Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Medytacja jako wzrastanie w wolności

Jednym z aspektów medytacji, jest wzrastanie w wolności a więc uczenie się takiego podejścia najpierw do życia duchowego a następnie do życia w ogóle, by nie szukać możliwości pozyskania czegokolwiek. Medytacja to droga uczenia się przekraczania samego siebie.

 

Chrześcijanie często podchodzą do życia duchowego oczekując jakichś jego konkretnych (nierzadko wymyślonych czy założonych przez siebie) owoców a w dłuższej konsekwencji nagrody za jego wierne praktykowanie. Tymczasem Chrystus w Ewangelii ukazuje zupełnie inna perspektywę: Podniosą na was ręce i będą was prześladować [Łk 21,12]. Owszem, przywołuje ostateczny cel – zbawienie, jako pewną nagrodę, ale ona jest tylko Jego darem, owocem Jego bezinteresownej miłości i ofiary.

Pożądanie, szukanie nagród oraz zysku jest wrogiem duchowości. Mądra postawa, która otwiera duchowe skarby to duch ubóstwa, a nie posiadania. Modlitwa, która jest uboga w swoim wyrazie, bo ogranicza się do powtarzania jednego słowa (wersetu) uczy nas rzeczywiście odrzucenia pragnienia posiadania, szukania owoców i skupiania się na nich.

Medytacja to droga duchowa, której płaszczyzną jest kontemplacja miłości, ze swej natury prowadzi nas ku innym, ucząc tym samym odejścia od skupiania się na sobie samym.

Ojciec Jonh Main przypominał często adeptom tej formy medytacji, że pójście jej ścieżką wymaga wiary i odwagi. Praktyka modlitwy ograniczającej się do jednego wersetu czy nawet słowa, wymaga wielkiego oddania i wytrwałości. Ale w rezultacie może nas ona doprowadzić nie tylko do wyciszenia wewnętrznego hałasu, wprowadzając w nasze wnętrze pokój, może ona także prowadzić do przekroczenia swojej samoświadomość i wyrwania się z okowów swojego ego, po to by być tylko z Bogiem. Jest to doświadczenie, które w konsekwencji prowadzi medytującego do całkowitej wolności, ponieważ pozostawiamy poza sobą wszystkie drugorzędne wartości, które tak łatwo potrafią zawładnąć sercem człowieka: sukcesy (także te duchowe), chęć  posiadania, władzę etc. A dzieje się to dlatego, że nasze serce zostaje dzięki tej modlitwie uwolnione od tego, co potrafi je zniewolić od zewnątrz i ku temu, co jest źródłem prawdziwej wolności, czyli ku Bogu, który wypełnia je swoją miłością. W medytacji jednak nie chodzi o to, abyśmy skupiali się na rezultatach pytając: czy już osiągnąłem odpowiedni poziom wolności serca, czy zjednoczenia z Bogiem. To bowiem nie zależy w gruncie rzeczy od nas, lecz jest darem samego Boga. Jedyne co mogę to trwać przed Nim, powtarzając moją modlitwę miłości, uwielbienia i wdzięczności, gdyż już samo trwanie przed Bogiem w modlitwie jest Jego darem. Owoce, do których prowadzi nas medytacja – a więc zjednoczenie z Bogiem – nie powodują, że tracimy własną tożsamość. Paradoksalnie właśnie przez to coraz głębsze zjednoczenie z Bogiem odkrywamy samych siebie. Spełnia się to o czym mówił błogosławiony Jan Paweł II, że człowiek sam siebie nie może zrozumieć bez Chrystusa.

Każdy z nas jest zaproszony do tej wewnętrznej jedności. Unikajmy jednak częstej pokusy oceniania  naszego własnego powołania i naszych zdolności, ponieważ są one nieograniczone w połączeniu z Bożą łaską [wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia”Flp 4,13], a nasze powołanie tak jak i powołanie każdego człowieka, jest Bożą tajemnicą.

