Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Znaki czasu…

Pisać? Nie pisać? Szczerze mówiąc wcale nie zawsze mam ochotę, zwłaszcza, gdy północ blisko a tu jeszcze wiele spraw do zrobienia. Starzeję się:-) Kiedyś bez problemu mogłem siedzieć niemal do czwartej, by potem po dwóch godzinach drzemki wrócić do zajęć w pełni sił. Dzisiaj już o to nie tak łatwo. Owszem medytacja, zwłaszcza ta głęboka, w która można zanurzyć się całkowicie choćby na dwie godzinki nie spoglądając na zegarek wyrównuje niekiedy deficyt snu, ale to już nie to, co kiedyś.

Kiedy jednak pojawiają się argumenty za tym, żeby dzisiaj sobie odpuścić, odłożyć pisanie tutaj do jutra, nagle i zupełnie niespodziewanie Pan Bóg daje znak.  I sprawia, że zmieniam zdanie…

Znaki czasu…

Czyż nie tak było w dzisiejszej Ewangelii?

A od drzewa figowego uczcie się przez podobieństwo! Kiedy już jego gałąź nabiera soków i wypuszcza liście, poznajecie, że blisko jest lato. Tak i wy, gdy ujrzycie, że to się dzieje, wiedzcie, że blisko jest, we drzwiach. [Mk 13,28]

Chrystus, wskazując na drzewo figowe, którego rozwój jest znakiem zbliżającego się lata, mówi swoim uczniom, że również oni muszą uczyć się przez podobieństwo – mają być uważni na znaki, Boże znaki czasu. Być człowiekiem wiary to między innymi dostrzegać to, czego inni nie widzą; mieć oczy i serce wyczulone nie tylko na wszystko, co mówi nam o Bogu i do Niego przybliża, ale także na to, co może być przeszkodą w drodze do Niego. 

Wspominam o tym, bo kiedy już miałem dzisiaj nic nie pisać, bo było po 23 p. m. i miałem jeszcze parę spraw do zrobienia, zadzwonił telefon i poproszono mnie, abym pilnie przyszedł do starszej i umierającej parafianki. Poszedłem więc do kościoła, wziąłem Najświętszy Sakrament i poszedłem do niej. Na szczęście to blisko kościoła, więc nie musiała długo czekać. To, co uderzyło mnie w tym domu, do którego przyszedłem, to słowa córki tej umierającej kobiety: – Widzisz mamusiu, prosiłaś żeby Pan Jezus przyszedł i przyszedł. On nigdy nie zawodzi…

Marana Tha – Przyjdź Panie! To dokładnie ta modlitwa, którą modlili się pierwsi chrześcijanie. Ta, którą wielu z nas posługuje się w doświadczeniu medytacji. Marana Tha! – to modlitwa, którą przyjdzie nam w ostatnim tygodniu roku liturgicznego jeszcze usłyszeć. To właśnie tą modlitwą modliła się ta starsza kobieta.

Małe, zwykłe doświadczenie, które dla mnie stało się ewidentnym znakiem. Ktoś powie – nic w tym niezwykłego. Ot, zwyczajne doświadczenie kapłańkiego życia. I tak i nie. Dla mnie wiele rzeczy, których doświadczam każdego dnia, pozornie może zwyczajnych jest zarazem niezwykłymi doświadczeniami. To kwestia patrzenia…

Kiedy Pan Jezus w rozmowie z uczniami przywołuje przykład drzewa figowego, zwraca uwagę, że dużo łatwiej jest człowiekowi czytać znaki, które mówią o zmianach w przyrodzie, niż te, które odnoszą się do Boga. Nie można jednak się zniechęcać i rezygnować: „uczcie się przez podobieństwo”. Im człowiek jest bliżej przyrody, im więcej przebywa w lesie czy ogrodzie, tym łatwiej odczytuje zmiany, które zachodzą w naturze. Nie inaczej jest w doświadczeniu wiary. Aby być wrażliwym na Boże znaki, trzeba być blisko Boga – potrzeba modlitwy, adoracji, zagłębiania się w Słowo Boże. I w ten sposób człowiek się uczy, uwrażliwia…

Taki sposób patrzenia na rzeczywistość to także przygotowanie. Przygotowanie na co? – zapyta ktoś. Na to, o czym chce nam przypomnieć dzisiaj Jezus:

W owe dni… [Mk 13,24] lub W owych czasach… [Dn 12,1]

