Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Wolność wobec tego, jak jesteśmy traktowani.

Coraz chętniej mówi się dzisiaj o nietolerancji wobec mniejszości. Jest to temat ochoczo podchwytywany przez media, bo zawsze dobrze się sprzedaje. Polaryzacja opinii, podział na czarne i białe – duże kontrasty robią duże wrażenie. W całym zamieszaniu łatwo zapomnieć, że również większość może być prześladowana… Na przykład z powodu wiary. Przykładów nie trzeba daleko szukać…

Weźmy np. sytuację księdza. Ksiądz to człowiek, jak każdy inny, załatwia przeróżne sprawy, najczęściej parafialne, trafia do bardzo wielu miejsc i spotyka najrozmaitszych ludzi. Raz są parafianie, innym razem ludzie zupełnie nieznani. Czasami to osoby głęboko wierzące i gorliwie praktykujące, a niekiedy obojętne, czy nawet wrogo nastawieni do Kościoła. Koloratka, która jednoznacznie mówi, kto zacz, często bardzo pomaga. Pobudza życzliwość, skłania do większej uprzejmości, otwiera wiele drzwi, uruchamia łańcuch pomocy. Bywają jednak i takie miejsca, gdzie koloratka nie jest mile widziana lub budzi niezrozumiałe zakłopotanie a bywa dzisiaj wcale nie rzadko, że i otwartą wrogość.

W obliczu dzisiejszej ewangelicznej opowieści o samarytańskiej wiosce, która nie przyjęła Jezusa, nie potrafię wyzwolić się od obrazu miłosiernego Samarytanina, tak dobrze nam znanego z przypowieści. Tam pomaga on człowiekowi, który potrzebuje pomocy. Nie pyta, kim jest ów napotkany nieoczekiwanie człowiek, skąd pochodzi, jaką wyznaje wiarę. Wtedy Chrystus stawia tamtego Samarytanina za wzór prawdziwej, bezinteresownej miłości. Dzisiaj Ewangelia ukazuje zgoła innych Samarytan, słysząc kim jest Jezus, ze względu na Jego wiarę odmawiają Mu gościny. Może ktoś się obruszy na zestawienie tych dwóch fragmentów z Ewangelii. Pokazują one jednak, w jaki sposób jedno słowo „wierzę” może zmienić nastawienie człowieka.

Lisy mają nory i ptaki powietrzne gniazda, lecz Syn Człowieczy nie ma miejsca… Westchnienie to odsłania prawdziwą samotność Jezusa, rozumianą jako poczucie braku duchowej łączności z innymi, braku miłości, często zrozumienia. Jezus, będąc otoczony bezustannie ludźmi, w istocie był samotny. Często nie rozumieli Go nie tylko słuchający, ale i uczniowie – najbliżsi. Skąd my to znamy?

Dzisiaj Chrystus zachęca nas, abyśmy przyjrzeli się naszej postawie, naszemu sercu – co rodzi się w nim wówczas, gdy bywamy niezrozumiani, odrzuceni.

Okazuje się, że dla jakiegokolwiek człowieka – obcego, nieznanego – można zrobić coś dobrego w sposób zwyczajny, naturalny, nieomal mechanicznie. Gdy jednak ktoś otwarcie przyznaje się do swojej wiary lub przyznaje się do swoich poglądów, nierzadko sytuacja się zmienia.

Pierwsze uczucia, jakie rodzą się, gdy ktoś odrzuca nas z powodu wiary, mogą być niestety podobne do tych z Ewangelii, możemy w pierwszej chwili zareagować jak apostołowie, nie wolno jednak zapomnieć, co powiedział do nich Pan Jezus. To właśnie jest czas świadectwa… „Jeżeli Mnie prześladowali, to i was będą prześladować” (J 15,20).

Życie chrześcijanina to zjednoczenie z Jezusem i naśladowanie Go. Przez swoją postawę zachęca, abyśmy nie byli niewolnikami nikogo i niczego. Pan przyjmując kondycję ubogiego, ukazuje, iż nikt z nas nie rodzi się wolny. Człowiek wolnym się staje. Jeśli kształtuje siebie prawidłowo, razem z nim rośnie i jego wolność. Ona rozwija się wspólnie z miłością i ją warunkuje.

O ten dar wolności dla siebie w każdych okolicznościach naszego życia warto się też modlić, aby nikt i nic nie zdołało nas odłączyć od wierności Chrystusowi  i aby nikt i nic nie zdołało w nas zniszczyć ognia prawdziwej i bezinteresownej miłości, po której Chrystus chce, abyśmy byli rozpoznawalni w świecie, jako Jego uczniowie j i która jako jedyna siła ma szansę ostatecznie zmieniać oblicze świata na lepsze i bardziej ludzkie.