Droga medytacji to tak naprawdę odkrywanie otwartości Boga wobec każdego z nas, a jest ona tak ogromna, że możemy w niej wzrastać bez żadnych ograniczeń. Innymi słowy jest to droga, która nigdy się nie kończy, tak jak nie sposób przestać się zadziwiać owocami miłości Boga do człowieka, w którą medytacja nas zanurza.  Jezus wzywa nas do pełni życia. A nasze życie może osiągnąć swoja pełnię jedynie w Jego istnieniu. To jednak wymaga od nas prawidłowego ustawienia naszych priorytetów według pewnego  właściwego porządku, w którym Bóg jest na pierwszym miejscu. A wtedy nasze życie stanie się pełnym zaangażowaniem w szukanie i poznawanie Jego prawdy i miłości, wedle słów:  [Poznacie prawdę a prawda was wyzwoli – J 8,32]. Z tej perspektywy nawet nasze słabości i ułomności tracą swe znaczenie. Gdy bowiem wchodzimy w jedność z Bogiem, z Jego miłością i istnieniem nawet nasze upadki mogą być szansą jej odkrywania i otwierania się na Bożą łaskę.

Tym właśnie jest medytacja, prostym codziennym powrotem do nieskończonego wzrastania w Duchu Bożym. Wzrastania w Duchu Miłości i Prawdy.

Można by zatem powiedzieć, że medytacja, to ciągłe wołanie ludzkiego serca o to, co tak pięknie wyraża IV Modlitwa Eucharystyczna: Boże, Ojcze miłosierdzia, daj nam Ducha Świętego, Ducha miłości, Ducha Twojego Syna. Niech On nas przemienia!

Notatki z dwóch pustelni

Właśnie odłożyłem książkę Michaela O’Briena, którą dostałem w prezencie i którą czytam o znamiennym tytule „Ojciec Eliasz i czas apokalipsy”.  Bardzo polecam, tym bardziej, że to książka na czasie nie tylko ze względu na koniec roku liturgicznego i często towarzyszącą nam w tym okresie Apokalipsę św. Jana (skądinąd niezwykłą księgę biblijną), ale także ze względu na jej treść. Otóż traktuje ona o przygodach pewnego Żyda – tytułowego bohatera, człowieka o niezwykłej historii (przeżył m. in. Holokaust, był jednym z ważniejszych polityków izraelskich), który po latach błyskotliwej kariery przeżywa głębokie nawrócenie, w konsekwencji którego puka do bram karmelitańskiego klasztoru na górze Karmel, gdzie pragnie spędzić resztę swojego życia. Niestety klasztorne mury nie są w stanie uchronić go przed wyzwaniem jakie raz jeszcze postawi mi życie. Papież prosi go o udział w szczególnej misji, której owoce mogą okazać się ważne zarówno dla Kościoła jak i świata. Jego misja ratowania świata i Kościoła powiedzie go poprzez kraje Europy i Bliskiego Wschodu, stawiając na jego drodze wielu niezwykłych ludzi – polityków, świętych, grzeszników, mistyków i zdrajców. Każde z tych spotkań przynosi nieoczekiwane zwroty akcji, którą śledzi się z niezwykłym napięciem. To niezwykła i pasjonująca lektura (nie jedyna zresztą tego kanadyjskiego pisarza i malarza ikon, człowieka o niezwykłym darze głębokiego wglądu w ludzka duszę), która jest zarówno znakomitą powieścią jak i wyznaniem wiary i świadectwem. Książka, która tchnie niezwykłym kunsztem pisarskim autora jak również jego rzetelnością i prawością.

