Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

We wszystkim co robię warto pamiętać o końcu

Marność nad marnościami, wszystko marność – powiada Kohelet. Czy tak jest rzeczywiście? Owszem, bywają dni, kiedy chętnie podpisalibyśmy się pod tym stwierdzeniem, gdy nic nam nie wychodzi, kiedy mamy już serdecznie dosyć zmagania z ponurą stroną życia. Ważne jednak, aby autora tych słów dobrze zrozumieć. To przecież słowa natchnione, niosą więc w sobie niezaprzeczalną prawdę. Nie mogą być jednak wyrwane z całego kontekstu Pisma Świętego. Trzeba od razu mocno zaznaczyć, że Kohelet jednej rzeczy nie nazywa marnością: jest nią MIŁOŚĆ. Zarówno ta odnosząca się do człowieka jak i do Boga. Ona jest największa. I tylko ona sprawia, że człowiek jest naprawdę bogaty przed Bogiem.

„Głupcze, jeszcze tej nocy zażądają twojej duszy od ciebie, komu więc przypadnie to, coś przygotował?  (Łk 12, 20-21).

Te słowa Chrystusa są najlepszym komentarzem do słów Koheleta. Równie celny komentarz znaleźć można w „Dziejach duszy” św. Teresy od Dzieciątka Jezus. Teresa pisze tam:

„Przyjaciele, których miałam, byli zbyt światowi, zbyt dobrze usiłowali łączyć radości ziemskie ze służbą Bogu. Za mało jednak myśleli o śmierci, a tymczasem nawiedziła już ona wiele osób z tych, które znałam młodymi, bogatymi i szczęśliwymi!!! Lubię powracać myślą do tych miejsc czarownych, w których żyli, i pytać się, gdzie oni są teraz, co im pozostało z zamków i parków, w których widywałam ich cieszących się wygodnym życiem?… I widzę, że wszystko pod Słońcem jest marnością i udręczeniem ducha, … że jedyne dobro – to kochać Boga z całego serca swego i być tu na ziemi ubogim w duchu”.

To ubóstwo, o którym wspomina Teresa nie polega na tym, aby nic nie posiadać w sensie materialnym, ale aby nie stać się niewolnikiem posiadania. „Tam jest twój skarb, gdzie jest serce twoje. (Mt 6,21)

Człowiek stawia sobie w życiu wiele różnych celów. Dąży do zdobycia dobrego zawodu, do założenia rodziny, do osiągnięcia poczucia życiowej stabilizacji. Pragnie wielu dóbr, nie tylko zresztą materialnych, które – jak sądzi – należą mu się od życia. Nieraz potrafi wykazać bardzo wiele samozaparcia, by dobra te stały się jego udziałem. Wiele z tych dążeń jest często podyktowanych miłością i troską o najbliższych. I to dobrze! Chodzi jednak o to, aby w tej życiowej walce nie przestawić hierarchii różnych wartości. Zwłaszcza ważne jest, aby chrześcijanin nie popełnił tej pomyłki. Warto zapisać sobie w pamięci słynną sokratejską sentencję: „We wszystkim co robisz, pomyśl o końcu”. I choć nie wyrosła w kulturze judeochrześcijańskiej, to jednak niesie w sobie wiele mądrości.

Wśród historii opowiadających o życiu o. Pio jest jedna, która mówi o pewnym naukowcu, który odwiedził ojca Pio w San Giovanni Rotondo i korzystając z sakramentu pojednania u świętego mnicha przy okazji pokazał mu dwa opasłe tomy napisanej przez siebie książki, którą nazwał swoim dziełem życia. Były dla niego bardzo ważne.  Ojciec Pio wziął do ręki te dwa tomy i ze zdumieniem powiedział: „… to znaczy, że żyłeś te sześćdziesiąt lat po to, żeby te dwie książki napisać, to był cel twojego życia! To jest twoje dzieło życia!? Po to żyłeś!? – prawie krzyczał.  A jak się ma do tego twoja wiara!? A twoja miłość – co zrobiłeś dla innych!?  Potem złagodniał i z łagodnością ojca zapytał: pewnie włożyłeś w to dzieło wiele wysiłku, nieprawda? Pewnie wiele było nieprzespanych nocy? A jak ze zdrowiem? – No tak, zawał serca. (…)  Widzisz, gdybyś włożył tyle wysiłku by zrobić coś dla Boga i dla innych, to wszystko wyglądałoby inaczej”.