Mniej technika, bardziej łaska…

Nauka medytowania nie oznacza przyswojenie sobie sztucznej techniki, by w niezawodny sposób wywołać pewien oczekiwany stan, kiedy mamy na to ochotę.  Przeciwnie takie postępowanie stało by się wynikiem pewnej przemocy wobec siebie i byłoby nieautentyczne. Owszem pewne elementy, o których mówimy (nazwijmy je techniczne: jak postawa ciała, oddech) mają znaczenie pomocnicze w osiągnięciu stanu wewnętrznego wyciszenia i skupienie, jaki jest właściwy dla medytacji, ale nigdy nie są pierwszorzędne.  Medytacja jest bowiem przede wszystkim doświadczeniem duchowym, a jako takie jest przede wszystkim owocem działania w nas łaski, naszej otwartości na nią i zdolności jej przyjęcia jako daru a nie sposobem jej wymuszania poprzez techniczne zabiegi. Bóg zaś udziela nam swojej łaski wedle swojej własnej woli i decyzji. Aby jednak łaska mogła zostać przez nas przyjęta (albo jak kto woli mogła być nam udzielona) i w nas zaowocować  wymagane są także pewne cechy naszej postawy: po pierwsze gotowość do jej przyjęcia, dalej pokora, wreszcie czujność i wrażliwość na przejawy jej działania na końcu zaś pewna elastyczność (jak określa to Merton), która polega na tym, że to my dostosowujemy się do działania łaski a nie odwrotnie, czyli że pozwalamy się jej prowadzić i kształtować a nie chcemy jej działania naginać do naszych pragnień czy wyobrażeń.

Zatem uczyć się medytacji znaczy stopniowo uwalniać się od notorycznej zatwardziałości serca oraz ociężałości naszego umysłu, spowodowanej arogancją i nieakceptowaniem rzeczywistości lub opieraniem się konkretnym wymaganiom woli Bożej i działaniu Jego łaski. Bywa czasem tak, że doświadczenie wejścia w medytację ujawnia pewną oziębłość naszego serca, które nie pozwala na wejście w to szczególne doświadczenie modlitwy. Jest to jednak doświadczenie, które pozwala nam sobie uświadomić nasz niedostatek i bezradność i jako takie prowadzić właśnie do jeszcze większej otwartości na działanie łaski Bożej w nas. Ta oziębłość może być także oznaką rutyny, która w życiu duchowym wcale nie jest rzadką przypadłością, za to bardzo niebezpieczną dla naszego życia duchowego. Tutaj także trzeba nam uświadomienia sobie, że bez Bożej łaski i pomocy, na którą czasem trzeba cierpliwie czekać i której musimy jednocześnie gorąco pragnąć  nie jesteśmy w stanie odzyskać naszej spontaniczności. Samo jednak oczekiwanie, tak ważne w doświadczeniu medytacji jest już wchodzeniem na drogę pokory, bez której medytacja nie przyniesie prawdziwych owoców.

Jeżeli życie modlitwy ma przekształcać naszego ducha, czynić nas nowym człowiekiem w Chrystusie, to modlitwa musi być połączona z nawróceniem, metanoią, z ową głęboką przemianą serca, podczas której umieramy na pewnym poziomie naszego istnienia, by na innym, bardziej duchowym poziomie odnaleźć życie i wolność. Umieramy dla własnego ego, własnych zachcianek czy wyobrażeń (także duchowych) po to, aby coraz bardziej żył w nas Chrystus i Jego wola. Do tego właśnie prowadzi doświadczenie medytacji. Ostatecznie jej owoce przejawiają się w tym, że tak jak chce tego święty Paweł dochodzimy do pewnego etapu, gdzie już nie my żyjemy, ale żyje w nas Chrystus. I choć nadal prowadzimy życie w ciele, jednak obecne życie nasze jest już w pełni życiem opartym na wierze [por. Gal 2, 19-20].

Modlitwa nieustanna

Św. Jan Kasjan powiedział: „Istnieją trzy rzeczy, które przyczyniają się do osiągnięcia wewnętrznego pokoju: czuwanie, rozmyślanie i modlitwa. Praktykując je, użyjcie pilności i wytrwałości, a dadzą one duszy siłę i stałość. Próżne będą wszystkie duchowe wysiłki, dopóki za pomocą ciągłej i wytrwałej pracy nie pozbędziemy się wszelkich trosk i kłopotów życia doczesnego. W ten sposób zdołamy wypełnić przykazanie Apostoła: „Nieustannie się módlcie!”. Bardzo mało się modli ten, kto zwykł modlić się tylko wówczas, gdy klęczy. Nigdy zaś się nie modli ten, kto nawet klęcząc, nie utrzymuje skupienia serca i w jakikolwiek sposób się rozprasza. Jacy więc pragniemy być podczas modlitwy, tacy musimy być przed jej rozpoczęciem. Umysł z konieczności zachowuje bowiem w czasie modłów swój poprzedni stan. Te same myśli, które zaprzątały go przed modlitwą i w jej trakcie albo skierują uwagę ku sprawom niebieskim, albo też pogrążą w ziemskich”.