Jak wspomniałem jednak odłożyłem ją na rzecz innej lektury, której poświęciłem dzisiejsze popołudnie. To także duchowa lektura, choć innego kalibru i jednocześnie zapowiedź. Mam na myśli mała książeczkę Michała Płoskiego „Notatki z pustelni”, do której wróciłem po kilku latach i muszę przyznać, że jej lektura wzbudziła nowe odczucia, inne niż te, które towarzyszyły pierwszej lekturze. To niezwykłe, że pozornie znany tekst można odczytać po jakimś czasie w zupełnie innym świetle.

Między innymi – jak wspomniałem – lektura ta stała się dla mnie zapowiedzią. Czymś w rodzaju przystawki, która jednak nie tylko nie zaspokaja głodu, lecz go pogłębia.  Od początku skojarzyła mi się z inną ulubioną moja książką, będąca także poniekąd zapiskami z pustelni (innej i innego autora), niosącą w sobie tyle podobnych duchowych doświadczeń. To wręcz niezwykłe, że czytając dwie różne książki, dwóch rożnych autorów, oddalonych od siebie czasem, tysiącami kilometrów i stylem życia znajduje się w ich doświadczeniu duchowym, spoglądaniu na otaczająca rzeczywistość czy nawet literaturę tyle podobieństw, że ma się niekiedy wrażenie duchowego déjà vu. Każdy, kto mnie zna łatwo domyśli się, że mam na myśli sławną pustelnię położoną wśród lasów Kentucky na terenie klasztoru trapistów Gethsemani i jednego z niezwykłych pustelników, który z zacisza swojej pustelni podbił serca milionów czytelników na całym świecie – Thomasa Mertona.

I znowu dane było mi przy lekturze tej małej książeczki Michała Płoskiego – polskiego pustelnika (lub jak czasem sam siebie określa półpustelnika) odczuć mocniejsze bicie serca, które co roku wraca o tej samej porze roku. Od dwudziestu blisko lat bowiem każdy mój adwent zaczynam zawsze z Thomasem Mertonem. To jego zapraszam by przez kolejne cztery tygodnie tego niezwykłego czasu przygotowania do Bożego Narodzenia był moim duchowym towarzyszem i nauczycielem. I nie inaczej będzie także w tym roku, jak Bóg pozwoli mi dożyć. Przygotowana lektura napisana ręką tego niezwykłego mnicha, któremu sam tak wiele zawdzięczam już czeka na półce, po to bym sięgając po nią w pierwszą niedzielę adwentu mógł z tym samym niezwykły i nieopisanym poruszeniem serca rozpocząć najbardziej lubiany przeze mnie okres liturgiczny. Adwent – czas radości, nadziei, oczekiwania i jednocześnie spełnienie, które się w nich po części zawiera. To po części nauka oczekiwania na rzeczy ostateczne.

„Wyrocznia Balaama, syna Beora;

wyrocznia męża, który wzrok ma przenikliwy;

wyrocznia tego, który słyszy słowa Boże,

który ogląda widzenie Wszechmocnego,

a w wiedzy Najwyższego ma udział,

który pada, a oczy mu się otwierają.

Widzę go, lecz jeszcze nie teraz,

dostrzegam go, ale nie z bliska:

wschodzi Gwiazda z Jakuba,

a z Izraela podnosi się berło.”  [Lb 24, 15-17]

