Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Do zobaczenie w domu Ojca…

 

Pierre-Marie Delfieux

Ojciec Pierre-Marie Delfieux

założyciel Monastycznych Wspólnot Jerozolimskich,
 odszedł dzisiaj do Domu Ojca

Pierre Marie Delfieux urodził się w 1934 r. w południowej Francji. Ukończył studia teologiczne i socjologiczne w Instytucie Katolickim w Paryżu oraz filozoficzne na Sorbonie. W 1961 r. przyjął święcenia kapłańskie i podjął pracę duszpasterza akademickiego na Sorbonie i Grand Palais. Po dziesięciu latach kapłańskiej posługi w Paryżu spędził dwa lata na Saharze jako pustelnik. Jego pobyt na pustyni zaowocował powstaniem  w 1975 r. Monastycznych Wspólnot Jerozolimskich. Ich powołaniem jest życie rytmem wielkiego miasta, a jednocześnie prowadzenie głębokiego życia modlitwy. Wspólnoty tworzone są przez braci i siostry, którzy składają śluby posłuszeństwa, ubóstwa i czystości. Kobiety i mężczyźni mieszkają osobno, ale trzy razy dziennie modlą się razem, śpiewając liturgię zawierającą elementy chrześcijańskiego Wschodu i Zachodu. Na pustyni wielkich miast pragną tworzyć oazy ciszy, modlitwy i braterstwa.

Ojca Delfieux poznałem najpierw poprzez jedną z jego książek, która jest fundamentem życia wspólnot. Potem dane mi było spotkać go osobiście trzy razy i każde z nich wywarło na mnie ogromne wrażenie. Nie miałem wątpliwości, że spotkałem człowieka świętego. Nie mam wątpliwości, że jego życie i stworzone przez niego oazy modlitwy, jakimi są stworzone przez Niego Wspólnoty są niezwykłym darem dla świata.

Włączmy się w modlitwę w intencji Ojca  Pierre Marie-Delfieux, o którą proszą Brat Jean Christophe Calmon, przełożony generalny, siostra Violaine Divry, przełożona generalna, bracia i siostry Jerozolimscy, rodziny Delfieux i Angles.

Medytacja – droga duchowego rozwoju

Dzisiaj mija kolejna rocznica śmierci Ojca Jana Berezy. Podczas Mszy świętej dziękowałem Panu Bogu za Jego życie, za długoletnią przyjaźń i za to, że zarówno dla mnie jak i dla setek innych osób był szczególnym darem od Pana Boga. Nie mam wątpliwości, że Jego śmierć nie zakończyła tego Bożego dzieła, jakie realizował tu na ziemi i w domu Ojca zyskaliśmy jeszcze jednego niezawodnego orędownika. Dziękuję Ci Boże, za to życie i tę posługę Ojca Jana, które tu na ziemi dobiegły końca i ufam, że w Tobie i w Twoim Królestwie będą one trwały już na zawsze.

Jan Bereza OSB

W dzisiejszym świecie, świecie ciągle rosnącego tempa życia, pomimo pozornych jego udogodnień wielu uważnych i wrażliwych ludzi zaczyna dostrzegać, że najbardziej palącym zadaniem naszych czasów stał się wzrost troski o życie duchowe. Wielu w związku z tym stawia sobie pytanie: Jaką ścieżkę owego duchowego rozwoju obrać?

Tak naprawdę nie ma jednej dobrej odpowiedzi na to pytanie. Jest to pytanie podobne do tych, które dotyczą naszego powołania. I wbrew pozorom wcale nie mniej ważne! Jeżeli bowiem nie odnajdę drogi swojego duchowego rozwoju, o której będę mógł powiedzieć, że jest moja, gdyż odnajduję się na niej, odpowiada ona mojej osobowości, mojemu charakterowi, stylowi życia czy powołaniu, które realizuję, wówczas mogę rozminąć się z tym, ku czemu Bóg chce mnie doprowadzić. Nie znaczy to, że moje dojrzewanie wewnętrzne nie może się dokonywać na innej drodze, gdyż Bóg potrafi doskonale dopasować swoje działanie do naszej sytuacji, jeżeli tylko nie zabraknie nam otwartości na Niego, ale może się okazać, że będzie to droga, która nie będzie mi niosła tej radości i poczucia bycia we właściwym miejscu i na właściwej drodze, która mogłaby stać się moim udziałem.

