Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Nazaret – szkoła milczenia

Dzisiaj w brewiarzowej modlitwie Godziny Czytań, znalazłem bardzo głęboki komentarz papieża Pawła VI, zapraszający do spojrzenia na Nazaret – miejsce narodzin Chrystusa w perspektywie podkreślenia ważnych dla życia chrześcijanina wartości, na które wskazuje. Mam na myśli szczególnie wartość ciszy, jako przestrzeni dla rozwoju medytacji. Wsłuchajmy się w to, co mówi Ojciec Święty:

Nazaret jest szkołą, w której zaczyna się pojmować życie Jezusa: jest to szkoła Ewangelii.

Tutaj przede wszystkim uczymy się patrzeć, słuchać, rozważać i przenikać głębokie i tajemne znaczenie tego bardzo prostego, pokornego i jakże pięknego objawienia się Syna Bożego. Może też i całkiem nieświadomie uczymy się Go naśladować. Tutaj jest nam dane zrozumieć w pełni, kim jest Chrystus. Tu wszystko tutaj przemawia, wszystko nabiera znaczenia. Tu, w tej szkole, widzimy potrzebę duchowego wyrobienia, jeśli chcemy iść za nauką Ewangelii i być uczniami Chrystusa. Jest tutaj lekcja życia rodzinnego. Uczmy się od Nazaretu, że życie rodzinne jest drogie i niezastąpione i że w sferze społecznej ma ono pierwszorzędne i niezrównane znaczenie. Jest lekcja pracy, która chce nam przywrócić świadomość jej wartości, przypomnieć, że praca nie może być sama w sobie celem, ale że jej wartość i wolność, którą daje, płyną bardziej z wartości celu, jakiemu ona służy, niż z korzyści ekonomicznych, jakie przynosi.

Ale co najistotniejsze dla nas medytujących – jak pisze Ojciec Święty:  Nazaret jest przede wszystkim lekcją milczenia. Niech się odrodzi w nas szacunek dla milczenia, tej pięknej i niezastąpionej postawy ducha. Jakże jest nam ona konieczna w naszym współczesnym życiu, pełnym niepokoju i napięcia, wśród jego zamętu, zgiełku i wrzawy. O milczenie Nazaretu, naucz nas skupienia i wejścia w siebie, otwarcia się na Boże natchnienia i słowa nauczycieli prawdy; naucz nas potrzeby i wartości przygotowania, studium, rozważania, osobistego życia wewnętrznego i modlitwy, której Bóg wysłuchuje w skrytości.

Jest to jedno z najpiękniejszych wprowadzeń do medytacji, jakie dane mi było usłyszeć . I to jeszcze z ust samego papieża.

Medytacja Chrześcijańska jest codzienną modlitwą ciszy i miłosnej obecności wobec utajonego w sercu Boga. Jest niczym innym jak próbą wsłuchiwania się w Boga i Jego wolę. Dla chrześcijanina wypełnianie tej woli winno być pokarmem tak jak było dla samego Chrystusa, czy też dla Maryi i św. Jana Chrzciciela – tych charakterystycznych postaci czasu Adwentu. Cechą wyróżniającą tych, którzy pragną swoje życie opierać o realizowanie woli Bożej jest przede wszystkim wsłuchiwanie się w Boga i Jego Słowo. „Mów, Panie, bo sługa Twój słucha” (por. 1 Sm 3, 9). Czyż to wezwanie nie jest najlepszym wstępem do modlitwy, zwłaszcza takiej jaką jest medytacja – modlitwa nastawiona nade wszystko na słuchanie.  Jej wyróżniającą się charakterystyczną cechą jest powtarzanie wybranego słowa lub wersetu podczas całego czasu trwania medytacji. To powtarzanie ma jeden istotny cel: pozwolić na to, by Słowo Boga wyryło się nie tylko w naszym umyśle ale i sercu, gdyż to właśnie serce człowieka jest źródłem jego decyzji, wyborów, o czym przypomina Jezus w swojej Ewangelii. Medytacja jednak to coś więcej niż tylko trwanie przed Bogiem. W jej pozornej bierności zawiera się także pewne napięcie, aktywność, czyniąca zeń modlitwę w pełnym znaczeniu tego słowa kontemplatywną, czyli taką, która uzdalnia człowieka medytującego do wyjścia poza racjonalne myślenie, po to,  by wejść w obszar ducha, gdzie znaleźć można głęboki spokój umysłu i serca wypływające z zanurzenia się w miłującej obecności Boga. Owo wyjście w obszar ducha nie jest jednak naszą zasługą czy nagrodą za wierne medytowanie; jest ono bezinteresownym darem Boga i nikt z nas nie jest w stanie określić kiedy ten moment nastąpi. Jest to dar wiążący się z postawa pokory i zawierzenia, dlatego medytacja jako modlitwa ubóstwa uczy nas raczej przyjmować mniej i to z wdzięcznością niż spodziewać się zbyt wiele.