Ktoś pomyśli, że jestem wariat! Ale taki już jestem i bardzo przywiązuję się do autorów, którzy na mojej ścieżce duchowego życia i powołania odegrali niezwykłą rolę. A przyznać muszę, że nie było by piszącego te słowa tu, gdzie jestem i zapewne nie było by także tego bloga, doświadczenia medytacji, jak i wielu innych rzeczy, gdyby właśnie nie ten niezwykły mnich. I choć nie dane mi było poznać go osobiście, gdyż zmarł zaledwie 73 dni po moim urodzeniu, to po latach przeglądania się w jego książkach, konferencjach, poezji niczym w lustrze traktuje go jako bliskiego znajomego, przyjaciela a jednocześnie wielki dar od Pana Boga, jakim zresztą był i jest dla wielu znanych i nieznanych mi ludzi. To człowiek, który budził zawsze wielki szacunek nawet u tych, którzy nie zawsze zgadzali się z jego poglądami. U wielu wywoływał wręcz zakłopotanie. Zresztą i dzisiaj takich spotykam. Nie mniej to, co w nim uderza, to fakt, że nawet gdy wydawać się mogło, że balansował na granicy ortodoksji – zwłaszcza tej z lat sześćdziesiątych – pozostawał zawsze wiernym i lojalnym synem Kościoła. Zagłębiając się w dziesiątki lektur z rożnych dziedzin, podejmując wielu ludzi w swojej pustelni a z jeszcze większa rzeszą korespondując nigdy nie poszukiwał wewnętrznej ucieczki od „tu i teraz”. Pomimo zamknięcia za murami jednego z zakonów o najsurowszej regule żył problemami świata i ludzi, wielu z nich szczególnie mu bliskich przez ich doświadczenia, choć osobiście nie dane było mu ich nigdy spotkać. Wszystko to służyło jednak jednemu celowi – odbywaniu wewnętrznej podróży. Nie ma wątpliwości, że nierzadko głosił intrygujące opinie podobnie jak intrygujące było cale jego życie z jego nieustannymi poszukiwaniami. Jak nierzadko piszą jego biografowie – jego życie to materiał na długi i pasjonujący serial. A jednak wszyscy oni – czy to piszący o nim z perspektywy wieloletniej znajomości i przyjaźni jak J. Forest czy B.  Pennington, jak i autorzy piszący o nim z większego dystansu jak M. Mott, M. Furlong czy H. Nouwen – dzielą to samo przeczucie, że wszystkie niezwykłe życiowe „zakręty”, jakich doświadczał, nie stanowią w nim tego, co warte największej uwagi. To bowiem, co w życiu Mertona zasługuje na największą uwagę to widoczne w jego duchowej podroży napięcie pomiędzy nieustannym poszukiwaniem i błądzeniem a wytrwałą wiernością – napięcie, którego siłę wyznaczało pragnienie prawdziwej wolności.

A wracając do tego od czego zacząłem muszę przyznać, że dla mnie Merton jest niczym współczesny Eliasz. Ktoś, kto usłyszał głos Boga w lekkim powiewie, choć wcześniej sam również doświadczył czym jest życie w pośpiechu, które charakteryzuje współczesny świat szukający coraz to nowych wyzwań, którymi skutecznie zagłusza subtelny i pokorny głos Boga. Merton jest nie tylko apologetą, ale jest przede wszystkim światkiem tego, że aby usłyszeć Boga mówiącego do nas trzeba się zatrzymać, trzeba mieć odwagę uciec od zgiełku świata i zatrzymać się w obecności Boga, który wprawdzie przemierza ten świat, ale nigdy się nie narzuca i dlatego tak łatwo Go przeoczyć. Dla mnie Merton jest tym, który uczy jak się zatrzymać i jak uczyć się adorować Boga i zachwycać Jego dziełami w codzienności. Jest nauczycielem tego jak odkrywać Boga, który mieszka między nami. Jest tym, który swoim życiem przypomina każdemu z nas że: właśnie po to tu jesteś, po to się narodziłeś, aby spotkać Bóg.  I tylko w dążeniu i doświadczeniu tego spotkania twoje życie ukazuje swój głęboki sens.