Ten przywołany dzisiaj w liturgii słowa czas odgrywa tutaj decydującą rolę. Jest to czas przyjścia Mesjasza, dla nas Jezusa Chrystusa. Pierwsze przyjście, gdy Bóg stał się człowiekiem, rozpoczęło erę mesjańską, a ponownego przyjścia oczekujemy. I właśnie okres pod koniec roku liturgicznego ma nam przypominać, że czas paruzji jest blisko, że przyjście Mesjasza jest realne i bliskie, że kiedy przyjdzie ponownie, wypełnią się wszystkie proroctwa i świat oraz wszelkie stworzenia osiągną pełnię. Ale na to przyjście także mamy się przygotowywać, aby ów dzień, jak mówi w innym miejscu Chrystus „nie zaskoczył nas jak złodziej!”To przyjście ponowne Mesjasza, którego oczekujemy, powinno kształtować nasze codzienne życie. Tylko czy tak jest?

Czy rzeczywiście świadomość tego, że nasze życie tu na tym świecie kiedyś się skończy wpływa na nasze codzienne wybory? Pierwsi chrześcijanie modlili się często: Marana tha! – Przyjdź, Panie! Mając nadzieję na rychłe spełnienie się tej modlitwy. Nam, współczesnym chrześcijanom, jak się wydaje, ta modlitwa mniej odpowiada. My chcieli byśmy ten dzień jak najbardziej oddalić (bez względu czy rozumiemy go jako osobisty koniec świata, który nastąpi dla każdego z nas z chwila naszej śmierci czy rozumiemy go w aspekcie końca czasów).

Tak bardzo my chrześcijanie dzisiejsi pozwalamy się zwieść doczesności i jej powabom, że zapominamy często, że chrześcijanin to człowiek przyszłości; zapatrzony przed siebie, z radością oczekujący przyjścia Pana i właśnie dlatego jest znakiem przemijalności, iluzoryczności szukania doczesnego szczęścia…

W tym zapatrzeniu i tęsknocie za spotkaniem z Chrystusem jest nasza młodość. Bo przecież dla chrześcijanina ów dzień powtórnego przyjścia Chrystusa jest dniem, w którym on zaczyna żyć naprawdę pełnią życia!Ale czy ta tęsknota jest jeszcze dziś moim udziałem?

Ktoś, kto żyje tylko doczesnością, kto ma wzrok zapatrzony jedynie w doczesne kalkulacje, pragnienia i sprawy ten nie zasługuje by nazywać się uczniem Chrystusa a z cała pewnością nie ma szans być znakiem, jakim Chrystus chciał, aby Jego uczniowie byli dla świata. Przemija bowiem postać tego świata! Czy sposób w jaki żyję innym jeszcze o tym przypomina?

Marana Tha! Może warto zakochać się w tej modlitwie, bo jak powiedziała córka tej starszej kobiety: – On zawsze przychodzi, kiedy Go o to prosimy!

A jeśli będziemy mieli tego świadomość, to może uda nam się nie przeoczyć tych znaków, które są przejawem Jego ciągłego przechodzenia na różne sposoby przez nasze życie, może uczyni to nas bardziej wrażliwymi na Jego obecność i nie pozwoli zazbytnio skupić się i zatrzymać na tym, co doczesne i przemijające…

 

Królestwo, które jest w nas

Zapytany przez faryzeuszów, kiedy przyjdzie królestwo Boże, odpowiedział im: „Królestwo Boże nie przyjdzie dostrzegalnie; i nie powiedzą: „Oto tu jest” albo: „Tam”. Oto bowiem królestwo Boże pośród was jest”. Do uczniów zaś rzekł: „Przyjdzie czas, kiedy zapragniecie ujrzeć choćby jeden z dni Syna Człowieczego, a nie zobaczycie. Powiedzą wam: „Oto tam” lub: „Oto tu”. Nie chodźcie tam i nie biegnijcie za nimi! Bo jak błyskawica, gdy zabłyśnie, świeci od jednego krańca widnokręgu aż do drugiego, tak będzie z Synem Człowieczym w dniu Jego. Wpierw jednak musi wiele wycierpieć i być odrzuconym przez to pokolenie. [Łk 17,20-25]




W dzisiejszym świecie bombardowani jesteśmy z różnych stron wieloma wiadomościami, reklamami, sposobami na życie. Różne wróżki i wróże, których popularność wydaje się nie spotykana dotąd obiecują nam spojrzenie w nasza przeszłość w pakiecie dodając sposoby na kłopoty rodzinne, sercowe, finansowe czy duchowe. 

