Schodzenie do serca
Jezus powiedział do swoich uczniów:
«Nie sądźcie, że przyszedłem znieść Prawo albo Proroków. Nie przyszedłem znieść, ale wypełnić. Zaprawdę bowiem, powiadam wam: Dopóki niebo i ziemia nie przeminą, ani jedna jota, ani jedna kreska nie zmieni się w Prawie, aż się wszystko spełni.
Ktokolwiek więc zniósłby jedno z tych przykazań, choćby najmniejszych, i uczyłby tak ludzi, ten będzie najmniejszy w królestwie niebieskim. A kto je wypełnia i uczy wypełniać, ten będzie wielki w królestwie niebieskim». (Mt 5, 17-19)
Tak sobie pomyślałem czytając dzisiejszą Ewangelię, że dobrze, że jest takie prawo, które jest niezmienne, które nie podlega dyskusji, co oczywiście nie oznacza, że ludzie nie starają się z nim dyskutować. Na dobrą sprawę tę dyskusję z Prawem Bożym – bo to oczywiście mam na myśli rozpoczęli już pierwsi rodzice w raju, po nich tradycję przejął ich syn Kain, który już mocniej zaznaczał swoją dezaprobatę wobec ustalonych przez Boga zasad. I tak trwa ta dyskusja do dziś. W każdym pokoleniu są tacy, którzy chcieliby zmienić coś w tym Prawie, znieść niewygodne zasady.
Słowa Jezusa są ciągle w konfrontacji ze światem, z myśleniem tych wszystkich, którzy chcieliby zmian w prawie ustanowionym przez Boga. Tymczasem, jak pisał o tym św. Augustyn „im bardziej świat domaga się zmiany prawa Bożego, tym większa jest konieczność wierności temu prawu przez nas – wierzących”. [De Civitate Dei]
Każdy, kto ma za sobą jakieś doświadczenie życia w ogóle, ale nade wszystko życia duchowego, które przenika to pierwsze doskonale wie, że bez tego prawa w sercu człowieka rodzi się nieład a stąd prosta droga do nieładu i bezprawia w życiu osobistym, rodzinnym, społecznym. Prawo Boże jest niezmienne dlatego, że Bogu niezmiennie chodzi o dobro człowieka. Ten, kto nie pojmie tej prostej zasady będzie skłonny to prawo kwestionować. Doświadczenie wiary pozwala dopiero odkryć, że właśnie dlatego, że Prawo Boże jest niezmienne mamy stały fundament dla naszego życia. Do tego fundamentu odwołujemy się w naszej praktyce medytacji. Praktyka medytacji jest tą, która uwrażliwia nas na Boże Prawo i na wierność temu prawu w życiu. A to dlatego, że istotą Bożego Prawa jest to, że oddziałuje ono najpierw na serce człowieka. Jeśli tam nie zostanie przyjęte i zaakceptowane z miłością i ufnością sama jego akceptacja na płaszczyźnie umysłu jeszcze niczego nie załatwi. Z ludzkiego umysłu (z głowy) dużo łatwiej coś wyrwać niż z serca. Dlatego już przez proroka Jeremiasza Bóg mówi: „Oto nadchodzą dni – wyrocznia Pana – kiedy umieszczę swe prawo w głębi ich jestestwa i wypiszę na ich sercu. Będę im Bogiem, oni zaś będą Mi ludem.
