Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Nowenna ekspiacyjna – apel

W dniu 9 grudnia br. miała miejsce próba zniszczenia Cudownego Obrazu Królowej Polski na Jasnej Górze poprzez oblanie go czarną substancją. Obraz, dzięki specjalnemu zabezpieczeniu, nie został w żaden sposób uszkodzony. 

Ojciec Przeor Jasnej Góry powiedział: Drodzy bracia i siostry, myślę że wszystkich nas zmroziła wiadomość o tym, że próbowano zniszczyć Obraz Matki Bożej na Jasnej Górze. Cudowny Obraz Matki Bożej Królowej Polski – kult Polaków, symbol naszej wiary i naszej nadziei, symbol naszej tożsamości narodowej. 

Wraz z Biskupami częstochowskimi, Ojcowie i Bracia Paulini odprawili modlitwy ekspiacyjne. Proszą także wszystkich o włączenie się do tej modlitwy. Przez dziewięć dni (10-18 grudnia) niech w oknach domów każdego polaka miłującego Maryję, Matkę jasnogórską, Królową narodu Polskiego zapłonie świeca w godzinie Apelu Jasnogórskiego (godz.21.00). Niech te dziewięć dni będzie zewnętrznym znakiem i wyrazem jedności i solidarności, troski i modlitwy wynagradzającej zniewagę profanacji. Niech Maryja jednoczy nas w modlitwie o zwycięstwo dobra i miłości wobec niepokojących faktów, których jesteśmy świadkami.

o. Roman Majewski OSPPE
Przeor Jasnej Góry

 

 

Kolejna rocznica

Dzisiaj przypada kolejna rocznica śmierci Thomasa Mertona. Dla wielu to zwykły dzień. Nawet nie pomyślą o tym wydarzeniu sprzed 44 lat. Dla przyjaciół Mertona – jak pisze o. Basil Pennington –  to okazja do wspomnienia tego niezwykłego człowieka i mnicha. Dla mnie także, zwłaszcza, że te same lata, które odmierzają czas od jego nagłej śmierci odliczają czas mojego życia, którego większość – dzisiaj już mogę powiedzieć to bez przesady – upłynęła jako czas bliskości z tym niezwykłym duchowym towarzyszem. To zresztą niesamowite, że można tak pisać o komuś, kogo od 44 lat nie ma wśród nas a jednak przez swoje książki, konferencje jakie po sobie zostawił i dzięki którym można się wsłuchiwać w jego radosny głos, przez swoje duchowe doświadczenia, którymi dzieli się z tymi, którzy odkrywają w nim pewnego rodzaju autorytet jest kimś bliskim. Tak, nie zawaham się użyć tego słowa – Towarzyszem. A może nawet i przyjacielem. Na pewno bratem w Chrystusie. I nie wątpię, że w tajemnicy świętych obcowania także kimś, kto spoglądając na nas z tamtej strony życia ciągle jest zaskoczony, że w tak długim czasie po jego śmierci tak wiele osób poświęca mu uwagę.

Pod datą 6 grudnia 1968 roku, w dzienniku pisanym w czasie azjatyckiej podróży, znajdujemy ślad jego refleksji dotyczących najbliższej przyszłości: „Mój następny przystanek to spotkanie w Bangkoku, którego nie oczekuję ze zbytnim utęsknieniem. Potem Indonezja, tam zaczyna się cała nowa podróż. A ja wciąż jeszcze nie jestem pewien dokąd ona mnie zaprowadzi i co mogę czy też powinienem planować”.

Kilka dni później okaże się, że już nie trzeba będzie czynić żadnych planów, o „nowej podróży” nie będzie mogło być mowy.

10 grudnia około godziny 14.00 (czasu miejscowego) w Red Cross, w Bangkoku, Thomas Merton umiera w swoim pokoju wskutek porażenia prądem. Około godziny po wypadku dwóch mnichów znajduje jego ciało leżące na kamiennej podłodze na poprzek przygniecione wadliwym wentylatorem. Kilkanaście lat wcześniej, w związku z projektem nowej klasztornej infirmerii, w swoim dzienniku napisał: „Nie zapytuję siebie, czy umrę w takim łóżku, czy w ogóle umrę w łóżku”

Przedpołudniowe wystąpienie w tym ostatnim dniu swego życia zakończy Merton słowami, które w perspektywie tragicznego wypadku nabierają zupełnie nowego znaczenia:  „Na tej uwadze kończę. Zdaje się, że organizatorzy przewidują, iż pytania dotyczące porannych wykładów będą zadawane wieczorem, podczas dyskusji panelowej.  Wobec tego znikam”.

Z czysto ludzkiej perspektywy można powiedzieć, że zniknął. Z perspektywy wiary wręcz przeciwnie, wydawać się może że jest poprzez to, co zasiał swoimi dziełami jeszcze bardziej intensywnie obecny w życiu wielu ludzi niż wcześniej.