Jedną z cech medytacji jest to, co bardzo pięknie i obrazowo przedstawił to amerykański karmelita i nauczyciel medytacji Ojciec Ernest Larkin : Medytujący się pozostaje w spokoju, jakby na dnie rzeki, gdy rozproszenia niczym pływające obiekty przesuwają się nad nim, po jej powierzchni. Ich obecność jest zauważona, ale ignorowana. Powtarza mantrę, wsłuchuje się w nią, pozwala jej zająć jego całą uwagę im więcej zapada się w ciszę.

W ciszy odnajduje komunię z Ukochanym, jako prawdziwą rzeczywistość, a nie jako odbicie, czy obraz, nie w jakiś uchwytny, czy też rozpoznawalny sposób, ale raczej poprzez kontakt z prawdą i rzeczywistością. Komunia jest byciem tym, kim się jest i to bycie w jednością z Trójcą Świętą jest istotą medytacji.

Komunia jest świadomością stawania się na nowo w Chrystusie. Jest świadomością stawania się nowym człowiekiem rodzonym przez miłość i łaskę. Nie ma tutaj miejsca żadne doświadczenie typu psychologicznego. Często wydaje się, że nic się nie dzieje, nic oprócz doświadczenia ogarnięcia ową nową rzeczywistością, tym wielkim darem przebywania w obecności Boga i możliwości schronienia pod Jego skrzydłami, zgodnie ze słowami Psalmisty:

Wzywam Cię, bo Ty mnie wysłuchasz, mój Boże!

 Nakłoń ku mnie Twe ucho, usłysz moje słowo.

Okaż miłosierdzie Twoje, 

Zbawco tych, co się chronią  przed wrogami pod Twoją prawicę.

Strzeż mnie jak źrenicy oka;

Ukryj mnie w cieniu Twych. [Ps 17, 6-8]

(za: Contemplative Prayer for Today, wyd. MedioMedia)

 

 

Wierność i konsekwencja miłości

Jeszcze nie zdążyliśmy w pełni nacieszyć się Narodzeniem Pańskim, naszymi pięknymi kolędami i choinką, aż tu nagle krew, śmierć, nienawiść! Dlaczego radosna oktawa Bożego Narodzenia została zakłócona tą niewinną śmiercią?

Widoczny jest tutaj wyraźny kontrast z radością wczorajszego dnia. Nagła zmiana tonu, atmosfery i myśli. Wczoraj, wraz z pasterzami prowadził nas Kościół do żłóbka nowo narodzonego Syna Bożego. Leży On wprawdzie w stajni i w żłobie, ponieważ nie było dla Niego miejsca w gospodzie. Przychodząc na ten świat wybiera drogę uniżenia i ubóstwa; tak będzie przez całe Jego życie. Mimo tego uniżenia cieszyliśmy się wraz z pasterzami, Maryją i Józefem. Radość była tak wielka, że nie patrzyliśmy na uniżenie. Narodzenia Pańskie jest świętem radości! Ten nastrój wzmacniał jeszcze kolor szat liturgicznych. Biel lub złoto – to w liturgii symbole radości i pokoju.

Tak było wczoraj. A dziś? Dzisiaj całkowita zmiana kolorów i nastrojów. Zamiast bieli czerwień, purpura – kolor krwi, męczeństwa i śmierci. Kiedy się wsłuchujemy z wiarą w słowo Boże, to wydaje się nam, że to już nie radosny okres Bożego Narodzenia.

Dlaczego Kościół zestawia ze sobą takie przeciwieństwa? Dlaczego sąsiadują ze sobą takie dwa kontrastowe święta? Spróbujmy głębiej wniknąć w myśl Kościoła, w myśl świętej liturgii.