Dlatego mistrzowie życia duchowego tacy jak św. Teresa z Avila czy św. Ignacy Loyola zachęcają nas do poszukiwania swojej własnej ścieżki rozwoju duchowego. Jest to poszukiwanie, które realizować się może na drodze prób i błędów, gdyż próbując różnych form modlitwy może minąć wiele czasu, zanim odnajdę tę najbardziej osobistą ścieżkę. Ważne jest jednak, abyśmy prosili w tym poszukiwaniu także Ducha Świętego o prowadzenie, unikając jednak wymuszania czegokolwiek na Nim i próbując wpasować się na siłę tam, gdzie nie jest nasze miejsce. Jak bowiem wspomniano już nie wszystkie formy modlitwy są dla wszystkich…

Jedną z dróg modlitwy i duchowego rozwoju jest medytacja. Oczywiście w chrześcijaństwie odnajdujemy różne formy medytacji a zatem również na tej drodze możemy znaleźć taką formę medytacji, jak nam najbardziej odpowiada. Droga medytacji zakłada pogłębienie naszego zaangażowania w życie, poprzez pogłębienie naszej zażyłości z Bogiem i ze sobą samym. Jest bowiem jedna z dróg modlitwy, na której konfrontacja z samym sobą i z prawdą o sobie samym wydaje się najbardziej jaskrawa. To poprzez zgodę na odkrywanie tej prawdy o nas samych, której źródłem jest zgoda na oświetlenie naszego życia światłem działającego w nas Ducha Świętego a następnie poprzez stawanie w prawdzie przed Bogiem dokonuje się nasze dojrzewanie. Waga tej formy modlitwy jest dlatego tak doniosła, gdyż umożliwia naszemu duchowi dwie rzeczy: po pierwsze pozwala mu na najbardziej intymny kontakt ze Źródłem życia bijącym w nas (ale w nas takimi jakimi jesteśmy a nie takimi jakimi chcemy siebie widzieć – stąd konieczność wewnętrznego oczyszczenia i stanięcia w prawdzie); a następnie, jako rezultat tego spotkania z Bogiem w moim sercu, pozwala na czerpanie z tego Źródła mocy do wypełniania naszej roli w świecie. Mówiąc naszej roli mamy na myśli rolę, jaką przeznaczył nam Bóg. Im bardziej w doświadczeniu medytacji będziemy zjednoczeni z Bogiem i będziemy odkrywali prawdę o nas samych tym większe prawdopodobieństwo, że także w codziennej aktywności (zawodowej, społecznej, rodzinnej) będziemy spełniali to, co jest zamysłem Bożym wobec nas a nie nasze własne plany i ambicje.

Wynika z tego, że bycie prawdziwie tym człowiekiem, jakiego chce mnie widzieć Bóg i wypełniającym to, czego On ode mnie oczekuje wymaga stałego pozostawania w łączności ze Źródłem życia! Stąd konieczność wytrwałej, codziennej i systematycznej medytacji. Gdyż jakiekolwiek zaniedbania w jej praktykowaniu grożą tym, że zamiast wsłuchiwać się w to, co Bóg chce nam powiedzieć zaczniemy wsłuchiwać się w nasze ego, które tylko czeka na to, aby zdetronizować Boga w naszym życiu i zająć Jego miejsce i skorzysta z każdej okazji pozornie nawet tak banalnej jak zaniedbanie w systematyczności modlitwy medytacyjnej.