Rozważając czytania dzisiejszej niedzieli, warto zastanowić się, co w moim życiu wyglądałoby inaczej, gdybym wiele rzeczy robił nie tyle dla własnych ambicji czy wygody, albo ze względu na to, co powiedzą ludzie, ale naprawdę dla innych i dla Boga – kierując się Jego podpowiedziami zawartymi w Słowie Bożym…

Dziesięć słów Boga

Dzisiejsza liturgia słowa przywołuje moment ofiarowania człowiekowi przez Boga Dekalogu: „I był tam [Mojżesz] u Pana czterdzieści dni i czterdzieści nocy, i nie jadł chleba, i nie pił wody. I napisał na tablicach słowa przymierza – Dziesięć Słów”. [Wj 34,28]

We współczesnym świecie nie ma takiej dziedziny życia, która nie podlegałaby pewnym przeobrażeniom. Zmieniają się warunki życia, zmieniają się ludzkie poglądy, obyczaje, tradycje, zmieniają się systemy wartości, wzorce postępowania, prawa rządzące życiem ludzkiej społeczności. Ten proces przemian nie ominął także sfery religijności. Choć wierzymy w tego samego Boga, w którego wierzyli nasi ojcowie i dziadowie to jednak zmienia się styl pobożności – zmienia się sposób modlitwy, sposób uczestnictwa w życiu Kościoła. Staramy się we współczesnych warunkach wciąż na nowo odczytywać niezmienną prawdę Ewangelii.

Od ponad 3 tys. lat, najpierw dla narodu wybranego, a potem także dla wszystkich chrześcijan fundamentem postępowania moralnego był Dekalog. W naszym zmieniającym się świecie nie brak głosów i postaw wskazujących na to, że i to prawo moralne powinno ulec przeobrażeniu, że już nie przystaje do mentalności współczesnego człowieka, że przynajmniej w jakiejś części się zdezaktualizowało.

Współczesny człowiek, ceniący swoją wolność, często reaguje wręcz alergicznie na wszelkiego rodzaju nakazy. Także w Dekalogu widzi wyłącznie spis zakazów, poprzez które chce się ograniczyć jego wolność, za pomocą których chce się go zmusić do określonych zachowań. W codziennym życiu spotykamy się z wieloma najróżnorodniejszymi nakazami. Czy możemy jednak powiedzieć, że na przykład ktoś, kto umieścił przy trawniku tabliczkę z napisem nie deptać trawników chce ograniczyć wolność tych, którzy przechodzą obok? Albo ktoś, kto w muzeum umieścił napis nie dotykać eksponatów chce w jakiś sposób ograniczyć wolność zwiedzających? Z pewnością nie!

Można by podać wiele przykładów nakazów z codziennego życia, które często sami tworzymy i z pewnością doszlibyśmy do wniosku, że ustanawiane są one nie po to, aby ograniczać wolność, ale po to, by chronić jakąś wartość, a więc wszystko to co dla człowieka jest cenne. Rolą wszelkich zakazów i nakazów jest ochrona tego, co jest wartością. Co więcej, o tyle tylko mają one jakikolwiek sens, o ile chronią to, co jest cenne.

W tym kontekście trzeba też spojrzeć na Przykazania Boże. Kochający Bóg nie dał ich po to, by człowieka pozbawić wolności lub ją ograniczyć – sam przecież darem wolności człowieka obdarzył. Dał przykazania po to, aby chronić wartości dla człowieka najważniejsze, takie jak jego relacje ze Stwórcą, ludzkie życie, ludzką miłość, własność człowieka, prawdę. Każde z Przykazań chroni jakąś wielką wartość w życiu człowieka. We współczesnym świecie, w którym tak często zmieniają się systemy wartości, człowiek traci orientację i nieraz sam już nie wie, co jest wartością, a co nią nie jest. Dekalog jest swoistym drogowskazem, pozwalającym poznać wartości prawdziwe, wartości największe.

Jakże znamienne jest to, że kiedy bł. Jan Paweł II przybył do Polski w 1991 roku jako fundament swoich homilii wybrał właśnie Dekalog. Jakby chciał w ten sposób nam powiedzieć, na jakim fundamencie powinniśmy budować świeżo odzyskaną suwerenność. Jakby chciał nam przypomnieć, że Dekalog jest wciąż aktualny, choć z pewnością musi być na nowo odczytywany w kontekście współczesności.

