Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Medytacja zanurza nas w wieczności

Medytacja będąc drogą radykalnej prostoty nie znosi pośpiechu, dlatego trzeba się jej cierpliwie uczyć, dzień po dniu. Nie żądaj natychmiastowych korzyści. Nie obserwuj i nie oceniaj jej postępów. Jedynie praktykuj ją rano i wieczorem przez całe swoje życie. Medytacja jest procesem „zapierania się samego siebie”, przekierowywania reflektorów świadomości z siebie samego, na Boga, który jest w centrum naszego życia i który jest tak naprawdę jedynym jego światłem. Gdy pozwolę by to On był centrum mojego życia i On był światłem, dzięki temu uda mi się odnaleźć siebie samego w Bogu. Medytacja, to właśnie proces odkrywania siebie i swojej wartości w Bogu i w Jego świetle. Kiedy już odkryjesz się w Bogu to zrozumiesz, że twoje życie jest bezcennym darem, który możesz Mu ofiarować. I tak dar, który dotąd był darem skończonym, ofiarowany z powrotem Bogu zamienia się w dar nieskończony, podobnie jak życie człowieka, przez zanurzenie go w Chrystusie i zjednoczenie z Nim jest już życiem nieskończonym, życiem wiecznym.

Doświadczenie medytacji pozwala nam już teraz  smakować tej wieczności i nieskończoności, która w pełni stanie się naszym udziałem po tamtej stronie życia. A zatem zanurzając się w medytację, zanurzam się w wieczności, w wiecznym życiu i miłości Boga.

Medytacja jest drogą duchowego wzrostu. Jest to wzrost organiczny, którego sednem jest zakorzenienie Bożego słowa, które powtarzamy i które jest nośnikiem Bożej łaski w naszym sercu. Jezus w przypowieści o siewcy nauczał o konieczności zakorzeniania Słowa Bożego w sercu człowieka, kiedy mówił, że ziarno powinno spaść na żyzną glebę. Symbol serca oznacza zaangażowanie w tym procesie całego człowieka. Twoje wierne powtarzanie słowa (wersetu) i powracanie do niego dwa razy dziennie jest właśnie owym jego zakorzenianiem. A kiedy już zapuści korzenie to zacznie dojrzewać, kwitnąć i owocować. Naprawdę wypuszcza kwiaty i rodzi konkretne duchowe owoce. Jednym z nich jest pokój, głęboki wszechogarniający wewnętrzny pokój. Wynurza się on z miejsca harmonii na dnie twojego bytu. Odkrywasz, że to Bóg jest twoim centrum i że to On jest

Medytacja będąc drogą radykalnej prostoty nie znosi pośpiechu, dlatego trzeba się jej cierpliwie uczyć, dzień po dniu. Nie żądaj natychmiastowych korzyści. Nie obserwuj i nie oceniaj jej postępów. Jedynie praktykuj ją rano i wieczorem przez całe swoje życie. Medytacja jest procesem „zapierania się samego siebie”, przekierowywania reflektorów świadomości z siebie samego, na Boga, który jest w centrum naszego życia i który jest tak naprawdę jedynym jego światłem. Gdy pozwolę by to On był centrum mojego życia i On był światłem, dzięki temu uda mi się odnaleźć siebie samego w Bogu. Medytacja, to właśnie proces odkrywania siebie i swojej wartości w Bogu i w Jego świetle. Kiedy już odkryjesz się w Bogu to zrozumiesz, że twoje życie jest bezcennym darem, który możesz Mu ofiarować. I tak dar, który dotąd był darem skończonym, ofiarowany z powrotem Bogu zamienia się w dar nieskończony, podobnie jak życie człowieka, przez zanurzenie go w Chrystusie i zjednoczenie z Nim jest już życiem nieskończonym, życiem wiecznym.

Doświadczenie medytacji pozwala nam już teraz  smakować tej wieczności i nieskończoności, która w pełni stanie się naszym udziałem po tamtej stronie życia. A zatem zanurzając się w medytację, zanurzam się w wieczności, w wiecznym życiu i miłości Boga.

