Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Medytacja Imienia Jezus

Medytacja rozumiana jako modlitwa serca (przy czym serce rozumiane nie jako ośrodek uczuć, ale istnienia) prowadzi do przylgnięcia i zespolenia się z Bogiem, ale bez zatracenia swojej osobowości i rozpłynięcia się w Bogu. Chasydzki Rabbi Izrael ben Eliezer żyjący w XVIII wieku uczył: „Mówimy «Bóg Abrahama, Bóg Izaaka i Bóg Jakuba», a nie «Bóg Abrahama, Izaaka i Jakuba», bo Izaak i Jakub nie opierali się na poznaniu i posłudze Abrahama, lecz każdy z nich sam, bardzo osobiście poznawał jedynego Stwórcę i Jego działanie. Bliskości szuka się nie tylko przez zachowanie Prawa, ale przez modlitwę – medytację, dzięki której wyznawca może całym sercem przylgnąć do JHWH i z Nim „chadzać”.

Medytacja Obecności Boga osiąga swoją pełnię w chrześcijaństwie. Chrystus uczy swoich uczniów, by modlitwa służyła uświęceniu Imienia Boga Ojca w życiu chrześcijanina, który otrzymuje przystęp do Ojca i łaskę pełnego zamieszkania w Obecności Bożej właśnie dzięki Chrystusowi. Przez medytację Imienia Jezus dochodzi się do najgłębszego poznania Imienia Boga, który jest Miłością. Kto modli się z Jezusem, w Jezusie i przez Jezusa uwielbia Imię Ojca (J 12,28; por. J 17,11), może dostąpić uczestnictwa w relacjach i najintymniejszych poruszeniach Osób Trójcy Świętej: „Podobnie jak Ty, Ojcze, we Mnie, a Ja w Tobie, tak i oni niech będą w nas” (J 17,21).

JEZUS znaczy „JHWH zbawia, uwalnia” (por. Mt 1,21). W Ewangelii św. Jana Jezus daje do zrozumienia, że On sam jest JHWH – TYM, KTÓRY JEST (por. J 8,28) i prosi: „abyście uwierzyli, że JA JESTEM” (J 13,19). Imię Jezus zawiera w swej treści to, co stanowi ostateczną zapowiedź i oczekiwanie Pierwszego Przymierza: pełną jedność między Bogiem i człowiekiem. Mocą tego Imienia, w którym wszyscy będą mogli pokładać nadzieję (por. Mt 12,21), zostaną odpuszczone grzechy jest Ono gwarantem wiecznego szczęścia dla każdego, kto Mu zaufał i zostawił wszystko (por. Mt 19,29). Zmartwychwstały Jezus stanowi centrum życia pierwotnego Kościoła, dlatego apostołowie głoszą w Jego Imię i dla Jego Imienia cierpią (Dz 5,40n). Jest to Imię bliskie każdemu, można Je wymawiać z miłości, bez lęku, w nieskończoność, albowiem zasłona niepoznawalności została usunięta.

Wezwania św. Pawła, aby się modlić nieustannie, chrześcijanie odczytali jako zaproszenie do trwania w Imieniu Bożym.

Św. Jan Kasjan, mnich żyjący w IV wieku, spędził wiele lat w pustelniach Egiptu i od Ojców Pustyni przejął tradycję modlitwy monologicznej – „modlitwy jednego słowa”, by ją później przekazać mnichom Zachodu. Pisze on o medytacji: „Niech dusza nieustannie trzyma się bardzo krótkiej formuły, aż wzmocniona nieprzerwanym i ciągłym jej medytowaniem, porzuci bogate i rozległe myśli i zgodzi się na ubóstwo, ograniczając się do jednego wersetu […]. W ten sposób nasza dusza dojdzie do modlitwy bez skazy, gdzie umysł nie zajmuje się już postaciami wyobraźni, nie wymawia nawet głośno słów, nie zatrzymuje się nad sensem wyrazów, lecz gdzie serce płonie ogniem, pełne jest niewysłowionego zachwytu, a w duchu panuje nienasycone pragnienie” [Jan Kasjan, „Rozmowy z Ojcami”, „Źródła monastyczne” 28, wyd. Tyniec, Kraków 2002, s. 437 i 440].