Wiele osób ulega tym przesłaniom, co jeszcze bardziej uwidacznia zagubienie współczesnego człowieka, zwłaszcza to na płaszczyźnie duchowej. Łatwiej jest ulec tyranii mody, czy złudnemu poczuciu szczęścia (nawet jeśli jest tylko chwilowe) niż wejść na ścieżkę długiej i wymagającej duchowej pracy.

Jezus przestrzega nas przed tym fałszywym „królestwem Bożym”. Jednocześnie w dzisiaj przywołanym fragmencie Ewangelii uświadamia nam istotną prawdę: „Królestwo Boże jest pośród nas”. Znakiem jego pełni jest oczywiście objawienie się Mesjasza. Ale Jego przyjście nie zmienia pewnej istotnej prawdy, raczej otwiera na nią nasze serca i umysły, prawdę, którą już w czasach Starego Testamentu przeczuwali niektórzy prorocy. A prawda ta to nic innego, jak fakt, że prawdziwe spotkanie człowieka z Bogiem nie dokonuje się gdzieś na zewnątrz nas. Prawdziwe spotkanie człowieka z Bogiem zaczyna się od jego serca. I tam również znajdujemy źródło owego Królestwa, o którym mówi Jezus: Królestwo Boże jest w was! Wielu Biblistów bowiem właśnie tak tłumaczy fragment z Ewangelii św. Łukasza w rozdz. 17 werset 21. Za takim tłumaczeniem optuje między innymi znany biblista, nieżyjący już kard. C. M. Martini, który twierdzi, że użyty tam zwrot ἐντὸς, oznacza jednoznacznie coś, co jest w środku (dosł: wewnątrz). Takie tłumaczenie dopuszcza także prof. Świderkówna.

Nie wdając się jednak w szczegóły  badań biblijnych nie ma wątpliwości, co do tego, że to właśnie serce człowieka jest miejscem jego spotkania z Bogiem. Jest to także miejsce, z którego owo królestwo może dopiero wzrastać przenikając całe nasze życie i promieniując na zewnątrz nas.

Serce człowieka to także miejsce, gdzie trwa codzienna walka pomiędzy dobrem a złem.

Przywołuję ten fragment Ewangelii, gdyż znów prowadzi on nas swoja treścią do tego, co dokonuje się w doświadczeniu medytacji. Medytacja bowiem to modlitwa serca, to modlitwa, która prowadzi nas właśnie do przeżywania owego spotkania z Bogiem, którego miejscem jest nasze serce. Jest to także modlitwa, w której otwierając się na Bożą łaskę pozwalam, aby ona poprzez słowo, w które się wsłuchuję zasiewała we mnie to, co jest ziarnem owego Królestwa. Im bardziej będę je pielęgnował poprzez tę modlitwę, poprzez otwartość na działanie w moim wnętrzu Bożego Ducha tym bardziej będę  mógł doświadczać tego, jak to Królestwo (początkowo nieznaczne, jak ziarnko gorczycy) wyrasta z mojego serca powoli, ale na stale przenikając kolejne sfery życia, uświęcając je i zanurzając w rzeczywistości tego Królestwa. Z czasem nawet się człowiek nie spostrzega, jak owo Królestwo poprzez jego styl życia zaczyna promieniować na otoczenie i najczęściej jako pierwsi zauważają to inni: po owocach ich poznacie [Mt 7,16]. 

Z czasem doświadczamy także i tego, że owo otwarcie na Królestwo Boże w nas nauczy nas rozróżniać tego, co dobre i prawdziwe, co służy naszemu duchowemu rozwojowi od tego co złe i fałszywe i co ów duchowy rozwój zaburza. To doświadczenie rzeczywistości Królestwa, w które zanurzamy się za każdym razem, gdy siadamy do medytacji wlewa w nas także odwagę do pójścia pod prąd temu wszystkiemu, co jest tylko chwilowym szczęściem a raczej jego namiastką. 

Dobrze jest prosi Boga, aby nasze serce stawało się przestrzenią wzrostu tego Królestwa w nas i przez nas jego promieniowania na zewnątrz nas. Może jest to dzisiaj tym bardziej ważne, że sprawdza się inna prawda, którą Jezus przywołuje w dzisiejszej Ewangelii:„Wpierw jednak musi (…) być odrzuconym przez to pokolenie”.

