Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Coś niecoś o Catherine de Hueck Doherty

Obiecałem wczoraj podać kilka informacji o jednej z niezwykłych postaci chrześcijańskich XX wieku, Catherine de Hueck Doherty, która wywarła ogromny wpływ na życie Mertona, ale także przywoływana jest jako niezwykły świadek wiary i prawdziwej ewangelizacji miłości przez o. Carlo Carretto, Henri’ego  Nouwena czy abp. Anthoni’ego Blooma,  wiec piszę.



Bardziej jest znana w Kanadzie i Stanach Zjednoczonych, gdzie spędziła dużą część swojego życia w posłudze najbiedniejszym. Była m. in. założycielką Madonna House.



Katarzyna de Hueck Doherty (z domu Kołyszkin), urodziła się 15 sierpnia 1896 roku w Rosji, w rodzinie ziemiańskiej. Została wychowana w tradycji prawosławnej otwartej na wpływy katolicyzmu. W związku z pracą ojca w służbie dyplomatycznej, odebrała wykształcenie zarówno w Rosji ,w słynnej Szkole Księżnej Oboleńskiej w Petersburgu, jak i za granicą, w szkołach prowadzonych przez zakonnice katolickie.

W 1912 roku piętnastoletnia Katarzyna została poślubiona przez barona Borysa de Hueck. Był to początek bolesnych i tragicznych wydarzeń w jej życiu osobistym prowadzących ostatecznie do separacji i unieważnienia małżeństwa wiele lat później. Podczas I Wojny Światowej Katarzyna służyła na froncie jako pielęgniarka, a po wybuchu Rewolucji Październikowej schroniła się wraz z mężem w Finlandii, gdzie z wyroku komunistów omalże nie zginęła śmiercią głodową. Stamtąd przedostała się do Anglii, a potem do Kanady. W Anglii podjęła decyzję o wstąpieniu do Kościoła rzymskokatolickiego (1919 rok), nie wyrzekając się przy tym swojego prawosławnego dziedzictwa.


Po przyjeździe do Kanady państwo de Hueck zamieszkali w Toronto. Tu, w 1921 roku urodził się ich jedyny syn, George. Początki życia w “Nowym Świecie” nie były łatwe. Choroba męża, brak środków utrzymania, ciężka praca fizyczna nie wystarczająca na więcej niż przetrwanie w nędzy, nieufność ówczesnego społeczeństwa wobec tak zwanej “słowiańskiej emigracji”, to tylko niektóre z wielu przeciwności, jakie spotkały Katarzynę w tym czasie. Ostatecznie przyszła zmiana na lepsze. Energiczna osobowość i dramatyczne talenty Katarzyny pozwoliły jej na otrzymanie korzystnej finansowo pozycji prelegentki w znanym biurze wykładowym, podróżującym po kontynencie północnoamerykańskim ze swoimi programami kulturalno — oświatowymi.

U szczytu kariery zawodowej i materialnego dobrobytu ogarnęło ją głębokie zwątpienie w sens takiego życia. Wtedy właśnie, poprzez słowa Ewangelii, “Powstań, idź… sprzedaj wszystko, co masz… podnieś swój krzyż i naśladuj Mnie”, które zdawały pojawiać się za każdym razem kiedy otwierała Pismo Święte, usłyszała wezwanie do radykalnej zmiany życia. Po okresie zmagań i wątpliwości, posłuszna temu wezwaniu rozdała swój majątek ubogim, zabezpieczając wcześniej utrzymanie dla syna.

Za pozwoleniem i poradą biskupa diecezji zamieszkała pomiędzy biednymi w Toronto. Wkrótce zebrała się wokół niej niewielka grupa współpracowników i tak w początku lat 30-tych powstał pierwszy Friendship House (“Ośrodek Przyjaźni”). Po kilku latach otwarł on swoje placówki w wielu innych miastach (Harlem w Nowym Jorku, Chicago, i inne). Katarzyna w tym czasie, podobnie jak jej przyjaciółka Dorothy Day, była jedną z pierwszych w walce o sprawiedliwość społeczną i rasową w Ameryce Północnej. W latach 40tych, Katarzyna poślubiła Edwarda Doherty, znanego dziennikarza amerykańskiego, którego poznała w Harlemie. Ich znajomość zaczęła się kiedy Eddie, zainteresowany Friendship House postanowił opisać jego działalność na łamach nowojorskiej prasy.