Przykazania nie stanowią żadnego zagrożenia dla wolności człowieka. Wręcz przeciwnie, Dekalog zakłada wolność, jest skierowany do człowieka wolnego! Nikt z nas nie jest zmuszony przez Boga do życia w relacji z Nim. Bóg zawsze pyta: „Jeśli chcesz”…

Aby zrozumieć sens i wartość Dekalogu trzeba najpierw uświadomić sobie, kto jest Autorem tego niezwykłego prawa. Jeśli uświadomimy to sobie, wówczas dostrzeżemy, że Bóg ma dużo szersza perspektywę widzenia wielu spraw i już to jest powodem, aby Mu zaufać i nie próbować przykrawać tego, co nam oferuje do naszego ludzkiego i ograniczonego sposobu postrzegania rzeczywistości.

W tym kontekście przypomina mi się dialog Boga z Hiobem:

I z wichru Pan odpowiedział Hiobowi tymi słowami:

Któż tu zaciemnić chce zamiar słowami nierozumnymi? Przepasz no biodra jak mocarz! Będę cię pytał – pouczysz Mnie. Czy pomagałeś w stworzeniu świata… Gdzieś był, gdy zakładałem ziemię?  Powiedz, jeżeli znasz mądrość. Kto wybadał jej przestworza? Wiesz, kto ją sznurem wymierzył? Na czym się słupy wspierają? Kto założył jej kamień węgielny ku uciesze porannych gwiazd, ku radości wszystkich synów Bożych? …i przy stworzeniu morza? Kto bramą zamknął morze, gdy wyszło z łona wzburzone? Złamałem jego wielkość mym prawem, wprawiłem wrzeciądze i bramę. I rzekłem: „Aż dotąd, nie dalej! Tu zapora dla twoich nadętych fal”. Czy rozkazujesz zorzy? Czyś w życiu rozkazał rankowi, wyznaczył miejsce jutrzence? Czy znasz granice ziemi? Czy dotarłeś do źródeł morza? Czy doszedłeś do dna Otchłani? Czy wskazano ci bramy śmierci? Widziałeś drzwi do ciemności? Czy zgłębiłeś przestrzeń ziemi? Powiedz, czy znasz to wszystko? (…) Czy połączysz gwiazdy Plejad? Rozluźnisz więzy Oriona? Czy wypuścisz o czasie Gwiazdę Poranną? I wywiedziesz Niedźwiedzicę z dziećmi? Czy znane ci prawa niebios, czy wyjaśnisz ich pismo na ziemi? Czy głos swój podniesiesz do chmur, by cię ulewa przykryła? Czy poślesz pioruny i pójdą ze słowem: „Jesteśmy do usług”?

Zwrócił się Pan do Hioba i rzekł: „Niech przeciwnik Wszechmocnego odpowie. Niech zabrzmi głos krytyka Boga!” Naprawdę chcesz złamać me prawa? Wykażesz Mi zło? Jesteś czysty? Czy ramię masz mocne jak Bóg? Czy głos twój rozbrzmiewa jak Jego? [Hi 38, 1- 18.31-35. 40, 1-2]

Najważniejszą zaś kwestią jest to, że prawo to zostało nam dane z miłości. Realizacja przykazań ma więc być odpowiedzią człowieka na inicjatywę miłości Pana, ma być wyrazem wdzięczności i dziękczynienia. Słowa prologu mają i nam przypominać, że Autorem Dziesięciu Przykazań jest kochający Bóg, który pragnie naszego dobra, który jak dobry ojciec chce swoim dzieciom wskazać bezpieczną drogę, który pragnie przestrzec przed tym, co złe, co może prowadzić do nieszczęścia. Jeśli zapomnimy o tym, że Dekalog jest darem Boga, darem Jego miłości, to zawsze będziemy go traktowali tylko jako prawo, które zostało nam narzucone. A wówczas jesteśmy już tylko krok od rozminięcia się z intencją miłującego Prawodawcy.