Medytacja jest drogą duchowego wzrostu. Jest to wzrost organiczny, którego sednem jest zakorzenienie Bożego słowa, które powtarzamy i które jest nośnikiem Bożej łaski w naszym sercu. Jezus w przypowieści o siewcy nauczał o konieczności zakorzeniania Słowa Bożego w sercu człowieka, kiedy mówił, że ziarno powinno spaść na żyzną glebę. Symbol serca oznacza zaangażowanie w tym procesie całego człowieka. Twoje wierne powtarzanie słowa (wersetu) i powracanie do niego dwa razy dziennie jest właśnie owym jego zakorzenianiem. A kiedy już zapuści korzenie to zacznie dojrzewać, kwitnąć i owocować. Naprawdę wypuszcza kwiaty i rodzi konkretne duchowe owoce. Jednym z nich jest pokój, głęboki wszechogarniający wewnętrzny pokój. Wynurza się on z miejsca harmonii na dnie twojego bytu. Odkrywasz, że to Bóg jest twoim centrum i że to On jest miejscem, z którego czerpiesz życie.

Ojcowie Pustyni zwykli nazywać swoją modlitwę „odpoczynkiem w Bogu”. W tym głębokim spokoju jest tylko Jezus i ty. Zaczynasz pozbywać się hamujących duchowy rozwój mechanizmów twojej psychiki. Większość z nas poświęca dużo uwagi na tłumienie poczucia winy, walkę z lękami, agresją – czymkolwiek one są.

Kiedy zaczynasz medytować, to co chcesz stłumić, stopniowo wydostaje się na powierzchnię świadomości. Tak więc po zakończeniu medytacji zamiast relaksu możesz odczuwać początkowo jakiś niepokój oraz zmartwienie wypływające z tego, co dzięki medytacji możemy odkryć a co dotąd było ukryte przed nasza świadomością. Nie wolno się tym zrażać, są to uczucia i doświadczenia przejściowe, będące konsekwencją stawania w świetle łaski i w prawdzie. Im w większej prawdzie staje przed Chrystusem i im bardziej oddaje to, co wyłania się z mojego wnętrza tym bardziej będę doświadczał tego, że On uzdrawia to wszystko mocą swojej łaski i wypełnia swoja miłością i pokojem.

Siła medytacji jest ogromna. Po pewnym czasie pod jej wpływem emocje, które chcesz stłumić, strach któremu nie chcesz stawić czoła, winy do których nie chcesz się przyznać, tracą swe panowanie i znikają niczym spalone w ogniu Bożej miłości. Bardzo często nie będziesz nawet wiedział jak to się stało, ale pewnego dnia zauważysz, że te złe uczucia odeszły i to na zawsze a w ich miejsce zrodził się obiecywany przez Chrystusa wewnętrzny, głęboki pokój.

Dziękczynienie za pontyfikat

 

Benedykt_xvi-crop

„Błogosławiony mąż, który pokłada ufność w Panu, i Pan jest jego nadzieją” – słyszeliśmy w dzisiejszym pierwszym czytaniu z Mszy świętej. Dzisiaj chcemy te słowa odnieść w sposób szczególny do Ojca Świętego Benedykta XVI, gdy jego posługa na tronie Piotrowym dobiega końca. Jako ludzie wiary, ufamy, że każda z decyzji głowy Kościoła – nawet ta najtrudniejsza – jest decyzją opatrznościową, podjętą pod działaniem Ducha Świętego.

Pragniemy, aby nasza dzisiejsza modlitwa miała przede wszystkim charakter dziękczynny. Otrzymaliśmy bowiem bardzo wiele dobra przez posługę Ojca Świętego Benedykta XVI a także jego wcześniejszą służbę Kościołowi, u boku umiłowanego papieża bł. Jana Pawła II. Choć był to krótki pontyfikat, gdyż trwał niespełna osiem lat, to przyniósł przecież wiele znaczących wydarzeń:

Papież Benedykt XVI ogłosił świętymi 45 osób z 20 krajów; ogłosił aż 870 nowych błogosławionych. Trzy spośród ośmiu lat jego posługi miały szczególny charakter. Były to: Rok św. Pawła, Rok Kapłański i obecnie przeżywany Rok Wiary. Benedykt XVI dał nam trzy encykliki: Deus caritas est (o miłości), Spe salvi (o nadziei) oraz Caritas in veritate (o rozwoju człowieka oraz społeczeństwa w prawdzie i miłości). Przekazał nam także trzy adhortacje: o Eucharystii, o słowie Bożym oraz o Kościele na Bliskim Wschodzie. Cennym darem była także wydana w trzech tomach opowieść o życiu Chrystusa, zatytułowana Jezus z Nazaretu. Nie da się ogarnąć treści jakie wnosił w nasze życie w cotygodniowych katechezach środowych. Pielgrzymował do wielu krajów świata, w tym także do Polski, i odważnie stawiał czoło wielu wyzwaniom, jakie niosło ze sobą życie.