I nie będą się musieli wzajemnie pouczać mówiąc jeden do drugiego: Poznajcie Pana! Wszyscy bowiem od najmniejszego do największego poznają Mnie, mówi Pan”. (Jr 31,31-34)
Duchowość monologiczna (hezychastyczna) jest duchowością serca. Mówimy w naszych wielkopostnych wprowadzeniach o poszczególnych aspektach naszej medytacji. Mówiliśmy o ciszy, przed tygodniem o postawie ciała i jego jedności z wymiarem duchowym. Dzisiaj liturgia słowa jakby sama narzuca nam temat serca. W Biblii człowiek jest jednością, a serce jest jego centrum. Przez oddzielenie na Zachodzie rozumu i woli od uczuć nastąpiła redukcja człowieka i rozbicie jego jedności. Chciałoby się powiedzieć tytułem nagrodzonego Oskarem filmu: na Zachodzie bez zmian, ale jednak coś w tej materii się powoli zmienia. Ostatni Katechizm Kościoła Katolickiego wraca do właściwego pojęcia serca. I przytacza je właśnie w części poświęconej modlitwie: Serce jest mieszkaniem, w którym jestem, gdzie przebywam (według wyrażenia semickiego lub biblijnego: gdzie „zstępuję”). Jest naszym ukrytym centrum, nieuchwytnym dla naszego rozumu ani dla innych; jedynie Duch Boży może je zgłębić i poznać. Jest ono miejscem decyzji w głębi naszych wewnętrznych dążeń. Jest miejscem prawdy, w którym wybieramy życie lub śmierć. Jest miejscem spotkania, albowiem nasze życie, ukształtowane na obraz Boży, ma charakter relacyjny: serce jest miejscem przymierza (KKK 2563).
To określenie serca jest niezmiernie głębokie i właściwie wyraża prawdę o nas samych od strony wewnętrznej. Osobiście uważam, że każdy powinien je głęboko przemyśleć, bo dzięki temu będzie lepiej rozumiał siebie i mógł uświadomić sobie, czym jest modlitwa i jaka jest jej rola w życiu. Warto w tym momencie przytoczyć akapit, który w Katechizmie poprzedza samo określenie serca:
Skąd pochodzi modlitwa człowieka? Niezależnie od tego, jaki byłby język modlitwy (gesty, słowa), zawsze modli się cały człowiek. Aby jednak określić miejsce, z którego wypływa modlitwa, Pismo Święte mówi niekiedy o duszy lub o duchu, najczęściej zaś o sercu (ponad tysiąc razy). Modli się serce. Jeśli jest ono daleko od Boga, modlitwa pozostaje pusta (KKK 2562).
W praktyce modlitwa jest nieustannym wysiłkiem schodzenia do serca, aby prawdziwie trwać w wewnętrznym dialogu z Bogiem. Cisza naszej medytacji, postawa ciała, oddech, czy towarzyszące jej słowo mają nam jedynie w tej podróży ku wnętrzu pomóc. Tak musi być, gdyż z Bogiem można się spotkać tylko w sercu. Poza sercem jedynie możemy myśleć o Nim lub spotykać się z naszym wyobrażeniem Boga.
Medytacja i cielesność
Udając się do Jerozolimy, Jezus wziął osobno Dwunastu i w drodze rzekł do nich: «Oto idziemy do Jerozolimy: a tam Syn Człowieczy zostanie wydany arcykapłanom i uczonym w Piśmie. Oni skażą Go na śmierć i wydadzą Go poganom, aby został wyszydzony, ubiczowany i ukrzyżowany; a trzeciego dnia zmartwychwstanie».
Wtedy podeszła do Niego matka synów Zebedeusza ze swoimi synami i oddawszy Mu pokłon, o coś Go prosiła.
On ją zapytał: «Czego pragniesz?»
Rzekła Mu: «Powiedz, żeby ci dwaj moi synowie zasiedli w Twoim królestwie jeden po prawej, a drugi po lewej Twej stronie».
Odpowiadając zaś, Jezus rzekł: «Nie wiecie, o co prosicie. Czy możecie pić kielich, który Ja mam pić?»
Odpowiedzieli Mu: «Możemy».
On rzekł do nich: «Kielich mój wprawdzie pić będziecie. Nie do Mnie jednak należy dać miejsce po mojej stronie prawej i lewej, ale dostanie się ono tym, dla których mój Ojciec je przygotował».
Gdy usłyszało to dziesięciu pozostałych, oburzyli się na tych dwóch braci. Lecz Jezus przywołał ich do siebie i rzekł: «Wiecie, że władcy narodów uciskają je, a wielcy dają im odczuć swą władzę.