17 maja 1947 roku Katarzyna i Eddie zamieszkali w Combermere, w Kanadzie, dając początek dzisiejszemu Madonna House. W krótkim czasie zaczęli dołączać inni, zostając tu pomimo trudnych warunków życia z dala od bezpieczeństwa i wygód miasta. Katarzyna przyjmowała każdego z gościnnością zapraszając do wspólnego życia — modlitwy, pracy i rekreacji. Podobnie jak w Friendship House pomagała także miejscowej ludności. Odwiedzała samotnych, pielęgnowała chorych, organizowała naukę dla dzieci i dorosłych, zbierała pieniądze, ubrania i żywność dla wszystkich potrzebujących. I tak w konkretny, prosty sposób świadczyła i uczyła o miłości Boga.



Z upływem lat zainteresowanie duchowością Madonna House wzrosło. Na zaproszenie biskupów z innych diecezji, zarówno w Kanadzie jak i poza jej granicami, zostały otwarte nowe ośrodki apostolatu. Duchowość naszej wspólnoty oparta na życiu Świętej Rodziny z Nazaretu, wywarła wpływ na wiele osób przybywających do Combermere z całego świata. Ten wpływ wciąż rośnie nawet dzisiaj.



Wizja prostego życia Ewangelią, którą Bóg obdarzył Katarzynę dociera do wielu głównie poprzez kontakt z  domami kontynuującymi jej działalność. Inni poznają ją czytając książki i publikacje opracowane na podstawie pism Katarzyny. Sama jest autorką kilku ciekawych pozycji z dziedziny życia duchowego, które także są dostępne w języku polskim.


Katarzyna Doherty zmarła 14 grudnia, 1985 roku w Combermere, w wieku 89 lat. W 1991 roku, za zgodą miejscowego biskupa w Pembroke, wszczęto jej proces beatyfikacyjny, a obecnie nadano jej tytuł “Służebnicy Bożej”.

Więcej informacji na temat samej Katarzyny Doherty i jej procesu beatyfikacyjnego można znaleźć pod adresem:


www.catherinedoherty.org      


Nawrócenie jako „być więcej”

Nawrócenie, to dobry temat na czas Adwentu.



I znowu chciałbym pisząc o tym odwołać się do doświadczenia Thomasa Mertona. Większość z Was z całą pewnością dobrze zna jego zawikłaną historię życia, bądź to z opowieści, bądź z książek, które czytał jego autorstwa (Siedmiopiętrowa Góra – stanowiąca jego autobiografię), bądź jego biografów (a pojawiło się ich kilka – ja osobiście lubię tę napisana przez Jima Foresta i Basila Penningtona, sa bardzo przystępne, ale wiele informacji o Mertonie można znaleźć także u Nouwena). Nieco informacji o Mertonie można także przeczytać na tym blogu, ale nie chcę zbyt dużo pisać o tym, co jest łatwo dostępne. 

Pozwolę sobie przywołać słowa samego Mertona, który spoglądając na swoje nawrócenie z pewnej perspektywy siedmiu lat pobytu w klasztorze pisze tak: Poprowadzę cię w samotność, poprowadzę cię drogą, której nie potrafisz absolutnie zrozumieć, bo chcę, żeby to była droga najkrótsza. (…) I poprowadzę cię na wyżyny mojej radości; umrzesz we Mnie i odnajdziesz wszystkie rzeczy w głębi Mojego Miłosierdzia, które stworzyło cię w tym celu i poprowadziło z Prades na Bermudy, do St. Antonin, do Oakham, do Londynu, do Cambridge, do Rzymu, do New Yorku, do Columbii, do parafii Corpus Christi, do św. Bonawentury i do cysterskiego opactwa ubogich mnichów pracujących w Gethsemani: abyś mógł stać się bratem Boga i nauczyć się poznawać Chrystusa ludzi wypalonych płomieniem. [Siedmiopiętrowa góra]


Każdy, kto zna choćby pobieżnie życie tego niezwykłego mnicha z pewnością zauważy jak bardzo spełniły się te słowa, które Merton wkłada w usta Boga mówiącego do niego. Moglibyśmy mieć wątpliwości, czy droga, która wiodła Mertona przez tyle różnych miejsc i doświadczeń, które odcisnęły na nim swoje niezatarte piętno nie mogłaby być krótsza? Ale Bóg z pewnością wie lepiej. Tak jak wiedział lepiej, gdy prowadził Izraelitów wypędzonych przez faraona z Egiptu przez pustynię przez symboliczne czterdzieści lat, choć gdybyśmy popatrzyli na mapie były i są krótsze i może mniej niebezpieczne drogi…

Zastanawiam się czasem czy ta konieczność prowadzenie Mertona krotką drogą była spowodowana jego nagłą i niespodziewaną śmiercią 10 grudnia 1968 roku podczas pobytu w Bangkoku, o której Bóg z pewnością wiedział i chciał, aby do tego czasu Merton już dojrzał w swojej duchowej podroży zanim dotrze do jej kresu.