Wytrwać w modlitwie

Jedną z poważnych chorób naszego pokolenia jest ciągłe narzekanie na zło istniejące obok nas. W wielu rozmowach, towarzyszącym naszym spotykaniom dźwięczy nuta narzekania. Zapominamy, że złoty wiek i idealny świat istnieje tylko w literaturze i to zazwyczaj fantastycznej. Każda epoka jest mieszaniną dobra i zła, pracy i próżniactwa, wiary i bezbożności, cnoty i grzechu. Owszem, tęsknimy za światem dobra i ta tęsknota wydaje o nas dobre świadectwo!

Można powiedzieć, że świat po trosze przypomina tę biblijną Sodomę i Gomorę. Warto jednak spojrzeć nań nie od strony tak powszechnego pesymizmu, ale z Bożej perspektywy . To perspektywa, którą powinniśmy przyjmować my – chrześcijanie i zarażać nią innych.  A Bóg patrzy przede wszystkim na dobro i w każdym pokoleniu szuka dziesięciu sprawiedliwych. To oni dowodzą,  że w świecie, który lubi relatywizować różne wartości na swój własny użytek można żyć dobrze i sprawiedliwie! Bóg także dzisiaj potrzebuje świadków, którzy swoim życiem zaświadczą, że można być dobrym w świecie, gdzie zło czyni tak wiele hałasu i tak bardzo mami człowieka ułudą łatwiejszego życia!

Być dobrymi – to jest nasze zadanie! Tego oczekuje od nas Bóg! Gdybyśmy porównali nasze codzienne zadania zarówno w wymiarze osobistym jak i wspólnym do taśmy montażowej (np. samochodów czy innych produktów – pewnie każdy przynajmniej w telewizji taką widział), to zauważylibyśmy łatwo,  że na końcową jakość ma wpływ solidność, uczciwość, precyzja wszystkich współpracujących przy danym dziele! Zaś na końcowy bubel może czasem „zapracować” jeden niesolidny człowiek.

Podobnie na obraz Kościoła, na jakość jego świadectwa w świecie ma wpływ każdy z nas! Święty Paweł przypomina nam dzisiaj, że mając udział w chrzcie Chrystusa jesteśmy tymi, którzy tworzą Kościół i są odpowiedzialni za dzieło, jakie Bóg mu powierzył w tych konkretnych czasach.  Bóg w każdym pokoleniu potrzebuje sprawiedliwych, bo On lepiej niż ktokolwiek inny wie, że ich dobroć, prawość, życie w prawdzie decyduje o ocaleniu wielu tysięcy innych. W wieczności może się okazać, że człowiek od lat ciężko chory czy starszy przez swoją sprawiedliwość i modlitwę, uratował dusze wielu z tych, którzy codziennie narzekali na to, że był dla nich ciężarem.

Myślenie Boga daleko odbiega od naszego myślenia. Ktokolwiek jednak wejdzie w Jego sposób myślenia – czego uczy nas Chrystus; kto  przyjmie Jego sposób widzenia życia, świata i zatroszczy się o swoją sprawiedliwość, nie wydając zbyt pochopnych wyroków na świat i drugiego człowieka, zyska nie tylko wewnętrzny pokój ale także radość prawdziwej wolności.

Pozostaje oczywiście pytanie:  Jak zyskać taką postawę? Chrystus zwraca uwagę na modlitwę. Człowiek, który umie się modlić, potrafi dostrzec, że modlitwa ma w sobie rzeczywiście moc przemiany jego serca i sposobu myślenia.

Chrystus, który objawia się dzisiaj jako Mistrz modlitwy, wzywa nas do wytrwałości w modlitwie. To wezwanie wypływa z Jego sposobu życia i myślenia oraz osobistego doświadczenia jedności z Ojcem. Dobrze i głęboko przeżywana modlitwa (traktowana jako żywa relacja z Bogiem a nie tylko jak kolejny obowiązek do wypełnienia) jest bowiem rzeczywistością, która pozwala nam uczestniczyć w tym doświadczeniu jedności z Bogiem i z niego czerpać siły do życia wypływającego z tej jedności.

Niech zatem troska o życie modlitwy będzie jednym z najważniejszych wymiarów naszego życia. Nie oszukujmy siebie samych, że nie mamy na nią czasu, bo jest tyle innych pozornie ważnych do załatwienia spraw…

Jeżeli zaś nie zadbamy o naszą codzienną modlitwę, jeśli nie będziemy zanurzać się przez nią w jedności z Bogiem, wcześniej czy później grozi nam zarażenie jedną z chorób moralnych świata a na konsekwencje tej choroby – zarówno w wymiarze życia codziennego jak i duchowego – nie trzeba będzie długo czekać.