Nie tak będzie u was. Lecz kto by między wami chciał stać się wielkim, niech będzie waszym sługą. A kto by chciał być pierwszy między wami, niech będzie niewolnikiem waszym, tak jak Syn Człowieczy, który nie przyszedł, aby Mu służono, lecz aby służyć i dać swoje życie jako okup za wielu». (Mt 20, 17-28)
Jezus będąc w drodze do Jerozolimy zapowiada swoje cierpienie i śmierć. Tymczasem odpowiedzią są słowa matki, które mocno kontrastują ze słowami Jezusa, bo są prośbą o dobre stanowiska dla jej synów.
A pozostałych dziesięciu oburzyło się na tych dwóch, za którymi wstawiła się mamusia tylko z tego powodu, że sami też mieli apetyt na karierę w Królestwie, które ma zaprowadzić Jezus. Na dziesięć dni przed męką Chrystusa uczniowie nie mogli jeszcze pojąć, że Jego Królestwo nie jest z tego świata. Choć słuchali Go przez trzy lata. Nic dziwnego, że kiedy przyszedł czas męki ich Mistrza, uczniowie pouciekali i rozproszyli się.
Trzeba było dopiero spotkania ze Zmartwychwstałym, aby wszystko w ich wierze uległo przemianie, ale na drodze tej wiary był Wielki Piątek, kiedy ich wiara miała doznać oczyszczenia a wszystko, co w tej wierze płynęło z czysto ludzkich wyobrażeń i ambicji, przemieniło się w rumowisko gruzów.
Jezus tłumacząc uczniom wydarzenia, które niedługo staną się Jego udziałem uświadamia im i nam, że towarzyszenie Jezusowi zakłada także drogę odrzucenia, drogę zaparcia się siebie.
W naszych rozważaniach medytacyjnych w czasie Wielkiego Postu chciałbym, abyśmy skupili się na aspektach medytacji, które można by określić „technicznymi”, albo towarzyszącymi. Ostatnio mówiliśmy o ciszy, jako o przestrzeni, w której realizuje się medytacja. Dzisiaj spróbujmy pokrótce zatrzymać się przy postawie ciała. Chrześcijaństwo jest religią wcielenia. I wbrew pozorom wymiar cielesny odgrywa w naszej religijności ważną rolę, choć przez długi czas – zwłaszcza w Kościele zachodnim traktowano ciało w duchowości po macoszemu na rzez uwypuklenia roli duszy. Dzisiejsze zabiegi apostołów o ich „karierę” w królestwie Jezusa są także aspektem tej cielesności, która lubi wygodę.
Tymczasem medytacja zachęca nas do porzucenia wygody na rzecz bezruchu, który jej towarzyszy. A ten nie zawsze bywa wygodny na dłuższą metę. Bezruch, który towarzyszy naszej medytacji jest drogą do skupienia. Nasze myśli, których ruchliwość także należy do naszej cielesności są jednym z wymiarów, w których pragniemy wprowadzić bezruch. Doświadczenie pokazuje, że unieruchomienie ciała sprzyja także „uziemieniu” naszych myśli (choć może nie od razu). Nieruchoma postaw ciała podczas medytacji uczy nas bowiem większej uważności. Nasza praktyka medytacji bazująca na nieruchomej pozycji ciała jest dla nas szkołą skupienia uwagi. Czas trwania w bezruchu jest także doświadczeniem odkrywania, jak wielka panuje w nas wewnętrzna ruchliwość, stąd też zatrzymując się w bezruchu będziemy odczuwali czasem „opór” materii. Stąd też ważny jest określony czas trwania w bezruchu, aby wytrwanie w danej pozycji było możliwe, ale jak uczą mistrzowie medytacji nie powinien on być także za krótki, aby ćwiczenie mogło przynosić owoce.