Nieustannie powtarzana Modlitwa jest możliwa do odmawiania „w każdym czasie, ponieważ nie jest czynnością obok jakiejś innej, ale czynnością jedyną, mianowicie miłowaniem Boga, który ożywia i przemienia wszelkie działanie w Chrystusie Jezusie” (KKK 2668). Medytacja Imienia Jezus jest dla nas niczym filtr: oczyszcza i uświęca myśli, słowa i uczynki, aby były zgodne z Boską rzeczywistością symbolizowaną przez to Imię. Staje się dla chrześcijanina formą duchowego oddychania, które przemienia nas i prowadzi do zjednoczenia naszego rozdwojonego ja, które rozpostarte jest pomiędzy „nieistnieniem” w sobie samym a „istnieniem” dzięki zamieszkaniu w Bogu. Odnajdujemy swoją prawdziwą naturę – „przechodzimy od Jezusa przed oczyma do Jezusa w sercu i zyskujemy nowe imię, stając się tylko Imieniem Jezusa – przytwierdzonym do własnego oddychania, wpisanym w nasze serce” [Joachim Badeni OP, „Wiedzący milczą”, w: „W Drodze” 1974, nr 1 (5), s. 57-60].

Bliźni to dar

Bliźni to nie tylko przypadkowy człowiek. To ktoś kto jest blisko. Tak blisko, że może stać się wpisanym w nasze życie jak nasze blizny. Zarówno jedno jak i drugie ukazuje tak naprawdę kto kim jest… 

Dzięki przypowieści Pana Jezusa o miłosiernym Samarytaninie słowo „samarytanin” znalazło się w słownikach i funkcjonuje w wielu językach świata jako synonim człowieka miłosiernego, współczującego, spieszącego ze spontaniczną pomocą. Słuchając tej przypowieści, koncentrujemy się zwykle na tym, co Samarytanin dał potrzebującemu pomocy człowiekowi, a czego nie dali mu inni, przechodzący obok niego wcześniej.

A gdybyśmy tak spróbowali odwrócić opisaną w Ewangelii sytuację: nie zastanawiać się, co Samarytanin dał, ale co otrzymał. Innymi słowy: kto tu komu bardziej pomógł? Oto widzimy dwóch ludzi – dwóch bliźnich na pustej drodze. Jeden potrzebuje konkretnej pomocy człowieka, aby dał mu pić, przemył jego rany, podniósł z ziemi, zawiózł do gospody, a więc aby ocalił mu życie – to doczesne, ziemskie, które wcześniej czy później i tak nieodwołalnie musi się skończyć (choć czasem żyjemy tak, jakbyśmy o tym nie pamiętali, albo nie chcieli tego przyjąć do wiadomości). Ale paradoksalnie także ten drugi potrzebuje człowieka. Samarytanin potrzebuje tego człowieka leżącego przy drodze aby dostąpić zbawienia, osiągnąć życie wieczne, które nigdy się nie kończy, choć może w chwili, gdy pomagał tamtemu człowiekowi nie miał takiej świadomości. Ale spoglądając z tej perspektywy moglibyśmy zapytać: Kto komu tu bardziej pomógł? Kto komu bardziej powinien dziękować? Jest taki wiersz Michel’a Quoist’a, napisany jako swoisty komentarz do tej perykopy ewangelicznej:

Bliźni to ten, wobec którego będziesz sądzony.

Bliźni to ten, dzięki któremu wzrastasz,

to podarunek miłości Chrystusa.