Słowo na wakacje:-)

I tak oto dotarliśmy do przerwy wakacyjnej w naszych medytacyjnych spotkaniach. Przerwa jednak dotyczy tylko spotkań grupy, w żadnym razie indywidualnej medytacji. Od niej proszę nie robić sobie wakacji:-)

Jak ogłaszaliśmy w związku z tym, że dostosowujemy się z naszymi spotkaniami do rytmu pracy Sióstr i Braci z Monastycznych Wspólnot Jerozolimskich w sierpniu miejsce naszych spotkań – kościół przy ul. Łazienkowskiej, gdzie nas przygarnięto z dobrego serca będzie nieczynny z powodu wyjazdu wakacyjnego Wspólnot. Dzisiaj miałem radość sprawowania w kościele przy Łazienkowskiej Eucharystii, którą ogarnąłem całą naszą grupę medytacyjną, zawierzając Panu Bogu to dzieło i dziękując za każdą i każdego z Was, których dobry Bóg przyprowadził do tej wspólnoty. Ufam, że modlitwa przy ołtarzu Chrystusa była owocna i przyniesie Wam wszystkim obfite łaski i Boże błogosławieństwo.

Dzisiejsza Ewangelia, która bardo obrazowo nawiązuje do Bożego działania ufam, że będzie także dla Was źródłem umocnienia. Bóg, który jawi się w niej jako Siewca jest tym, który obficie sieje swoje Słowo, nie bacząc na to, że wiele z tych posianych ziaren z różnych powodów zostanie zmarnowane. To mi uświadamia, że nie ma takiego miejsca, gdziekolwiek byśmy nie byli, w którym nie możemy się otworzyć na dar tego Słowa. Medytacja zaś jest jedną z dróg ukazujących jak w praktyce na to ziarno Słowa Bożego się otworzyć, tak aby mogło ono paść rzeczywiście głęboko w nasze serca i stamtąd wydać plon, jakiego Bóg się po nas spodziewa.

Dlatego gdziekolwiek jesteście lub będziecie w czasie tych wakacji pamiętajcie o tym, że wszystko jest miejscem Boga, środowiskiem Jego obecności i środowiskiem, w którym możemy otwierać się na to zasiewane z miłością i hojnością Słowo, które nas stwarza, kształtuje, przemienia i zbawia. Słowo, które zawsze jest znakiem obecności Tego, który jest wcielonym Słowem Boga.

Prawosławny mnich, o. Dezyderiusz, uczy: „Przede wszystkim trzeba potwierdzić tę całkowicie niewytłumaczalną tajemnicę, że w imieniu Bożym trwa sam Bóg, z całą swoją Istotą, i wszystkimi swoimi nieskończonymi właściwościami. Oczywiście należy to rozumieć duchowo – przez oświecone serce, a nie przez cielesny rozum, który bezprawnie wdzierając się do sfery duchowej, próbuje cieleśnie pojmować rzeczy duchowe, a nie mogąc tego zrobić, odrzuca je”. Otóż podczas powtarzania Imienia Jezus sam Chrystus staje się duchowo obecny w sercu modlącego. Sam Bóg przez to Imię zstępuje do człowieka i jego serca i wypełnia go swoją obecnością. Jak zwykł mawiać św. Jan Kasjan:  „Imię Jezusa staje się rodzajem klucza, który otwiera nasze serce na łaskę Jego obecności ”.

Medytacja, w której oprócz słowa będącego wezwaniem Chrystusa i otwarciem na łaskę Jego obecności ważną rolę odgrywa także oddech, z którym staramy się zgrać recytację świętego wersetu przypomina nam także o tym, że to Bóg daje nam oddech – tchnie w nas życie: „Przyszedłem, abyście mieli życie, i mieli je w obfitości” (J 10,10). Na Krzyżu Jezus wyzionął ducha, aby w nas tchnąć Życie z Ducha. Św. Jan Klimak nauczał: „Niech wspomnienie Jezusa złączy się z każdym twoim oddechem”. Gdy więc medytujemy, uczymy się brać oddech w imię Jezusa. Widać to dobrze w doświadczeniu Modlitwy Jezusowej – robiąc wdech modlimy się: „Panie Jezu Chryste, Synu Boży”, aby doświadczyć w Bogu, że „jestem”; jednocześnie wydychamy zło – mówiąc:  „zmiłuj się nade mną grzesznikiem”, aby doświadczyć wyzwolenia z nicości i tego, że przez brak Boga i grzech tak naprawdę „nie jestem”.