Kontrast między tymi świętami jest oczywisty, kiedy jednak głębiej wnikniemy w liturgię tych świąt, porównamy ją ze sobą, to dostrzeżemy również głęboką harmonię. Pod różnymi kolorami szat liturgicznych, pod różnym nastrojem płynie ten sam nurt teologiczny, a nawet chciałoby się powiedzieć mistyczny. Obok największej miłości Boga stawia Kościół dzisiaj największą miłość człowieka, który dla Chrystusa oddaje swoje życie i modli się – jak Chrystus – za swych prześladowców: „Panie nie poczytaj im tego grzechu”. Zestawienie obok siebie tych dwu świąt uczy, że miłość Boga domaga się naszej miłości.

Największa miłość Boga domaga się największej miłości człowieka. Krew Szczepana uświadamia nam, że: za miłość trzeba płacić miłością, a miłość wcale nie rzadko łączy się z ofiarą. I nie chodzi nawet o to, że ta ofiara jest wymagana, czy oczekiwana. Kiedy spoglądamy na matkę gotową do największej nawet ofiary dla dobra swojego dziecka, czy wynika ona z tego, że dziecko jej żąda? Nie, wynika z tego, że taka po prostu jest prawdziwa miłość – ofiarna i wierna do końca!

Całe życie św. Szczepana, a nie tylko jego ostatnie chwile, na których się tak łatwo skupiamy przypominają nam o tym, że życie ucznia Jezusa powinno być żywą repliką życia Mistrza. Ofiara Szczepana jest po prostu konsekwencją wypełnienia do końca Jezusowego przykazania miłości: „Przykazanie nowe daję wam, abyście się wzajemnie miłowali, tak jak Ja was umiłowałem…” (J 13,16). Ta śmierć jest jedynie dowodem na to, że Szczepan umiłował rzeczywiście „do końca”. Zrozumieć jednak może to wszystko jedynie ten, kto zna prawdziwą naturę miłości i kto nią żyje, bo tylko ten wie, że prawdziwa miłość daje się zawsze nie na 100%.

Jest jeszcze druga nić łącząca te dwa święta – wierność i konsekwencja. Wczoraj było święto wierności i konsekwencji Bożej. Bóg dotrzymał słowa… Bóg z żelazną konsekwencją zrealizował dane obietnice i te dane na początku (por. Rdz 3,15) i te ofiarowane w ciągu całej historii zbawienia. Tę wierność Boga liturgia Bożego Narodzenia podkreśla w różny sposób.

Dzisiaj natomiast obchodzimy święto wierności i konsekwencji ludzkiej. Szczepan dotrzymał słowa danego Chrystusowi, nie tylko wtedy, gdy z łaski Chrystusa czynił cuda i znaki, ale również pod rzutami kamieni. Dotrzymał słowa nie tylko w radości, ale również w cierpieniu i śmierci.

Mogli byśmy powiedzieć, że na bardzo wysoką nutę nastrojone jest dzisiejsze święto: najwyższa miłość i wierność, heroizm, konsekwencja, śmierć w służbie prawdy. To zbyt wysoko brzmi dla nas, zwykłych zjadaczy chleba i pastorałkowych chrześcijan! Czy aż tak poważny jest obowiązek chrześcijańskiego życia? Czy aż tak wiele wymaga Chrystus? Czy to nie za dużo jak dla nas? Kiedy jednak próbujemy odpowiedzieć na to pytanie, to musimy przyjąć jedno zasadnicze założenie: Realizacja takich owoców miłości i wierności jest niemożliwa tylko o naszych własnych siłach! Św. Szczepan stał się żywą repliką Chrystusa dzięki mocy Ducha, czego nie omieszka zaznaczyć autor Dziejów Apostolskich: „Nie mogli jednak sprostać mądrości i Duchowi, z którego natchnienia przemawiał” (Dz 6,10). Miłość św. Szczepana i jej konsekwencje ma zatem swoje źródło w Duchu Świętym. W Ewangelii przecież Chrystus zapowiada, że Apostołów spotkają prześladowania. Na tę trudną godzinę obiecał im jednak pomoc: „gdyż nie wy będziecie mówili, lecz Duch Ojca waszego będzie mówił przez was” (Mt 10,20).