Bliźni to wysłannik Ojca, dowód miłości Chrystusa.

Bliźni to ten,

przez którego Bóg się wypo wiada,

przez którego Bóg cię wzywa,

przez którego Bóg cię ubogaca

przez którego Bóg mierzy twoją miłość.

No właśnie: „Bliźni to podarunek miłości Chrystusa”. Jak często potrafimy tak spojrzeć na drugiego człowieka i to nie tylko na tego fajnego, sympatycznego, którego lubimy? Bo bliźni – to dar, prezent (nawet jeśli czasami kłopotliwy), za który warto dziękować nie zaś przykry obowiązek, ciężar, który trzeba szybko zrzucić, a najlepiej wcale nie brać go na swoje barki. To czy potrafimy dziękować za bliźniego, którego Bóg stawia na naszej drodze jest w jakimś sensie miarą naszej prawdziwej miłości i poziomu życia duchowego. Bliźni – to nasza droga do nieba. To termometr mierzący temperaturę naszej miłości, to ten, wobec którego będziemy sądzeni. Obyśmy nie usłyszeli kiedyś gorzkich słów Pana Jezusa: „Byłem głodny, a nie daliście Mi jeść; byłem spragniony, a nie daliście Mi pić; byłem przybyszem, a nie przyjęliście Mnie; byłem nagi, a nie przyodzialiście Mnie; byłem chory i w więzieniu, a nie odwiedziliście Mnie. (…) Wszystko, czego nie uczyniliście jednemu z tych najmniejszych, tegoście i Mnie nie uczynili” (Mt 25,42-43. 45b- 46). A jeżeli pojawi się ta jakże ludzka pokusa obliczania zysków i strat: „co ja z tego będę miał, czy mi się to opłaca, że komuś pomogę?”, to pamiętajmy w kontekście tych Chrystusowych słów odpowiedź może być tylko jedna!

Inne pytanie, które nasuwa się w tym kontekście brzmi czy uda się nam na każdą potrzebę spotkanego na naszej drodze człowieka odpowiedzieć? Odpowiedź na to pytanie znajdziemy w dzisiejszym pierwszym czytaniu: „Polecenie to bowiem, które ja ci dzisiaj daję, nie przekracza twych możliwości i nie jest poza twoim zasięgiem. (…) Słowo to bowiem jest bardzo blisko ciebie: w twych ustach i w twoim sercu, byś je mógł wypełnić” (Pwt 30,11.14). Pan Bóg stworzył człowieka z miłości i do miłości. Uczynił go dobrym. Brak miłości i zło są przeciwne ludzkiej naturze; są wynikiem pierwszego upadku, grzechu pierworodnego. I dlatego czynienie dobra nie przychodzi nam już tak łatwo, często łączy się z pewnym zmaganiem, przekraczaniem siebie, ale jest możliwe, bo należy do natury człowieka, jest w nią głęboko wpisane. I jeśli będziemy stale wsłuchani w Boże słowo miłości, przez które Bóg ciągle kształtuje nasze serca, to będzie ono także motywowało nasze codzienne wybory – również te najmniejsze. Można zatem śmiało powiedzieć, że realizacja postawionego przez Boga wymagania miłości wobec naszych bliźnich ma wiele wspólnego z medytacją, kiedy bowiem to słowo, o którym mówi księga Powtórzonego Prawa będzie blisko nas (w naszym sercu i na ustach)? Kiedy będziemy się w nie wsłuchiwać. Gdy będziemy pozwolili by Bóg szeptał nam je do serca.

Tym bardziej, że w tej walce o miłość nigdy Bóg nie zostawia nas samych i kiedy przychodzi pokusa zwątpienia, czy dam radę, czy wymaganie Chrystusa nie przerasta naszych możliwości, przypomina nam: „Wystarczy ci mojej łaski!” [2 Kor 12,9] A zatem może warto zatrzymać się i bardziej uważnie rozejrzeć dokoła, by zobaczyć, że bliźni to ten, który jest obok. Nie tylko ten, którego sobie wybieram by był bliźnim. Więcej: bliźni to człowiek, każdy spotkany człowiek. Aby jednak dostrzec bliźniego samemu najpierw trzeba być bliźnim dla innych.

