Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Pomóc Bogu w łowieniu ludzi

Różne są historie ludzi świadczących o Bogu: jedni z mlekiem matki wyssali miłość do Boga i nie wyobrażają sobie życia bez Niego, inni obudzili się z duchowej martwoty na skutek cierpienia lub głębokiego przeżycia, jeszcze innych poruszyło czyjeś świadectwo życia duchem wiary.

O dawaniu świadectwa mówią czytania dzisiejszej – piątej niedzieli w ciągu roku. Myślę, że to ważny temat w roku wiary, jaki przezywamy w Kościele. Prorok Izajasz – jak czytamy – przeraził się tym, że ujrzał Pana, i dopiero zapewnienie o zmazaniu jego winy otworzyło go na Boże wezwanie. Podobnie Piotr po cudownym rozmnożeniu ryb poczuł się niegodny swego Mistrza. Jezus jednak go przygarnął i to pozwoliło mu podążyć za Mistrzem. Nawrócony Paweł natomiast nazwał siebie poronionym płodem, niegodnym apostolstwa. Ale i on, pociągnięty Bożą miłością, odpowiedział na powołanie.

Doświadczenie przebaczenia jest bliskie każdej i każdemu z nas. Można powiedzieć, że u początku naszego życia wiary stoi tajemnica przebaczenia. Pierwsze bowiem jest nam dane, gdy jeszcze nie potrafimy nawet o nie prosić – w sakramencie chrztu. Pragnienie przebaczenia odtąd  będzie nam towarzyszyć przez całe życie. Ciągle (w mniejszych lub większych odstępach)  powracamy, wyglądając otwartych ramion Ojca. Niektórzy czynią to po latach błąkanie się z dala od wiary i od Boga i wówczas owo doświadczenie przebaczenia wydaje się być jeszcze bardziej przejmujące. Jezus jest doskonałym psychologiem, wie jak dotrzeć do ludzkiego serca, nawet tego najbardziej zamkniętego. Wystarczy, że człowiek uczyni choćby małą szczelinę, przez którą Boża łaska będzie miała szansę się wślizgnąć. „Komu wiele wybaczono ten więcej miłuje”(por. Łk 7, 36-50).  Niestety, nie zawsze udaje nam się Boga naśladować w tej postawie. Brakuje nam tej wiary w człowieka (a czasami i w siebie samych), której duszą jest miłosierdzie i przebaczenie…

„Nie umiem. Nie dam sobie rady. To nie dla mnie” – tak często słyszymy usprawiedliwienie, które płynie od innych lub od nas samych. Paradoksem  życia duchowego jest jednak fakt, że to właśnie owa słabość i nieumiejętność sprostania zadaniu, do którego zaprasza nas Jezus może stać się okazją prawdziwego doświadczenia Bożej mocy. „Moc bowiem w słabości się dokonali – mówi św. Paweł  w 2 Liście do Koryntian  (2 Kor 12,9) a właściwie mówi nie on, ale przytacza to, co sam usłyszał od Jezusa, który dodaje: „Wystarczy ci mojej łaski”. Dlatego o ile w życiu codziennym człowiek może potykać się o pewną niezdolność do podjęcia się określonych zadań, bo brakuje mu odpowiedniego przygotowania, wykształcenia czy talentów (nie może być lekarzem, ktoś kto nie ukończył medycyny) o tyle na płaszczyźnie wiary nie tylko każdy ma coś do zrobienia, ale właśnie paradoks wypełnienie przez nas tych zadań polega na tym, że zrealizujemy je lepiej tylko wówczas, gdy bardziej oprzemy się na Bożej mocy i łasce a nie na ludzkich możliwościach czy zdolnościach. Niemal nagminnie doświadczam w moim kapłańskim posługiwaniu prawdziwości tych słów.  Kiedy próbuję coś zrobić o własnych silach czy zdolnościach (np. doradzić komuś w bardzo trudnej sprawie zazwyczaj sam jestem zażenowany tym, co mówię, ale wystarczy, że przyznam się w sercu do tego, że jestem taki malutki wobec problemu, przed którym Bóg mnie stawia i poproszę Ducha Świętego o pomoc, zadziwia mnie nieustannie to, co potrafię powiedzieć, mając całkowita świadomość, że to, co mówię nie jest ode mnie, lecz jest w pełni Jego radą, do której mnie użył jako narzędzia). Tu nie ma znaczenia ani pochodzenie, ani zawód, ani nawet – czego dowodem jest św. Piotr – zdrada i upadek. Każdy może coś zrobić dla Królestwa Bożego.