 

 

 

 

Otwarcie drzwi

Ja, Jan, ujrzałem oto drzwi otwarte w niebie, a głos, ów pierwszy, jaki usłyszałem, jak gdyby trąby mówiącej ze mną, powiedział: «Wstąp tutaj, a to ci ukażę, co potem musi się stać». Doznałem natychmiast zachwycenia: A oto w niebie stał tron i na tronie ktoś siedział. A Siedzący był podobny z wyglądu do jaspisu i do krwawnika, a tęcza dokoła tronu podobna z wyglądu do szmaragdu. Dokoła tronu dwadzieścia cztery trony, a na tronach dwudziestu czterech siedzących Starców, odzianych w białe szaty, a na ich głowach złote wieńce. A z tronu wychodzą błyskawice i głosy, i grzmoty, i płonie przed tronem siedem lamp ognistych, które są siedmiu Duchami Boga. [Ap 4, 1nn]

Medytacja to otwieranie drzwi do rzeczywistości nadprzyrodzonej, drzwi do spotkania z Bogiem. Apokalipsa, która czytamy w ostatnich tygodniach roku liturgicznego to inaczej Objawienie, objawienie przyniesione przez Boga ludziom wiary. To zapowiedź wielkiej radości.

Świat przepowiada raz po raz koniec świata, patrząc na sytuację na ziemi oraz na niebie. Karmi sensacjami oraz strachem ludzi wpatrzonych w telewizor czy ekran komputera. Chrześcijanin to człowiek, który jednak nie ma skupiać swojej uwagi na czasie przyjścia Syna Człowieczego, który pozostaje nieznany, jak mówi sam Chrystus. Każdy z nas jest zaproszony raczej do tego, by skupić się na przygotowaniu do zapowiadanego na kartach Pisma Świętego przyjścia. A do tego potrzeba czujnego serca, nie uśpionego umysłu, oczu otwartych wiarą. By nie przespać przyjścia Pana. Czuwanie to wsłuchiwanie się w Słowo, które rozbudza serce.

Doświadczenie medytacji to praktyka, która chce być odpowiedzią na wszystkie te istotne cechy czuwającego ucznia Chrystusa. Poprzez wsłuchiwanie się w Słowo, pozwala Bogu rozbudzać swoje serce, pozwala je kształtować, uczy jak być czujnym na znaki obecności i działania Boga. Można zatem powiedzieć, że praktyka medytacji jest doświadczeniem nieustannej gotowości na przyjście Pana, jest ćwiczeniem tej gotowości, które modląc się o to Boże przyjście – wołając Marana Tha!, Przyjdź Panie! – otwiera nas na to przychodzenie Pana nieustannie w każdym powtórzonym wersecie modlitwy, w każdym oddechu, w każdym uderzeniu serca.

Jedno jest pewne jak mówi Chrystus: On przyjdzie na pewno i nie będzie zwlekał. To powinno stanowić właściwą motywację do owocnego czuwania, czyli do trwania na modlitwie, wsłuchując się w zbawcze Słowo i pozwalając by ono stawało się dla nas nauczycielem, by rodziło pragnienie dzielenia się ta radością spotkania z Panem doświadczanego w modlitwie i dzielenia się nią z innymi. Poprzez to dzielenie stajemy się najlepszymi świadkami i zwiastunami powtórnego przyjścia Zbawiciela, a nawet więcej mamy szansę przez naszą miłość ofiarowaną innym w drobiazgach codziennego życia pozwalać im doświadczyć obecności i działania Boga już tu i teraz. W ten sposób mamy okazję dzielenia się z innymi tym doświadczeniem jakie staje się naszym udziałem w medytacji, że Pan jest blisko.

Wchodząc w doświadczenie medytacji zanurzamy się w recytację Słowa – wezwania: MARANA THA! – Przyjdź Panie! A wówczas otwieramy drzwi naszego serca na Jego nieustanne przychodzenie, na Jego łaskę, którą chce On wypełnić nasze serca, aby z jego obfitości nasze usta wypowiadały pełne miłości słowa modlitwy i wiary.