10 grudnia pamiętnego 1968 roku! Tak! Dzisiaj jest kolejna rocznica śmierci Toma.

Pozwolę sobie jednak naszkicować tu pewien rys jego historii, która była jego osobistą drogą do nawrócenia.
Urodził się pięćdziesiąt trzy lata wcześniej (31 czerwca 1915 roku) właśnie w owym wspomnianym Prades we francuskich Pirenejach. Jego ojciec był z pochodzenia Nowozelandczykiem, zaś z zawodu i pasji artystą-malarzem; matka – Amerykanką. Zanim przeprowadził wraz z ojcem do Stanów Zjednoczonych Tom uczył się aż do liceum we Francji. Matkę stracił w wieku zaledwie sześciu lat, ojca, gdy miał lat osiemnaście. Potem opiekę nad nim sprawował dziadek i babcia – oboje należący do kościoła episkopalnego i mieszkający w Anglii, gdzie i Tom przyjechał, ale poza modlitwa Ojcze nasz nie wyniósł z domu rodzinnego więcej doświadczeń religijnych (choć z ojcem czasem bywał w kościele). Po osiągnięciu pełnoletności przez pewien czas studiuje w Cambridge a następnie podróżuje po Włoszech. Tam po raz pierwszy doświadcza czegoś ze sfery sacrum.


Po powrocie do Ameryki studiuje literaturę na Uniwersytecie Columbia. Dużo czyta. Interesuje się też literatura francuską i właśnie te zainteresowania stykają go z książką Duch filozofii średniowiecznej Etienne Gilsona, która skłaniając go do wielu przemyśleń na zawsze odmieniła jego życie.
Spotkanie z pewnym hinduskim swami i jego namowom owocuje tym, że Merton sięga po książki chrześcijańskich mistyków. Ta lektura z kolei sprawia, że Merton po raz pierwszy zaczyna przekraczać progi kościoła [był to ów wspomniany we wstępie kościół Bożego Ciała w Nowym Jorku] i dzięki temu doświadczeniu dorasta do prośby o chrzest, z która zwraca się właśnie do księży tamtego kościoła. Przyjmuje go 16 listopada 1938 roku. Początkowo pociągnięty postacią św. Franciszka myśli o wstąpieniu do franciszkanów lecz paradoksalnie decyduje się na odbycie rekolekcji w opactwie Gethsemani u trapistów. Potem przez pewien czas poświęcił się pracy wśród Murzynów w dzielnicy Harlem u boku energicznej i niezwykłej kobiety – prawdziwej mistyczki – Catherine de Hueck Doherty [więcej o niej postaram się napisać, gdyż to niezwykła postać i kandydatka na ołtarze).



Ostatnie lata przed wstąpieniem do klasztoru upływają mu na pracy na Uniwersytecie Columbia i w St. Bonaventura College, gdzie pełni rolę asystenta i nauczyciele literatury angielskiej, zastanawiając się także nad podjęciem studiów doktoranckich.

7 grudnia 1941 roku puka do drzwi opactwa Gethsemani, tym razem jednak po to, aby pozostać tam na zawsze.


Oto krótki zarys historii Thomasa Mertona, historii, która można by śmiało podzielić na dwa tak różne, choć  bardzo intensywne okresy życia tego człowieka, któremu z emfazą nadano przydomek „nowego świętego Augustyna”, gdy jego książka Siedmiopiętrowa góra, napisana już a klasztornymi murami i wydana w 1948 roku rozeszła się jak świeże bułeczki i została przetłumaczona na kilkadziesiąt języków a w samych Stanach Zjednoczonych doczekała się już blisko dwudziestu wydań. Począwszy od tej pierwszej pozycji Thomas Merton zaczął wywierać niesłabnący wpływ na rzesze ludzi na całym świecie.


Jest to także historia jego nawrócenia, która każdy może czytać z perspektywy swojego własnego doświadczenia, z całą pewnością odnajdując tak wiele bliskich każdemu z nas doświadczeń, wątpliwości i duchowych zmagań.