Wszystkie wielkie tradycje duchowe odkrywają, że w głębokiej ciszy duch człowieka zaczyna dotykać swego Źródła. W naszej chrześcijańskiej tradycji Jezus nauczał o Duchu Świętym, Duchu miłości przebywającym w sercu człowieka. Bez wejścia w relację z tym Duchem niemożliwe jest odkrycie pełnego ludzkiego potencjału. A jest nim możliwość wzrostu i dojścia do pełni życia, do pełni miłości i pełni mądrości. Warto byśmy jako ludzie wiary uświadomili sobie, że tak naprawdę nie ma w naszym życiu niczego bardziej ważnego do zrobienia, niż właśnie to!

Wszyscy na równi jesteśmy zaproszeni do poznania tajemnicy naszego bytu, do tajemnicy naszego życia i jego świętości. To zaproszenie było głównym przesłaniem nauczania Jezusa. To dlatego tak ważnym jest owo otwarcie przestrzeni i danie miejsca naszemu duchowi na wzrost, jakie są owocem medytacji. W medytacji chrześcijańskiej wierzymy, że ta przestrzeń ducha rodzi się w ciszy. Medytacja jest więc drogą ciszy i drogą, która w tej ciszy pragnie odkrywać przemawiającego do nas Boga. Jednym z namacalnych owoców jakie rodzi w naszym życiu doświadczenie medytacji jest między innymi ten, że w miarę jak nasza praktyka rozwija się, cisza powinna stopniowo wrastać i przepełniać każdą sferę naszego życia. To zaś w konsekwencji prowadzi do tego, że zaczynamy słyszeć Boga, który przemawia do nas już nie tylko w ciszy modlitwy medytacyjnej, ale także przez zwykłe, codzienne okoliczności życia, gdzie dotąd nie słyszeliśmy Go, gdyż Jego głos był zagłuszany poprzez inne głosy zarówno te zewnętrzne jak i te, które dobiegały z nasze go wnętrza i naszych namiętności.

Praktyka medytacji jest bardzo prosta. Należy wygospodarować każdego ranka i wieczora trochę czasu i zarezerwować na ową praktykę docierania do Źródła życia, zrobienia naszemu duchowi przestrzeni na wzrost i pogłębianie naszej wiary. To, co pozwala nam o tę cisze zawalczyć z naszym wewnętrznym hałasem jest słowo – mantra, którą wiernie powtarzamy przez cały czas naszej medytacji. I chociaż brzmi to prosto, to właśnie w tej prostocie praktyki medytacji tkwi jej podstawowa trudność. My ludzie XX wieku jesteśmy tak przyzwyczajeni do złożoności, do komplikowania spraw, że prostota medytacji – czyli wierne powtarzanie w sercu jednego słowa – jest dla nas dużym wyzwaniem. By mu sprostać każdy z nas powinien „trzymać” się podczas medytacji trzymać się tego słowa czy wersetu a tak wiernie, jak jest to tylko możliwe.

Słowo Maranatha – jakie proponuje o. John Main jest słowem aramejskim. Powtarzamy je w myślach, pozwalając by wybrzmiewało ono w naszym sercu. Nie przerywamy jego powtarzania od początku do końca medytacji i wracamy do niego za każdym razem, gdy spostrzeżemy, że ulegliśmy rozproszeniom.

Medytacja jest procesem wzrostu duchowego i odbywa się według swoich własnych praw i tempa. Nie próbujmy zatem wymuszać czy przyśpieszać jej owoców! Trwajmy raczej ze świadomością, że już odnalezienie tej formy modlitwy, w której się spełniam i która przynosi mi radość jest dla nas darem od Pana.