Łaska medytacji

„Autentyczna, prawdziwa modlitwa wewnętrzna, to modlitwa, w której ustępujemy pola działaniu ducha Świętego, który modli się w nas” – nauczał Bede Griffiths.

W powyższym rozumieniu modlitwa zawsze jest łaską, nawet wówczas, gdyby wydawało się nam, że kosztuje nas ona wiele wysiłku. Dlatego musimy podchodzić do medytacji ze świadomością, że łaska i wiara nie są stałymi, niezbywalnymi posiadłościami, które nabyliśmy dzięki naszym wysiłkom i które pozostają w naszym posiadaniu na mocy prawa, pod warunkiem, że będziemy się dobrze sprawować. Są one stale odnawialnymi darami. Życie łaski w naszych sercach jest w każdym momencie odnawiane bezpośrednio i osobiście przez Boga w Jego miłości do nas. Stąd łaska medytacji (w znaczeniu modlitwy serca) jest również specjalnym darem i nie powinna być nigdy przyjmowana za rzecz naturalną. Mimo to możemy również powiedzieć, że jest to zdolność nabyta, która w pewnym sensie – o ile ją przyjęliśmy – jest w nas stale obecna. Jednakże nigdy nie jest czymś, do czego moglibyśmy sobie rościć prawo nie zwracając na wolę Bożą. Daru modlitwy bowiem nie sposób oddzielić od innej łaski: łaski pokory, która sprawia, że uświadamiamy sobie, iż prawdziwa głębia naszego życia i istnienia są realne i wypełnione treścią tylko o tyle, o ile są skierowane do Boga jako swego źródła i celu.

W książce p. t. Doświadczenie wewnętrzne i medytacja Thomas Merton odnotowuje: „Kiedy wydaje nam się, że posiadamy i używamy siebie oraz naszych naturalnych zdolności w sposób całkowicie niezależny, tak jak gdyby nasze własne ego było źródłem i celem naszych czynów, żyjemy w iluzji a naszym czynom, choćby wydawały się spontaniczne, brakuje autentyczności i duchowego znaczenia”.

Idąc za tą myślą naszą medytację powinniśmy rozpoczynać od uświadomienia sobie własnej nicości i bezradności wobec Boga. Nie chodzi jednak, aby ta świadomość rodziła w nas zniechęcenie i smutek. Przeciwnie, może to być bardzo spokojne i radosne przeświadczenie, ponieważ stawiając nas w prawdzie będzie nas prowadziło do większej otwartości i bezpośredniego kontaktu ze źródłem wszelkiej radości i życia.  Stając zaś w prawdzie o naszej bezsilności uświadamiamy sobie, że nasza prawdziwa natura znajduje swoje źródło  i wypełnienie w zanurzeniu się w głęboką jedność z Bogiem, wedle słów św. Augustyna: „Niespokojne jest serce człowieka, dopóki nie spocznie w Tobie”. Dopiero zanurzenie w Bożą obecność pozwala na prawdziwe odnalezienie swojego serca (a więc swojej tożsamości) a w konsekwencji poznanie, że to z czego korzystamy na co dzień (włączając w to nasze własne ja)  jest w rzeczywistości darem samego Boga. Doświadczenie medytacji poprzez zanurzenie się w owo poznanie niesie nam zatem wielką radość i świadomość tego, jak bardzo jesteśmy przez Boga obdarowywani jedynie z miłości do nas. W ten sposób rzeczywiście medytacja może stać się miejscem duchowego spoczynku poprzez kontemplację miłości, w którą nas zanurza.

 

Droga do przebaczenia

Wczoraj odbywał się na Stadionie Narodowym Piknik Naukowy. Na jednym ze stoisk usłyszałem, jak zebranym tam osobom jeden z naukowców zadaje pytanie-zagadkę: Kto jest szybszy, gołąb czy koń? Odpowiedź wydawała się tak oczywista, że można było domyślać się jakiejś pułapki. I rzeczywiście. Pytający uzupełnił, że ściśle rzecz biorąc , aby odpowiedzieć dobrze na pytanie trzeba by zapytać jak się będą poruszać: Jeśli na piechotę, to koń.