Czytając Mertona, to co uderza nas w sposób szczególny, to fakt, że na termin NAWRÓCENIE rzuca on przez pryzmat swojego osobistego doświadczenia zupełnie inne światło. Dzięki niemu przestaje być ono określeniem, które straszy czy przeraża a zaczyna być doświadczeniem odpowiedzi na wezwanie do niezwykłej duchowej przygody, choć może często niełatwej, bo wymagającej odkrywania nieraz bolesnej prawdy o sobie, to koniec końców wspanialej i wyzwalającej. Dla Mertona bowiem nawrócenie jest bardziej dojrzewaniem od wewnątrz pod natchnieniem Ducha Świętego, jest bardziej praca polegającą na zgłębienie samego siebie i odkrywaniu w naszym wnętrzu obecności tego co Boże, niźli czymś przydanym nam z zewnątrz.

To dojrzewanie jest stopniowym oddawaniem w nas samych pola Bogu i Jego miłości objawionej w Jezusie Chrystusie, który nigdy nie bierze nas w posiadanie siłą, lecz raczej delikatnie puka do drzwi naszego serca i cierpliwie czeka aż zechcemy go wpuścić. A że nikt lepiej niż On i ci, którzy doświadczyli prawdziwego nawrócenia nie wie, że miłość drąży nas nie siła lecz wytrwałością, podobnie jak kropla wody drąży skałę, dlatego nigdy nie rezygnuje nawet wówczas, gdy owo serce człowieka wydawało się być kamienne i zatwardziale w swoim grzechu i złu. Oczywiście Merton nigdy nie ukrywał, że nawrócenie nigdy nie dokonuje się szybko i choć czasem rozpoczyna się w najmniej oczekiwanym momencie (raz wyraźniej uchwytnym innym razem mniej), to dokonuje się wśród licznych walk, trudności i przegranych.

To co stanowi prawdziwa wartość historii Mertona i jego nawrócenia, któremu możemy towarzyszyć, to szczerość, która całkiem słusznie niektórzy przyrównują do Wyznań świętego Augustyna.

Niemniej jedną z cech tego doświadczenia jest to, że tak, jak Merton, dopiero po fakcie, dostrzegamy to niezwykłe działanie Boga w naszym życiu. Na drodze, jaką jest nasze życie potykamy się bowiem o zdarzenia sprawiające nam radość lub kłopoty, często nie widząc w nich nią gorąco ręki Boga, który nas prowadzi. Nie umiemy dostrzec w wydarzeniach, które nas spotykają odpowiedzi na często zadawane sobie samemu w duchu pytanie: dlaczego oraz po co? Trzeba czasu, aby spojrzeć na nie z wdzięcznością, jako na wynagrodzenie za nasza niejasną wiarę. Ściśnijmy wydarzenia naszego życia – powie Merton do powierzonych jego pieczy nowicjuszy klasztoru Gethsemani – a ukaże się w nich Jezus Chrystus. I choć w danym momencie nie byliśmy świadomi Jego obecności i działania, to dopiero po fakcie uświadamiamy sobie, iż to On kierował naszymi krokami. A więc teraźniejszość to Bóg, który się ukrywa, zaś przeszłość, to Bóg, który się objawia.



Bóg jest tym, który współpracuje nawet z najbardziej ukrytym duchowym pragnieniem człowieka, choć dla niego samego bywa ono niedostrzegalne i przesłonięte. Lecz to właśnie Chrystus – miłośnik człowieka – prowadzi do odsłonięcia tego ukrytego pragnienie, sprawiając, że coraz bardziej dociera ono do naszej świadomości. Spróbujmy – pisze Merton – odkryć nić cieńszą niż włos, która przenika nasze życie od chwili urodzenia do dzisiaj, łączy i wyjaśnia: to Chrystus idący naszymi drogami, obok nas, podobnie jak szedł obok uczniów zdążających do Emaus.

Często zdarza się, że to, co ma decydujący wpływ na nawrócenie człowieka może wydawać się dla niego nic nie znaczącym wydarzeniem. Lecz gdy człowiek zaufa Bogu, nigdy w życiu nie zabraknie mu owych znaków przeznaczonych wyłącznie dla niego, które są mowa Boga. I tyle wystarczy, aby zmienić nasze życie, tak, aby nabrało ono sensu i wyraźnego znaczenia i żeby ostatecznie prawdziwie się wypełniło.
Cechą Mertona było to, że umiał to doświadczenie opisać. Nie on jeden zresztą, ale on uczynił to w sposób przystępny i bliski doświadczeniu tak wielu osób:

Gdy z perspektywy lat rozmyślam o swoim życiu to odkrywam, że dokładnie rzecz biorąc właśnie pewna rozmowa miała na mnie wpływ decydujący [Jest to odwołanie się do wspomnianej już rozmowy z owym hinduskim swami, który zachęcił Mertona do lektury chrześcijańskich mistyków]. Stąd rodzi się we mnie myśl, że być może ze względu na to – na te rozmowę – musiałem udać się do tego konkretnego miejsca. To, co nie znajdowało się w moich planach, znajdowało się bowiem w planach Bożych. Im więcej podobnych zdarzeń mnie spotyka, tym bardziej nabieram szczególnego przekonania, że cale moje życie, aż po najdrobniejsze szczegóły, posiada spójność pełną znaczenia przed wszechwidzącymi  oczami Boga.