Medytacja – zanurzenie w Obecności.

Benedykt XVI jako kard. Joseph Ratzinger w liście „O niektórych aspektach medytacji chrześcijańskiej” pisał, że „Pobożności chrześcijańskiej pozbawionej medytacji grozi powierzchowność. Dzisiaj wielu chrześcijan gorąco pragnie nauczyć się autentycznej i pogłębionej modlitwy, chociaż współczesna kultura ogromnie utrudnia zaspokojenie odczuwanej przez nich potrzeby ciszy, skupienia i medytacji”.

Medytacja jest sztuką wsłuchania się poprzez własne wnętrze w całą rzeczywistość, której nie mogę ogarnąć za pomocą zwyczajnej percepcji zmysłów i rozumu. Katechizm Kościoła Katolickiego uczy, że w tego rodzaju modlitwie „słowa nie mają charakteru dyskursywnego, lecz są niczym iskry, które zapalają ogień miłości” (KKK 2717). Medytacji chrześcijańskiej nie można zredukować wyłącznie do rozmyślania. Ten redukcjonizm czasów współczesnych spowodował ograniczenie medytacji głównie do pracy umysłu, po macoszemu traktując zaangażowanie także ciała, oddechu, co dla starożytnych Ojców Kościoła było czymś oczywistym. Dzisiaj, gdy rozmyślamy nad jakimiś prawdami wiary, nad Słowem Bożym, to bardzo często ograniczamy się do „przemyśliwania” słowa i szukamy rozumowo jego znaczenia. Świadomie lub nie, jako „dzieci Oświecenia”, jesteśmy przekonani, że im więcej rzeczy jesteśmy w stanie wymyślić i zrozumieć podczas naszego czytania, tym jest ono lepsze. To tak, jakbyśmy naiwnie wierzyli, że nasze zrozumienie rzeczywistości dopiero nadaje jej istnienie.

Dla Ojców Pustyni czytanie duchowe było raczej przebywaniem ze Słowem Bożym, przeżuwaniem Słowa, a nie tylko rozmyślaniem o nim. To nie tyle człowiek wierzący rozumie Słowo, ile to Ono nas rozumie, przyjmuje i stwarza: „Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, i Bogiem było Słowo. Ono było na początku u Boga. Wszystko przez Nie się stało, a bez Niego nic się nie stało, co się stało” (J 1,1 – 3). Dlatego starożytni chrześcijanie uczyli się wielu fragmentów Pisma Świętego na pamięć i je powtarzali. Powtarzając, pozwalali Słowu zamieszkać we wnętrzu ich samych. Nasiąkali Słowem jak gąbka nasiąka wodą. Medytacja jest więc czasem stwarzania nas. „SŁOWO, KTÓRE JEST wydobywa nas z nicości, bo sami z siebie nie jesteśmy” – pisze Merton. Św. Paweł naucza: „Kto uważa, że jest czymś, gdy jest niczym, ten zwodzi samego sie­bie” (Gal 6,3). Idąc tym tropem odkrywamy prawdę, że każde stworzenie jest zanurzone w nicości. Uczynione z nicości, dąży stale do nicości i przez grzech zamienia się w nicość, stąd słyszymy w Ewangelii: „[…] beze Mnie nic nie możecie uczynić” (J 15,5).

