Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Adwentowe oczyszczenia

To już czwarty tydzień Adwentu…


Gdyby spoglądać na czas dany mam przez Boga jako czas szczególnej łaski, to zdaniem wielu mistrzów życia duchowego można by go mierzyć miarą ogołacania człowieka, jakie Bóg dopuszcza w jego życiu. Zazwyczaj Bóg ogołaca nas z tego, co nie jest nam niezbędnie konieczne a co stało się niepotrzebnym oparciem. Czemu jednak miałoby to służyć? Otóż wszyscy mistrzowie życia duchowego są zgodni co do tego, że każde doświadczenie ogołocenia ma na celu poszerzenie przestrzeni naszej wewnętrznej wolności i większe oparcie się na Panu Bogu.
Patrząc przez pryzmat tego, co napisano powyżej czas tegorocznego Adwentu mogę uznać, za czas pewnych oczyszczeń (naturalnie nie za wielkich, Pan Bóg na szczęście jest miłosierny i ogałaca na miarę duchowej dojrzałości człowieka, dlatego mogę powiedzieć, że mnie oszczędza w swojej litości nad grzesznikiem, który ciągle się potyka o swoją małą dojrzałość duchową). 
Najpierw ukradziono mi komórkę, potem okazało się, że jacyś hackerzy zrobili sobie przedświąteczny prezent i zapłacili za granicą spory rachunek za pomocą mojej karty kredytowej, której dane nie wiedzieć jak i gdzie wcześniej przechwycili w internecie lub w jakimś innym miejscu; potem przyplątały się jeszcze pewne problemy zdrowotne a na deser właśnie dowiedziałem się, że przyjdzie nam szukać sobie innego miejsca spotkań medytacyjnych (pewnie już od Sławka otrzymaliście tę smutną wiadomość, że duszpasterstwu akademickiemu potrzebna jest sala, w której się spotykamy).
Oczywiście każda z tych sytuacji coś mówi i czegoś uczy. W przypadku kradzieży telefonu (choć bolesne jest to, ja bardzo jesteśmy nieuczciwi – pomyśleć, że w Norwegii lub w Szwecji możesz torbę zostawić na dworcu iść na obiad i jak wrócisz to zastaniesz ją w tym samym miejscu w nienaruszonym stanie – a u nas nawet portfel czy telefon trzymany w kieszeni nie są bezpieczne), to raczej śmieszna sytuacja, która pokazuje jak bardzo jesteśmy zależni od elektroniki (jak straciłem telefon, byłem jak dziecko, które nie pamięta nawet numeru telefonu do mamy, bo już nie zaprzątamy sobie nimi pamięci). Gdy chodzi o zapłaceni moją kara kredytową przez jakiegoś hackera, znowu Pan Bóg pokazuje jak zbytnie pokładanie nadziei w nowościach i elektronice potrafi być zgubne (owszem pomaga, ale stawia człowieka przed nie lada ryzykiem). