Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Rzeczywistość chrztu

Tydzień po Uroczystości Objawienia Pańskiego liturgia prowadzi nas nad Jordan, gdzie jesteśmy świadkami chrztu Jezusa z Nazaretu. Staje obok Jana Chrzciciela. Nikt Go nie zna. Na pierwszy rzut oka mógł być jednym z tych, którzy przychodzili do Jana, aby otrzymać chrzest pokuty. I na pierwszy rzut oka wszystko właśnie tak się odbywa, gdyby nie dwa ważne szczegóły tego wydarzenia. Pierwszym jest postawa Jana, który wie, kim jest ten nikomu jeszcze nieznany młody mężczyzna stojący na brzegu rzeki a drugim objawienie, które towarzyszy scenie chrztu. Jan przepowiadał i rozpoznał Mesjasza, lecz Go nie objawił. Objawił Go bowiem sam Ojciec, poprzez Ducha Świętego. Sam Bóg wskazuje na osobę Syna jako posłanego Zbawiciela człowieka. Objawia Go w sposób zadziwiający i jakże pełen delikatnej miłości!

chrzest Jezusa

Jest jednak w tej scenie, coś jeszcze, choć na pierwszy rzut oka wydawać się może nieuchwytne. Jest to pytanie, które wisi w powietrzu. Pytanie, które przywołuje Ewangelista: „Gdy więc lud oczekiwał z napięciem i wszyscy snuli domysły w sercach co do Jana, czy nie jest Mesjaszem…” Nie jest to tylko pytanie, które rodzi się jedynie w sercach tych, którzy znali Jana Chrzciciela, widzieli jego gorliwość we wzywaniu do przemiany życia. Jest to pytanie, na które przede wszystkim musi odpowiedzieć sobie Jan Chrzciciel: „Kim jestem?”, „Kim jestem wobec Tego, który stoi przy mnie?”.

Czy zadajemy sobie i my czasem to pytanie? Naprawdę warto! Bowiem odpowiedź Jana, jaką znajdujemy w Ewangelii, jest dowodem na to, że bardzo poważnie podszedł do tego pytania. Znamy tę odpowiedź: On jest mocniejszy ode mnie, a ja nie jestem godzien rozwiązać rzemyka u Jego sandałów a w innym miejscu powie: Trzeba, aby On wzrastał a ja się umniejszał.

Może, gdybyśmy częściej zadawali sobie pytanie: Kim jestem przy Jezusie, który stoi obok mnie i traktowali je poważnie, próbując odpowiedzieć na nie z wiarą łatwiej byłoby nam jak Janowi ustąpić miejsca Jezusowi przy sterze naszego życia i mieli byśmy więcej szans, aby doświadczyć tego, że rzeczywiście to On jest mocniejszy od nas.

Jan odpowiedział sobie na to pytanie i pokazał to życiem. On nie przypisywał sobie nawet cząstki wielkości przynależnej Jezusowi. Chrzciciel dobrze zrozumiał, iż prawdziwa wielkość kryje się w małości. Dla Jana najważniejsze było to, by Jezus wzrastał, a on się umniejszał. A jak jest ze mną? Czy też tak potrafię?

Może przyznajemy, że Jezus jest Mesjaszem, że jest Panem, ale czy widać to także w naszym życiu? Czy godzimy się na to, aby zejść z tronu naszego życia, żeby się umniejszyć, po to, aby On i Jego rola w naszym życiu mogły wzrastać?

Medytacja – proste, codzienne zanurzanie sie w oceanie Bożej milości

Jednym z aspektów medytacji, z którym musimy się pogodzić, jest nauczenie się takiego podejścia do niej, by nie szukać w niej możliwości osiągnięcia jakichś konkretnych owoców . To właśnie dzięki temu medytacja ma szansę stać się drogą przekroczenia samego siebie, albo jak chce Chrystus „obumierania dla samego siebie”. [por. Łk 9,23 nn]

Chrześcijanie niestety często podchodzą do życia duchowego oczekując z jego strony nagrody. To tak, jakby to, co otrzymuję miało być rekompensatą za trud poniesiony na rzeczy życia duchowego. Tymczasem takie podejście jest zaprzeczeniem miłości, która powinna być jedyną motywacją wejścia w doświadczenie duchowe. Oczywiście każde życie duchowe zmienia człowieka (czy jak kto woli wydoskonala go), ale ważne jest to, że to nie on jest reżyserem tej przemiany. Tymczasem pożądanie, szukanie nagród oraz jakichś konkretnych owoców w  życiu duchowym jest wrogiem duchowości. Mądra postawa, która otwiera duchowe skarby to duch ubóstwa, a nie posiadania. W ubóstwie tej formy modlitwy, jaką stanowi medytacja uczymy się rzeczywiście odrzucenia poczucia posiadania a tym samym wchodzimy w przestrzeń prawdziwej wolności.