I dalej znajdujemy jedną z najcenniejszych i najprostszych definicji nawrócenia:

Jeżeli dusza kieruje się ku bytowi, to dusza przez to rośnie, staje się większa (magis esse). Nadto buduje się i stabilizuje w dobru. Jeżeli zaś dusza odwraca się od bytu doznaje utraty bytu, która sprawia, że staje się mniejsza (minus esse). A wówczas upada i kieruje się ku nicości.

Przejście od minus esse tj. „być mniej” do magis esse tj. „być więcej” jest nawróceniem.

A zatem dusza, która obiera za cel wartości niżej stojące od ducha, siłą rzeczy przyciągana będzie w kierunku nicości. A odwracając się od Boga odrzuca nie tylko ostateczne spełnienie, dla którego ona i cały człowiek zostali stworzeni, lecz także człowiek odwraca się od samego siebie.


Muzyka łagodzi obyczaje

Skoro muzyka łagodzi obyczaje, to żeby urozmaicić tego bloga, tak by czytanie nie stało się zbyt monotonne będę co jakiś czas starał się wrzucić poza wierszem również jakiś muzyczny kawałek.  I myślę, że dobrze zacząć od adwentu, bo w końcu to radosny czas oczekiwania. Jedne z nich będą bardziej do słuchania, inne bardziej do przemyślenia ze względu na treść. 
Dzisiaj jeden z utworów moim zdaniem niezwykłego i trochę późno odkrytego prze ze mnie za sprawą jednej niezwyklej osoby (mającej większą intuicję do dobrej muzyki niż ja) zespołu Schiller.   

Duet Schiller powstał pod koniec lat 90. w Niemczech. Stworzyli go dwaj producenci Christopher von Deylen i Mirko von Schlieffen. Nazwa grupy nawiązuje do nazwiska wielkiego poety niemieckiego Fryderyka Schillera. Muzyka Schiller to połączenie trance’owych beatów i poetyckich tekstów.

A oto przykład. mam nadzieję, że przypadanie do gustu:-)
Miłego słuchania.

[youtube=http://www.youtube.com/watch?v=zLlpxRlznqE?fs=1]

Po prostu wstrzymuje oddech, chowając łzy

Czekałam na ciebie przez te wszystkie lata

Jestem z tobą samotna duszo

Ale nie powinieneś czekać tak długo

Trzymaj mnie w swoich ramionach i nie pozwól odejść

Z trudem próbuje przemóc moje lęki

Czy to może być prawdą

Ze ty czujesz tak samo jak ja?

Jestem z tobą samotna duszo

Trzymaj mnie w swoich ramionach i nie pozwól odejść

Jestem zmęczona udawaniem, zmęczona walką sama z sobą

Jestem zmęczona udawaniem, zmęczona życiem w tym domu sama

Jesteś brzegiem, podczas gdy ja jestem wodą

Jesteś jedyny, jesteś drugą stroną mojego wszechświata

I złapie cię, gdy będziesz upadał

Ja zawsze marze

Ale jak mogę zrobić krok?

Wiem, powinnam ci powiedzieć

Czas upływa

I czuje wszystko na raz, jesteś jedyny

Czuje ze to dla mnie szansa

Jestem zmęczona udawaniem, zmęczona walką sama z sobą

Jestem zmęczona udawaniem, zmęczona życiem w tym domu sama

Jesteś brzegiem, podczas gdy ja jestem wodą

Jesteś jedyny, jesteś drugą stroną mojego wszechistnienia

I złapie cię, gdy będziesz upadał.

Jak gwiazda filmowa świecisz jasno

W najciemniejszą noc jesteś moim światłem świec

Halo! Halo!

Mogę siąść tuż obok ciebie?

Spójrz, ja drżę

Dotknij moich ust

Delikatnie opuszkami swoich palców

Halo! Halo!

Nie znasz mnie, ale ja znam ciebie

Przynajmniej tak myślę

Jestem zmęczona udawaniem, zmęczona walką sama z sobą

Jestem zmęczona udawaniem, zmęczona życiem w tym domu sama

Jesteś brzegiem, podczas gdy ja jestem wodą

Jesteś jedyny, jesteś drugą stroną mojego wszechistnienia

I złapie cię, gdy będziesz upadał.