W tym roku mój czas adwentu, który – jak już wspomniałem – zawsze przeżywam z Mertonem poświęciłem na powrót do jednego z jego sztandarowych dzieł. Mam na myśli „Nowy posiew kontemplacji”. Jak przyznaje wielu znawców dzieł Mertona  napisany w 1952 roku Posiew kontemplacji zapewnił temu trapiście zamkniętemu za murami klasztoru Gethsemani pozycję niemal równą autorom takim jak Tomasz a Kempis czy nawet jak twierdzą niektórzy św. Augustyn z jego słynnymi Wyznaniami. Nowy posiew kontemplacji to pozycja wydana dwanaście lat później, nie tylko znacznie rozszerzona, co zmieniona, pisana bowiem już z dużo dłuższej perspektywy życia kontemplacyjnego tego mnicha. On sam zresztą stwierdza na początku tej książki: „Książka ta pisze się sama, niemal automatycznie” . To prawie tak, jakby pisało ja samo życie w klasztorze, którego mieszkańcy ze względu na naturę swojego powołania są wezwani do kontemplacji.

Ktoś, kto zna pierwszy Posiew kontemplacji łatwo dostrzeże pomiędzy nim a drugą, nowa pozycja poświęcona tej tematyce dużą ewolucję, jaka dokonała się w sposobie patrzenia Mertona na kwestię kontemplacji. To spojrzenie z zupełnie innej, nowej perspektywy. Można by powiedzieć ze spokojnym sumieniem, że o ile pierwsza ze wspomnianych pozycji wyrasta z zupełnie osobistego doświadczenia (gdy autor przebywał sam w swoim odosobnieniu i doświadczeniu życia kontemplacyjnego), o tyle druga książka jest owocem konfrontacji Mertona z doświadczeniem przezywania kontemplacji jak i życia w samotności wielu innych ludzi, która daje autorowi książki dużo szersze i głębsze spojrzenie na tę tematykę.  Wyniku tych spotkań Meton jakby poddaje rewizji swoje dotychczasowe spojrzenie na kontemplację. Już sam termin kontemplacja zdaniem mnicha z Gethsemani wymaga zweryfikowania, gdyż przez wiele osób jest błędnie rozumiany, co sprawia, że budzi ona złudne nadzieje i oczekiwania ze strony ludzi. Zdaniem Mertona zbyt wielu ludzi traktuje kontemplację w sposób magiczny, co sprawia, że rozmijają się z jej prawdziwym znaczeniem.  Dlatego autor tak mocno sprzeciwia się nastawieniu do kontemplacji jako doświadczenia, które można zdobyć, które można mieć i które – jeśli się je posiada – uwalnia od ludzkich problemów i nieszczęść. Dlatego Merton walczy z przekonaniem wielu osób, które chwytając za pierwsze wydanie tej książki chciały znaleźć w niej poradnik – „jak zostać kontemplatykiem”?  Jak sam zapewni, nie było to nigdy jego intencją, gdyż prawda o kontemplacji jest taka, że nie możliwe jest, żeby jeden człowiek nauczył drugiego „jak stać się kontemplatykiem”. Z równie niewielkim sukcesem – jak sam twierdzi – można  by napisać książkę „jak stać się aniołem”. Merton nie boi się przyznać, że jego książka nie jest dla każdego. I bez względu na to, ile osób ja przeczyta (a warto nadmienić, że pierwsze wydanie przerosło oczekiwania zarówno samego autora jak i wydawców), tak naprawdę przyniesie ona korzyść niewielu. Tak naprawdę książka ta została napisana dla niewielu. Nawet – jak określa to sam autor w listach do swoich przyjaciół – nie tylko i nie przede wszystkim dla katolików, choć napisana z perspektywy doświadczenia katolickiego mnicha.  Jednocześnie Merton wydaje się uspokajać tych, którzy nie odnajdą w niej tego, czego oczekiwali, gdyż inny rodzaj duchowości, który nie prowadzi droga  życia kontemplacyjnego nie jest równoznaczny z gorszą duchowością lecz z inną drogą, po której Bóg prowadzi człowieka i że nie jest wcale potrzebna droga życia kontemplacyjnego, żeby być człowiekiem pobożnym i świętym.  Wobec wszystkich jednak, do których ta książka przemówi sam Merton czuje się dłużnikiem.

Niemniej jak zaznacza Merton powodem, dla którego powstaje mało książek o takiej tematyce jest zbyt dużo przemocy fizycznej i namiętności wśród ludzi, a te zatrzymując człowieka jedynie na powierzchni nie pozwalają im tak naprawdę na snucie głębszych refleksji na temat życia duchowego jego znaczenia. A jednak – jak zaznacza autor Nowego Posiewu kontemplacji – to właśnie życie wewnętrzne i kontemplacja jest tym, czego współczesny świat potrzebuje najbardziej. Myślę sobie, że jeśli intuicja Merona podpowiadała mu to już na początku lat sześćdziesiątych, co o ileż bardziej aktualne jest to dzisiaj.

Kiedy pisze te słowa przypomina mi się przestroga znanego niemieckiego teologa Karla Rahnera SJ, który mówił:  Chrześcijanin przyszłości albo będzie mistykiem, albo go w ogóle nie będzie. I jest to myśl, która doskonale wpisuje się w mertonowski sposób patrzenia na rzeczywistość.