Bardzo wymowna jest w dzisiejszej Ewangelii chwila, w której dokonuje się powołanie Piotra. Gdy przypada on do stóp Jezusa i mówi o swojej grzeszności, Chrystus zdaje się nie słyszeć tego wszystkiego. Zwraca się do Szymona Piotra, aby przełamać wszelki lęk i opór, który rodzi się w jego sercu: „Nie bój się, odtąd ludzi będziesz łowił”. Także Izajasz, który z lękiem staje przed Bogiem, we właściwym momencie, napełniony Bożą łaską, mówi z wielką pewnością: „Oto ja, poślij mnie!”.

Naprzeciw wszystkim wahaniom i lękom wychodzi w liturgii dzisiejszej niedzieli także św. Paweł. Z właściwą mu pewnością siebie mówi, że jest najmniejszym z apostołów, ale zarazem dodaje: „za łaską Boga jestem tym, czym jestem, a dana mi łaska Jego nie okazała się daremna”.

Ktoś powiedział, że kataru i miłości nie da się ukryć. Jezus, widząc nasze kochające serce, nie pamięta grzechów, bo prawdziwa miłość wybacza. Nasza słabość i grzeszność nie jest przeszkodą dla Jezusa. Przeszkodą jest brak wiary w miłosierdzie Boże i brak chęci by odpowiedzieć na Bożą miłość i łaskę i z nią współpracować. Starajmy się o to, aby nasze chrześcijaństwo a więc życie duchowe, wypełnianie codziennych zadań, nasze codzienne wybory były sposobami w jaki chcemy odpowiadać na Chrystusową miłość i zaproszenie do przyjaźni z Nim a wówczas całym naszym życiem będziemy świadczyć, że Bóg jest miłością,  tak jak robili to przed nami inni ludzie kochający Boga: prorocy, apostołowie, święci… Wystarczy tylko tyle i aż tyle!

Bogu potrzebna jest dzisiaj nasza odwaga życia w prawdzie i miłości, bo to dzięki nim, dzięki naszemu świadectwu wiary Pan Bóg łowi dusze ludzi, po to by uratować je od zatracenia.

 

Medytacja, która uczy właściwego sposobu patrzenia

Z 2 Listu św. Pawła apostoła do Koryntian.

Albowiem miłość Chrystusowa przynagla nas, gdy to rozważymy, że jeśli jeden umarł za wszystkich, tedy wszyscy pomarli. A za wszystkich umarł Chrystus, aby i ci, którzy żyją, już nie dla siebie żyli, ale dla tego, który za nich umarł i zmartwychwstał.(2 Kor 5,14-15)

Jednym z istotnych problemów, z którym każdy musi się wcześniej czy później zmierzyć jest pytanie: co w życiu jest naprawdę istotne, a co nie? W przypadku chrześcijanina kwestia odpowiedzi na to pytanie sprowadza się do rozróżnienia między tym, co przemija, a tym, co trwa na zawsze. W tym opowiedzeniu się po stronie tego, co naprawdę istotne w perspektywie wieczności dostrzec można pewne echo, wyboru, przed którym Mojżesz stawiał Izraelitów: Patrz! Kładę dziś przed tobą życie i szczęście, śmierć i nieszczęście a Pan, Bóg twój, będzie ci błogosławił. ) Ja dziś nakazuję ci miłować Pana, Boga twego, i chodzić Jego drogami, pełniąc Jego polecenia, prawa i nakazy.(…) Ale jeśli swe serce odwrócisz, nie usłuchasz, zbłądzisz i będziesz oddawał pokłon obcym bogom, służąc im – oświadczam wam dzisiaj, że na pewno zginiecie.(…) Wybierajcie więc życie, abyście żyli wy i wasze potomstwo, miłując Pana, Boga swego, słuchając Jego głosu, lgnąc do Niego; bo tu jest twoje życie… (por. Pwt 30,15-20)