Podpowiedź Jezusa

Dzisiaj udało mi się bez pędu zacząć dzień od długiej medytacji, która była bardzo dobra. Od długiego czasu towarzyszy mi poczucie głębokiej radości i jedności, jakie jest moim udziałem za sprawą łaski i tego czym zostałem obdarowany i to niezwykle poczucie, że jestem tam, gdzie powinienem być. Oczywiście nikt z nas nie wie, co z nami będzie jutro, ale medytacja uczy mnie czerpać radość z chwili obecnej i z tych zwykłych prostych rzeczy, jakie są moi udziałem każdego dnia. Ojciec Michał Zioło określa to pięknie jako sianie ziaren otulonych Bogiem. To doskonałe określenie dla tych często prostych zadań i czynności, jakie realizujemy każdego dnia, o ile czynimy to w odpowiedzi na Boże zaproszenie i z miłością ku Bogu i człowiekowi oraz ufnością, że to tak naprawdę Jego dzieło, więc my nie musimy się spinać.

Dzisiaj Jezus zaprasza nas do wsłuchania się w lekcje o modlitwie. Tyle razy już jej słuchaliśmy i co? A tymczasem Chrystus mówi tak naprawdę o dwóch istotnych warunkach pierwszy z nich to prostota naszej modlitwy, zaś drugi to zaufanie, że Bóg naprawdę wie, czego nam potrzeba do pełni szczęścia. Niestety nam często brakuje tej ufności, więc wolimy powiedzieć Panu Bogu na czym tak naprawdę nam zależy i to powiedzieć możliwie jak najgłośniej,  żeby na pewno usłyszał. Trochę przypomina to te scenę, w której Eliasz przygotowuje się do walki z fałszywymi prorokami każąc najpierw im przygotować ofiarę i modlić się o znak z nieba. Tamci, jak opisuje to Pierwsza Księga Królewska (18, 20-40) wołali od rana do popołudnia, tańczyli, krzyczeli, kaleczyli się oszczepami i mieczami a Eliasz drwił z nich: „Wołajcie głośniej, bo to bóg! Więc może jest zamyślony albo zajęty, albo udaje się w drogę. Może śpi, więc niech się obudzi!” Oczywiście odpowiedzi nie było. Tymczasem Eliasz – ten prorok, który spotyka Boga w ciszy, łagodności i prostocie wypowiada tylko jedno zdanie, pełne ufności, ale czyni to nie dla siebie i nie w swoim imieniu, ale w odpowiedzi na prośbę Tego, któremu służy i Bóg manifestuje swoją moc w sposób niezwykły i jednoznaczny.

Może gdybyśmy nosili w sobie tak jak Eliasz przekonanie o tym, że Bóg jest najlepszym Ojcem i zawsze pragnie naszego dobra też nie mielibyśmy powodu krzyczeć do Niego, zaklinać Go, kombinować, leż potrafili byśmy z całkowitym zaufaniem przyjść do Niego jedynie po to, aby otworzyć przed Nim nasze serce, aby On je napełnił. A wówczas przekonalibyśmy się szybko, że On nie tylko daje nam to, czego nam potrzeba najbardziej, ale też wlewa w nasze serca pokój i radość, płynące z faktu, że skoro On jest naszym Ojcem, to o nic tak naprawdę nie musimy się już troszczyć ani niczego się lękać.

To dobrze, że jest taka modlitwa jak medytacja, która nie wymaga od nas mówienia, kombinowania, argumentowania a która uczy przychodzenia do Boga w prostocie serca, po to, by przede wszystkim wsłuchać się w to, co On nam chce powiedzieć. Kiedy się w to wsłuchamy dostrzeżemy jak bezzasadne były nasze obawy i próby wywarcia na Boga presji, gdyż nie będzie już wątpliwości, że wypełnia On zawsze to, co dla nas najlepsze.