Życie w duchu miłości

Mając okazję przygotowywać się do rekolekcji adwentowych, które chcę poświęcić zaproszeniu człowieka przez Boga do życia w miłości na podstawie dwóch tekstów ze Starego Testamentu [Pieśń nad Pieśniami i Księga Proroka Izajasza] i dwóch z Nowego Testamentu [1 Listu do Koryntian i Ewangelii według św. Jana] znalazłem ciekawy tekst autorstwa znanego autora o tematyce duchowej i rekolekcjonisty o. Anselma Grüna. Nie każdy może lubi tego autora, ale bez wątpienia jego refleksje dają wiele do myślenia. Niżej zamieszczony tekst jest zaczerpnięty z jednej z jego książek p. t. „Dotyk Bożej miłości.” Myślę, że poniekąd wpisuje się on dobrze w dzisiejszą zachętę św. Jana Chrzciciela do prostowania naszych dróg przed Panem, gdyż z całą pewnością ów proces zaczyna się w naszym wnętrzu. A co jest w stanie lepiej wyprostować nasz sposób myślenia, nasze relacje z innymi czy nasze odniesienie do kwestii zarówno duchowych jak i materialnych niż miłość?

Miłość jest jakością boską. Zaczarowuje nasze życie. Taka miłość jest w każdym z nas i otacza nas w stworzeniu, obejmuje nas kochającą rzeczywistością Boga, otula nas, jest w kochających nas ludziach. Życzę wam, żebyście czuli, że jesteście kochani i czerpali radość z miłości, którą darzycie innych ludzi.
Miłość nie szuka poklasku. Nie musi się chwalić, puszyć, nadymać. W miłości jestem po prostu sobą. Pokazuję się taki, jaki jestem. Nie mam nic do ukrycia. Nie muszę chwalić się osiągnięciami, jestem z siebie zadowolony, ponieważ kosztuję w sobie smak miłości. Miłość sprawia, że życie nabiera wartości. Nie potrzebuję potwierdzenia i uznania. Miłość nie działa niestosownie, nieprzyzwoicie. Nie jest bezceremonialna i szpetna. Miłość o wiele bardziej odpowiada istocie człowieka i to ona sprawia, że człowiek staje się piękny. Nadaje mu odpowiednią postać. Dopiero ten, kto kocha, jest prawdziwie człowiekiem, twierdzi św. Paweł. Miłość nie szuka poklasku, nie ma w niej egoizmu. Nie krąży wokół siebie samej. Nie musi dbać o swoją pozycję, bo ona po prostu jest. Nie wykorzystuje drugiej osoby dla siebie, tylko jej służy. Nie oczekuje od niej szczęścia, chce ją uszczęśliwić. Nie dba wyłącznie o seksualną rozkosz, bo pragnie stać się jednością z ukochaną osobą. Jest wolna od ciągłego krążenia wokół siebie, które wynika z lęku przed odrzuceniem. Miłość nie odrzuca. Kto jest przepełniony miłością, ten ma wszystkiego wystarczająco dużo, nie musi pragnąć ciągle coraz więcej. Kiedy św. Paweł mówi, że miłość nie unosi się gniewem, wydaje się to na pierwszy rzut oka dyskusyjne. Bo dokąd mamy pójść z naszą agresją? Miłość i agresja najwyraźniej są blisko związane.

O tym trafnie napisał w swojej książce Das Nein in der Liebe (Nie w miłości) Peter Schellenbaum. Bez agresji miłość staje się własnymi pętami, które nie pozwalają drugiej osobie być wolną. Agresja bezustannie utrzymuje napięcie między bliskością i dystansem. A bez tego miłość się gubi. Agresja i miłość są dwoma biegunami, które potrzebują siebie nawzajem. Święty Paweł najwyraźniej jest innego zdania. Miłość nie daje się prowokować, podburzać, nie unosi się do porywczej namiętności, do ataku gorączki. Nie zastyga w złości. Jest raczej spokojem i siłą, ciepłem i jasnością. Pozwala przyznać się do urażenia czy zdenerwowania drugiej osoby. Wyjaśnia nieporozumienia. Przygląda się również agresji, która pojawia się w każdej miłości i chroni nas przed pogrążeniem się w fałszywej harmonii. Greckie słowo opisujące gniew pochodzi od słów: „niedojrzały, nie w porę, pochopny, porywczy”. Miłość reaguje odpowiednio do sytuacji. Jest chwilą. Nie zniszczą jej przelotne pojedyncze słowa, bo nie jest nadwrażliwa, wie, że raniące słowa powodują, że na powierzchni pojawia się wszystko, co ukrywało się pod powierzchnią: złość i niezadowolenie.

Miłość nie pamięta złego. Nie wystawia rachunku. Nie wylicza. W związkach międzyludzkich często wyliczamy, co ta druga osoba nam zrobiła. I odpłacamy jej. Uważamy, że dobry związek polega na wyrównaniu. Jeśli ta druga osoba mnie zraniła, to ja też ją zranię. To nigdy nie doprowadzi do równości, tylko do niekończących się zarzutów, diabelskiego koła wzajemnych zranień, które nigdy się nie kończy. Tylko osoba małostkowa liczy i wylicza bez przerwy, wraca do minionych urazów czy zranień. Jeśli ktoś dzięki miłości stał się otwarty, nie musi tego robić. Miłość zwycięża zło, nie potęguje go w liczeniu. Miłość nie cieszy się z niesprawiedliwości, nie cieszy się zranieniem, ale współweseli się z prawdą. Raduje się, kiedy druga osoba nabiera swojej wartości. Nie chce deprecjonować jej zranieniem i tym samym traktować niesprawiedliwie.