Oto wyzwanie, któremu każdy z nas musi stawić czoła. Nie ubóstwiać tego co próżne i przemijające, ponieważ całe nasze serce podąża za tym co prawdziwe – za prawdą, miłością i szczęściem wiecznym. Medytacja dlatego jest tak ważna, ponieważ żyjemy w społeczeństwie w którym istnieje realne niebezpieczeństwo utraty zdrowego rozsądku, którego przejawem jest zniewolenie współczesnego człowieka „błyskotkami”, które proponuje mu świat a które mają w sobie tę niezwykłą zdolność, że przyciągają nie tylko ludzkie oczy, ale i serca. Każda zaś niewola, każde postawienie w miejsce Boga jakiejś doczesnej wartości prowadzi do zatrzymania albo przynajmniej poważnego spowolnienia duchowego rozwoju człowieka. Tymczasem prawdziwy rozwój człowieka i jego zdrowie domaga się troski o rozwój życia duchowego, na które współczesny często zabiegany wokół doczesnych spraw a nie rzadko i zniewolony nimi człowiek po prostu nie ma już czasu. Właściwy rozwój człowieka wewnętrznego w nas, którego domaga się Bóg potrzebuje przestrzeni do oddychania tym, co duchowe, rozwijania się, do wypełniania życia prawdą oraz miłością. Dlatego jednym z zadań życia duchowego i decyzji dojrzałego człowieka jest gotowość do przekraczania i odrzucania poprzez swoje odpowiedzialne wybory wszystkiego tego, co  ogranicza go w dochodzeniu do tego, co transcendentne.

Aby jednak móc zawczasu odróżnić to, co może być owym ograniczeniem naszej wewnętrznej wolności i przeszkodą na drodze do zjednoczenia z Bogiem trzeba nam wewnętrznego światła, które pomoże rozświetlać to, co w ciemnościach ukryte, aby nie dać się zwieść temu, co chcąc nas zniewolić ukazywane nam jest przez wroga naszego zbawienia pod pozorami dobra i niezbędnej wartości na drodze życia duchowego.

Medytacja zaszczepia w nas cechy odkrywcy: uczy nas ona poszukiwać i cierpliwie oczekiwać na owoce naszego życia duchowego nawet, jeśli droga do nich znajduje się poza sferą komfortu, sprawia też, że otwarci na działanie łaski nie jesteśmy zmęczeni szukaniem tego, co przed nami, nawet jeśli to szukanie oznacza konieczność cierpliwego trwania w pozornie monotonnej praktyce modlitwy. Pozornie, gdyż to co dzieje się na płaszczyźnie naszego serca nie zawsze jest od razu uchwytne i dostrzegalne dla zmysłów czy rozumu. Duch Boży, który jest w nas i działa w nas, poucza nas, że nie ma przyszłości, jeżeli nie podejmie się wyzwań jakie stawia przed nami praktyka życia duchowego z całego serca. Medytacja jest po prostu drogą odzyskania podstawowego zdrowia ducha, stanu w którym ma on przestrzeń na rozwój, nie jest nękany ani przygniatany trywialnościami czy też tym, co jest wyłącznie materialne, uwalniając nas od tyranii przymusu skupiania się na tym, co doczesne i przemijające, gdyż uczy nas sięgać duchowym wejrzeniem w to, co wieczne i nieprzemijalne. Praktyka medytacji jest zatem drogą do stanu, w którym jesteśmy otwarci na ostateczną prawdę oraz na miłość mające moc wznieść nas ponad wszystkie nieistotne drobiazgi. Jesteśmy powołani do spędzenia życia nie na płyciźnie, lecz do wypłynięcia na jego głębiny.