Zapiski na marginesie Wielkiego Postu

W sumie to miałem nie pisać. Może lepiej byłoby, gdybym położył się spać, bo wskazówki na zegarze dawno przekroczyły godzinę pierwszą, ale przekonała mnie moja wielkopostna lektura. Nie mam ostatnio zbyt wiele czasu na czytanie. Ostatnio!? Kogo ja oszukuję? Liczyłem, że ten Wielki Post przyniesie nieco spokoju, choć szczerze mówiąc sam nie bardzo wierzyłem, że to nadzieja do spełnienia. Ledwie się zaczął a ja miałem okazję wygłosić już małe rekolekcje dla jednej ze wspólnot. To zawsze dobry akcent na początek Wielkiego Postu. Jak wspomniałem już kiedyś rekolekcje, podobnie jak kazania głosi się przede wszystkim dla samego siebie. Przynajmniej potem nie ma się pretensji do innych, że im niewiele dały, kiedy samemu się niezazbytnio odnosi w życiu do tego, co się mówi do innych. Ale to uczy pokory i łagodności w stosunku do innych. Podobnie jak doświadczenie własnych upadków uczy pełnego miłości spojrzenia na tych, którym posługuje się w sakramencie pokuty.

Dużo także dzieje się w ostatnich dniach w kwestii spotkań ekumenicznych i międzyreligijnych. Sam już czasem nie wiem co wybrać. W ostatnich dniach musiałem temu poświęcić aż dwa dalekie wyjazdy a w tym tygodniu czekają mnie kolejne dwa spotkania. Jedno na szczęście kończące pewien etap prac, bo dobiega końca praca nad wydaniem publikacji dotyczącej wyznań na terenie Woli.  Mam nadzieję, że komuś się przyda. Niestety pozostaje jeszcze przygotowanie sprawozdania na wyjazd biskupów Ad Limina Apostolorum. Dużo pracy, bo dotyczy wszystkiego, co działo się na płaszczyźnie dialogu ekumenicznego i międzyreligijnego w ostatnich siedmiu latach (czyli od ostatniej wizyty episkopatu w Watykanie). To zmaganie na szczęście po miesiącu pracy też dobiega końca, został jeszcze jedna długa nasiadówka w tej sprawie w nadchodzącym tygodniu, choć wolałbym się na niej nie przekonać, że wizyta Ad Limina może się nie odbyć z powodu rezygnacji papieża. Wówczas można by potraktować tę cała pracę jako niezłe umartwienie wielkopostne. Cóż, nie mam i tak wielkiego wpływu na to czy wizyta się odbędzie czy nie, szkoda tylko nieraz czasu, który można by poświęcić na inne, ważniejsze rzeczy a który koniec końców może okazać się zmarnowanym czasem (nie mam na myśli strony duchowej, z tej perspektywy zawsze da się coś ocalić).

Wspomniałem o lekturze, którą wziąłem sobie na początek Wielkiego Postu. Choć to nie Merton, to jednak pozostaję wierny sympatii do trapistów. Czytam dziennik o. Michała Zioło – Polaka, trapisty obecnie mieszkającego w opactwie w Aiguebelle. Pisze on m. in. że w życiu boi się tylko jednej „nieużyteczności”, która go przeraża – to życie bez miłości. Dla niego to pojęcie sprzeczne w sensie chrześcijańskiego spojrzenia na życie. „Po to tu przecież jesteśmy – dodaje – po to tu marnotrawimy nasze życie, żeby ją chronić, przyjąć, dać…”

Pewnie, zawsze można sobie wyrzucać, że dajemy tej miłości zbyt mało, że można było dać więcej… Z jednej strony to dobrze, bo jest do czego dorastać, ale dla mnie ważne jest także to, abyśmy nie przeoczyli tego, co udaje nam się z Bożą pomocą zrobić w duchu miłości. Inaczej groziłaby nam niewdzięczność i brak dostrzeżenia działania Boga w naszym życiu, który przecież najczęściej działa przez rzeczy małe z ludzkiego punktu widzenia, ale istotne, gdy spoglądamy na nie z perspektywy miłości. Bardzo podoba mi się inny wpis w dzienniku o. Michała, który odnosi się także do tej sytuacji: „Nieprawdą jest, że trzeba być bezinteresownym w kontakcie, o nie, trzeba być jak najbardziej zainteresowanym, mimo zmęczenia, nasycenia, pośpiechu i przekonania, że to nasze  vis-à-vis i en face wobec zdarzeń, obrazów, zapachów i dźwięków tak naprawdę do niczego nie prowadzi.” Oczywiście nie trzeba dodawać, że to często subiektywne przekonania, które nie mają nic wspólnego z Bożym patrzeniem. Bóg w przeciwieństwie do nas docenia drobiazgi. Czasem staram się o tym do znudzenia przypominać moim penitentom w konfesjonale. Przecież nie bez znaczenia Chrystus mówi, że to do naszego stosunku do rzeczy małych zależy nasza wierność w tym, co wielkie i znaczące.