Niepokalana




W Maryi Niepokalanej widzimy, kim jest człowiek w zamyśle Boga. Człowiek wyszedł z ręki Boga cały piękny, a grzech, wbrew temu, co sądzą niektórzy, nie jest częścią naszej ludzkiej natury, ale stanowi pewnego rodzaju “obce ciało”. Maryja została przez Boga zachowana od jakiegokolwiek grzechu przez uprzedzającą łaskę, ale wszystkich nas dotyczy powołanie, abyśmy byli “święci i nieskalani przed obliczem Boga”. Dzisiejsza uroczystość jest nam dana po to, abyśmy zachwycili się ukazanym w Maryi pięknem Bożego dzieła i aby w nas samych wzrosło pragnienie jak najpełniejszego udziału w świętości Boga. Dla wszystkich zaś, którzy doświadczają w sobie bolesnego rozdarcia wywołanego przez grzech, dzisiejsza uroczystość jest radosną zapowiedzią ostatecznego triumfu łaski nad grzechem.

Maryja w dzisiejszej Ewangelii, staje się dla nas przepięknym przykładem całkowitego zaufania Bogu. Słysząc o sprawach, których w żaden sposób nie może pojąć, wypowiada słowa: „niech Mi się stanie według twego słowa”.


Maryja doskonale wie jedno, że dla Boga, nie ma rzeczy niemożliwych. Nie stara się za wszelką cenę zrozumieć, dlaczego właśnie Ona, ma stać się Matką Zbawiciela – a jedynie pokornie przyjmuje wolę Bożą.

Zbyt często, zamiast przyjąć wolę Bożą z pokorą jak Maryja, zaczynam po ludzku kalkulować i zastanawiać się, dlaczego ja, a nie ktoś inny? Wiemy przecież, że dla Niego nie ma rzeczy niemożliwych, a jednak, tak często w to wątpimy.

Maryja ma tę szczególną łaskę, że spogląda na rzeczywistość bez grzechu, który to spojrzenie zniekształca. I uczy na takiego sposobu patrzenia, nawet na to, co wydawać się może porażką w życiu człowieka i w  jego historii. Także na grzech. Ona proponuje nam byśmy potrafili spojrzeć nań nie zawsze jak na przekleństwo, lecz jak na „brata”, który nas obnaża. Od chwili pierwszego grzechu wszystko jest inne. Odtąd ciągle mówimy tak jak Ci pierwsi ludzie w raju: to on, to ona, to nie ja. I się okłamujemy. I innych okłamujemy. I próbujemy ukryć się przed Bogiem.

A On? On, na szczęście się tym nie przejmuje. Wymyślił nowy scenariusz. Znajduje Zwykłą Kobietę (skoro kobieta zawiniła, niech Kobieta naprawi), mówi Jej, że będzie Matką Boga, a że Ona jest Zwykłą Kobietą, zadaje tylko jedno pytanie – jak się to stanie? Resztę po prostu przyjmuje. Nie kombinuje. Boi się, ale w to wchodzi. Bo Jej serce jest otwarte na Przygodę. Bo wie, że na przygodzie, do której zaprasza Bóg nie można się zawieść, nie można być rozczarowanym. Ale, żeby o tym się przekonać, trzeba w to wejść tak jak Ona…

Jaka jest Twoja przygoda? Wejdziesz w nią, czy będziesz ciągle kombinował pseudo-odpowiedzialnością, która kończy się nic-nierobieniem?
Ona weszła w tę przygodę. I zobacz, jak się to skończyło ( również dla Ciebie)?



[youtube=http://www.youtube.com/watch?v=r5V3FT3RXx4?fs=1]

Wiara skonfliktowana

Nie celuję ku wyżynom, celuje ku głębinom. Nie ku temu, co wyniosłe i spektakularne, lecz ku temu, co pokorne i wcale niegodne pozazdroszczenia, i nieatrakcyjne, i nijakie. [Z listu Mertona do opata Jamesa Foxa]


Czasem pytają mnie, czy chrześcijanin może być osobą, która żyje w konflikcie wewnętrznym? Oczywiście wszystko zależy jakiego rodzaju jest to konflikt. Niemniej widomo, że wielu świętych przeżywało w swoim życiu konflikty i rożnego rodzaju zmagania (nieraz bardzo dramatyczne), ale widziane z perspektywy wiary i przeżywane w bliskim kontakcie z Bogiem stawały się często punktem wyjścia dla duchowego wzrostu, choć niejednokrotnie zmuszały do radykalnych wyborów.