Dziś u kresu tego pontyfikatu warto przywołać jeden z jego tekstów, będący w pewnym sensie streszczeniem jego nauczania i testamentem. Jest to orędzie na tegoroczny Wielki Post. Papież komentuje w nim słowa św. Jana Apostoła: „Myśmy poznali i uwierzyli miłości, jaką Bóg ma ku nam” (1 J 4,16). Jest w nim mowa o wierze, ale chodzi o wiarę w miłość. Czasem wydaje się, że łatwiej wierzyć w to, że Bóg istnieje i że jest wszechmocny, a trudniej w to, że w nieskończony sposób kocha każdego człowieka, każdą rodzinę, wszystkie wspólnoty i cały świat.

Benedykt XVI całą swoja posługą następcy świętego Piotra Ojciec pragnął z całego serca pomagać nam uwierzyć w tę miłość, miłość, której sam doświadczył i której zawierzył całe swoje życie i której wreszcie starał się być odbiciem w swoim nauczaniu i w swojej posłudze. I za to niezmordowane świadectwo miłości, w które wpisuje się także – jak sam tłumaczył –  jego ostatnia decyzja, którą podjął w duchu odpowiedzialności za Kościół, który umiłował i za który czuje się odpowiedzialny pragniemy dobremu Bogu dziękować, przekonani, że swoją obecnością, mądrością i modlitwą wciąż będzie towarzyszył Kościołowi i swojemu następcy na tronie Piotrowym. Jak sam zaznaczył: Nie porzucam krzyża, lecz pozostaję w nowy sposób przy ukrzyżowanym Panu. Nie sprawuję już dłużej władzy nad Kościołem, lecz w posłudze modlitwy pozostaję, by tak rzec, w otoczeniu świętego Piotra.

I na koniec niech mi będzie wolno przywołać ostatni z wpisów papieża Benedykta XVI na Twitterze: Dziękuję za wasze modlitwy i wasze wsparcie. Obyście stawiając w centrum Chrystusa mogli zawsze doświadczać prawdziwej radości. Bóg zapłać!

Nasza góra Tabor

111980

Świat, w którym przyszło nam żyć, nie jest doskonały. Potrzebuje przemiany. Świadczy o tym każda nierówność, najmniejsza niesprawiedliwość, każde zło, każdy grzech. I ludzie często oczekują takiej przemiany. Niektórzy wierzyli, że dokona jej jakaś rewolucja społeczna. Inni nadzieję pokładali w rewolucji kulturalnej. Do dziś wielu jeszcze z ufnością patrzy na postępy nauki i w niej pokłada nadzieję. Programów i pomysłów na tę przemianę było wiele.

By jednak mogła się dokonać jakakolwiek przemiana zewnętrznych struktur trzeba uświadomić sobie jedną bardzo ważną prawdę, o której nie rzadko się zapomina: że przemiany potrzebuje przede wszystkim człowiek. I nie chodzi tutaj od razu o wielkie rzeczy, obietnice składane Panu Bogu czy innym osobom, z których potem człowiek się nie wywiązuje, czy też o wywracające wszystko do góry nogami rewolucje. Każda bowiem przemiana, także ta najmniejsza, dotycząca  naszej szarej codzienności, w której żyjemy zaczyna się nie gdzie indziej, jak od przemiany naszego serca i od pierwszego kroku…