Pomyślałem zatem dzisiaj siedząc w konfesjonale, że – choć może zabrzmi to nieskromnie – przynajmniej w tym miejscu staram się dawać innym miłość, staram się dać do zrozumienia tym, których dotyka czasem rezygnacja, że Pan Bóg nie przestanie walczyć o nich i ja nie przestanę. Konfesjonał to niezwykłe miejsce, gdzie tak mocno dane mi jest nieraz dotykać różnych ludzkich dramatów (ostatnie dwa tygodnie pod tym względem były szczególnie mocne) – zarówno tych osobistych, duchowych, rodzinnych czy zawodowych – że sam bywam zawstydzony tym, że ja, który tak naprawdę żyję jak u Pana Boga za piecem mam być dla nich towarzyszem, przewodnikiem i kimś, kto w jakimś sensie osądza i ocenia nawet jeśli jedynie po to, by pomóc odkryć prawdy o człowieku, przed która tak często sam człowiek ucieka, bo wydaje się nieraz zbyt bolesna, ale przecież konieczna do naszego prawdziwego rozwoju i zbawienia.

Dobra, koniec nudzenia… Z uwagi na brak czasu przynajmniej w ten sposób daję niektórym znać, że żyję i jak żyje. Ale bez względu na to jak byłbym zabiegany i tak nosze Was wszystkich w sercu i pamiętam zawsze, stając przy ołtarzu, choć czasem wstyd, że ta pamięć nie może objawiać się w bardziej praktyczny sposób, chociażby w wypiciu filiżanki dobrej herbaty i rozmowie. W tym wymiarze mam wiele do nadrobienia, choć nie wiem czy mogę to ująć wśród wielkopostnych postanowień. Wszak trzeba mierzyć siły na zamiary…

Komu służę?

Każdy człowiek żyjąc i dokonując wyborów podporządkowuje swoje działanie jakimś wartościom, które uważa za najważniejsze. Najczęściej najwyższa z tych wartości nadaje pewien kształt naszemu życiu i postepowaniu. W tym kontekście całkiem sensowne jest stare łacińskie porzekadło: „Powiedz mi komu służysz, a powiem ci kim jesteś”. Nie rzadko bywa, że tą wartością decydującą o ludzkim działaniu jest własna wygoda, przyjemność, zaspokojenie ambicji itp. Bywa i tak, że człowiek pragnie wciągnąć w orbitę swojego egoizmu nawet samego Boga. Wówczas będzie spełniał praktyki religijne z nadzieją, że zyska Bożą pomoc dla realizowania własnych zachcianek.

Fragment Księgo Powtórzonego Prawa, który dziś słyszeliśmy mówi o ofierze składanej Bogu. Ten zewnętrzny gest jest wyrazem uznania przez człowieka, że Bóg jest jego Panem. Pełnienie Jego woli, posłuszeństwo przykazaniom, wprowadza ład w życie człowieka i pokój do jego serca. Jeśli rzeczywiście Bóg staje się naszym Panem, wszystko wraca na właściwe sobie miejsce. W przeciwnym razie człowiek nieustannie zmaga się z chaosem swojego życia, miota się pomiędzy swoimi pragnieniami, w żadnym z nich nie znajdując spełnienia, gdyż niepodobna, by to co stworzone było w stanie zaspokoić ludzkie pragnienia w pełni.