Medytacja w starożytnym chrześcijaństwie wyrastała z żydowskiego korzenia – doświadczenia zasłuchiwania się całym sobą w Obecność Boga: „Słuchaj, Izraelu, Pan jest naszym Bogiem – Panem jedynym. Będziesz miłował Pana, Boga twojego, z całego swego serca, z całej duszy swo­jej, ze wszystkich swych sił. Niech pozostaną w twym sercu te słowa, które ja ci dziś nakazuję” (Pwt 6,5 – 6). Bóg Izraelowi objawił swoje Imię, które nie tyle przynosi zrozumienie Boga, ile bardziej oznacza zaproszenie do trwania w Obecności. Poznanie Imienia Bożego owocuje wejściem w relację wspólnoty z Bogiem. JHWH – JA JESTEM wyraża bliskość Boga i Jego troskę o ludzi. Trwanie w Bogu jest drogą do uzdrowienia życia jako trwałej obecności przed Bogiem.

Bóg zaprasza do trwania w Nim, do medytowania całym sobą Bożego Imienia „JA JESTEM”: jestem nie tylko w chwili gdy klękamy do modlitwy lub gdy przychodzimy do świątyni, jest z nami zawsze przez całe nasze życie, w każdej jego chwili. A my mamy się uczyć żyć tą świadomością obecności Boga. Znać Imię Boga to wszystko przeżywać jako przeniknięte Bożym Istnieniem.

„Słuchaj, Izraelu [można by powiedzieć innymi słowy: medytuj], Pan jest naszym Bogiem – Panem jedynym. Będziesz miłował Pana, Boga twojego, z całego swego serca, z całej duszy swojej, ze wszystkich swych sił. Niech pozostaną w twym sercu te słowa, które ja ci dziś nakazuję” (Pwt 6,4 – 6). Medytacja uczy nas odpowiedzi na to zaproszenie i uczy życia duchem miłości i świadomością obecności Boga i zanurzenia naszego życia w tej obecności, uczy że kochać Boga mogę albo zawsze, w każdej chwili mojego życia, każdym moim oddechem i każdym uderzeniem serca, albo wcale.

Ojciec John na stadionie

W ostatnią sobotę Stadion Narodowy stał się swego rodzaju Wieczernikiem. Ponad trzynastogodzinne rekolekcje prowadzone przez znanego ugandyjskiego kapłana o. Johna Bashoborę, znanego charyzmatyka zgromadziły nieoczekiwane tłumy wiernych. Spotkanie to jak widać zrobiło wrażenie nie tylko na tych, którzy uczestniczyli w spotkaniu, ale także na  mainstream’owych mediach, które nie bardzo wiedziały jakim komentarzem opatrzyć tłumy wiernych, którzy dla jednego zwykłego księdza (a dosłownie dla Chrystusa, który posługuje się tym kapłanem jako narzędziem) przyszli na stadion. zwłaszcza, że jak wytłumaczyć, że na organizowany kilka dni wcześniej – także na stadionie w Poznaniu – koncert Alicji Keys przybyło szesnaście tysięcy fanów, zaś do koncertu Madonny na Narodowym trzeba było dopłacić. Tym razem nie tylko nie trzeba było dopłacać, ale dochód z biletów wykupionych przez blisko sześćdziesiąt tysięcy rozmodlonych ludzi pozwolił, by poza zorganizowaniem tych swoistych rekolekcji podzielić się darem serca z sierotami, którymi ks. John Baptist Bashobora się opiekuje w rodzimej Ugandzie.