Wszystko, co trzeba nam czynić, to usiąść wygodnie, z wyprostowanym kręgosłupem, przymknąć oczy i głęboko, ale spokojnie oddychając (bez wymuszania oddechu)  trwać w powtarzanym spokojnie Słowie lub wersecie naszej modlitwy. To święte Słowo, wypowiadane przez nas z głębi naszego serca jest darem naszej miłości dla Boga, najprostszym ale i najbardziej skutecznym, ponieważ jeśli otworzymy się na jego działanie, będzie ono coraz bardziej stawać się żywym Słowem dla nas. Wypowiadane i wysłuchiwane z wiarą będzie sięgało dużo głębiej niż tylko do sfery naszego umysłu, będziemy doświadczać go jako Słowa żywego i skutecznego, ostrzejszego niż miecz, przenikającego aż do rozdzielania duszy i ducha, stawów i szpiku, zdolnego osądzić pragnienia i myśli serca [Hbr 4,12] a dzięki temu  wykonującego w nas swą pracę i cicho, wytrwale i skutecznie przeprowadzając nas przez proces wewnętrznego oczyszczenia aż do pełnego zjednoczenia nas z Bogiem w miłości.

 

Ofiarowanie

W tradycji Kościoła Wschodniego Ofiarowanie (zarówno przeżywane dzisiaj Ofiarowanie NMP jak i Ofiarowanie Pańskie obchodzone u nas 2 lutego) nazywa się inaczej Świętem Spotkania. Ta nazwa odwołuje się do głębokiej prawdy przynoszonej przez te święta: spotkania Boga z człowiekiem. Ewangelia w obu tych przypadkach posługuje się tym samym fragmentem, gdyż nie mamy relacji ewangelicznej z dzieciństwa Maryi poza pismami apokryficznymi.


Jezus, Bóg-Człowiek przychodzi do człowieka. Dokonuje się to przez ludzi – Maryję  i Józefa. Rozpoznającymi przychodzącego Boga są kapłan Symeon i prorokini Anna – uosobienie tęsknoty pokoleń oczekujących Zbawiciela. W tym spotkaniu zaczynają się realizować obietnice Starego Testamentu. Boga Obecnego doświadcza mężczyzna i kobieta, bo Jego przyjście stało się dla wszystkich (por. Ga 3, 28). Wszyscy przez Niego mają możliwość bycia z Bogiem – Miłością.

To, co wyróżnia chrześcijaństwo spośród wszystkich religii to fakt, że Bóg stal się człowiekiem -jednym z nas. W jakiś niezwykły i zupełnie niezrozumiały sposób postanowił przybliżyć się bez reszty do każdego człowieka. Od tej pory nikt nie może mu zarzucić, że nie zna doli człowieka, że się nią nie interesuje, że jest Bogiem dalekim. Ale co najważniejsze, to przyjście się nie skończyło. Jak sam nas zapewnił: pozostanie z nami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata.

Nasz Bóg jest Bogiem wciąż przychodzącym. Ile razy swoim sumienie dotykasz kratek konfesjonału, a potem karmisz się Eucharystią  – Bogiem ukrytym w odrobinie chleba; ile razy, choć w mroku ludzkiego niezrozumienia, ale z wiarą może nawet małą jak ziarnko gorczycy wtapiasz się w Słowo zapisane w Piśmie Świętym; ile razy zginasz kolana i próbujesz sklecić słowa nieporadnej modlitwy; ile razy zachwycasz się pięknem świata; ile razy słowem, czynem w sobie i w innych odsłaniasz dobro; ile razy pochylasz się nad cierpieniem lub potrzebą drugiego człowieka; ile razy zmagasz się ze sobą, z  pokusą, z doświadczeniem słabości; ile razy ćwiczysz swoją wolę by wykrzesać z siebie cierpliwość do drugiego, może trudnego człowieka; ile razy z miłością czuwasz przy swoim dziecku czy przy łóżku chorego człowieka, tyle razy staje się Święto Spotkania Boga w Tobie i przez Ciebie z drugim człowiekiem. To także powód dla nas chrześcijan do nieustannego świętowania!