Idąc tym tropem spróbujmy zadać pytanie: jak najszybciej dojść do pojednania. Żyjąc w relacji do innych przecież każdemu z nas zdarza się niejednokrotnie popaść w jakiś konflikt z drugim człowiekiem, czy zwyczajnie się poróżnić. Jeśli jednak na danej relacji nam zależy to zasadne wydaje się pytanie: jaka jest najszybsza droga do zgody? Wygarnąć bliźniemu całą prawdę — czy od razu wybaczyć? Czekać, aż się najpierw szczegółowo wytłumaczy i wszystko wyjaśni, a potem zobaczymy — czy też, ofiarować mu przebaczenie bezinteresownie? Jaka jest najszybsza droga do pojednania? Dzisiaj rezygnujemy z deliberowania na ten temat i szukamy odpowiedzi w jedynej księdze (jedynym poradniku), gdzie są same dobre odpowiedzi; odpowiedzi, które nie zawodzą. Mam oczywiście na myśli Pismo Święte!

Jezus przebaczył jawnogrzesznicy jej liczne grzechy, ponieważ bardzo umiłowała. Przebaczenie i miłość tak bardzo od siebie zależą, tak bardzo są ze sobą powiązane, że najczęściej jedno wynika po prostu z drugiego. A skoro tak, skoro się wszyscy zgadzamy z tym założeniem, to moje pytanie brzmi: dlaczego tak nam trudno przebaczać sobie nawzajem i to tam, gdzie najczęściej mamy do czynienia z osobami, które się kochają, czyli w naszych rodzinach?

Ktoś może zapytać: Dlaczego przebaczać? Otóż dlatego, że przebaczenie należy do istotnych środków realizowania zasady „Zło dobrem zwyciężaj”. Bez niego zarówno chrześcijaństwo, jak i miłość będą po prostu farsą. Przebaczenie bowiem ma moc uzdrowienie serca, co więcej wlewa radość w serce darującego winę i w serce tego, któremu darowano w konsekwencji przynosi także temu sercu pokój. Czy to zbyt małe argumenty za tym, aby często sięgać po przebaczenie?

W Biblii słowo „przebaczenie” ma dwa podstawowe znaczenia. Pierwsze odnosi się do pewnego rodzaju anulowania zobowiązań dłużnika wobec wierzyciela. Drugie dotyczy uzdrowienia relacji między dwiema osobami, zniszczonych na skutek jakiegoś złego czynu, czy złych emocji. W najpopularniejszej i najczęściej odmawianej przez nas modlitwie, Modlitwie Pańskiej prosimy Boga, aby przebaczył nam nasze winy (długi). Według Biblii grzesznik jest dłużnikiem, któremu Bóg mocą swego przebaczenia daruje długi. Jest to darowanie darmowe. Ma swoje źródło w niepojętym miłosierdziu Bożym, ale zapominamy często, że do tej prośby dołączmy za każdym razem zobowiązanie: jak i my odpuszczamy tym, którzy przeciw nam zawinili. Czy nie czujemy się czasem hipokrytami odmawiając tę modlitwę?

Każdy z nas wie, co to pustynia!? Geologowie mówią, że wszędzie tam, gdzie na pustyni woda znajduje się tuż pod powierzchnią, rozkwitają piękne oazy. Wystarczy naprawdę niewiele, wystarczy dotrzeć do pokładów wody i wydobyć ją na powierzchnię, a pustynia zamienia się w prawdziwy ogród. Problem w tym, że trzeba kopać a to wymaga wysiłku.

Kiedy patrzymy dzisiaj na niespokojne ludzkie serca, skłócone środowiska pracy czy rodziny, anonimowe osiedla czy domy — to czy nie przypominają one coraz częściej jałowych pustyń? „Tak naprawdę przebaczenie – jak to ładnie określił Brat Roger z Taizé – jest  wiertłem, które dociera do najgłębszych pokładów naszej duszy tak, że wytryskuje w niej radość. Chrystus chce nas przekonać, że jest ono najbardziej niesłychaną, najbardziej nieprawdopodobną, najszlachetniejszą z rzeczywistości królestwa Bożego”. Czy rozumiemy to? Aby żyć Chrystusem pośród innych ludzi, największym ryzykiem jest przebaczenie. A jednak Chrystus domaga się od nas podjęcia tego ryzyka, bo ono wytrąca broń z ręki złu i najpełniej zanurza nas w prawdziwej radości, jaką daje miłość. Bóg kocha stale i dlatego stale przebacza. To człowiek może przestać kochać i wtedy nie przebacza, wtedy jego serce się zamyka, a w zamkniętym sercu, w ciemnościach, dojrzewa to, co je niszczy: niechęć, podejrzliwość, zazdrość, zemsta…

„Tak długo przebaczamy, jak długo kochamy” – pisał średniowieczny teolog nadreński Mistrz Eckhart. Jeżeli zatem nie chcesz przebaczać nigdy nie mów, że naprawdę kochasz!