Może właśnie na przekór temu jak Boga i Jego sprawy chciałoby współczesne pokolenie wyrzucić poza nawias potrzeba tych, którzy będą znakiem urzeczywistniania się tego Królestwa…

Pozwolić się prowadzić słowu

Modlitwa posługująca się jednym słowem czy wersetem nie jest nową modlitwą. Znajdujemy ją już w początkach chrześcijaństwa, pielęgnuje ją chrześcijański Wschód, zachętę do takiej modlitwy znajdujemy w książce p.t. Rosyjski  pielgrzym czy u autora Obłoku niewiedzy. Ten ostatni autor zachęca nas do wyboru słowa wypełnionego znaczeniem. Ojciec John Main proponował wezwanie MARANATHA, dlatego, że pochodziło z języka aramejskiego, a więc języka jakim posługiwał się sam Chrystus a także dlatego, że stanowi jedną z najstarszych znanych modlitw chrześcijańskich, którą znajdujemy już w Piśmie Świętym: kończy nią bowiem swój List do Koryntian św. Paweł Apostoł, a także św. Jan swoją Apokalipsę. Znaleźć ją możemy także w Didache (krótkim traktacie starożytnego chrześcijaństwa, jednym ze starszych pism Ojców Apostolskich)  i wielu innych tekstach wczesnochrześcijańskich. Jest to modlitwa tęsknoty, płynącej z serca. Jest wyrazem tęsknoty do spotkania z Panem.

Nie znaczy to, że nie możemy posługiwać się innym słowem i wersetem. Dobrze, jeśli będzie ono wybrane przez nas właśnie dlatego, że –  jak chce tego autor Obłoku niewiedzy – będzie niosło dla nas szczególne znaczenie. Będzie wypływało z serca. Im bardziej będzie ono osobiste, tym bardziej będzie autentyczne, co w modlitwie serca nie jest bez znaczenia.

Niemniej ważne jest to, aby w doświadczeniu medytacji starać się wznieść poza znaczenie jakie ono ze sobą niesie. Słowo a zwłaszcza słowo Boże jest dużo bogatsze w treść niż ta, jaką jesteśmy w stanie objąć naszym intelektem. Im bardziej będziemy uciekali od skojarzeń, jakie ono ze sobą niesie, które czasem mogą stać się przeszkodą w medytacji, prowadząc do rozproszeń, tym bardziej pozwalając się mu prowadzić ma ono szansę stać się dla nas przewodnikiem po sferze ducha, po tej drodze, która jest znana jedynie Bogu i po której ostatecznie tylko On może nas prowadzić.

Warto jednak przy tym zaznaczyć, że na tej drodze nie ma żadnych skrótów, żadnych natychmiastowych efektów. Medytacja jest łagodną, stopniową drogą prowadzącą nas bardziej i bardziej ku całkowitemu zanurzeniu się w miłującej obecności Boga. Jest to droga do przemiany serca, do odwrócenia się od swojego egoistycznego „JA”, po to, aby na pierwszy plan mogło być postawione w naszym życiu Boskie „TY”. Nie dokonuje się to za sprawą jakiejkolwiek techniki (która nie ma tu istotnego znaczenia, gdyż każde skupienie się na technice na drodze duchowej jedynie wzmacnia nasz egocentryzm – jak zwykł mawiać o. John Main). Babcia odmawiająca różaniec może szybciej być obdarowana doświadczeniem mistycznym niż ktoś, kto przez lata praktykuje medytację. To co się bowiem dokonuje jako owoc tej modlitwy jest całkowitym darem Bożej miłości, jest cudem, który ma służyć chwale Boga. Otrzymać go może jedynie ktoś, kto zgodnie ze słowami Chrystusa jest gotów wyrzec się samego siebie, swoich oczekiwań, zapatrzenia w swoje ego i dla kogo najważniejsze będzie to by wszystko, co dokonuje się w nim, w jego życiu i przez niego przyczyniało się do jeszcze większej chwały Bożej i zbawienia braci. „potrzeba aby On wzrastał a ja się umniejszał” [J 3,30] – to jedna z najlepszych definicji owoców medytacji.