Medytacja to droga duchowa, która prowadzi nas ku innym (najpierw ku Bogu, potem także ku większej otwartości na bliźniego), w związku z czym odsuwa ona – jeśli jest dobrze przeżywana – skupienie się na sobie samym. 

Praktyka powtarzania i wsłuchiwania się w słowo prowadzi do wyciszenia myśli (które często są echem naszego ego) oraz przekroczenia swojej samoświadomość , po to by być z Bogiem i by to Bóg stawał się pierwszym w naszym życiu. To nic innego jak uczenie się wielkiego oddania i powierzenia siebie Bogu w miłości. Takie podejście oczywiście nie niszczy naszej tożsamości. Pozwala nam ono odkrywać, że prawdziwą tożsamość człowiek odkrywa właśnie w łączności ze swoim Stwórcą. Tylko taka postawa będzie nas uczyła, że w miłości nie muszę już niczego oczekiwać czy zakładać (także od życia duchowego) bo to wszystko zostało mi już dane. Nie muszę się o nic martwić, gdyż Miłość, w którą się zanurzam troszczy się już o wszystko. Prowadzi nas to do całkowitej wolności, ponieważ pozostawiamy poza sobą wszystkie drugorzędne wartości: sukces, bogactwo, posiadanie, władzę itp., którymi tak bardzo lubi się dowartościowywać nasze ego.

W medytacji nie chodzi o rezultaty naszego działania, lecz tylko o pokorne otwarcie się na dar Boży. To bowiem w tej otwartości najpełniej realizuje się nasze człowieczeństwo i nasze powołanie, ale również ma w niej swoje źródło pokój serca, do którego jesteśmy zaproszeni, a który wyrasta z zanurzenia się nieskończonej miłości Boga.

Otwartość Boga wobec nas, której znakami są Jego dary począwszy od stworzenia poprzez wcielenie Bożego Syna aż po ostateczne zjednoczenie z Bogiem, które jest nam obiecane w Chrystusie domaga się także otwartości z naszej strony. Ta otwartość jest odpowiedzią na Bożą miłość i jest dowodem zawierzenia się tej miłości bez ograniczeń.   Tylko wówczas nasze codzienne życie będzie wyrastało z prawdy i miłości, które są owocem zjednoczenia człowieka z Bogiem, jeśli najpierw nauczymy zanurzać się Bożą prawdę i miłość w doświadczeniu modlitwy.

Tym właśnie jest medytacja, prostym codziennym powrotem do zanurzania się nieskończonym oceanie Bożej prawdy i Bożej miłości.

Odważyć się być mądrym

Mądrość we współczesnej kulturze Zachodu wydaje się być coraz mniej chodliwym towarem. Dzisiaj ceni się młodość, intelekt, rzutkość, spryt. Mamy mnóstwo kursów doskonalących przeróżne  umiejętność, choć nie wiele ma to wspólnego z mądrością. Tej nie da się nauczyć a przynajmniej nie na przyspieszonych kursach…

giotto

Giotto, Pokłon mędrców

Dzisiejsza uroczystość przywołuje postacie trzech mędrców. Charakterystyczne jest to, że przybywają do Betlejem ze Wschodu. Czyżby już w czasach Chrystusa Zachód przeżywał deficyt mądrości? A może brakowało odważnych, do pójścia droga mądrości, skoro prawdziwą Mądrość wielokrotnie w dziejach potraktowano tak jak potraktowano.  Dlaczego Ewangelia mówi o nich Mędrcy? Byli takimi, bo posiedli wyjątkową wiedzę, czy dlatego, że przy całej swojej wiedzy byli na tyle pokorni by posłuchać głosu swojego serca a nie tylko rozumu, serca, poprzez które mówił do nich Bóg. Bo czy bez tego podjęliby trud długiej wędrówki w nieznane, ryzykując zawód, ośmieszenie. Oni uczą nas, że prawdziwa mądrość łączy się z pokorą…

Byli mędrcami, bo potrafili rozpoznać Mesjasza, i to w bezbronnym Dziecięciu w zapadłej wiosce. Byli mędrcami, dlatego że umieli poświęcić swój czas, trud drogi by dążyć do tego, w co wierzyli. Byli mędrcami, gdyż potrafili zgiąć z pokorą kolana przed Bogiem obecnym w człowieku. Byli mędrcami, gdyż ofiarowali nie tylko materialne dary, lecz nade wszystko otworzyli swoje serca wobec wcieloną Obecność Boga. Tym samym przez swoją mądrość stali sami się darem dla nas, którzy po dwudziestu wiekach zatrzymujemy się nad ich postawą. Gdyby nie ich odwaga i pokorna mądrość być może nigdy byśmy o tych bezimiennych mędrcach nie usłyszeli.

Mędrcy jak to mędrcy, są tymi, z których warto brać przykład. A oni uczą nas, że my też, aby spotkać Boga, nie możemy czekać z założonymi rękami. Potrzeba odważnego poszukiwania, znoszenia niewygód i trudów związanych z wejściem na szlak Jezusowej Ewangelii, na drogę wiary. Uczą nas, że aby spotkać Boga, potrzebne jest nie tylko to, co dociera do człowieka z zewnątrz, potrzebna  jest też przede wszystkim odwaga otwarcia się na Boga, który na różne sposoby chce dotknąć ludzkiego serca, a potem potrzebna jest też wierność prawdzie, którą poprzez doświadczenie wiary się odkryło a to nie zawsze jest łatwe, gdy jako chrześcijanie nie zawsze jesteśmy mile widziani.

Może jednak warto ponieść ten trud w roku, który przeżywamy jako „Rok wiary”, który a z całą pewnością nie stracimy na tym, gdyż podobnie jak mędrcom ze Wschodu i jak wielu świętym przed nami wiara, tym co wnosi w nasze życie potrafi wielokrotnie wynagrodzić poniesione na jej rzecz trudy.

 

Bóg umarł –

uczą nas wielcy filozofowie

ale gdy mędrcy ze Wschodu

wyruszają w drogę

ktoś wciąż zapala nad nimi

latarnie gwiazd

Wojciech Wencel

Chrześcijańska medytacja to nie technika

Dzisiaj w dobie wielkiego tempa życia, zabiegania człowiek szuka technik, które pozwolą mu szybko osiągnąć różne cele. Rozwój techniki zdominował współczesny świat. Jest już tak wielki, że często nie nadążamy za nowinkami technicznymi, które mają za zadanie ułatwić człowiekowi życie. Niestety owo nastawienie na technikę, jako pomoc w osiąganiu szybszych efektów naszego działania często nieświadomie przenosi się także na sferę duchową. Tutaj także człowiek współczesny poszukuje technik, które ułatwiłyby odpoczynek czy relaksację w stresie, tak aby jak najszybciej osiągnąć stan wewnętrznego pokoju. Kiedy jedna technika nie działa, nie rzadko porzuca się ją, szukając innej…

To, co sprawia, że medytacja różni się jako duchowa praktyka to fakt, że nie traktujemy jej w znaczeniu techniki. Istnieje diametralna różnica pomiędzy medytacją kojarzoną jako technika, a medytacją, która jest formą modlitwy. Warto o tym mówić, gdyż to, co stoi u fundamentów każdego z tych podejść do praktyki medytacji diametralnie się różni. Dla człowieka, który traktuje medytację jedynie jako pewną technikę, motywacją jest pewna ciekawość i jej praktyczne owoce.  Taki człowiek myśli sobie: „spróbuję i zobaczę, co mogę przez nią uzyskać, jak mogę się przez nią zmienić” lub też: „spróbuję i zobaczę czy przyniesie mi ona oczekiwane i założone efekty jak np. większy spokój, większe skupienie czy mniejszy stres…” Jeśli  nie spełni moich oczekiwań, to ją porzucę i poszukam innej metody, by osiągnąć zamierzone owoce”.