Święty Paweł kończy opis miłości czterema centralnymi wypowiedziami: „wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma” (1 Kor 13,7).

Ta formuła przypomina hymny Platona albo utwory o miłości Maksymosa z Tyru. Również tutaj nie powinniśmy od razu patrzeć na stosunek do drugiej osoby. Miłość jest raczej widziana jako absolutna moc, jako dar Boga, który ma wpływ na całe nasze zachowanie. Miłość wszystko znosi. Właściwie znaczy to, że ochrania, osłania, strzeże. Greckie słowo „miłość” pochodzi od słów: „dach, sufit”. Miłość jest jak dach ochronny, który osłania nas, żeby wilgoć nie dostała się do naszego domu, żeby nie zapanowały w nim niedobre nastroje. Miłość jest jak dom, w którym możemy mieszkać i czuć się bezpiecznie. I jeśli nasz dom jest przytulny, to możemy naszą miłość zaoferować też innym jako ochraniający dach, pod którym będą się czuli bezpieczni i potrzebni. Miłość zaprasza też innych do naszego domu życia.

Miłość wszystkiemu wierzy. Greckie słowo pisteuein oznacza właściwie „wierzyć, ufać”. Miłość z zasady bierze się z zaufania do człowieka, życia i Boga. Tylko jeśli ufam drugiej osobie, potrafię ją kochać. Podobnie jest w języku niemieckim: słowa „wierzyć” i „wielbić” pochodzą od tego samego słowa liob, które oznacza „dobrze'”. Wierzyć znaczy zatem widzieć dobrze. Kochać znaczy dobrze obchodzić się z czymś/kimś. Mogę kochać tylko to, na co patrzę z dobrocią, czemu ufam. Dotyczy to zarówno człowieka, jak i Boga. Nie mogę kochać Boga, któremu absolutnie nie ufam. Miłość potrzebuje zaufania, ale ona również wyraża się w zaufaniu i wierze. Wierząc w człowieka, podnosi go i wywołuje w nim to, co dobre. Wielbić oznacza nazywać to, co dobre. Kiedy ubieramy w słowa to, co dobre, staje się to prawdziwe i działa.

Miłość we wszystkim pokłada nadzieję. Nadzieja jest innym aspektem wiary. Oczekuję czegoś od tego, kogo kocham. Spodziewam się czegoś z jego strony. Mam nadzieję, że to, co dobre, będzie w nim coraz silniejsze. Miłość przełamuje to, co pozorne. Ona widzi głębiej. Odkrywa w człowieku dobre ziarno, które chce w nim wykiełkować. Dostrzega w nim oznaki witalności, prawdziwości, widzi jego zdolności i możliwości. I miłość spodziewa się wszystkiego od Boga. Spodziewa się, że w nas i w ludziach, których kochamy, Bóg zdziała cuda swojej miłości.

Miłość wszystko przetrzyma. Staje przed drugą osobą, żeby ją wspierać i nieść. Jest z nią, obojętnie, jak ona się rozwija i co o sobie ujawnia. Towarzyszy na wszystkich drogach i bezdrożach. Czyni tak, bo wszystkiemu wierzy i we wszystkim pokłada nadzieję, bo w drugim człowieku widzi to, co dobre, i ma nadzieję, że dobre ziarno zawsze wyjdzie na jaw. Jest jak kolumna, na której druga osoba może się wesprzeć, i dźwiga wspólny dom bycia razem. W miłości mieszka siła. Greckie słowo hypomenein (znosić) pochodzi z języka wojennego. Oznacza: pozostać, żeby odeprzeć wrogi atak, stawić czoło atakowi, nie unikać wroga. Miłość nie daje się tak łatwo zmusić do ucieczki. Podejmuje walkę z wrogimi siłami. Wierzy w zwycięstwo. Jest silniejsza od wszystkiego, co chce podkopać życie. „Miłość nigdy nie ustaje” (1 Kor 13,8). Jest formą wieczności w czasie i dlatego nie ma końca, podczas gdy inne dary Boga są chwilowe i znajdują swój koniec w śmierci.

Przy wszystkich opisach miłości św. Pawła nie wolno nam od razu myśleć o tym, że musimy czynić to, czy tamto, że nie wolno nam się złościć, albo że nie możemy być zazdrośni, że nie wolno nam myśleć o sobie, tylko zawsze o korzyści dla innych. Jeśli w opisie św. Pawła usłyszymy tylko żądanie, to miłość nas przerośnie. Święty Paweł pisze raczej o tym, do czego miłość jest zdolna. Miłość jest siłą samą w sobie. Czasami czujemy, że jesteśmy wypełnieni miłością. Kobieta, która opowiedziała mi, że jednocześnie odczuwała głęboką czułość i miłość, nie czuła w sobie moralnej presji, że musi wszystkich kochać. Po prostu była pełna miłości. Miłość płynęła od niej do wszystkich ludzi, do kwiatów na łące, do zwierząt, do jej pokoju, do jej ciała. To jest zawsze tajemnica, kiedy dopadnie nas moc miłości. Miłość nadaje życiu jakość, która wydaje się wręcz niemożliwa. Jest boskim podarunkiem. To ma na myśli św. Paweł, kiedy mówi, że miłość jest darem Ducha Świętego. Święty Paweł nie chce, żeby jego opis miłości nas przerósł, tylko chce wskazać nam drogę, jak prawdziwie możemy żyć, jak nasze życie może nabrać nowego smaku, jak wypełnia się smakiem Jezusa i zostaje zaczarowane.