Często przypominamy też o wyprostowanym kręgosłupie a to dlatego, że dłuższe trwanie w postawie zgarbienia kręgosłupa staje się bolesne i bardziej obciążające fizycznie a przez to wpływające źle na medytacyjne skupienie. Sama postawa ciała, jaką przyjmujemy w medytacji (np. postawa klęczenia na pietach, siedzenia na stołku medytacyjnym, czy krześle) jest wspólna wszystkim niemal religiom i wypracowana przez wielowiekową praktykę. Uważność, która towarzyszy bezruchowi naszego ciała sprawia, że uczymy się iż medytacja jest modlitwą ogarniająca całego człowieka, które ma służyć przeżywaniu czegoś, co Johannes Lotz nazywa naszym „wcieleniem”, czyli bardziej świadomym przeżywaniem naszej cielesności a to z kolei ma nas prowadzić ku doświadczenia naszego ciała jako „naczynia”, które Bóg także wypełnia swoją łaską i które przeżywane tylko jako jedność z duszą ma udział w łasce uświęcenia, stając się kanałem tej łaski. Święty Paweł pyta retorycznie: „Czyż nie wiecie, że wasze ciało jest świątynią Ducha Świętego…?” [1 Kor 6,19] A zatem droga właściwego, świadomego przeżywania naszej cielesności jako daru mającego udział w naszym uświęceniu jest jak najbardziej drogą ducha.
Uzależnienie od… ciszy
Tak mówi Pan Bóg:
«Podobnie jak ulewa i śnieg spadają z nieba i tam nie powracają, dopóki nie nawodnią ziemi, nie użyźnią jej i nie zapewnią urodzaju, tak iż wydaje nasienie dla siewcy i chleb dla jedzącego, tak słowo, które wychodzi z ust moich, nie wraca do Mnie bezowocne, zanim wpierw nie dokona tego, co chciałem, i nie spełni pomyślnie swego posłannictwa». (Iz 55, 10-11)
Postanowiłem dzisiaj napisać w komentarzu do medytacji o… ciszy, choć początkowo miałem inne plany. Ale ostatnie tygodnie, rozmowy które prowadziłem i doświadczenie skłoniły mnie do zmiany tematu naszych rozważań. Przed laty podczas jednej z konferencji wygłoszonej przez ks. Krzysztofa Grzywocza mówił on o tym, że żyjemy dziś w kulturze hałasu. Potem papież Benedykt XVI wzmocnił to przesłanie mówiąc już o ”dyktaturze hałasu”. Natomiast papież Franciszek w jednej ze swoich ostatnich katechez mówił o uzależnieniu współczesnego człowieka od hałasu.
Żyjemy w hałaśliwym świecie. Jednak uważni obserwatorzy potrafią zauważyć zwiastuny tęsknoty człowieka za ciszą, chociażby w świecie kultury. Żyjemy w pokoleniu, które nie widzi jak bardzo wpadło w pułapkę nadmiernego hałasu.
Istnieje pewien nurt współczesnej filozofii, który można określić „filozofią ciszy” mówiący o tym, że w rzeczywistości jest więcej ciszy niż słów. To dopiero z ciszy mogą się zrodzić słowa, wielka kultura, czy poezja. Ralf Rothmann – współczesny pisarz niemiecki pisze wręcz, że tylko z ciszy jest w stanie zrodzić się wielka, twórcza sztuka, gdyż tam, gdzie źródłem kultury nie jest cisza powstanie jedynie bełkot nieprawomocnie określany mianem prawdziwej sztuki i kultury. [Ralf Rothmann, „Pochwała ciszy”]
Na pierwszy rzut oka wydawać się to może nieprawdą, bo żyjemy w świecie, który wydaje się nas przytłaczać hałasem, ale gdy się uważniej przyjrzymy dostrzeżemy, że w tej tezie, że w świecie jest więcej ciszy niż słów jest zawarta głęboka prawda, bo wystarczy wyjechać w góry, wypłynąć jachtem w morze, zanurkować pod wodę, pójść do lasu czy nawet do parku, żeby usłyszeć ciszę… Nie mówiąc już o medytacji, która potwierdza tę tezę w 100 %.