Z kolei dla człowieka, który traktuje medytację jako praktykę modlitwy punktem wyjście jest wiara i miłość a więc to, co tworzy relację – podstawową płaszczyznę właściwego przeżywania naszej wiary. A ponieważ wiara jest darem, zatem wchodzimy w doświadczenie medytacji niczego nie oczekując i niczego się nie spodziewając. Oczywiście z ludzkiego punktu widzenia zawsze nosimy w sobie pewne oczekiwania, które wyrastają z wiary i które dla nas miałyby być owocem jej praktykowania. Jednak prawda, jaką odkrywa przed nami bardzo szybko doświadczenie życia duchowego jest taka, że po pierwsze na owoce doświadczenia duchowego trzeba nam często czekać dużo dłużej niż się spodziewaliśmy, a po drugie nierzadko rozmijają się ona z naszymi pierwotnymi oczekiwaniami, które także w naszym dojrzewaniu wiary również się zmieniają i z pozycji oczekiwania na coś konkretnego przechodzą na pozycje otwartości na to, co nasza duchowa praktyka nam przyniesie.

Ponadto medytacja traktowana jako forma modlitwy, jeśli pozwolimy się jej ponieść (a właściwie jeśli pozwolimy się poprowadzić Duchowi, który poprzez nią działa) sam będzie uczyła nas czym jest doświadczenie wiary i związanej z nią pokory dużo skuteczniej niż wtedy, gdybyśmy sami starali się być reżyserami doświadczenia medytacji. Dlatego w podejściu do medytacji jako do techniki i jako do modlitwy istnieją zasadnicze różnice nie tylko w punkcie wyjścia i w celu, do którego prowadzi, ale także w podejściu do jej praktykowania. W tym pierwszym wypadku to my próbujemy kontrolować to, co dzieje się w procesie medytacji zaś w tym drugim – medytacji rozumianej jako forma modlitwy pozostajemy otwarci i sami pozwalamy się prowadzić temu, co pozostaje poza zasięgiem naszego zrozumienia, gdyż wiara zawsze jest dla nas Tajemnicą.

Ponadto jeśli natomiast traktujemy medytację jako rodzaj modlitwy uczymy się także wytrwałości i jak wspomniano już pokory, jako nieodzownych elementów jej rozwoju. Poza tym jeśli wiara stanowi motywację do praktykowania medytacji, to to, że wytrwamy w medytacji pomimo różnych trudności i kryzysów jest dużo bardziej prawdopodobne.  Bez względu jednak na trudności, jakie przyjdzie nam napotykać na drodze medytacji, jako formy modlitwy, każdy kto ja praktykuje doświadczy wcześniej czy później, że jej praktyka ubogaca naszą duchową podróż i konfrontuje nasze życie z prawdami wiary, które jeśli są prawdziwe, wyrastają z naszego serca, do którego dociera praktyka medytacji a nie są jedynie pewną wyuczona teorią. To właśnie doświadczenie medytacji ukazuje nam czy to w co wierzę wyrasta z mojego wewnętrznego przekonania i doświadczenia czy jest jedynie czymś zewnętrznym, co jeszcze nie przeniknęło mojego serca i mojego życia.  Albowiem tylko taką wiarę i takie prawdy, które z niej wynikają mogę uznać za moje osobiste i prawdziwe, więcej nawet, za prawdy wiary, które kształtują moją tożsamość chrześcijanina i staja się fundamentem, na którym opieram moje codzienne życie, jeśli są one głęboko wpisane w moje wnętrze i moje serce. Koniec końców medytacja bowiem to praktyka, która kształtuje i przemienia nasze życie zaczynając właśnie od naszego serca i dlatego jest praktyka tak bardzo owocną.

 

I informacja z ostatniej chwili: Ojciec James Manjakal jest  w stanie krytycznym z powodu poważnych kłopotów z sercem. Czuwają przy nim polscy księża. Prosimy o modlitwę w jego intencji!

W pierwszym dniu Nowego Roku

W pierwszym dniu nowego roku nasz duchowy wzrok przenosimy z Nowonarodzonego na Jego Matkę. Charakter dzisiejszej uroczystości ukazuje nam nie tylko jedyny w swoim rodzaju związek Maryi z Chrystusem bez którego nie interesowalibyśmy się Maryją, gdyż fakt, że my ludzie XXI wieku, tak jak i całe wieki przed nami usłyszały w ogóle o tej skromnej kobiecie z Nazaretu, jest owocem tego, że zgodziła się Ona zostać Matką Zbawiciela Świata.