W ten sposób przyzywanie i trwanie w Imieniu Jezusa na modlitwie prowadzi nas do rzeczywistości, którą prawie 40 lat temu próbował nazwać o. Joachim Badeni OP: „Modlitwa w rytmie oddechu, która posługuje się wezwaniem skierowanym do Chrystusa prowadzi nas do Obecności, która będzie miała cechy ogromu, Pełni – niewyrażalnej, wyzwalającej światłości, nieokreślonej, ale zarazem nieskończenie osobistej, nawet w zwykłych ludzkich drobiazgach szarej codzienności. Wszędzie, zawsze będzie to jednak Ktoś – Osoba, nie stan psychologiczny. Osoba, która na nasze wezwanie staje się obecna nie tylko przy nas, ale także w nas, w naszym sercu, aby je wypełnić swoją miłością. W ten sposób przez powtarzanie świętego wezwania urzeczywistnia się spotkanie, a nie bezosobowe trwanie, milczenie, ale w dialogu osób niewyrażalnych. Jest to zawsze dar – Dar Osoby, przekazanej tchnieniem, powiewem miłości mającym moc przekształcenia napełnionego tym Darem w kolejny dar ”. W ten oto sposób otwierając się poprzez oddech i modlitewne wezwanie na Boże tchnienie Ducha Jezusowej Miłości pozwalamy, aby on czynił nas samych darem dla Niego i dla innych. I tak otwiera się dla nas droga do tego, aby wypełniać swoje najpiękniejsze powołanie wyrażone jeszcze przez pierwszych chrześcijan, aby stać się dla świata darem tak jak Bóg staje się nim dla nas każdego dnia.

P.S. Wszystkim wypoczywającym życzę dobrego odpoczynku i odkrywania Boga objawiającego się na różne sposoby w świecie a tym, którzy pracują wiele sił i radości z tego, że swoja pracą wpisują się także w dzieło Boże przemiany świata na lepszy. Dziękując Wam wszystkim za obecność na spotkaniach pomimo odległości zapewniam o trwaniu w duchowej łączności i modlitewnej pamięci zawsze ilekroć staję przy ołtarzu Pana. Postaram się w miarę możliwości nie zaniedbywać w pisaniu na blogu o ile miejsca, w których będę przez najbliższy miesiąc pozwolą na dostęp do Internetu.

I do zobaczenia na spotkaniu w pierwszą środę września jeśli tylko dobry Bóg pozwoli:-)

Zarzymać się przy tym, co najważniejsze

W świecie supermarketów, wielkich domów towarowych o coraz mniej swojskich nazwach, w których półki uginają się od towarów, a człowiek bez większych emocji sięga po towar i wrzuca go do koszyka, czekanie na cokolwiek zaczyna budzić zdziwienie a niejednokrotnie i irytację.

Badania socjologiczne, przeprowadzane wśród Polaków w ostatnich latach, pokazują, że wraz z upływem czasu, oddalaniem się od pustych sklepów i napływem coraz to nowych towarów i przyśpieszeniem tempa życia wzrastała też niecierpliwość społeczeństwa. Dzisiaj łatwiej przychodzi nam narzekać na zamknięte kasy w supermarketach, na ślamazarną obsługę i na towary z nieczytelnym kodem kreskowym. Niecierpliwość w oczekiwaniu na spełnienie oczekiwań i roszczeniowość jak mówią socjologowie jest także jedną z głównych cech najmłodszego pokolenia określanego mianem pokolenia „Y”.