Również Thomas Merton znany był ze swoich wewnętrznych konfliktów, o których bardzo szczerze pisał, ale które co ważniejsze potrafił zintegrować i przezwyciężać dzięki swemu poszukiwaniu Absolutu. Także dzielenie się nimi z innymi na piśmie sprawiało, że na wiele z nich potrafił spoglądać z dystansem umożliwiającym mu zdrowy krytycyzm i szersze spojrzenie na to, co było jego osobistym doświadczeniem.

Dzisiaj przeżywamy właśnie rocznicę, kiedy Thomas Merton po raz pierwszy (7 grudnia 1941 roku) przekroczył bramę klasztoru trapistów Gethsemani w stanie Kantucky, po to by z tego zamkniętego i kontemplacyjnego klasztoru promieniować z wielką mocą na współczesny świat.


„Wszystko i nic” [Todo y nada] – to jedno z najbardziej znanych i zarazem najbardziej stanowczych stwierdzeń św. Jan od Krzyża. Stwierdzenie stanowcze, które w najkrótszy i  najbardziej typowy sposób ukazuje autentyczny i pełen paradoksów styl, jakiego św. Jan używa w swoich pismach.

Merton, który zaczytywał się w pismach tego średniowiecznego hiszpańskiego mistyka i który w jego pisarstwie widział tragiczną sprzeczność i dramat, z jakim sam się borykał w swoim powołaniu i którego na swój sposób wcześniej czy później doświadcza każdy człowiek duchowy zaopatrzył to słynne stwierdzenie swoim komentarzem:

Todo y Nada. Wszystko i nic. Te dwa słowa to cała teologia św. Jana od Krzyża. Todo – wszystko – to Bóg, który zawiera w sobie w sposób znakomity wszelkie doskonałości wszystkich rzeczy. Dla Niego zostaliśmy stworzeni. W Nim posiadamy wszystkie rzeczy. Lecz aby posiąść Tego, który jest wszystkim, musimy wyrzec się posiadania każdej rzeczy mniejszej od Boga. Wszystko, co widzimy, poznajemy, z czego się cieszymy, co posiadamy w sposób skończony, wszystko to jest mniejsze od Boga. Każde pragnienie poznania, posiadania, bycia, nie mające za swój cel Boga, musi być zaciemnione. Nada!

(Merton, Szukanie Boga)

Merton, który z pasją poszukiwał Absolutu w głębi swego jestestwa żywił przekonanie, o bezużyteczności wysiłku ludzkiego, o nieistnieniu takiego autentycznego języka, który mógłby tak naprawdę oddać prawdę o Bogu. Podobnie myślał o tym św. Jan od Krzyża, który właśnie z tego powodu używał do mówieni o Bogu języka poezji.

Merton nosił w sobie z jednej strony świadomość a z drugiej wdzięczność, za świadomość, że tylko Bóg może mu dać całkowita odpowiedź na jego pragnienia, na poszukiwana przez niego pełnie istnienia. Jego nieugięty charakter kazał mu wierzyć, że Absolut i relatywizm, że wszystko i nic są nie do pogodzenia. Dlatego przeżywał sytuację konfliktową. W raz z wstąpieniem do trapistów zaczął przeczuwać pewna harmonię, dzięki regule św. Benedykta, na której oparty był zakon i która nadawała jedność jego życiu i głębokiemu pragnieniu życia tylko dla Boga a jednocześnie wydawało mu się to nie do pogodzenia z jego pisarską działalnością, która szczerze pragnął porzucić, po to by całkowicie zniknąć w Bogu, a która paradoksalnie tego mnicha zamkniętego za murami jednego z najbardziej rygorystycznych klasztorów kontemplacyjnych uczyniła jednym z najbardziej znanych pisarzy duchowych XX wieku.



Dążę do tego, żeby stać się niebytem, zostać zapomniany. [ z listu do opata Jamesa Foxa, 1949]

Z czasem jednak, na zupełnie innym poziomie odnajdzie wszystko, czego definitywnie się wyrzekł.

Kolejny konflikt to pragnienie samotności, które walczy w nim z życiem cenobity, we wspólnocie, która w tamtym okresie wynosiła w Gethsemani (w klasztorze, w którym przebywał w stanie Kentucky) ponad trzystu mnichów i gdzie jak sam często skarży się ciężko znaleźć chwile samotności i przestrzeń by nią oddychać. Stąd będą wynikały jego próby poszukiwania większej samotności najpierw wśród kartuzów lub kamedułów, do których pragnął się przenieść (zabiegał nawet o to w Stolicy Apostolskiej, ale jego przełożeni nie wyrażali na to zgody) a następnie w poszukiwaniu pustelni, którą udało mu się ostatecznie znaleźć na terenie własnego klasztoru, w lesie, który okalał zabudowania klasztorne. Warto nadmienić, że nie było to wówczas wcale łatwe (a klasztory przed soborowe zapatrywały się na takie pomysły z dużo większa rezerwą niż współczesne, traktując takie pragnienia nierzadko jako dziwactwa zakonnika). Bez wątpienia Merton mógł spełnić swoje pragnienie dzięki przychylności swojego opata Jamesa Foxa, który rozumiał jego aspiracje do życia pustelniczego, gdyż sam, już po śmierci Mertona przeniósł się do pustelni.