To, że zwracamy się ku Maryi właśnie w pierwszy dzień roku, również nie jest bez znaczenia. Maryja jest pierwszą, która skorzystała z tego, że Słowo stało się ciałem dla naszego zbawienia. Jest zatem pierwszą w porządku łaski osobą, od której zaczyna się nowy czas, nowa era. Gdyż tak, jak wcześniej rodzili się synowie Ewy, tak teraz w Chrystusie poczynają się dzięki Maryi – Nowej Ewie synowie Boga. Bo Bóg przychodzi na świat przez Nią. Czy wolno Mu było przyjść inaczej — czy dla dobra człowieka wolno Mu było na przykład nie pytać Maryi o zgodę, którą jak wiemy wyraziła w naszym imieniu?

To pytanie kieruje nas ku Apokalipsie, w której znajduje się odpowiedź udzielona co prawda nie wprost, ale jednoznaczna. Oto Bóg kieruje do jednego z Kościołów słowa, które wskazują na to, że bez zgody człowieka nie jest możliwe Jego bycie „Emmanuelem”, Bogiem z człowiekiem. Wydaje się logiczne założyć, że skoro nawet od tych, którzy już kiedyś uwierzyli, ale potem ich serce ostygło, oczekuje On zgody na swoje „ponowne” przyjście, tym bardziej Jego pierwsze przekroczenie drzwi naszego ludzkiego świata wymagało zgody człowieka:

Oto stoję u drzwi i kołaczę:

 jeśli kto posłyszy mój głos i drzwi otworzy,

 wejdę do niego i będę z nim wieczerzał,

 a on ze Mną (Ap 3,20).

I tak jest zawsze. Bóg, który szanuje wolność człowieka nie chce zbawiać go bez jego zgody. Dlatego puka do ludzkiego serca i cierpliwie czeka aż ten zechce mu otworzyć. Dlatego Maryja jest dla nas zawsze wzorem owej otwartości człowieka, na którą Bóg tak bardzo liczy. Do Niej zapukał raz i wystarczyło. To dzięki temu, że Maryja otworzyła przed Nim drzwi, Bóg mógł wejść ze swojego świata, świata wiecznego i duchowego do naszego czasowego i materialnego świata. Innymi słowy mógł wejść ze światłości do ciemności, ze świętości do świata grzechu. Do świata, który Go odrzucał, i który by Go odrzucił  być może całkowicie, gdyby nie Ona i nie jej „tak”.

W czytaniach liturgicznych na dzisiejszy dzień znajduje się tekst św. Pawła: „Gdy nadeszła pełnia czasu, Bóg zesłał swojego Syna, zrodzonego z niewiasty, zrodzonego pod Prawem, aby wykupił tych, którzy podlegali Prawu, abyśmy mogli otrzymać przybrane synostwo. Na dowód tego, że jesteście synami, Bóg wysłał do serc naszych Ducha Syna swego, który woła: «Abba, Ojcze». A zatem nie jesteś już niewolnikiem, lecz synem. Jeżeli zaś synem, to i dziedzicem z woli Bożej (Ga 4,4-7).

Bóg zsyła swojego Syna w kulminacyjnym momencie dziejów; to na ten czas oczekiwały wszystkie poprzednie pokolenia. W tym krytycznym punkcie dziejów wszystko zastyga w oczekiwaniu na Jej odpowiedź daną Bogu. Można powiedzieć, że w tym Maryjnym FIAT spotyka się największa pokora Boga (gdyż jak wielkie jest uniżenia się Boga, jeśli Ten pyta o zgodę swojego stworzenia), z największa pokorą człowieka (gdyż pokora Maryi w przyjęciu Bożego planu staje się odbiciem pokory samego Boga).

Czas przyjścia Mesjasza poprzedzały Boże obietnice, ale nie zrealizują się one nigdy, jeśli nie będzie zgody ze strony człowieka. Ten, który jest Miłością (por. 1J 4,8.16) nie może „na siłę” się wcielić, jeśli Jego przyjście ma być łaską. Prawdziwą tragedią było to wygnanie Boga ze świata ludzkiego, jakie dokonało się w Ewie i dokonuje się w każdym innym człowieku — w tym momencie, gdy ten popełnia grzech.