Często nie wiemy, dlaczego właśnie w danym momencie jesteśmy wypełnieni miłością i dlaczego czasem tygodniami, mimo że prowadzimy rozmowy o miłości, nic z niej nie czujemy. Jest to zawsze chwila łaski, kiedy człowiecze serce zostaje wypełnione miłością. To, co możemy zrobić, żeby czuć miłość w nas, starałem się opisać w tej książce. Jednak żadne ludzkie wysiłki nie wymuszą miłości. Bóg sam, tak twierdzi św. Paweł – a przed nim Grecy w swoim micie o Erosie – powoduje w ludziach miłość. Miłość jest wyrazem Jego boskości. Miłość jest boska. Bóg jest Miłością. Kto jest w Bogu, ten też jest miłością. I odwrotnie: „kto trwa w miłości, trwa w Bogu, a Bóg trwa w nim” (1 J 4,16). Jednak nie wystarczy rozkoszować się boskim darem miłości. Musimy pozwolić, aby miłość płynęła dalej do ludzi i świata. Musimy nadać jej wyraz przez nowy sposób zachowania. W przeciwnym razie umrze. W przeciwnym razie uczucie miłości nas zadusi. Miłość musi płynąć, żeby żyć.

O. Anselm Grün OSB

Medytacja – zanurzenie w komunii

Medytacja Chrześcijańska jako jedna z form modlitwy serca jest praktyką, którą najprościej można by określić mianem oddychania i kontemplacji miłosnej obecności Boga. Obie wspomniane rzeczywistości  składające się na tę praktykę modlitwy są ważne: oddech i świadomość. Obie maja odniesienie do żywej obecności Boga, w którą to obecność zanurza nas praktyka medytacji. Jest to zarówno kontemplacja obecności Boga obecnego w naszym wnętrzu zgodnie ze słowami św. Pawła: „Czyż nie wiecie, żeście świątynią Boga i że Duch Boży mieszka w was?” [1 Kor 16], jak i kontemplacją Boga, w którego wszechogarniającej rzeczywistości my jesteśmy zanurzeni, zgodnie ze słowami z Dziejów Apostolskich: ” Bo w rzeczywistości jest On niedaleko od każdego z nas. Bo w Nim żyjemy, poruszamy się i jesteśmy [Dz 17, 27-28].Medytacja zatem prowadzi nas do doświadczenia Boga jako kogoś zarówno immanentnego jak i transcendentnego. Do doświadczenia transcendentnej i immanentnej miłości, a więc miłości, która zarówno nas przekracza jak i przenika. Jak wspomniano ważna jest w doświadczeniu medytacji świadomość tej miłości, która jest jej źródłem i brzydko mówiąc „siłą napędową”.  Pomimo świadomości, która nam towarzyszy,  medytacja jest w pełnym znaczeniu tego słowa modlitwą kontemplatywną, tzn. taką, która stara się wyjść poza racjonalne myślenie i różnorodne odczucia, by wejść w obszar ducha, gdzie znaleźć można głęboki spokój umysłu i serca i gdzie tym, który nas prowadzi przez ów wewnętrzny świat jest nie nasz umysł lecz Duch Boga żywego, któremu pragniemy się poddać i powierzyć. Jak wspomnieliśmy już kiedyś to poddanie nie ma nic ze zniewolenia czy utraty własnej tożsamości. Jest to powierzenie się kierownictwu Ducha Świętego w pełnej świadomości wolności serca. Serca, która powierza się całkowicie Duchowi dlatego, że mu bezgranicznie ufa a ufność ta wyrasta jedynie z miłości i wiary.

Powtarzanie słowa czy wersetu i wsłuchiwanie się w nie, pozwala zająć uwagę medytującego, po to by móc jeszcze bardziej i bez zbędnych rozproszeń zatopić się w tę miłującą i cichą obecność Boga.

To właśnie w ciszy medytacji odnajdujemy komunię z Umiłowanym, jako prawdziwą rzeczywistość, którą oddychamy (a oddech przypomina nam, że ta komunia jest źródłem naszego życia). Wszystko, co składa się na elementy doświadczenia medytacji a więc oddech, słowo, świadomość, uważność i postawa przekonują nas, że ta modlitwa, to coś więcej niż obraz czy wyobrażenie, że to prawdziwy i żywy kontakt z prawdą i rzeczywistością obecnego w nas Boga. Medytacja to bycie w jedności z Bogiem i jednocześnie bycie w jedności ze sobą i wspólnotą Mistycznego Ciała Chrystusa, bo za każdym razem, gdy siadamy do medytacji zanurzamy się w tę jedność . W komunię, której źródłem jest Duch Święty, jako więź miłości a doskonałym jej przejawem Trójca Święta.