I faktycznie całe dzieje chrześcijaństwa są żywym dowodem na to, że uzbrojeni mocą z wysoka słabi ludzie potrafią dokonywać rzeczy niezwykłych.

I tu jest odpowiedź na nasze pytania i wątpliwości: Czy i my tak potrafimy? A św. Paweł doda: „Wszystko mogę w tym, który mnie umacnia”.

Tylko czy my w to naprawdę wierzymy? Czy uczestnicząc w Eucharystii, której Duszą jest Duch Święty, którego mocą dokonuje się największy cud wszech czasów: zamiana chleba i wina w żywego i obecnego wśród nas Boga, wierzę w to, że ma On moc przemienić także mnie w pełnego heroicznej miłości chrześcijanina, którego życie w pełni będzie odbiciem życia i miłości mojego Mistrza?

Mówi się, że każdy początek jest trudny…

Mówi się, że każdy początek jest trudny…

Nie inaczej jest, gdy sięgamy po prolog Ewangelii św. Jana, który przywołuje dzisiejsza Uroczystość. Początek Ewangelii św. Jana, zupełnie niepodobny do pozostałych trzech Ewangelii wcale nie łatwo jest zrozumieć. Kiedy jednak nie zabraknie nam dobrej woli a nade wszystkim prośby do Ducha Świętego, aby pozwolił nam wniknąć w tajemnice tego tekstu, wówczas objawić się może przed nami całe jego bogactwo i głębia, z jaką św. Jan – z pewnością wyjątkowy wśród Apostołów – spoglądał na tajemnicę Bożego wcielenia.


Ewangelista z radością oznajmia, że oto Bóg za pośrednictwem swojego Syna, swojego Słowa, daje nam – ludziom niezwykły dar. Jest nim możliwość stania się Jego dziećmi i nawzajem dla siebie braćmi. Słysząc tę zapowiedź możemy mieć wątpliwości, czy jest to naprawdę możliwe, gdy spogląda się na podziały i konflikty, które toczą ludzi i przechodzą nie tylko poprzez religie, narody, ale także nierzadko poprzez nasze domy i rodziny. A jednak święty Jan nie rezygnuje z zachęty do otwarcia się na ten Boży dar.

Ale, żeby nie było wątpliwości, że to wszystko, o czym pisze w swojej Ewangelii nie jest wymysłem jedynie duchowego wizjonera i marzyciela, mówi że dzieje się tak dzięki Słowu, które będąc od początku u Boga, zjawa się w pełni czasów, jako Światło. I ukazuje się wszystkim! Każdemu daje możliwość poznania Go, pokochania i przyjęcia. I to właśnie ten fakt daje człowiekowi możliwość włączenia się w Bożą Rodzinę. Bóg, aby nam się w dostateczny sposób dać poznać, tak by nikt już nigdy nie usprawiedliwiał się, że nie miał takiej możliwości staje pośród nas jako Człowiek: „Słowo stało się Ciałem”, ale to nie koniec Jego sposobu wchodzenia w życie człowieka. Aby się jeszcze mocniej zjednoczyć to samo Słowo staje się także Ciałem, w którym przyjmując Go, przyjmujemy w siebie Jego własne życie. I to właśnie owa komunia przyjmujących Jego Ciało tworzy między nami nowe i nadprzyrodzone pokrewieństwo, nową społeczność narodzonych z Boga.

Święty Jan wskazuje także w Prologu na innego człowieka, św. Jana Chrzciciela, który przyszedł na świat po to, aby dać świadectwo o Bogu obecnym pośród ludzi. Ma on świadczyć w ciemności ówczesnego świata, że Światło jest już tutaj.

Przez to przesłanie święty Jan Ewangelia chce także ukazać funkcje każdej i każdego z nas, którzy słuchamy Słowa, którzy poprzez Komunię przyjmujemy w siebie nowe życie pochodzące od Boga. Tak jak Jan mamy dawać świadectwo. Mamy tak żyć, aby inni dzięki nam mogli uwierzyć w Niego. To jest nasze zadanie!