Merton jest w istocie przez całe swoje życie targany pragnieniem znalezienia większej samotności, ażeby dzięki temu móc jeszcze bardziej zbliżyć się do Boga.

Jeden z jego przyjaciół ojciec Porion, kartuz, który korespondował z Mertonem i nawet gotów był mu pomóc w przeniesieniu do kartuzji, gdy pełnił rolę jednego z generalnych przełożonych kartuzów w Rzymie pisze o tym pragnieniu w taki sposób: „ Większość ludzi znajduje równowagę działając, tworząc; zaś życie w pełni kontemplatywne wymaga szczególnej łaski i wierności. Wymaga także określonej dojrzałości i duchowej pełni, którą rzadko się spotyka u nowo nawróconych” (Warto nadmienić w tym miejscu, że Merton był świeżym konwertytą przed wstąpieniem do zakonu. Wprawdzie jego rodzice byli protestantami, ale on sam nie wyniósł z domu wychowania religijnego i określał siebie jako ateistę, gdy pytano go o wiarę w jego dorosłym życiu przed nawróceniem, które dokonało się dopiero na trzy lata przed jego wstąpieniem do trapistów – wówczas to dopiero przyjął chrzest).



Ostatecznie Merton zrozumie, że pierwotne pragnienie zmiany zakonu na inny o jeszcze bardziej radykalnej regule zrodziło się w jego sercu jako dar i zachęta, żeby iść w głąb życia duchowego w tym miejscu, w którym się znajduje i aby umożliwić jeszcze głębsze zjednoczenie z Bogiem Choć początkowo przepłacił złym samopoczuciem i cierpieniem brak zgody przełożonych na przeniesienie do kartuzów lub kamedułów.

Potrzeba było czasu, zanim mógł z prawdziwą wolnością serca napisać: Trzeba w istocie rozróżnić wśród pragnień danych przez Boga te pragnienia, których realizacji od nas wymaga, od tych, których realizacji nie wymaga, lecz dane są duszy po to, ażeby postępowała bardziej na drodze zjednoczenia z Bogiem. […] Pragnienia te dokonują wielkiego dobra, nawet jeśli nie mogą być zrealizowane nie z naszej winy, lecz dlatego, że Bóg nie chce, aby zostały zrealizowane. Tak więc wywołują one wielką żarliwość serca i ducha, całkowite oddanie, tęsknotę, miłość, ale tez wielkie uniżenie i pokorę. Dzięki temu czynią więcej dobra dla duszy niźli wówczas, gdyby zostały, z Bożą pomocą zrealizowane. [Myśli w samotności]

Merton przez długi czas nie dostrzegał tego delikatnego problemu duchowego prowadzenia. Rozwiązał go w ten sposób, że prosił o pustelnicze życie. I dopiero z jego perspektywy zaczął na wiele spraw spoglądać inaczej. Ostatecznie jednak jego osamotnienie do końca było bardzo umiarkowane, gdyż przerywane tysiącami listów, które dostawał, książkami, które pisał a wreszcie i wizytami gości, którzy wcale nie rzadko, jak na tego typu klasztor przekraczali próg jego pustelni.



Na koniec do tego wszystkiego dodajmy jeszcze jeden konflikt pomiędzy Bogiem a światem, natura i łaską, pomiędzy duchem a ciałem, który dawał mocno o sobie znać w życiu Mertona zgodnie z tym o czym pisze św. Paweł w siódmym rozdziale Listu do Rzymian. Świadomość konfliktów, z którymi Merton zmagał się przez całe swoje życie i które bynajmniej nie ucichły, gdy przekroczył bramy opactwa Gethsemani pokazuje jak złożoną osobowością był o. Ludwik (takie bowiem imię zakonne przyjął). W istocie jednak właśnie ów „stan mniszy” pozwolił mu ostatecznie dojść do określonej jedności, której całe życie poszukiwał, zaś wewnętrzna walka, konflikty i sprzeczności powoli godziły się i uspokajały.