Ostateczną granicą do przekroczenia jest granica naszej własnej tożsamości – o czym pisał Thomas Merton w Posiewie kontemplacji –  innymi słowy, naszych własnych ograniczeń. To dojście do stanu jedności ze wszystkim, do urzeczywistnienia w głębi naszego istnienia, tego do czego wzywa nas Jezus: człowiek, aby odnaleźć swoje życie, musi je najpierw stracić.

Dyscyplina modlitwy opartej na powtarzaniu słowa lub wersetu oraz codziennego powrotu do niej to zobowiązanie do odrzucenia wszystkiego, co przemijające oraz do powrotu do życia czerpanego z samego Źródła wszelkiego istnienia, które bije w nas samych. Właśnie dlatego jesteśmy wezwani, aby odrzucić w czasie medytacji nasze wszelkie obrazy, myśli, pomysły i wyobrażenia czy pragnienia. Musimy pozostawać w ciszy tak głębokiej, jak tylko na to nas stać, po to by cieszyć się samym darem trwania w obecności Dawcy życia oraz miłości, który działa w naszych sercach.

Każdy z nas musi sam doświadczyć, że ostateczne spełnienie może pojawić się tylko wówczas, gdy nasze serce skierowane jest ku Bogu, który sam wystarczy. To perspektywa oślepiającej, wszechmocnej Bożej miłości. Musimy nauczyć się języka ciszy, uwagi, pokory, koncentracji, aby mogła być ona odnaleziona najpierw w swoim sercu aby potem mogła być odnaleziona także wszędzie tam, gdzie będziemy. Gdyż wówczas, gdy naszym udziałem będzie cisza i pokój obecne w naszym sercu nikt i nic tego pokoju nie zdoła już nam odebrać ani zakłócić. A wówczas będziemy tymi, którzy zgodnie z oczekiwaniem św. Pawła będą wprowadzali pokój Chrystusowy do współczesnego świata:

Jako więc wybrańcy Boży – święci i umiłowani – obleczcie się w serdeczne miłosierdzie, dobroć, pokorę, cichość, cierpliwość, znosząc jedni drugich i wybaczając sobie nawzajem, jeśliby miał ktoś zarzut przeciw drugiemu: jak Pan wybaczył wam, tak i wy! Na to zaś wszystko /przyobleczcie/ miłość, która jest więzią doskonałości. A sercami waszymi niech rządzi pokój Chrystusowy, do którego też zostaliście wezwani w jednym Ciele. I bądźcie wdzięczni! Słowo Chrystusa niech w was przebywa z /całym swym/ bogactwem: z wszelką mądrością nauczajcie i napominajcie samych siebie przez psalmy, hymny, pieśni pełne ducha, pod wpływem łaski śpiewając Bogu w waszych sercach. I wszystko, cokolwiek działacie słowem lub czynem, wszystko /czyńcie/ w imię Pana Jezusa, dziękując Bogu Ojcu przez Niego. (Kol 3,12-20)

Drogą do tego pokoju i wewnętrznej ciszy, które są udziałem w pokoju i ciszy samego Boga jest drogą codziennej, sumiennej i wytrwałej praktyki medytacji. Wydaje się, że poświęcenie pół godziny każdego ranka i wieczora na medytację jest dla współczesnego człowieka zadaniem ponad jego siły. Lecz tak naprawdę jest ono niczym w porównaniu do daru miłości Tego, który z miłości do każdej i każdego z nas ofiarował swoje życie i chce, abyśmy tego daru nigdy nie zmarnowali zatrzymując się na tym, co błahe i powierzchowne. Dlatego tak ważne jest, abyśmy do codziennej praktyki medytacji podchodzili nie jak do obowiązku lecz by wypływała ona z miłości. Bowiem tylko miłość uzasadnia poniesione dla niej trudy, daje siłę by przezwyciężyć zniechęcenie a w miejsce obowiązku stawia powinność i pragnienie odpowiedzi na to, czym sami najpierw zostaliśmy obdarowani.

