywania się, które rodzi poznanie i zażyłość.  Uderzający jest w tym wszystkim fakt, że ten szczególny czas modlitwy wskazywał na coś jeszcze, co często jest w jakimś sensie niezauważone w budowaniu tej relacji. Mam na myśli fakt, że ta modlitwa pokazała, że tworzenie tej relacji wcale nie musi być łatwe i wymaga nierzadko od uczestniczących w niej determinacji (i nie chodzi także o to, że dla wielu była to pora przypadająca w środku nocy) i wysiłku i że pomimo swojej pozornej prostoty może być dynamiczna i nieprzewidywalna. Nieprzewidywalna także dlatego, że trwanie i to często w ciszy (która także nie zawsze bywa łatwa dla współczesnego człowieka) przed milczącym białym kawałkiem Chlebem może okazać się najbardziej skuteczną modlitwą przemieniającą człowieka i wlewającą siły w jego serce i życie. Jest to także modlitwa wymagająca, bo nie pozwala ulec pokusie tak powszechnej dziś ucieczki od różnego rodzaju problemów i trudności w świat rozrywki, iluzji, przyjemności, lecz każe nam zmierzyć się z nimi i stanąć twarzą w twarz uzbrojonym jedynie albo aż w moc wiary i łaski. Ale każdy, kto doświadczył mocy tej modlitwy dobrze wie, że to właśnie tam, przed Bogiem ukrytym w okruszynie chleba najłatwiej znaleźć najlepszą odpowiedź i najlepsze rozwiązanie naszych problemów. Może nie zawsze jest ono takie, jakie byśmy po ludzku wybrali lub sobie wymarzyli, ale z pewnością najbardziej owocne dla nas i naszego życia duchowego.

Ta modlitwa bez wątpienia miała także wymiar świadectwa, które może choć nie przez wszystkich dostrzeżone i docenione, bo dla niektórych jak np. dla mediów za mało spektakularne (ale już tak jest, że dobro robi mało hałasu). I nie trzeba było długo czekać na jej owoce gdyż z wielu miejsc płyną słowa wdzięczności za konkretne owoce umocnienia poprzez tę modlitwę i nie mam wątpliwości, że o jej kolejnych owocach będziemy jeszcze słyszeć.

Dla mnie nie ma wątpliwości, że to dzisiejsze doświadczenie wspólnej modlitwy Kościoła wpisuje się doskonale w kontekst dzisiejszej Ewangelii, która przypomina nam, że Chrystus sam staje się Chlebem życia, żeby wyjść naprzeciw człowiekowi, zwłaszcza temu najbardziej utrudzonemu (a przecież w sposób szczególny była to modlitwa za tych wszystkich, którzy w różnych miejscach świata doświadczają cierpień związanych z nowymi rodzajami niewolnictwa, za ofiary wojen, handlu ludźmi, przemytu narkotyków i pracy niewolniczej, za dzieci i kobiety doświadczające wielorakich form przemocy, za tych którzy doświadczają niepewności ekonomicznej, za rodziny przeżywające kryzys, a także za bezrobotnych; za starszych, emigrantów i bezdomnych, za więźniów i za tych wszystkich, którzy doświadczają zepchnięcia na margines społeczeństwa, wreszcie za zniewolonych różnego rodzaju nałogami, grzeszników, niewierzących i walczących z Chrystusem – jak sformułował to w swoim apelu Ojciec Święty).

To właśnie Chrystus – o czym nieraz zapominamy – najpełniej zbiera w sobie te wszystkie trudne i bolesne doświadczenia człowieka, gdy pozwala się łamać na ołtarzu, na stole ofiarniczym, jako niepokalany Baranek paschalny. I przypomina nam, że tylko karmiąc się Jego Słowem oraz spożywając Jego Ciało, możemy doświadczyć zbawienia. To zbawienie doskonale dokonało się na Golgocie, ale już widoczne owoce dzisiejszej modlitwy  pozwalają nam doświadczyć namacalnie, że ono ciągle dokonuje się pośród nas.