Potraktujmy każde siadanie do modlitwy medytacyjnej jako szczególne zaproszenie Boga do zanurzenia w Jego miłującą obecność. Nic poza nią nie może być ważniejsze w tym momencie. Usiądźmy wygodnie w Jego obecności, jak w obecności największego naszego Przyjaciela. (Postawa jaką przyjmujemy ma także ważne znaczenia. Powinna ona wyrażać szacunek wobec Tego, z kim się spotykam. Wyprostowany kręgosłup, do którego zachęcają nauczyciele tej modlitwy, pozwala na lepsze skupienie i na uniknięcie senności, gdy będziemy powtarzali monotonnie nasz werset modlitwy). Starajmy się głęboko ale swobodnie oddychać, nie myśląc jednak o tym. Oddech w tej modlitwie ma znaczenie symboliczne – jest symbolem tchnienia Bożego i darem Jego miłości podtrzymującej nas w istnieniu. Zwykle oddychamy nie zdając sobie z tego sprawy. Medytacja daje nam okazję by uczynić to z większą świadomością i wdzięcznością za Boży dar życia.

Następnie zacznijmy powoli, delikatnie, ale świadomie wypowiadać w myślach nasze słowo czy werset. Wsłuchujmy się w nie, pozwalając by powtarzane zakorzeniało się w naszym sercu i tam rozkwitło przynosząc właściwe jemu owoce. Kiedy pojawią się rozproszenia nie walczmy z nimi, po prostu wracajmy do świadomego i spokojnego powtarzania naszego słowa. Jest to słowo, które staje się zarówno Słowem Boga wypowiadanym do mojego serca w miłości jak i moja odpowiedzią na ten dar.

 

Ogołocenie jako dowód zaufania

Wczoraj dwa ważne obchody (rocznica odzyskania niepodległości i dzień solidarności z prześladowanymi chrześcijanami)  przyćmiły nieco niezwykle ujmująca historię ewangeliczną o ubogiej wdowie, historię, która za każdym razem chwyta mnie za serce i niepokoi. Dlaczego chwyta za serce? Bo jest wzruszająca, ukazując bezgraniczną ufność na jaką może zdobyć się człowiek (kobieta!) względem Boga. Jakże przekracza taka postawa zalecana przez Chrystusa dzisiaj wiarę przynajmniej tak małą jak ziarnko gorczycy. A dlaczego niepokoi? Bo mam świadomość, jak bardzo mnie samemu brakuje takiego zaufania a może nawet i tej minimalnej wiary przypominającej ziarnko gorczycy…

Wracając jednak do tej niezwyklej kobiety, która przychodzi do świątyni właśnie po to, aby autentycznie poszukać tam Tego, w którym chce znaleźć jedyne oparcie. W przeciwieństwie do tych, dla których Bóg stanowił jedno z oparć czy zabezpieczeń i niekoniecznie najważniejszych. Na dowód tego, że jej wiara to nie tylko puste deklaracje wchodząc do świątyni wrzuca do znajdującej się tam skarbony wszystko co ma, „całe swoje utrzymanie”, choć z ludzkiego punktu widzenia mogło to być niewiele. Ot grosz nie warty uwagi. Któż jednak mógł zwrócić uwagę na ten pozornie niewiele znaczący gest niż sam Bóg, który patrzy nie tylko na to co zewnętrzne i pozorne, ale także na serce człowieka. Ona sama zresztą pewnie nie była świadoma tego, że wcielony Bóg przycupnął sobie niedaleko i bacznie ją obserwuje. I nie miała pewnie świadomości tego, że właśnie ona jest tą, na którą Bóg spogląda w tym momencie z wielkim wzruszeniem i troską, gdyż jak mówi prorok Jeremiasz: szczególnie drodzy są mu ci ubodzy zwani anawim Jahwe – a więc dosłownie ci, którzy pragną mieć wszystko u Boga i którzy poza nim nie chcę żadnych innych zabezpieczeń, bo wybrali to, które jest najpewniejsze i niezawodne [por. Jr 11,20].

 