Komunia, w którą zanurza nas doświadczenie medytacji jest świadomością stawania się na nowo w Chrystusie nowym człowiekiem, zgodnie z tym, co mówi nam Słowo Boże:  Niech Pan zwlecze z Ciebie starego człowieka z jego uczynkami i przyoblecze Cię w nowego człowieka, stworzonego według wzoru Boga w sprawiedliwości i świętości polegającej na prawdzie [por. Kol 3, 9-10]. Nie ma tutaj miejsca żadne psychologiczne doświadczenie; nie maja znaczenia emocje, które mogą rodzić się w medytującym, ponad które trzeba nam się znieść nie przywiązując do nich zbyt wielkiej wagi. Może się nam nawet zdawać, że nic się nie dzieje. A jednak jak mówi Chrystus:  Czy człowiek śpi, czy czuwa, we dnie i w nocy nasienie zasiane w naszym sercu kiełkuje i rośnie, choć sami często nie wiemy jak to się dzieje [por. Mk 4,27]. Najważniejsze jednak jest to, że w skutek zanurzenia poprzez medytację w Komunię Bogiem już nigdy nie będziemy tacy sami.

 

Początek i koniec

Jest taki jeden dzień w roku, kiedy koniec spotyka się z początkiem w sensie symbolicznym. Mam na myśli ostatni dzień roku liturgicznego, będący jednocześnie dniem wejścia w przeżywanie czasu Adwentu, czasu oczekiwania, dla mnie zawsze także czasu jakiejś wewnętrznej radości.

Wstałem sobie rano, aby jak zwykle o 5.30 usiąść do medytacji. Była wyjątkowo dobra. Miałem na nią dużo czasu, bo pierwsze obowiązki duszpasterskie miałem mieć o 8.00. Usiadłem zatem i oto Pan powiedział mi, że to będzie dobry dzień. Niezwykły w swojej zwyczajności, ale muszę być czujny, aby dostrzec znaki tego co niezwykłe.

Każdy koniec to okazja do wdzięczności…

Pierwszym jej źródłem i niezwykłym doświadczeniem było śniadanie, które jak rzadko udało nam się przeżyć w pełnej wspólnocie kapłanów naszej parafii. (piszę, że rzadko się to zdarza, bo zazwyczaj ktoś idzie rano do szkoły, lub ma inne zajęcia np. jeden z moich współbraci ostatnio musi codziennie biegać na rehabilitację po operacji kręgosłupa). Zatem siedzieliśmy sobie tak razem przy śniadaniu i wówczas doświadczyłem przemożnej radości z powodu wspólnoty, w której dane jest mi pracować w parafii, w której jestem. To dobra wspólnota. Bez przesady mogę do niej odnieść słowa psalmisty:

 Oto jak dobrze i jak miło,

 gdy bracia mieszkają razem; 

 jest to jak wyborny olejek na głowie,

 który spływa na brodę,

 i na brzeg jego szaty

 jak rosa Hermonu, która spada

 na górę Syjon:

 bo tam udziela

 Pan błogosławieństwa,

 życia na wieki. [Ps133]

Doprawdy dobrze mieć takich współbraci, wśród których można się poczuć jak w domy, wśród których panuje zgoda i radość. Oczywiście każdy z nas jest człowiekiem i miewa swoje słabości, ale to naprawdę dobra wspólnota i każdy z jej członków stara się, aby tak było. 

Aż nam się nie chciało wstawać od śniadania, choć obowiązki wzywały, bo to pierwsza sobota miesiąca i trzeba było iść w odwiedziny i posługą sakramentalną do chorych, którzy nie mogą przyjść do kościoła (robimy to co miesiąc w każda pierwszą sobotę miesiąca). A ponieważ średnia wieku w naszej parafii jest dosyć posunięta w latach, to tych chorych mamy dosyć sporo (mniej więcej zajmuje to każdemu z nas ok. 5 godzin). I oczywiście późniejsze wyjście spowodowało, że zostałem upomniany przez wielu chorych, którzy czekając we własnych domach zwykle się niecierpliwią i upominają nas, jeśli się spóźnimy choćby kilkanaście minut w stosunku do godziny, do której się przyzwyczaili, że ksiądz przychodzi. Ale tak naprawdę ważniejsze jest to, że za każdym razem, gdy odwiedza się tę swoja gromadkę można zobaczyć na ich twarzach autentyczne szczęście i radość. Oni czekają zarówno na Chrystusa, który przychodzi do nich w Komunii świętej jak i na kapłana, który dla wielu z nich jest jedną z nielicznych osób, jakie ich odwiedzają  bo jak wcześniej pisałem różnie bywa w ich życiu: sa tacy, do których dzieci przyjeżdżają i opiekują się nimi a są i tacy, których rodzone dzieci nie odwiedziły przez kilka lat i poprzestają jedynie na jednym zdawkowym telefonie raz na tydzień lub nawet raz na miesiąc). Dlatego naprawdę cieszę się tym moim odwiedzaniem chorych. Kocham ich wszystkich i jestem naprawdę szczęśliwy, że czyniąc tak mało mogę wnieść w ich codzienność choćby ten mały promień radości, widząc ich rozpromienione twarze a niejednokrotnie i prawdziwe łzy szczęścia.