Jeżeli świat ma przejść odnowę, musi mu być przywrócona jasność widzenia rzeczy ważnych. Praktyka medytacji jest właśnie droga na której Bóg poprzez swoja łaskę i miłość oczyszcza nasz sposób patrzenia, dając nam udział w tej jasności widzenia, która jest Jego udziałem i która wynika z zanurzenia w doświadczenie prawdy i miłości, której źródłem jest Bóg.  Medytacja bowiem to modlitwa, która pozwala nam odkrywać naszą własną, nieskończoną wartość ukrytą w Bogu.

Zanim powrócę do normalnego życia

Rekolekcje szczęśliwie dobiegły końca. Ten ostatni tydzień był dobrym czasem pustyni, na którą warto czasem się udać nie po to, aby uciec od ludzi, ale po to, aby być bliżej Boga. W tym wypadku, Ci wspaniali ludzie, z którymi dane było mi tam być tylko umocnili to doświadczenie swoją obecnością, swoim świadectwem życia, swoją modlitwą i każdą okazją do tego by porozmawiać a przez to jeszcze mocniej odkryć i doświadczyć przemożnego działania Pana Boga w naszym życiu. Sądzę, że dzisiejsza Ewangelia także w jakimś sensie do tego doświadczenia pasuje.

„Z pewnością powiecie mi to przysłowie: Lekarzu, ulecz samego siebie; dokonajże i tu, w swojej ojczyźnie, tego, co wydarzyło się, jak słyszeliśmy, w Kafarnaum” – powie Jezus do obecnych w synagodze w Kafarnaum.

To prawda nie jest łatwo być ani sędzią, ani tym bardziej lekarzem we własnej sprawie. Sami dobrze o tym wiemy, gdy borykamy się z problemami, które nas dotykają, a które warto by rozwiązać. I wówczas często potrzebna jest obecność drugiego człowieka, który spoglądając na nasze życie z pewnej perspektywy ułatwi nam dostrzeżenie tego, czego sami nie dostrzegamy a może – jeśli będzie miał duże doświadczenie – coś nam doradzi. 

Mieszkańcy Nazaretu nie przyjmują Chrystusa z wielu powodów. Jednym z nich jest to, że dobrze Go znają, więc jakże uwierzyć, że właściwie ktoś z sąsiedztwa jest właśnie tym wybranym przez Boga, oczekiwanym i posłanym na świat, żeby go uratować. Inny powód jest taki, że wcale nie maja ochoty przyjąć prawdy o sobie z ust Chrystusa a jak wiadomo uznanie prawdy o sobie jest podstawowym warunkiem wejścia na drogę do nawrócenia i doświadczenia przemożnego działania Boga w naszym życiu. 

Nam, żyjącym dzisiaj łatwiej spojrzeć na Chrystusa, jako na Tego, który chce uleczyć nasz sposób patrzenia na to, jak i przez kogo działa Bóg. Choć wcale nie oznacza to, że łatwiej nam przyjąć prawdę o nas samych, którą Chrystus chce nam przynieść.

Wiadomości z pierwszych stron gazet i czołówki informacji telewizyjnych nauczyły nas zwracać uwagę na VIP-y, tzw. wielkich tego świata, wpływowych, którzy mają władzę lub pieniądze (albo mają władzę, bo mają pieniądze). Biblia też ma swoich VIP-ów, choć Pan Bóg wybiera ich spoglądając na nich zupełnie inaczej niż świat. Należą do nich tacy ludzi jak uboga wdowa z Sarepty Sydońskiej czy trędowaty Naamana, na których Jezus powołuje się w dzisiejszej Ewangelii.