Oddać wszystko. Nie zostawić sobie nic. Ktoś o otwartym umyśle powiedziałby, że to zwykła nieroztropność. Ale ten, kto ma otwarte serce potrafi w tym wyzuciu się ze wszystkiego dostrzec coś więcej: całkowite otwarcie się na przestrzeń Bożej łaskawości. Jednak kluczem do odkrycia tej pełnej łaskawej miłości troski Boga jest słowo „wszystko”. Podobna postawę znajdujemy w geście owej wdowy z Sarepty Sydońskiej, która mając odrobinę maki i oliwy na drobny posiłek dla siebie i swojego syna oddaje wszystko przygodnie napotkanemu mężczyźnie, który wprawdzie zapewnia ją, że dzięki jej gestowi nie zabraknie jej jedzenia, ale aby się o tym przekonać musiała najpierw zaryzykować oddając wszystko. Nie mogła wiedzieć przecież, że ów mężczyzna jest prorokiem Jahwe. Jakąż trzeba mieć wiarę, żeby zdobyć się na taka postawę. To jedna z największych prób wiary, przed jakimi Bóg potrafi postawić człowieka. Nie zmusza go do tego. Zaprasza! Kobieta ze świątyni mogła nie wrzucić nic, albo wrzucić część pieniędzy, jak większość wrzucająca to, co im zbywało; podobnie jak wdowa z Sarepty nie musiała karmić Eliasza, tłumacząc się, że nie ma jedzenia. Gdyby uczyniły inaczej może nigdy nie przekonały by się, że wiara i zaufanie Bogu i przekonanie o Jego trosce to nie fikcja. A jednak odpowiedziały na to trudne zaproszenie do ryzyka wiary. I przekonały się, że za każdym razem, gdy człowiek odważy się rozluźni dłonie tak kurczowo zaciśnięte na naszych zabezpieczeniach, wówczas wpada w miłujące objęcia Boga, który jest troskliwym Ojcem, nie spuszczającym z oka swoich dzieci. Największy problem leży w tym, że nie wystarczy wypuścić z rąk tylko niektóre z zabezpieczeń. Trzeba pozbyć się wszystkich. A to bywa wyzwaniem nie do pokonania. 

Pisze o tym, bo łączy się to w pewien sposób z doświadczeniem medytacji. Jest ona bowiem tym rodzajem modlitwy, który poprzez swoja formę zmusza medytującego do rezygnacji z tych „zabezpieczeń” w modlitwie, których lubimy się tak mocno trzymać tzn. słów, które na wszelki wypadek przypominają Bogu o tym, o czym ma nie zapomnieć spełniając nasze życzenia czy prośby na rzecz milczenia, które po pierwsze rezygnuje z mówienia Bogu o tym, co wydaje się dla nas ważne, a po drugie uczy się akceptować i przyjmować to, co On uważa, że jest dla ns bardziej pożyteczne. Nieraz to trudna nauka i trzeba przebyć długą drogę, aby uwolnić się od pokusy „przypominania” Bogu o naszych potrzebach, żeby przypadkiem wśród wielości próśb, jakie do Niego docierają naszej nie przeoczył, ale każdy kto ją przeszedł wie, że na jej końcu czeka niezwykłe doświadczenie wewnętrznej wolności, bez której nie sposób dostrzec, że to, co dzieje się w naszym życiu nie dzieje się bez zgody i wiedzy a także troski Boskiego Reżysera. Inną trudnością, na która zdobyć się jeszcze trudniej, to umieć przyjąć postawę wdzięczności za to, co staje się naszym udziałem a co nie zawsze dokonuje się po naszej myśli, wyrażając w ten sposób ufność, że jesteśmy przekonani i wierzymy, iż Bóg wie lepiej, co dla nas dobre.

 

Sądzę, że te dwie niezwykłe kobiety przywołane przez wczorajszą liturgię słowa są prawdziwymi patronkami doświadczenia wiary, które może zrodzić się z medytacji. 

 

 

 

 

 

 

 

coś innego

Ciągle tylko proza i proza, a przecież życie nie jest tylko prozą, choć utarło się mówić „proza życia”. A przecież właściwe, Boże patrzenie na świat zawsze będzie poezją, tak jak było nią dla autora Psalmów. Nie wszystkie były radosne, ale uczą innego spojrzenia na rzeczywistość. Uczą jak wypowiedzieć za sprawą poezji to, co niejednokrotnie trudno byłoby uchwycić w prozie bez zanudzania długimi opisami. Medytacja jest dla mnie osobiście doświadczeniem i nauką patrzenia na rzeczywistość oczami poezji. 

w sekundzie, która jest wiecznością
stworzyłeś wodę
orbitę elektronu
górę

i skrzydła biedronki
 rozpoznajemy Cię po śladach
w nieudolności swojej
opisując misterium tworzenia

błękitne niebo
zielona woda
czerwony ogień
rozrzucone gwiazdy
porządek, nieporządek, rytm

rozpoznajemy Cię po śladach
patrząc w Twoje niebo
zbyt rozległe dla nas

białe chmury
zielone wierzchołki drzew
żółte światło słońca

rozpoznajemy Cię po śladach
bez Twojego światła

gubiąc się w bezkresie stworzenia

spraw
abym patrząc na to wszystko
nie pogubił proporcji zdarzeń
zapominając o Tobie