Nie będę przedstawiał postaci o. Johna, bo można o nim przeczytać chociażby na stronie poświęconej jego osobie i działalności http://www.ojciecjohnbashobora.pl/, chciałbym jedynie podzielić się kilkoma refleksjami z tego spotkania. To, co uderza to z cała pewnością prostota i żywotność słowa, którym ks. Bashobora posługuje. Spotkanie z tym skromnym kapłanem rodzi przekonanie, że ma się do czynienia z człowiekiem rozmiłowanym w Chrystusie i pragnącego, aby poprzez jego posługę mogło Go poznać jak najwięcej osób. W swoim nauczaniu o. John nie sili się na niezwykłą teologię, nie zmusza słuchaczy do ekwilibrystyki umysłowej, ale mówi wprost do serca. Mówi z miłością i z wiarą. I zgromadzone tłumy, które przychodzą, aby go słuchać, aby słuchać tego, co z pewnością już niejednokrotnie słyszeli świadczą o ogromnej potrzebie głoszenia Ewangelii Chrystusa w wielkiej pokorze i szczerości, które cechują ks. Johna. To, co dla mnie jest bardzo osobistym owocem i wnioskiem z tego spotkania, to przekonanie,  że aby ruszyć naprzód i pozwolić się duchowo odnowić potrzebujemy na nowo bardzo osobistego wejście w relację z Bożym słowem, poprzez moc którego (gdy jest ono głoszone z wiarą) wzmacnia się nasze doświadczenie Chrystusa żywego i działającego tu i teraz. Ojciec Bashobora uczy, że słowa Jezusa stają się w nas żywe dzięki temu, że staramy się nimi żyć. Tylko w ten sposób mamy szansę stawać się świadkami ewangelii i przyciągać innych do Chrystusa.

Nie ma wątpliwości, że świat potrzebuje Ewangelii. Potrzebuje Jezusa Chrystusa, choć zdawałby się temu zaprzeczać. Nam zaś nie wolno pozostawać obojętnymi wobec tej największej ze wszystkich potrzeb człowieka, choć często może nie uświadomionej. Ta potrzeba dociera dzisiaj do nas jak krzyk tych, którzy oddalili się od wiary, którzy twierdzą , że nie wierzą i trzymają się tej niewiary jako najpewniejszego mechanizmu obronnego, choć w głębi serca cierpią niewyobrażalny egzystencjalny ból, ból utraty prawdziwego człowieczeństwa, ból bezsensu życia, ból braku miłości i zapomnienia. 

Owszem, może żyjemy w twardych czasach, na które często narzekamy, choć nie powinniśmy.Czasem sami tracimy wiarę w to, że ten świat można zmienić. Jeśli jednak tej wiary nie mają ci, którym Chrystus nakazał zmieniać oblicze tego świat, to kto ma ja mieć. Oczywiście nie wymaga od nas, abyśmy czynili to o własnych siłach, ale czy wierzymy jeszcze w to, że On może to uczynić?

Owszem żyjemy w społeczeństwach, które na powrót wracają do pogaństwa. Zwłaszcza widać to na przykładzie krajów Europy. To, co w tym momencie rozgrywa się, to pytanie o pewną filozofię życia: z Bogiem czy bez Boga, z nadzieją życia wiecznego czy bez niej, z moralnością obiektywną, solidną opartą na trwałych fundamentach czy też z suwerenną afirmacją własnej wolności jako absolutnej normy postępowania, prowadzącej tak naprawdę dotąd, dokąd się tylko da. To wszystko jest bardzo ważne i nie może być obojętne dla nas chrześcijan. To jest konkretne wyzwanie dla współczesnych uczniów Chrystusa. Wyzwanie nie nowe, tylko w nowej odsłonie. Jak pośród tych alternatyw wiarygodnie mówić o Bogu, o Jego miłości, o życiu wiecznym i o tym, że jedyne szczęście i prawdę, która go wyzwala człowiek może znaleźć jedynie w Bogu?

Warto sobie uświadomić, że my, chrześcijanie nie jesteśmy tylko widzami. Nie wolno nam założyć rąk, nie możemy przemilczeć tego, co otrzymaliśmy! Nie wolno nam zgodzić się na to, aby umarło to ogromne bogactwo, jakim jest Ewangelia. Nie wolno nam milczeć. Mamy tak jak święty Paweł czuć się przynagleni do dawania świadectwa: „Cieszę się przeto owym duchem wiary, według którego napisano: Uwierzyłem, dlatego przemówiłem; my także wierzymy i dlatego mówimy” [2 Kor 4,13].