Gdybyśmy na przykład spojrzeli na historię najbardziej znanych sanktuariów maryjnych, dostrzegli byśmy, w bardzo wielkim uproszczeniu, że to zazwyczaj historia człowieka prostego, ubogiego, często dziecka, które, ku zdziwieniu wszystkich, staje się głosem Bożym i znakiem nadziei. Tak było w przypadku bł. Juana Diego z Guadelupe, św. Bernadety, bł. Franciszka i Hiacynty z Fatimy czy dzieci z La Salette. Te przesłania, które miały poruszyć serce, rozpalić wiarę, przypomnieć wezwanie do nawrócenia, przychodziły w sposób zaskakujący i w miejscach zupełnie nic nieznaczących a także przez osoby, które z punktu widzenia tych, do których miały dotrzeć nie zasługiwały na to, aby ich posłuchać. Choćby dlatego, że byli dziećmi. W końcu mogły sobie coś wymyślić, mogło im się przywidzieć…

Tekst Ewangelii Łukasza nawiązuje dziś do wydarzeń starotestamentalnych, które pokazują, że Bóg wybiera ludzi w sposób sobie tylko wiadomy. Można by wręcz powiedzieć: wybiera jakby na przekór ludzkim oczekiwaniom. Gdy spojrzymy na postacie, które wywarły wielki wpływ w dziejach historii zbawienia, to znajdziemy tam w większości ludzi słabych i grzesznych, których my z pewnością nigdy byśmy nie wybrali do tak ważnej roli, jaką przyszło im pełnić: mamy tam Abrahama, który wyparł się w Egipcie swojej żony, po to by moc czerpać z tego faktu korzyści; mamy Mojżesza, który zanim wyprowadził Izraelitów z Egiptu i stał się prawodawcą był wcześniej zabójcą; mamy Dawida, który zanim stal się legendą i tym, do którego będzie się odwoływała mesjańska tradycja obarczył się podwójnie ciężką winą cudzołóstwa i zabójstwa; mamy Piotra, który zanim stal się opoką Kościoła wyparł się Jezusa; czy św. Pawła, który zanim stal się Apostołem Narodów godził się na zabijanie i uczestniczył w mordowaniu chrześcijan z imieniem Boga na ustach – wszyscy oni zostali powołani przez Boga w duchu Pawłowych słów: „gdzie jednak wzmógł się grzech, tam jeszcze obficiej rozlała się łaska” (Rz 5,20).

Gdy wszyscy zwracają się ku określonym osobom, są zapatrzeni w spektakularne wydarzenia, Bóg przychodzi swoimi drogami i daje się poznać ludziom, na których nikt nie zwraca często uwagi; przychodzi w sposób zupełnie nieoczekiwany, a nawet budzący wiele wątpliwości. Dla Niego bowiem każdy człowiek jest VIP-em (czyli Bardzo Ważną Osobą). Chociaż zalewa nas fala czasopism, które chcą przyciągnąć uwagę czytelników scenkami z życia aktorów, muzyków czy polityków, a najlepiej gdy te scenki są jeszcze na dodatek jakimiś skandalami a telewizja promuje nierzadko mało godnych naśladowania idoli, jako chrześcijanie musimy starać się ugruntowywać w sobie Dobrą Nowinę o Bogu, który kocha każdego człowieka bez względu na to kim jest i jak postępuje i który pierwszych czyni ostatnimi, a ostatnich pierwszymi. Logika kolorowych czasopism, czarujących scenkami z prywatnego życia znanych ludzi, nie jest logiką Ewangelii, w której „Bóg wybrał właśnie to, co głupie w oczach świata, aby zawstydzić mędrców, wybrał to, co niemocne, aby mocnych poniżyć” (1 Kor 1,27).