To wszystko to ciągłe próby wypełnienia zadania, jakie Chrystus nam – swoim uczniom – zostawił. Naśladować Go to nic innego jak Jego życie nieustannie przekładać na język codzienności. Tak jak On – w bardzo konkretny sposób – upodobnił się do nas, tak i my musimy szukać dróg upodabniania się do Niego w konkretnych sytuacjach naszego życia. I nie pozwólmy sobie wmówić, że to nie możliwe. On jest z nami i będzie nas w tym wspomagał swoja laską, przez wszystkie dni, aż do skończenia świata.

 

Abym przejrzał

Ewangelia przywołuje dzisiaj spotkanie Jezusa z niewidomym z Jerycha. To jedno z tych najbardziej niezwykłych spotkań, jakie znajdujemy na kartach Ewangelii i nie tylko ze względu na niesamowite skutki tego spotkania. [Łk 18, 35-43]

Chciałbym jednak zatrzymać się przy postawie owego niewidomego (w innym miejscu Pismo Święte podaje jego imię: Bartymeusz), którego postawa jest tak bardzo wzorcowa dla doświadczenia modlitwy, zwłaszcza modlitwy kontemplacyjnej a więc i dla medytacji. 

Pierwsza z kwestii, które wymagają dostrzeżenia w postawie owego niewidomego z Jerycha, to fakt, że dążył on do spotkania z Jezusem pomimo przeciwności. Były one różne (jego ułomność, tłum przez który trudno się przecisnąć zwłaszcza ślepcowi, czy ci, którzy próbowali mu w tym przeszkodzić uciszając go), ale nie o rodzaj przeszkody tutaj chodzi, lecz o to, że pomimo ich natłoku on nie rezygnował. Życie duchowe, to droga dla wytrwałych, dla tych, którzy się łatwo nie zniechęcają. Inaczej nie da się zajść w tej materii za daleko. Myślę tutaj także o przeszkodach natury duchowej: modle się i nic, żadnych owoców, żadnej radości, tylko oschłość – jakże często słyszę takie słowa skargi czy w praktyce towarzyszenia duchowego, czy w konfesjonale. I jaka jest najczęstsza reakcja? Rezygnacja! A co kiedy weźmiemy na tapetę jeszcze inne trudności natury zewnętrznej, czy wolitywnej, które także potrafią mocno dawać się we znaki. Lubie czasem dla rozładowania napięcia (bo bywa tak, że osoba doświadczająca trudności bardo się nimi frustruje, myśląc że to może z nią coś nie tak i zapominając, że są one normalnym elementem duchowego rozwoju) przywołać pewne porównanie wzięte z życia: Spójrzmy na dziecko, które uczy się chodzić i które stawia pierwszy krok, po czym przewraca się, znowu krok i leży i kolejny krok i znów pada. I wyobraźmy sobie, że taki malec próbuje zrobić pierwsze kroki, przewraca się kilka razy, po czym oznajmia rodzicom: „mamo, tato, nie będę chodził, bo mi się nie udaje!”. Czy nie tak jest z nami na płaszczyźnie życia duchowego?

Dlatego ów niewidomy z Jerycha jest dla nas doskonałym przykładem znoszenia trudności, łamania barier, które wydają się przerastać nasze ograniczenia. Tacy ludzi nas zawstydzają po dziś dzień. Wystarczy przywołać chociażby znana już dzisiaj postać Nicka Vujicica – chłopca, który urodził się bez rak i nóg…

Druga kwestia, przy której warto się zatrzymać kontemplując obraz tej Ewangelii to jego motywacja do spotkania z Jezusem. Pierwszą z nich bez wątpienia była chęć zmiany jego położenia. Nie łatwego w obiektywnej ocenia a w Palestynie tamtych czasów sytuacja niewidomych była naprawdę bardzo zła, również z punktu widzenia wiary, gdyż w społecznym przeświadczeniu ten człowiek zasłużył na taką sytuację, gdyż kalectwo było dla ówczesnych Żydów karą za jakiś grzech. To dlatego uczniowie Jezusa patrząc na niewidomego pytają Jezusa: „Rabbi, kto zgrzeszył, że się urodził niewidomym – on czy jego rodzice?” [J 9,2]