Przywykliśmy do tego, że nasze życie toczy się w nieustannym hałasie. Czasami zdaje się, że ludzie tego hałasu szukają, dobrze się w nim czują. Niekiedy nawet jeden hałas zagłuszają innym. Coraz częściej w różnych miejscach, w najrozmaitszych sytuacjach, w chwilach zupełnie niespodziewanych, rozbrzmiewa dźwięk telefonu komórkowego. Są miejsca, jak szpitale czy samoloty, gdzie ze względu na promieniowanie elektromagnetyczne, które zakłóca pracę innych urządzeń, zabrania się używania przenośnych telefonów. Coraz częściej jednak tablice „zakaz używania komórek” można zobaczyć także na ścianach kościołów, w urzędach czy nawet w niektórych restauracjach, choć wiele osób traktuje je podobnie jak znaki drogowe – nie zauważa lub udaje że ich nie widzi. Wszechobecne telefony, jakkolwiek użyteczne, coraz bardziej natrętny hałas, który wkrada się zewsząd dają jednak wielu osobom okazję, by pomyśleć o granicach codziennej aktywności. Jakby na przekór temu wszędobylskiemu zgiełkowi naszego życia wciąż wzrasta liczba tych, którzy poszukują spokojnych zakątków. Niektórzy zatapiają się w ciszy grubych, klasztornych murów. Coraz więcej jest zresztą takich miejsc, które kuszą swoją głęboką niczym nie zmąconą ciszą. I w tym pragnieniu ciszy jest chyba podpowiedź, gdzie szukać sposobu na przemianę naszego serca…

Dzisiejsza Ewangelia pozwala nam stanąć obok apostołów, którzy stają się świadkami jednego z najważniejszych wydarzeń w życiu Jezusa. Przemienienie na górze Tabor, osłoniętej obłokiem, to nie tylko doświadczenie związane z tajemnicą wiary, odkrycie Jezusa, który jest „Synem wybranym”. Doświadczenie Taboru, jak powie Jan Paweł II jest przedsmakiem kontemplacji, wynosi ducha, który pragnie powtórzyć za Piotrem: „Dobrze, że tu jesteśmy!”. Gdy czytamy o wydarzeniach na górze, ulegamy tej ciszy, która w pierwszej chwili nawet Piotra wprawia w pewne zakłopotanie, potem natomiast tak bardzo człowieka przemienia, że każe mu „zachować milczenie”, by nie uronić nic z tajemnicy, która została mu dana.

jak wspomniano już na jednym z ostatnich wpisów wszystkie wielkie tradycje duchowe odkrywają, że w głębokiej ciszy duch człowieka zaczyna dotykać swego Źródła. Bo to właśnie cisza jest tą najbardziej twórczą przestrzenią wzrostu i dojścia do pełni życia, do pełni miłości ale odkrywania prawdy o sobie samym i konfrontacji z własnym wnętrzem (jego blaskiem i cieniem).  Bez zawalczenia o ciszę zarówno tę zewnętrzną, jak i ciszę naszego serca nigdy nie usłyszymy tego, co Bóg chce nam powiedzieć i nigdy nie pogłębimy naszej zażyłości z Duchem Świętym, gdyż Bóg najczęściej mówi właśnie w ciszy .

Dlatego dzisiejsza niedziela Wielkiego Postu chce nam przypomnieć jak bardzo ważne dla naszej wewnętrznej przemiany są w naszym życiu chwile zatrzymania się przed Bogiem, bycia z Nim sam na sam, gdzie nikt i nic nie zakłóca tego spotkania, kiedy się nie spieszymy i gdzie możemy usłyszeć Boga mówiącego w ciszy modlitwy do naszego serca. Warunkiem sine qua non naszego duchowego rozwoju jest to, abyśmy zawalczyli o taką przestrzeń, która odrywa nas od zgiełku codziennego życia i ukazuje wartość tego, co jest najważniejsze dla nas – ludzi wiary – a więc przestrzeń wsłuchania się w Boga. To bowiem ze słuchania rodzi się nasza wiara. Oczywiście dzisiaj trzeba nie małego wysiłki, by nie pozwolić na to, aby miejsce głosu Boga zajęły inne glosy, bardziej natrętne i często bardziej zniewalające, bo mówiące to, co często chcemy usłyszeć, albo zagłuszające to, czego usłyszeć nie chcemy.

Niech zatem ten jeszcze młody tegoroczny Post zrodzi w nas postanowienie, aby nie brakowało w naszym życiu chwil podobnych do tej, którą przeżyli apostołowie. Szukajmy miejsc, w których oddaleni od zgiełku dnia, wolni od dźwięku komórkowych melodyjek i osłonięci obłokiem ciszy usłyszymy Boży głos, który będzie rozbrzmiewał w głębi naszego serca a wówczas, łatwiej będzie Go także usłyszeć wtedy, gdy znajdziemy się znowu pośród tysiąca codziennych spraw.