Trzeba nam wrócić do początku. Trzeba wrócić do ewangelizacji. Trzeba żyć i głosić Ewangelię w jej postaci najbardziej radykalnej i oryginalnej! Musimy na nowo wzywać do nawrócenia, zaczynając od siebie. Musimy mówić, tak jakby Dobra Nowina o Jezusie i zbawieniu nigdy nie była słyszana. Wszędzie, w porę i nie w porę: w naszych domach, rodzinach, naszym sąsiadom, ludziom wśród których żyjemy, pracujemy, spędzamy wakacje. Podobnie jak w pierwszych wiekach, jak gdyby pierwszy raz przepowiadało się tę prawdę, „z całą siłą nowości i skandalu, z cała jej niezrównaną atrakcyjnością, bez kompleksów, bez lęku, z prostotą nadziei i żywotnego entuzjazmu, z apostolska odwagą i z wielką miłością do wszystkich” – jak mówi o. John Bashobora. Właśnie to głoszenie, zapoczątkowane radosnym doświadczeniem wiary, przemienia nas wewnętrznie i ma moc przemieniać świat i pozwala to czynić z pełnym zaufaniem, pokładając nadzieję w Bogu, który nas kocha. Dla mnie doświadczenie ostatniej soboty na Stadionie Narodowym było najlepszym potwierdzeniem tej prawdy.

Nie rzadko żyjemy w środowisku neopogańskim, bez jakiegokolwiek znieczulenie dającego ulgę. Musimy się jednak nauczyć, że to także nasze środowisko, miejsce, w którym postawił nas Bóg i to nie przez przypadek. Mamy być w tym środowisku jak zaczyn w cieście, jak dusza w ciele, dająca życie i oddech, zaczyniając nasz świat jak drożdże.  A żyć jako chrześcijanie, ze wszystkimi tego konsekwencjami, to znaczy żyć autentycznością Ewangelii, dawać o niej świadectwo i głosić ją w porę i nie w porę. To powinna być nasza odpowiedź na to, gdzie się znajdujemy. Z Boża pomocą możemy dokonywać rzeczy niezwykłych!

 

Modlitwa pustki

Medytacji, jaką praktykujemy nadawano różne nazwy: modlitwa serca, modlitwa wewnętrzna, modlitwa odpocznienia, modlitwa pustki. Dzisiaj chciałbym, abyśmy zatrzymali się przy tym ostatnim określeniu. Wspomniana pustka nie oznacza bowiem, że w tej modlitwie nic nie ma, czy że jest ona w jakimś sensie pusta. Pustka bowiem jest jednym z podstawowych doświadczeń człowieka. Odgrywa ona także ważną rolę w  życiu duchowym. Pustaka to termin nie tylko bliski duchowości Wschodu. U nas znajduje ona także ważne miejsce, choć nieco inaczej ją rozumiemy. Aby dobrze zinterpretować rozumienie pustki w chrześcijańskim doświadczeniu duchowym trzeba odwołać się do doświadczenia Jezusa na Krzyżu. W tym najtragiczniejszym momencie swojego życia wypowiada odnotowane przez ewangelistów ważne zdanie: „Boże mój, czemuś mnie opuścił” [Mt 27,46].