To, co istnieje jest owocem ciszy… Tak jest skonstruowany wszechświat.” [Yoko Ogawa „Muzeum ciszy”]. To wypowiedziana współczesnym językiem prawda, którą św. Jan od
Krzyża ujął w innych słowach: „Jedno Słowo wypowiedział Ojciec, którym jest Jego Syn i to Słowo wypowiada nieustannie w wieczystym milczeniu; w milczeniu też powinna słuchać go dusza.” [Św. Jan od Krzyża, Słowa światła i miłości, Sentencje, 99]. To co istnieje jest drugą stroną ciszy. Jest owocem ciszy. Jest darem ciszy. Tam, gdzie nie ma ciszy nie ma też realności a zastępują ja jedynie iluzje.
I taka mała dygresja: Nadmiar hałasu, nadmiar dźwięków niszczy człowieka. Doskonale wiedzą o tym psychologowie, którzy coraz głośniej mówią dziś o uzależnieniu od hałasu. Ale jest to uzależnienie równie destruktywne dla człowieka jak każdy inny nałóg. 25 kwietnia obchodzimy Międzynarodowy Dzień Świadomości Zagrożenia Hałasem (wprowadzony w 1995 roku). Poza wpływem na zdrowie, hałas powoduje również negatywne konsekwencje społeczne: obniżenie wydajności pracy oraz nauczania, trudności we wzajemnym porozumiewaniu się, zwiększoną liczbą wypadków, wzmożenie agresji oraz powstawanie napięć międzyludzkich. Dzisiaj mówi się wręcz, że większość społeczeństw rozwiniętych żyje na co dzień w tzw. smogu akustycznym, który otacza nas w biurach, szkołach, supermarketach i w budynkach użyteczności publicznej, ale niestety także w naszych domach. Powodując niepokój, nerwowość, zaburzenia snu, depresje, lęki oraz zaburzenia psychiczne, ale też przyczynia się do nadciśnienia tętniczego, zwiększa ryzyko udaru, zawału i niewydolności serca… [Wyniki badań eksperci z Uniwersyteckiego Centrum Medycznego w Moguncji (Niemcy) przeprowadzonych w 2021-22 r]
„Jeśli cisza jest tym co Cię przeraża i wywołuje niepokój, to oznacza, że tym bardziej jej potrzebujesz” – pisał amerykański psycholog Arthur Janov.
Powyższe odniesienia potwierdzają, że człowiek jest mało odporny na hałas, dlatego, że jest częścią natury a natura jest wyciszona. Naturze obcy jest hałas. Gdy odpoczywamy na łonie natury doświadczamy, że dźwięki, które się na nią składają nie męczą, bo są harmonią. Nigdy nie przytłaczają. Dlatego hałas niszczy człowieka, bo sprzeciwia się jego naturze. Hałas niepokoi. Człowiek jest stworzony dla ciszy i przez ciszę. Chciałoby się powiedzieć używając słów św. Jana od Krzyża – przez Odwieczną Ciszę Boga.
Ks. Krzysztof Grzywocz w konferencji na temat ciszy wygłoszonej w marcu 2007 roku użył kiedyś niezwykłego porównania, gdy doświadczenie spłoszonego hałasem zwierzęcia, które biegnie na oślep porównał do stymulowanego hałasem współczesnego człowieka, który także biegnie przez życie, nieraz na oślep. Ten hałas sprawia, że nie ma on już świadomości, że ucieka od samego siebie, od własnej natury, która potrzebuje ciszy, by człowiek mógł odpocząć, zregenerować siły, usłyszeć samego siebie a nade wszystko Boga. Lęk i niepokój będące konsekwencją życia w hałasie są takim przejawem spłoszenia współczesnego człowieka, który nie wiedząc co z tym zrobić próbuje ukryć i zagłuszyć to spłoszenie jeszcze większym hałasem. Hałas stał się dziś zasłoną niespokojnego bytu człowieka. Sposobem zagłuszania jego niespokojnego serca. Dziś hałas służy za narzędzie tego, że człowiek ucieka przed sobą, przed Bogiem, często także przed światem. A im, bardziej hałasuje tym bardziej pogrąża się w lęku, bo większy hałas wywołuje w człowieku jeszcze większy niepokój i lęk. I w ten sposób tworzy się zamknięty krąg uzależnienia od hałasu stającego się przestrzenia ucieczki. Taki diabelski krąg – jak nazywał to ks. Grzywocz. Im życie człowieka staje się głośniejsze tym bardziej będzie płytkie i powierzchowne. A hałas jedynie ukrywa tę ludzka biedę.