Zawielibyśmy, gdybyśmy tego Światła i tego Życia nie przyjmowali. Ale zawiedlibyśmy także, gdybyśmy tego, co otrzymujemy od Chrystusa nie chcieli dalej przekazywać. Zawiedlibyśmy oczywiście nie bez następstw…

To wezwanie do dawania świadectwa naszej wiary jest jednak dla nas także wezwaniem do tego, abyśmy chcieli jeszcze bardziej się z Nim zjednoczyć. Jeżeli bowiem mam dawać Boga innym, sam muszę być Nim wypełniony. Bóg, który rodzi się w Betlejem także i przede wszystkim chce narodzić się w naszych sercach! To Jego rodzenie się w nas jest oczywiście Jego darem, ale udzielając nam go pragnie On jednocześnie, abyśmy tej łaski w sobie nie zmarnowali. Bo jeśli zaniedbamy nasze dawanie świadectwa wiary a przede wszystkim życie wiarą, to zamiast stać się synami światła i życia możemy przyłożyć rękę do tego, co jest działaniem ciemności.

Święty Jan chce nam dzisiaj uzmysłowić, że właśnie poprzez zjednoczenie z Chrystusem stajemy się zdolni przekazywać Jego łaskę i miłość tym wszystkim, do których każdego dnia nas posyła.

Łaska wiary, jest zawsze niezasłużonym darem, którego nigdy i niczym nie możemy spłacić. Możemy za nią jedynie dziękować.

A prawdziwym podziękowaniem za otrzymany dar Boży jest przyczynienie się do tego, aby inni mogli także tym darem wiary się cieszyć. Bóg daje mi po to, abym mógł jeszcze więcej dawać. Chce przez nas także innym dawać „łaskę po łasce”.

Gdy to zrozumiemy – zrozumiemy czym tak naprawdę jest Boże narodzenie i będziemy potrafili dzielić się naszą wiarą jako najradośniejszą Nowiną a nie trzymać ją pod korcem, z lęku przed tym co inni sobie o nas pomyślą, albo jak nas potraktują.

Tej radosnej odwagi w dzieleniu się wiarą Wszystkim Wam życzę!


A na koniec mała świąteczna dedykacja dla Przyjaciół! Moim zdaniem jedna z najpiękniejszych kolęd. Zawsze się przy niej wzruszam:-) Ciesząc się obecnością bliskich pomyślmy także ciepło o tych, których już nie ma, choć są z nami w innej postaci…

Jedyna taka noc

Wigilia Bożego Narodzenia to chyba dobry dzień, by wrócić na bloga po chwilowej przerwie. 

Ostatni tydzień Adwentu minął mi wyjątkowo szybko, choć chyba udało mi się dotknąć tego, do czego tak mocno zachęcał Merton swoich podopiecznych, gdy był mistrzem nowicjatu, próbując zachęcić ich do odkrycia tego szczególnego zaproszenia, jakie kieruje do nas czas Adwentu, bardziej chyba niż inne okresy liturgiczne: Jest to czas aby bardziej być dla Boga…

Oczywiście bycia dla Boga nie oznacza unikania kontaktu z człowiekiem, ale warto nie szukać go bardziej niż Bóg od nas tego wymaga poprzez ducha służby. Był to zatem czas rekolekcji, które ze swej natury zawsze stają się okazją bycia bardziej dla Boga. Ale również ze względu na to, że Pan Bóg pobłogosławił mnie już w trakcie ich trwania zapaleniem gardła i w konsekwencji utratą głosu stało się okazja do tego, by tą ostatnią prostą przed świętami spędzić w większej ciszy. Także wewnętrznej. Thomas Merton okazał się po raz kolejny niezawodnym towarzyszem tego czasu. To, co tym razem dane było mi odkryć z jeszcze większą ostrością, to fakt, że studiując dzieła Mertona można tak mocno doświadczyć, że jest on naprawdę kimś bliskim, dla wszystkich tych, którzy mają odwagę wyruszenia w duchową podróż, bez jakichś szczególnych zabezpieczeń, oczekiwań lecz uzbrojeni w pewna duchową ciekawość. Mimo iż miał świadomość, że jego książki znajdują tysiące czytelników na całym świecie, nigdy nie próbował kreować siebie na kogoś więcej niż jak to sam określa „jednego z was”. Pisząc i dzieląc się swoimi przeżyciami był w pełni świadom, że jego życie nie należy wyłącznie do niego, a mimo to potrafi nieustannie zachwycać sposobem życia, które cechowała niespotykana odwaga własna i niepowtarzalna prawda swojego własnego jestestwa. Jego towarzysze zakonnej drogi i przyjaciele, którzy znali go osobiście zgodnie twierdzą, że Mertona można lepiej poznać przez jego twórczość aniżeli poprzez osobisty kontakt. Ta świadomość choć trochę rekompensuje fakt, że przyszło mi urodzić się w roku, w którym Merton odszedł do domu Ojca. Kolejne lata spędzone z Mertonem dzięki jego dziełom sprawiają jednak, że ciągle na nowo odkrywam ogromne wewnętrzne bogactwo tego pełnego cudownego poczucia humoru mnicha z Gethsemani, jego głęboki humanizm i żywą świadomość Boga obecnego we wszystkim i przeświecającego przez wszystko. Dlatego jest on dla mnie i pozostanie jednym z najlepszych towarzyszy na czas Adwentu. Dla mnie ten szczególny okres przygotowania przeżyty w bliskości tego niezwykłego trapisty nigdy nie będzie zmarnowany.