A jednak ów niewidomy jest zdeterminowany do zmiany swojego położenia. Jak często jest z nami tak, że znajdując się w jakiejś sytuacji jesteśmy obrażeni na cały świat i na Pana Boga i wolimy się poużalać nad sobą niż podjąć wysiłek. Bohater z dzisiejszej Ewangelii podejmuje się wręcz niemożliwego po ludzku zadania. Nie wiem, jaka była jego wiara, ale jeśli był Żydem dla niego także musiało być oczywiste, że sytuacja w jakiej się znalazł nie była przypadkowa, a więc zapewne myślał podobnie jak inni: „Bóg tak chciał”. Jaki więc sens ma zwracanie się do tego, który przychodzi w imieniu Boga, aby odmienił sytuację na którą zgodnie z jego i powszechnym przekonaniem sobie zasłużył? A jednak pomimo to on odważa się zaryzykować…

Kolejna kwestia, której możemy się uczyć od tego niewidomego, to fakt, że musiał już coś wiedzieć o Jezusie. Woła do niego bowiem nie tylko po imienia, ale też powołując się na ród (pokolenie) z którego Jezus się wywodzi. To co wie na temat przechodzącego Nauczyciela jeszcze bardziej umacnia jego motywację. Dla mnie zaś to najlepszy dowód na to, że nasze osobiste zgłębianie wiedzy na temat Jezusa, do którego przychodzimy na modlitwie jest warunkiem sine qua non owocności naszego z Nim spotkania. mam na myśli zarówno zgłębianie wiedzy poprzez Słowo Boże – mogące nam najwięcej o Nim powiedzieć, jak i dobrą lekturę duchową.

I wreszcie ostatni akord tego spotkania, który wymaga zatrzymania się nad nim. Wiara i upór tego człowieka sprawiły, że jego największe pragnienie spełniły się. Nie trudno się domyślić, że pierwszym obrazem jaki ujrzał ów niewidomy po uzdrowieniu była twarz Jezusa. To dzięki spotkaniu tego Człowieka, życie naszego bohatera zmieniło się zarówno zewnętrznie (przejrzał) jak i wewnętrznie („szedł za Jezusem wielbiąc Boga”).

I myślę, że to jest także piękny obraz modlitwy kontemplacyjnej (w tym medytacji). Modlitwa kontemplacyjna to bowiem nic innego niż spoglądanie w twarz Jezusa. „ja patrzę na Niego, On patrzy na mnie i to nam wystarczy” – że pozwolę sobie przywołać fragment pewnej znanej opowieści z życia Ojców Kościoła.

To właśnie to zapatrzenie z miłością w oblicze Jezusa staje się źródłem naszej wewnętrznej przemiany. I nie chodzi wcale o to, aby sobie Go wyobrażać, albo o to czy coś w tym momencie akurat czujemy czy nie. Miłość jest aktem woli, pragnieniem trwania przy ukochanym, bez względu na stan ducha w jakim się aktualnie znajduję, czy mi jest dobrze czy źle. Tylko taka wytrwałość przynosi efekty i sprawia, że ów obraz Chrystusa na którego patrzę zostaje wyryty w moim sercu i staje się wzorem, do którego każdego dnia staram się coraz bardziej upodabniać. 

Bóg jest światłością i jeśli nie ma Go w twoim życiu, jesteś jak ten ślepiec. Jezus pragnie naszego uzdrowienia. Chce abyśmy zdrowymi oczyma i zdrowym sercem wpatrywali się w Niego, bo tylko to sprawi, że będziemy zdrowym spojrzeniem i zdrowym sercem spoglądali na świat i potrafili uwielbiać Go we wszystkim. Nawet w trudnościach, które są miejscem Jego działania.