Tak jak wejście grzechu na świat zależało od wolnej woli Ewy (nie musiała ona bowiem ulec pokusie), tak również wejście na świat Bożej łaski wymaga zgody Drugiej Ewy – Maryi. Jak tamtą skusił szatan, bo nie zaufała Bogu, tak Maryja musi zaufać w pełni Boskiemu pomysłowi zbawienia świata, aby mógł się on zrealizować także przy jej udziale. (por. Rdz 3,15).

Przywołana tutaj przez św. Pawła Apostoła pełnia czasu wiąże się również z pełnią człowieka. Zauważmy, że pełnia czasu następuje wraz ze zgodą człowieka na przyjęcie Boga; człowiek dopiero teraz staje się sobą, gdy pozwala Bogu wejść w historię i świat; albo lepiej: gdy pozwala Bogu wejść w swoją historię i świat, w swoje życie. Bo bez Boga człowiek zawsze będzie w jakimś sensie niepełny i pełen niepokoju. Jego największe pragnienie bycia jak Bóg pozostawało niespełnione. Próby realizacji tego pragnienia o własnych siłach (pokusa, której nie oparli się Adam i Ewa w raju) okazały się tragiczne w skutkach.  Nieprawda o sobie samym, o tym, że człowiek może być całkowicie niezależnym od Boga, szybko wyszła na jaw. Dopiero teraz, dzięki samemu Bogu, i dzięki zgodzie Maryi jest możliwe, aby człowiek mógł stać się dzieckiem Boga, który do Ojca może mówić (jedynie w Chrystusie): „Abba, Ojcze” (por. Ga 4,6). A stało się to poniekąd dlatego, że Maryja – w pełni i bez zastrzeżeń otwarta na Boży plan – zgodziła się, aby wcielony Bóg wołał do Niej „Mamo”.

Ta historia dokonuje się nieustannie w życiu każdego człowieka. Bóg puka do drzwi ludzkiego serca i pyta, czy ten zgodzi się wpuścić Go do swojego życia, czy zgodzi się uczynić Go Panem swojej historii. I to od decyzji człowieka zależy czy człowiek naprawdę stanie się sobą, czy pozwoli przy pomocy łaski uczynić swoje życie pełnym łaski i życiem dziecka Bożego, czy nie godząc się na obecność Boga w swoim życiu pozostanie w ciemności, żyjąc iluzją, że „jest jak Bóg” i że od niego wszystko zależy,   pozostawiając jednak w konsekwencji swoje życie życiem bez perspektywy wiecznej; gdyż jest ona tak naprawdę owocem i skutkiem tego, że tak jak Maryja człowiek jest gotów powiedzieć swoje „TAK”, dla Bożego planu, jaki Zbawiciel człowieka chce realizować w nas, ale nigdy bez nas i nie bez naszej zgody.   

Pierwszy dzień Nowego Roku, to zawsze okazja do składania sobie życzeń. Życzymy sobie szczęścia, zdrowia, zadowolenia w życiu. A ja pragnę Wam życzyć błogosławieństwa Pana i  Bożego pokoju. To błogosławieństwo, ufam, pozwoli, by spełniły się i te inne, powtarzane dziś wiele razy, życzenia.

Boży pokój… Boży dar… to łaska dana darmo, ale także jej skuteczność zależy od naszej dobrej woli, od naszej współpracy z łaską Bożą. Tego także uczy nas Maryja. Życzę zatem także, aby tej dobrej woli i tej otwartości na Bożą łaskę nigdy nie zabrakło!

Myślę, że w dniu święta Matki Bożej, w dniu Światowej Modlitwy o Dar Pokoju, warto powtórzyć trę prośbę sformułowaną kilka wieków wcześniej przez św. Franciszka z Asyżu:

Panie, uczyń nas narzędziami swojego pokoju.

Abyśmy tam, gdzie jest krzywda, nieśli przebaczenie.

Tam, gdzie zwątpienie, nieśli nadzieję.

Tam, gdzie beznadzieja, nieśli wiarę.

Tam, gdzie ciemność, nieśli światło.

Tam, gdzie smutek, nieśli radość.