Dlatego cisza jest ratunkiem! Gdyż tylko w ciszy jesteśmy w stanie spotkać się ze sobą, dostrzec to, co zagraża naszej egzystencji, co spłyca nasze życie; stanąć twarzą w twarz ze sobą także z naszymi lekami czy niepokojami, ale przede wszystkim z Bogiem.
W hałasie nie słychać siebie! Nie słychać drugiego człowieka! Nie słychać też Boga!
W hałasie nie ma kontaktu, nie ma prawdziwej relacji. Rozproszony umysł ciągle gdzieś ucieka, ciało jest jak lewitujący w przestrzeni przedmiot, na którym nikt nie ma kontroli.
„Cisza jest boską drogą do odkrycia prawdy o Bogu i o sobie” – pisał już Jan Kasjan.
Istnieje cała teologia ciszy mająca swoje źródło w doświadczeniach Ojców Pustyni, którzy ukazują jej walor zarówno antropologiczny jak i teologiczny. Św. Jan w Prologu pisze, że na początku było Słowo…, ale inny Jan, św. Jan od Krzyża podkreśla, że to słowo zostało wypowiedziane w wielkiej ciszy. Stąd cała teologia modlitwy w ciszy, która znajdujemy u Jana Kasjana, Ewagiusza czy Efrema Syryjczyka. Współcześnie można znaleźć wiele osób, które utyskują, że tyle się modlą do Pana Boga a On milczy. Nie odpowiada! Św. Jan z Wałaamu odpowiada: „Bo Boga nie da się usłyszeć w zgiełku. Nasza modlitwa jest często skutecznym zagłuszaniem głosu Boga w naszych sercach. Jeśli bowiem nie ma w nas ciszy nie usłyszymy, że Bóg do nas mówi i co mówi. Przestrzenią, w której jesteśmy w stanie usłyszeć Boga jest cisza. Dlatego ludzie hałaśliwi tego nie rozumieją i stąd biorą się ich kłopoty z modlitwą” [Listy].
Spotkanie z Bogiem, to spotkanie z ciszą, z której rodzi się Słowo. Wie o tym każdy, kto medytuje. I wie też dobrze, jak łatwo tę ciszę zagłuszyć. W naszej medytacji monologicznej wsłuchujemy się właśnie w to jedno – odwieczne Słowo Boga, które On wypowiedział w ciszy i wiemy z doświadczenia, że tylko wówczas, gdy słuchamy go w ciszy najpełniej jest ono w stanie nakarmić nasze dusze.
Można powiedzieć, że medytacja jest takim doświadczeniem, w którym Bóg pomaga nam najpierw ciszą – WYCISZ SIĘ! USPOKÓJ SWOJE SERCE! ZATRZYMAJ SIĘ W BIEGU! I DOPIERO WTEDY SŁUCHAJ A USŁYSZYSZ!
Reguły Postu czy reguły życia?
Jezus powiedział do swoich uczniów:
«Strzeżcie się, żebyście uczynków pobożnych nie wykonywali przed ludźmi po to, aby was widzieli; inaczej bowiem nie będziecie mieli nagrody u Ojca waszego, który jest w niebie.
Kiedy więc dajesz jałmużnę, nie trąb przed sobą, jak obłudnicy czynią w synagogach i na ulicach, aby ich ludzie chwalili. Zaprawdę, powiadam wam: ci otrzymali już swoją nagrodę. Kiedy zaś ty dajesz jałmużnę, niech nie wie lewa twoja ręka, co czyni prawa, aby twoja jałmużna pozostała w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie.