Warto, przy tej okazji, zobaczyć, że zło pokus, których doświadcza sam Chrystus podczas kuszenia na pustyni polega właśnie na chęci postawienia własnych pragnień i ambicji na miejsce tego, co wskazuje nam Bóg jako najważniejsze w naszym życiu.

Historia Jezusa na pustyni opowiada o pokusach złego ducha i o tym, jak je przezwyciężać.Pan Jezus w czasie kuszenia na pustyni odpowiada za każdym razem słowami Pisma Świętego. Nie odwołuje się do ludzkiej mądrości, niczego nie tłumaczy, lecz w odpowiedzi przywołuje słowo Boże.Pustynia jest symbolem duchowych zmagań człowieka.Jezus zanim rozpocznie walkę z szatanem, napełnia się mocą, którą otrzymuje od Ojca. Ten fakt oznacza, że kiedy Bóg dopuszcza na nas pokusy, udziela nam także swojej łaski, abyśmy mogli stawić im czoła. Nasze duchowe pielgrzymowanie nie może bowiem być owocne bez pokus, ponieważ właśnie postęp duchowy dokonuje się przez zmaganie z nimi. Ten, kto nie jest kuszony, nie może siebie poznać. Bóg jednak w tym zmaganiu nie jest jak widz oglądający walkę, ale jak ojciec, który zawsze walczy po stronie swojego dziecka.

Pierwsza pokusa dotyczy naszych potrzeb. Czasem wydaje się, że są rzeczy, bez których nie potrafilibyśmy żyć. Świat reklamy dodatkowo potęguje w nas to wrażenie. Jezus nie odrzuca naszych pragnień ani potrzeb, ale uświadamia nam, że nic doczesnego, nie jest w stanie tak naprawdę zaspokoić naszych potrzeb. Niewiara w to, to iluzja, jaką posuwa nam szatan. Chrystus zaprasza nas do wsłuchiwania się w Słowo Boże – Ono bowiem zawiera prawdę o naszym życiu i odpowiedź na najtrudniejsze pytania.

W drugiej pokusie Jezus prostuje nasze myślenie na temat systemu wartości. Bogactwo, władza czy uroda nie są w życiu najważniejsze. Bardziej powinno zależeć nam na pielęgnowaniu naszego wnętrza i naszych relacji z Bogiem, bo tylko On jest źródłem prawdziwego szczęścia: „Cóż bowiem za korzyść odniesie człowiek, choćby cały świat zyskał, a na swej duszy szkodę poniósł?”.

W trzeciej pokusie Jezus objawia nam naszą godność. Jest ona darem Bożym i nikt nie może nam jej odebrać. Bez względu na popełnione grzechy Bóg zawsze nas kocha i dla Niego jesteśmy bezcenni. Warto o tym pamiętać, kiedy rozpoczynamy czas nawrócenia, byśmy nie dali się zbyt łatwo uwieść pokusie skupienia się na naszym grzechu, czy na naszej słabości, zwłaszcza wówczas, gdy przychodzi nam nie raz upaść. Szatan bowiem chcąc skupić naszą uwagę na naszej słabości będzie chciał zasiać w naszych sercach duchowy smutek. Chrystus zaprasza nas by nasza uwaga była zwrócona na Krzyż a tym samym na miłość Boga do nas, bo to ona daje nam siłę do walki i umacnia do tego, by nigdy nie zwątpić w ostateczne zwycięstwo, nawet jeżeli droga do niego nie jest łatwa ani krótka.

I warto u progu tego czasu łaski, jakim jest Wielki Post postawić sobie jeszcze jedno pytanie: Czy moje życie wskazuje na to, że naprawdę chcę służyć Panu czy też żyję tak, jakby to Bóg miał służyć mnie?