I tak oto nasza wspólna duchowa podróż poprzez Adwent A.D. 2012 dobiega końca. Za krótka bowiem chwilę da się słyszeć świadectwo Jana Apostoła:  „A Słowo stało się ciałem i zamieszkało wśród nas. I oglądaliśmy Jego chwałę, chwałę, jaką Jednorodzony otrzymuje od Ojca, pełen łaski i prawdy”, poprzedzone dzisiaj proroctwem Zachariasza. Jest on pieśnią wypełniającej się nadziei. To nadzieja na prawdziwą wolność wybawiającą od śmierci; na światło wyzwalające z ciemności grzechu. A Tym, który jest wyzwolicielem człowieka i który jest Światłem, jest Chrystus. Przychodzi z darem pokoju serc do każdego człowieka, przychodzi jak pierwsze promienie wschodzącego słońca, dające ciepło oraz jasność. Jak żyć bez światła? Nawet jeżeli to możliwe, to jakże smutne to życie. Zwłaszcza odnosząc to do aspektu duchowego. Dostrzegł to Zachariasz, nietrudno dostrzec i nam. Inna sprawa, czy żyjąc we współczesnym świecie nie przyzwyczajamy się do przebywania w mroku, którym tak często współczesny świat próbuje nam przykryć prawdziwego Boga. Czy te święta sprawią, że będziemy chcieli bardziej otworzyć oczy, po to by tak jak wspomniany Thomas Merton bardziej dostrzegać obecnego we wszystkim i prześwietlającego przez wszystko Boga nie tylko od święta i otworzyć się na ożywcze promienie Jego łaski i światła, przemieniające wszystko dookoła, począwszy od naszego serca? 

Tego pragnę Wam wszystkim, Czytelnikom tego bloga życzyć. Niech zatem te Święta Bożego Narodzenia przyniosą Wam wszystkim nową nadzieję, niech bardziej otworzą Wasze oczy, byście potrafili we wszystkim dostrzegać działanie Boga, który zechciał stać się Emmanuelam – Bogiem pośród nas i niech wypełnia Wasze serca Bożą Miłością, Radością i Pokojem!  

 

 

 

 

 

 

 

 

Jak medytować? Powtarzania nigdy za wiele.

Medytacja Chrześcijańska jakiej nauczał o. John Main zawiera w sobie cztery elementy składowe:

1. Siedzenie w pozycji wyprostowanej: Chodzi o zachowanie wyprostowanego kręgosłupa bez względu czy siedzimy na krześle, na poduszce czy na stołeczku do medytacji. Zalecenie to służy przede wszystkim koncentracji w czasie modlitwy i zachowaniu uważności.

2. Oddech: Ważne jest żebyśmy oddychali naturalnie i spokojnie, ale głęboko, tak aby nasz oddech był jak najpełniejszy czyli sięgał aż do przepony. Niestety życie w pośpiechu pozbawiło nas w dużej mierze umiejętności takiego zdrowego oddychania, więc jest możliwość, że będziemy musieli na nowo do niego wrócić. Ważne jednak, aby ten oddech nie był wymuszony, lecz dokonywał się naturalnie. W tym także pomaga wyprostowana pozycja, gdyż nie uciska naszej przepony i pozwala nam oddychać głębiej. Jak wspomniano już niejednokrotnie dla nas chrześcijan oddech ma także wymiar teologiczny – jest bowiem symbolem życia, tchnienia, którego źródłem jest sam Bóg.