Ostatnio też jest mi dane chodzić za mojego rehabilitowanego współbrata do domu emerytów, który mamy na terenie parafii, by tam odprawiać Mszę świętą. To także niesamowite doświadczenie. Bardzo lubię te Eucharystie odprawiane w małej i ładnej kaplicy we wspólnocie tych autentycznie pobożnych ludzi.

Jest jednak coś jeszcze, co w tym doświadczeniu odwiedzin chorych mnie szczególnie uderzyło. Ostatnio wychodząc od jednej z moich chorych (zresztą bardzo ciężko) minąłem się w drzwiach z lekarzem, którego do niej wezwano, bo stan tej kobiety był naprawdę poważny. I wtedy pomyślałem sobie, że oto w drzwiach mija się dwóch lekarzy, choć ich posługa dotyczy różnych płaszczyzn ludzkiego życia. Nie chcę żeby zabrzmiało to jak wyraz mojej pychy, bo jej w tym, co piszę nie ma, ale pomyślałem sobie wtedy, że ten pan doktor przy całych swoich wysiłkach i staraniach nie jest w stanie dać tej kobiecie nic więcej poza chwilowym uśmierzeniem jej bólu i że jego rola kończy się tutaj, gdzie dobiega końca ludzkie życie, ja zaś w swoich marnych i niegodnych rękach trzymam lekarstwo, jakiego nawet największe medyczne umysły i najwięksi wynalazcy dać nie mogą. W małym okruchu chleba daję człowiekowi wszystko, czego tak naprawdę potrzebuję: daję mu ulgę i umocnienie w cierpieniu, daję mu szansę odkrycia sensu tego cierpienia, gdy potrafi spojrzeć na nie w perspektywie Tego, którego przyjmuję i daje mu uzdrowienie dużo pełniejsze i trwalsze niż ktokolwiek inny mógłby mu dać, gdyż sięgające ducha i duszy i przynoszące efekty nie tylko doczesne (choć i takie mogłoby przynieść jeżeli taka byłaby wola Boża) ale przede wszystkim sięgające wieczności. Zaprawdę powiadam, to niezwykła świadomość i doświadczenie wdzięczności, które się w jej rezultacie budzi w sercu kapłana, który wie, że wszystko to ma nie od siebie i nie z powodu swoich własnych walorów, ale tylko i wyłącznie z łaski i miłości, która najpierw dotknęła jego serca, po to, aby mógł nieść ją innym.

Piszę to wszystko u progu Adwentu, czasu oczekiwania na przyjście Pana, ale też ze świadomością, że On nieustannie przychodzi do mnie i przez moją posługę chce wchodzić w życie innych ludzi..

W dzisiejszym świecie człowiek coraz bardziej czuje się wyobcowany. Boleśnie doświadcza tego, że w wielu dziedzinach trudno mu poradzić sobie z wyzwaniami życia i że coraz częściej postrzega świat jako wrogi, w którym dosłownie przychodzi mu często walczyć o przetrwanie. Codzienna pogoń za dobrami materialnymi staje się dla niego obsesją i nieustanną walką o jakiś uznany przez niego i nieraz wyimaginowany poziom życia, poniżej którego życie wydaje się już nie do zaakceptowania. To sprawia, że coraz częściej dotyka on życia jedynie powierzchownie i zewnętrznie, bo nie starcza mu czasu na zejście w głąb. To wszystko doprowadza do nieświadomego zatracania siebie, którego efektem jest wewnętrzna pustka i uczucie pewnego rodzaju wegetacji, bez konkretnego i daleko sięgającego celu, bez stałych wartości, które trudno by zakwestionować czy obronić przed współczesnym relatywizmem, a w konsekwencji  bez dobrze i głęboko przezywanej duchowości. To bowiem co coraz częściej proponuje nam świat, to jedynie jej substytut.

To wszystko powoduje, że coraz częściej można spotkać takie osoby (także młode), które niosą w sobie rozgoryczenie, ból niespełnienia, frustrację, które przekładają się na codzienne funkcjonowanie i jego jakość. Dobrze jeszcze, jeśli rodzą one w człowieku jakąś tęsknotę np.  tęsknota za wewnętrzną radość i jej szukaniem, za trwałymi wartościami, na których można oprzeć życie bez względu na zmieniające się mody, wreszcie za wiarą, nadzieją czy miłością, które widzimy u innych osób. Gorzej jeśli już za niczym nie tęsknią i skazują się na pewien rodzaj wegetacji, gdzie nie ma miejsca, na nadzieję czy miłość, bo wielokrotnie zostały zawiedzione lub na wiarę, która często źle przezywana nie spełniła pokładanych w niej oczekiwań.  Pisze o tym wszystkim, bo dzisiaj wcale nie rzadko można spotkać takie osoby. Najbardziej bolesne jest to, gdy są to osoby młode, będące niejako u progu swojego życia a już zrezygnowane. Jak bardzo ich postawy kontrastują z postawami tych starszych osób, które odwiedzam w dniu chorych z posługą kapłańską i w których oczach widzę jeszcze wciąż blask wiary, silę miłości i nadziei, która potrafiłyby zarazić jeszcze nie jednego człowieka. Są tacy pomimo iż życie ich nie rozpieszczało, że przeszli wiele trudnych doświadczeń, ale są przede wszystkim takimi dlatego, że nigdy nie zatracili tej niezwykłej umiejętności przezywania życia głębiej a nie zatrzymywania się jedynie na jego powierzchni, że nie stawiali sobie wyimaginowanych wyobrażeń o tym, co powinni osiągnąć, ale stawiali czoła codzienności, wiedząc, że jest ona jedynie kolejnym krokiem na długiej drodze, której na imię życie i że trzeba się każdym z tych kroków, nawet najmniejszych cieszyć. Dlatego tak naprawdę wiele czerpię z tych spotkań a ich radość jest tym większa, że mam świadomość, że wzajemnie się obdarowujemy.