A ponieważ człowiek to Istota psychiczno-fizyczno -duchowa, ten pęd życia i coraz większa niecierpliwość dotyka także, co zrozumiałe sfery naszego życia duchowego.  I to w dwojaki sposób. Z jednej strony wielu ludziom, coraz trudniej jest się skupić na treści modlitwy czy Mszy świętej i np. śledzić myśl w kazaniu, które przekracza 10 minut; z drugiej wielu idzie właśnie do kościoła, by zmienić rytm życia, zwolnić jego bieg, by się zatrzymać, znaleźć czas na chwilę refleksji. Temu zresztą także powinna służyć dobrze przeżywana modlitwa. Ale czy służy? Czy możemy powiedzieć, że nasza modlitwa jest miejscem wyciszenia, zatrzymania się w pędzie życia, refleksji? Czy ma swoje niezbywalne miejsce w codzienności, którego nie zamienię na nic innego, czy też zdarza się nam spychać ją na margines życia, gdy załatwi się już „wszystkie sprawy ważniejsze” a w konsekwencji samą modlitwę przeżywa się – aby szybciej?

To pytania, które są o tyle ważne, że dobrze współbrzmią ze sceną z dzisiejszej Ewangelii, która dzisiaj próbuje zaprosić nas do pewnej refleksji nad priorytetami naszego życia. Maria wybrała najlepszą cząstkę – powie Jezus. Co dla mnie jest taką najlepszą cząstką? Najważniejszą!? Czy wśród nich jest także a może przede wszystkim modlitwa rozumiana jako spotkanie z przyjacielem, Chrystusem, u stóp którego podobnie jak ewangeliczna Maria siadam, po to by wsłuchać się w Jego głos, by pozwolić by Jego słowo kształtowało moje serce, koiło je, umacniało?

Dzisiejsza Ewangelia pragnie ukazać nam wartość takiego zatrzymania. I tak jak kiedyś Maria trwała u stóp Pana, tak i dzisiaj – tak ważne dla nas jest to, że potrafimy się zatrzymać, trwać przez kilka chwil przed tabernakulum lub ikoną Chrystusa lub Matki Bożej, by choć od czasu do czasu sięgnąć po tę najlepszą cząstkę, która tak naprawdę może ocalić nasze życie i to nie tylko w sensie wewnętrznym. Również chrześcijaństwo, które realizuje się wśród naszych codziennych, zewnętrznych wyborów, relacji z innymi ma swoje źródło w życiu wewnętrznym, w bardzo osobistym spotkaniu z Chrystusem, który jest jego źródłem i nauczycielem, a bez spotkania z którym nie ma po prostu chrześcijaństwa. Będzie co najwyżej jakaś jego namiastka, karykatura! Nie bez przyczyny o. Pio powtarzał do znudzenia swoim penitentom: „Takie będzie twoje chrześcijaństwo, jaka będzie twoja modlitwa i Eucharystia”; zaś wielki niemiecki teolog Karl Rahner dodawał „Chrześcijanin XXI wieku albo będzie mistykiem, albo go w ogóle nie będzie”. W natłoku obowiązków i spraw, które z całą pewnością są ważne i które bezwzględnie należy wykonać, Maria, siedząca u nóg Pana, uczy nas umiejętności zatrzymania się, które jest tak bardzo istotne dla naszego życia duchowego i psychicznego i nabrania pewnego zdrowego dystansu do różnych spraw! Uczy, by dać sobie czas na wyciszenie i słuchanie Chrystusa, który przychodzi do nas ze swoim słowem, słowem które jest także źródłem naszej życiowej mądrości a przede wszystkim wiary. A ta przecież rodzi się ze słuchania.

Warto postawić sobie pytanie w kontekście dzisiejszej Ewangelii, czy w świecie przepełnionym tempem życia mam czas by zatrzymać się przy tym, co najważniejsze i najbardziej twórcze dla mnie – chrześcijanina?

Niech dzisiejsza Ewangelia będzie zachętą do poszukiwania tych chwil zatrzymania i wyciszenia, które nie tylko pozwalają wyrwać się z tygla codziennych spraw i obowiązków i spojrzeć na nie z perspektywy wiary, ale dają również czas, by przeżyć je w sposób twórczy i Boży, którego uczy nas Chrystus zawsze, gdy u Jego stóp, by słuchać, co ma nam do powiedzenia. I może dobrze wykorzystać do tego okres wakacji, gdy wydaje się, że nieco łatwiej o takie zawalczenie o czas dla Chrystusa, który jest zawsze i przede wszystkim także czasem dla nas samych, bo każde spotkanie z Panem, to największy dar i najlepsza cząstka jaką możemy sobie samym podarować.