Wielkopostny remanent

Wielki Post to okazja do porządkowania nie tylko wnętrza. Wziąłem się także za porządkowanie mojej skrzynki mailowej, gdyż była nieco zawalona. Niestety (albo na szczęście) – jak kto woli nie jestem niewolnikiem komputera i w związku z czym bywa, że nie często zaglądam do mojej skrzynki mailowej, co przyznam niejednokrotnie deprymuje moich znajomych, bo potrafiłem nie czytać e-maili przez tydzień lub dwa. owoc tego był zazwyczaj taki, że niektóre z nich były już nieaktualne albo skrzynkę miałem tak zawaloną, że już nie chciało mi się ich czytać. W tej mierze dokonał się pewien postęp, gdyż staram się zaglądać do skrzynki częściej. Tego bowiem może wymagać zwykła miłość braterska. Robię to zazwyczaj przy okazji zamieszczania wpisu na blogu, choć nieraz odpisywanie na wszystkie wiadomości, które nadchodzą (z pytaniami, prośbami, komentarzami do bloga) bywa nieco trudne i pracochłonne. Ale jest już lepiej, więc i mniej pretensji otrzymuje od niektórych osób. Pozostaje jeszcze problem z telefonem komórkowym, bo często go ze sobą nie noszę i to także co poniektórych przyzwyczajonych do tego, że w dzisiejszych czasach każdy jest pod ręką, denerwuje. Ale tego chyba nie chcę zmieniać. Nie lubię być na smyczy. Czasem jednak zmuszony wielością wiadomości, które zapychają ograniczoną przestrzeń „technologicznych pomocników” dokonuje przeglądu i remanentu treści tam zawartych i ze wzruszeniem odkrywam tak wiadomości od osób, których np. nie ma już wśród nas (ostatnio odkryłem e-maile np. od o. Jana Berezy, czy innych osób, które odeszły lub wyjechały w siną dal i z którymi z różnych powodów urwał się kontakt). To okazja do wspomnienia miłych chwil spędzonych z tymi osobami, wdzięczności za nie i modlitwy. Zachowuje je zatem prawie, jak relikwie i ślady obecności tych, którzy przez to, że Pan Bóg postawił ich na drodze mojego życia, pozostawili jeszcze głębszy i trwalszy ślad w moim sercu.

Owoce nawrócenia

Katechumeni potrafią wprawić nas niejednokrotnie w zakłopotanie. Wiele wysiłku wkładają w zgłębianie prawd wiary, dlatego też często otaczają je wielkim szacunkiem walcząc o życie ich duchem, niż my, którzy od wczesnego dzieciństwa wzrastamy w w atmosferze wiary. Ludzi nawróceni nie rzadko o wiele głębiej też przeżywają sakramenty święte, niż ci, którzy przyjmują je często. Dlatego są dla nas szczególnymi świadkami tego, jak powinno się cenić skarb wiary, skarb, który przecież zgodnie z Pismem nosimy w naczyniach glinianych (2 Kor 4,7). To samo Pismo wyrzuca nam, że tak łatwo nam odejść od pierwotnej miłości, która cechuje właśnie nowo nawróconych (por. Ap 2,4). mam na myśli nie tylko tych, którzy nigdy nie żyli w atmosferze wiary, ale także tych, którzy ten skarb niegdyś utracili a potem, często po latach, niczym syn marnotrawny odnaleźli go na nowo. Czasem aż milo takich ludzi spowiadać. Potrafią zawstydzą swoim sposobem przeżywania życia wiary, ale też budują.

Dlatego Jezus ostrzega tych, którzy tłumnie podążają za Nim. Mówi im, że poganie bywają bardziej otwarci na głos Boga, niż wybrani. To przestroga, która Jezus kieruje także do nas. Czas Wielkiego Postu, to dobry okres na sprawdzenie jaki jest grunt mojego serca, na który Jezus rzuca swoje słowo, czy nie pozwoliłem, żeby się zbytnio wyjałowił. W końcu wezwanie do nawrócenia dotyczy także nas, którzy tłumnie idziemy za Jezusem, gdyż to nic innego, jak ciągłe budzenie w sobie pierwotnej gorliwości do szukania i jak najpełniejszego sposobu dawania odpowiedzi Temu, który dla nas jest Drogą, Prawda i Życiem.