Pisze o tym, bo wszystko to pozwala mi jeszcze bardziej świadomie i głębiej przeżywać moje kapłańskie powołanie, którym jest jego nieustająca posługa dla ludzi w imieniu Pana, który wybrał go na Ziemi jako tego, który ma możliwość dać drugiemu człowiekowi to, czego nie może mu dać nikt inny.  Dlatego każdy kapłan – jakkolwiek pompatycznie by to brzmiało – jest zaproszony do tego, by być tym duchowym lekarzem, który leczy nie mocą swoich umiejętności, lecz tym, co sam otrzymał a więc Bożą Prawdą i Bożym Miłosierdziem. Można powiedzieć, że podstawowym zadaniem kapłana jest stać na straży ludzkiej duszy i ludzkiego serca! Oczywiście swoje kwalifikacje rozwija na miarę troski o swoje wewnętrzne życie, ale też i pokorę, która polega przede wszystkim na tym, aby chcieć stać się narzędziem w rękach Boga, „sługą nieużytecznym”, który z tego dzielenia się tym, co sam otrzymał i na co z pewnością nie zasłużył potrafi czerpać wewnętrzną radość. Oczywiście dzisiaj jest tak, że nie wszyscy potrzebujący do niego przyjdą, więc w dzisiejszym świecie, który nie zawsze jest przyjazny kapłanowi musi on niejednokrotnie sam wychodzić do ludzi i szukać ich narażając się na to, że będą tacy, którzy pomimo duchowego cierpienia nie zechcą przyjąć tego, co on a właściwie Chrystus przez niego ma im do zaoferowania. Nie mogę uwić sobie ciepłego gniazdka z nadzieją, że ci zagubieni sami przyjdą. Bycie kapłanem to nieustanne pielgrzymowanie wśród ludzi. Jakimś symbolem tego pielgrzymowania jest zapewne „kolęda”, która w poniedziałek rozpocznie się w naszej parafii. Ile osób zechce dostrzec w tym przychodzącym kapłanie tego, który nie stanowi zagrożenia dla ich wolności, ale tego, który jest darem, bo idzie z darem błogosławieństwa w imię samego Boga. Gdyby więcej osób  było świadomych jak wielka moc się za tym kryje, może mniej drzwi byłoby zamkniętych. Ale pukać trzeba wszędzie. Z nadzieją… Bóg przecież nie rezygnuje z człowieka nawet wtedy, gdy ten już z Boga zrezygnował.  Ponieważ wielu z nich jest tak rozpędzonych w swym nieświadomym zagubieniu, że nie są w stanie zauważyć, Boga przechodzącego przez swoje życie.

Posługa kapłańska wymaga ciągłego powtarzania sobie, że jestem dla ludzi i tylko wychodząc do nich mogę mieć szansę otworzyć ich serca na prawdę Bożą i na Bożą miłość. Jednak żeby uzmysłowić ludziom oczywiste Boże Prawdy, trzeba także samemu żyć na co dzień tą prawdą i świadomością Boga obecnego i przechodzącego nieustanie i na różne sposoby przez moje życie: w modlitwie, w darze liturgii, w drugim człowieku, w wydarzeniach codzienności, także tych niełatwych.

I dzisiaj dane mi było doświadczyć tego przechodzenia Boga przez moje życie na różne sposoby. Spełniła się z nawiązką obietnica Chrystusa z porannej medytacji. Ostatnim aktem tego przechodzenia była przepiękna wieczorna liturgia wigilii Adwentu w kościele Wspólnot Jerozolimskich, dzięki której mogłem z wielka radością wejść w ten nowy Adwent i która na nowo pozwoliła mi z taką wyrazistością odczuć radość z daru kapłaństwa, gdy stojąc we wspólnocie ludzi mogłem się dzielić zarówno moim osobistym doświadczeniem i przemyśleniami na temat drogi modlitwy serca i być jednocześnie uczniem i biorca tego, co z tak wielka hojnością Pan Bóg daje mi w spotkanych na mojej drodze osobach.

Jak ktoś to kiedyś ładnie wyraził: „Ksiądz powinien pamiętać też o tym, że dzięki ludziom może realizować swoje posłannictwo i powołanie jakim obdarzył go jego Pan wybierając spośród wielu ludzi tej ziemi i obdarowując czymś, czego po ludzku nie sposób wyrazić i ogarnąć”.

Ja staram się o tym nigdy nie zapomnieć…

Życzę Wam wszystkim, Drogim Gościom tego bloga Dobrego i owocnego Adwentu!