Istotą pustki jest pewien brak. To stwierdzenie może dotyczyć także doświadczenie modlitwy, czy szerzej życia duchowego. Pustka w doświadczeniu duchowym czy w modlitwie wypływa z przekonania, że sami z siebie nic nie możemy. A zatem wszystko w tej dziedzinie jest łaską. To przekonanie jest pewnym fundamentem, pod dobrze przezywane przez nas życie duchowe. Jeśli tej prawdy nie zaakceptujemy, grozi nam zatrzymanie się na drodze duchowego rozwoju i karmienie własnej pychy. A przecież nie temu ma służyć duchowy rozwój. Nie znaczy to, że przejście tego etapu jest łatwe. Nasze ego bowiem lubi przypisywać sobie zasługi. Także w sferze życia duchowego. Uznać, że sam siebie nic nie mogę w życiu duchowym, że wszystko tutaj jest darem a więc łaską jest konsekwencją wymaganego przez Chrystusa obumarcia dla samego siebie. Ale tego również nie jestem w stanie uczynić bez pomocy Boga. Na szczęście św. Paweł, mając za sobą duże duchowe doświadczenie zapewnia nas: „Wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia” [ Flp 4,13].

Medytacja, która praktykujemy jest tym doświadczeniem, które prawdę tę pozwala man odkryć w sposób dosłowny. Gdyż w modlitwie tej nawet słowo, którym się posługujemy nie jest nasze. Jest słowem Bożym. Jest darem. 

Modlitwa pustki jest pewnego rodzaju wyprowadzeniem nas przez Boga na pustynię, gdzie doświadczamy, że źródłem naszej modlitwy jest Bóg a nie my. Taka modlitwa uczy nas zawierzenia, że Bóg swoja obecnością i swoim słowem towarzyszy nam zawsze, także w ciemnym momentach naszego życia. Jest to modlitwa, która w pewnym sensie „wymusza” na nas ufność, gdyż rezygnujemy z naszych ludzkich zabezpieczeń, z naszej inteligencji, z wyobraźni, z wielomówstwa, z próśb… Jest to także modlitwa, której może towarzyszysz dosłownie doświadczenie duchowej pustki czy nawet opuszczenia przez Boga. Ale doświadczenia te wpisane są w nasze duchowe dojrzewanie, gdyż są one procesem wewnętrznego oczyszczenia, prowadzącym do tego, aby oprzeć się ostatecznie jedynie na Bogu i Jego łasce. Dlatego, gdy przychodzą chwile próby, duchowej posuchy, odczucia pustki czy jakiegokolwiek braku nie wolno nam uciekać od nich. Musimy trwać! Jest to doświadczenie konfrontacji z samym sobą. Jest przeżyciem słów: „Boże mój, czemuś mnie opuścił”. Właśnie p[o to dane nam jest słowo, które recytujemy. Ono jest jak kotwica, która przypomina nam o konieczności trwania przy Bogu do końca i jest tym, czego mamy się trzymać z ufnością, że Bóg mówi do naszego serca, nawet wtedy, gdy tego nie czujemy.

Medytacja rozumiana jako modlitwa pustki jest złożeniem w ręce Boga swojego ducha, swojego serca, swojego ciała i życia, swojego grzechu i swojej niemocy. To modlitwa ukazująca drogę życia w zawierzeniu.

Jest to bez wątpienie modlitwa, która wymaga odwagi. Wymaga od nas rezygnacji z oparcia na naszych talentach, możliwościach, zasługach, owocach pracy, nawet rezygnacji z osiągnięcia celu, jaki sami sobie obraliśmy. Ale właśnie dlatego modlitwa ta jest szansą. Staje się bowiem przestrzenią, w której daję szansę naprawdę i do końca działać Bogu.

Ta modlitwa chce nam także uświadomić wielką miłość Boga do nas i to, że Jemu zależy na przebywaniu z nami; że to my sami jesteśmy najważniejsi! Ważniejsi niż nasze formułki modlitewne, techniki. Ważniejsi niż cały nasz „pobożny warsztat”.

Ale żeby to doświadczenie stało się naszym udziałem musimy zrezygnować z wypełniania czasu naszej modlitwy niepotrzebnymi i pustymi słowami. Kiedy oprzemy się jedynie na Bożym słowie wówczas Pan Bóg pozwoli nam doświadczyć, co znaczy, że to słowo niesie w sobie prawdziwą moc, że jest stwórcze.