Gdy się modlicie, nie bądźcie jak obłudnicy. Oni to lubią w synagogach i na rogach ulic wystawać i modlić się, żeby się ludziom pokazać. Zaprawdę, powiadam wam: otrzymali już swoją nagrodę. Ty zaś, gdy chcesz się modlić, wejdź do swej izdebki, zamknij drzwi i módl się do Ojca twego, który jest w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie.
Kiedy pościcie, nie bądźcie posępni jak obłudnicy. Przybierają oni wygląd ponury, aby pokazać ludziom, że poszczą. Zaprawdę, powiadam wam, już odebrali swoją nagrodę. Ty zaś, gdy pościsz, namaść sobie głowę i obmyj twarz, aby nie ludziom pokazać, że pościsz, ale Ojcu twemu, który jest w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie». (Mt 6, 1-6. 16-18)
Ewangelia, którą słyszymy u progu Wielkiego Postu każdego roku tak naprawdę nie jest programem na te najbliższe 40 dni, które są przed nami. Jest programem na całe nasze życie. Jezus daje nam trzy punkty oparcia do dobrego przeżycia czasu przemiany naszych serc, dlatego całe nasze chrześcijańskie życie winno być czasem uczynków miłosierdzia, modlitwy i ascezy. Jak pisze prorok Joel przywoływany w dzisiejszym pierwszym czytaniu: „Nawróćcie się do Mnie całym swym sercem! Rozdzierajcie wasze serca, a nie szaty!” (Jl 2, 12) Czyż może być lepszy program praktyki modlitwy którą określamy modlitwą serca? To, co w praktyce medytacji rozdziera nasze serca uzdrawiając je z egoizmu jest słowo – wezwanie, które wspomaga naszą modlitwę i towarzysząca mu łaska. Trawestując znane powiedzenia, że kropla drąży skałę nie siłą, lecz wytrwałością, podobnie można powiedzieć, że wezwanie, które towarzyszy naszej medytacji drąży skałę naszego serca pragnąc wypełnić je łaską i miłością samego Boga, gdyż bez nich nie jesteśmy w stanie odpowiedzieć na wezwania dzisiejszej Ewangelii.
A ona przypomina nam, że nie należy pokazywać ludziom, że jest się pobożnym i dobroczynnym. O naszej modlitwie powinien wiedzieć tylko Bóg. O naszej dobroczynności powinni wiedzieć co najwyżej adresaci tej pomocy. To wystarczy! Modlitwa powinna bowiem – podkreślmy to raz jeszcze – służyć tylko do przemiany serca, a nie do budowania pozytywnego wizerunku siebie u innych. Przemianę serca widać zaś tylko w bezinteresownej miłości. To właśnie po niej winniśmy być rozpoznawani w świecie, jako uczniowie Jezusa.
Jezus dzisiaj przypomina, że najważniejszym elementem uczynków pobożnych i dobrych jest cichość, skrytość i pokora. To nie czyny na pokaz. To jest trudna praca wewnętrzna. I właśnie to pragnienie: modlitwy cichej, skrytej i pokornej niech nam towarzyszy, gdy każdego dnia, wytrwale siadamy do medytacji, wiedząc, że to Bóg jest tym, który w tym świętym czasie ofiarowanym w duchu miłości Jemu, ale też nam i innym najlepiej potrafi uformować nasze serce.
Warto być wdzięcznym za dar ofiarowany nam przez Boga w praktyce medytacji monologicznej. To wielka łaska osobistej modlitwy podarowana nam w czasach, gdy wiele osób przeżywa wielkie problemy w modlitwie lub nie modli się w ogóle. Doceniajmy ten niezwykły czas, w którym Jezus zaprasza nas, abyśmy odnajdywali swoją izdebkę do medytacji i uczyli się modlitwy bez wielu słów.