Oczywiście nikt z nas nie lubi zaliczać się go głupich czy ostatnich. Wolimy myśleć o sobie, jako o tych, których Pan Bóg wybrał do pewnych zadań ze względu na nasze zasługi czy walory. Niestety to bardzo niebezpieczna droga, która łatwo prowadzi do grzechu pychy.

Dlatego dobrze popatrzeć na Maryję, która wczorajsza liturgia przywołała w scenie ofiarowania. Maryja, kiedy urodziła Jezusa – bez wątpienie największe Dobro dla człowieka nie zatrzymuje tego daru w swoich dłoniach, Ona biegnie natychmiast, aby oddać to wszystko Panu Bogu. Ona uczy nas w ten sposób prostej drogi do pokory.

Kiedy nam uda się zrobić coś dobrego w odpowiedzi na Boże zaproszenie, albo natchnienie najczęściej trudno nam to dobro wypuścić z rąk. Lubimy się nim cieszyć jak najdłużej, lubimy podziwiać to, co jest naszym dobrym dziełem a jeszcze bardziej lubimy, gdy inni je podziwiają. Problem w tym, że istnieje pewne duchowe niebezpieczeństwo, które polega na tym, że od podziwu dzieła łatwo dojść do podziwu jego twórcy. Podkreślam: twórcy a nie Stwórcy! A wówczas łatwo zapomnieć, że wszystko w naszym życiu jest darem i łaską i uwierzyć, że to dobro to tylko i wyłącznie nasza zasługa. A to najlepszy sposób – jak mawia jedna miła i dobra siostra zakonna – na podlewanie naszej pychy – ulubionego grzechu szatana!

Dlatego prośmy Jezusa, aby uzdrawiał nasz sposób patrzenia tak, abyśmy w dobru, które uda nam się uczynić potrafili dostrzec przede wszystkim dar a nie nasza zasługę.

Niech mi będzie wolno zatem raz jeszcze podziękować Panu Bogu za czas rekolekcji, za to, że dane mi było w nich uczestniczyć, za niezwykłych ludzi tworzących tę jedyną w swoim rodzaju Wspólnotę, których nosze w sercu. Ufam, że dobry Bóg wykorzysta owoce tych rekolekcji – jakiekolwiek one by były – w sobie właściwy sposób a więc najlepszy z możliwych.

I oczywiście byłbym niewdzięczny, gdybym zapomniał o tych, którzy swoja modlitwą wspierali czas tych rekolekcji. Dziękuję Wam wszystkim za modlitwę, której dar przemożnie odczuwałem w czasie ich trwania i proszę nie przestawajcie modlić się za mnie i Wspólnoty Jerozolimskie w dalszym ciągu. was wszystkich także noszę w moim sercu.

 

Małe chwile szczęścia

Nie powinienem pisać, bo to rekolekcje. Obowiązuje milczenie. Niekoniecznie mnie, ale mógłbym się dostosować. W sumie się dostosowuję. Nie mówię tylko piszę:-) To trochę tak jak z tym Żydem, któremu wolno było w sobotę przejść jedynie krotką drogę szabatową (2000 łokci czyli po naszemu ok. 900 metrów). Przejście większego odcinka oznaczałoby według Miszny złamanie Prawa. Ale przecież od każdego prawa są wyjątki. Skoro prawo religijne zabrania Żydom przebywania w szabat drogi dłuższej niż droga szabatowa, lecz zakaz ten według tej samej Miszny nie dotyczył podróżowania na wodzie, to co bardziej praktyczni przedstawiciele Narodu Wybranego nalewali wody do butelki, którą następnie wkładali pod siedzenie np. wozu lub samochodu a potem jechali bez skrupułów gdzie oczy poniosą a właściwie gdzie poniosła ich w danym momencie potrzeba. W końcu podróżowali na wodzie, wiec zakaz prawa ograniczający drogę szabatową do 900 metrów ich nie obowiązywał.  