3. Nieustanne powtarzanie słowa, wersetu czy jak kto woli mantry: Jesteśmy zaproszeni by w trakcie trwania modlitwy starać się bez przerwy powtarzać nasze słowo czy werset modlitewny. Można to robić mając zamknięte lub delikatnie przymknięte oczy, co ułatwia skupienie się na modlitwie.

Jak naucza ojciec John Main wezwanie ma trojaki cel:

  • po pierwsze i najważniejsze, dla nas chrześcijan, którzy medytujemy wypowiadanie wezwania jest wyrażeniem wiary w Chrystusa, który żyje w naszych sercach;
  • dalej, pomaga ono radzić sobie z rozproszeniami. Umysłowi potrzebny jest jakiś punkt zaczepienia, coś, co będzie go absorbować. W ten sposób umysł ignoruje przychodzące rozproszenia, i stopniowo się wycisza;
  • po trzecie wreszcie: umożliwia ono osiągniecie prostoty.

Gdy jakieś myśli lub obrazy zakłócą naszą modlitwę, delikatnie i bez napięcia i walki z nimi wracajmy do recytacji. Ważne zalecenie, do jakiego wzywał swoich uczniów już św. Jan Kasjan to to, by nigdy nie osądzać swojej modlitwy po ilości rozproszeń ani też jakichkolwiek innych doznań.

Wezwanie powinno  być – jak nauczał o. John –  wybierane ze szczególną starannością, jest bowiem wyrazem naszej wiary. Nasza medytacja jest medytacją chrześcijańską, ponieważ wynika z wiary osoby medytującej, a zatem można się także o nie pomodlić, gdyż to Duch Święty jest naszym najlepszym wewnętrznym nauczycielem – i to On zatem może nas zainspirować do wyboru naszego własnego wezwania. Wezwaniem, jakie zalecał o. John Main jest słowo „Maranatha” – słowo pochodzące z języka aramejskiego, którym posługiwał się Jezus. „Maranatha” znaczy tyle co: „Przyjdź, Panie Jezu!” lub „Pan przychodzi”. Ponieważ nie jest to słowo z naszego ojczystego języka, nie kojarzy się nam z niczym, dlatego nie absorbuje naszych myśli.

Im bardziej jednak modlitewne wezwanie jest osobiste tym bardziej jak nauczają ojcowie Wschodni  ma szansę stać się naszą drogą ku pogłębianiu wiary.

4. Dyscyplina: To czwarty z elementów doświadczenia medytacji. Polega ona na dyscyplinie codziennej medytacji, która podejmujemy dwa razy dziennie rano i wieczorem przynajmniej przez 20-30 minut.

Pamiętajmy zawsze o tym, że nawet, jeżeli medytujemy sami, to zawsze pozostajemy we wspólnocie medytujących na całym świecie.

Ojciec John Main opisuje medytację jako wyciszenie ciała i duszy i trwanie w Bożej obecności. Wyciszenie ciała przygotowuje nas na wyciszenie ducha. W wyciszeniu ducha chodzi o skupienie wszystkich zmysłów na pełnej wiary recytacji słowa modlitwy, naszej chrześcijańskiej mantry Maranatha. Jej recytowanie od początku do końca medytacji to nasza droga do wyciszenia umysłu.

Dla niektórych ułatwieniem może być połączenie słuchania słowa z wdechem i wydechem. Sprawia ono, że teraz dwa zmysły zajmują twój umysł i prawa półkula mózgu jest w pełni zaangażowana

Należy rozwijać w sobie kulturę medytacji, a z tym łączy się prawidłowa postawa. Należy jednak postępować ze sobą wyrozumiale i łagodnie.

Głównym celem właściwej postawy jest przygotowanie ciała na otwarcie się na Boga, tak jak wyraziła to Maryja słowami: „Oto ja służebnica pańska, niech mi się stanie według słowa Twego” lub nastawienie Samuela: „Mów Panie, bo sługa Twój słucha”.