Ale nie o tym miałem pisać. To było tylko gwoli usprawiedliwienia. Tak naprawdę chciałem podzielić się radością doświadczenia prawdziwego szczęścia, które jest moim udziałem w czasie tych rekolekcji. Najpierw z tego powodu, że mogę tu być, następnie z tego że mogę być tutaj wśród niezwykłych ludzi, którzy są dla mnie prawdziwym darem z nieba i że mogę towarzyszyć im w tej duchowej drodze jaka są rekolekcje tymi skromnymi możliwościami, jakie posiadam a nade wszystko chcę podzielić się tym, że w niezwykły sposób doświadczam tutaj działania Ducha Świętego, który na każdym kroku mnie zaskakuje i to jest powodem największej radości i szczęścia. Chciało by się powiedzieć za Dawidem: Kim jestem Panie, że doprowadziłeś mnie aż dotąd? A ponieważ zasadniczo towarzyszem duchowym tych rekolekcji jest Thomas Merton i to czym dzieli się z nami poprzez swoje doświadczenie duchowe i monastyczne toteż wraca do mnie nieustannie, jak bumerang jego modlitwa, która jest także jedna z moich ulubionych i tutaj właśnie jest najlepsze miejsce, aby ją przywołać w duchu wdzięczności:

Jakakolwiek byłaby moja wyjątkowa głupota, modlitwy moich przyjaciół i moje zostały wysłuchane. I oto jestem tutaj; gdyż to właśnie tutaj, tak myślę, chciałeś mnie widzieć i tu jestem przez Ciebie widziany. Moja obecność w tym miejscu jest odpowiedzią, o którą mnie prosiłeś, na coś, czego nie usłyszałem wyraźnie. Lecz odpowiedziałem i jest mi dobrze. I nie ma niczego więcej o czym musiałbym wiedzieć w tej chwili. Tutaj prosisz mnie tylko o to, bym był rad z tego, że jestem Twoim dzieckiem i Twoim przyjacielem. To oznacza, że mam przyjąć Twoją przyjaźń, ponieważ jest to Twoja przyjaźń i Twoje Ojcostwo, gdyż jestem Twoim synem. Ta przyjaźń jest Synostwem, jest Duchem i jest spełnieniem. Wezwałeś mnie tutaj, bym się nieustannie rodził w Duchu jako Twój syn. Nieustannie rodził się w świetle, w wiedzy, w niepoznaniu, w wierze, w świadomości, we wdzięczności, w ubóstwie, w obecności i w uwielbieniu. Być tutaj z ciszą synostwa w sercu, znaczy być w centrum, w którym wszystkie rzeczy zbiegają się w Tobie. I to mi na razie w zupełności wystarczy. Zatem Ojcze błagam Cię, byś zachował mnie w tej ciszy. Chcę nauczyć się Twojego pokoju i słów Twojego miłosierdzia i Twojej łagodności dla świata a być może przeze mnie Twoje słowo pokoju i miłości stanie się słyszalne tam, gdzie przez długi czas nikt nie mógł go usłyszeć. 

Aaa, byłbym zapomniał! Jest jeszcze jeden owoc tych rekolekcji: zakochałem się w dźwiękach cytry. Jak Pan Bóg da też chciałbym nauczyć się grać. To idealna muzyka do medytacji.

Pustynia

rekolekcje

Dane mi zostało wyjechać w tych dniach na rekolekcje wraz ze Wspólnotami Jerozolimskimi. Powinienem przyjechać tutaj z „lękiem i drżeniem”, wobec zadania, które wiem, że mnie przerasta. A jednak staję z ufnością, bo przecież tak naprawdę to nie ja prowadzę te rekolekcje, bardziej czuje się ich uczestnikiem. To Pan Bóg mówi, a że wybrał sobie tak marne narzędzie przez które chce mówić, to już Jego problem. W końcu nie z takimi problemami sobie radził. Niemniej proszę o modlitwę za owoc tych rekolekcji a resztę ufam Bóg sam doprowadzi do końca, jeśli to naprawdę pomysł, który pochodzi od Niego.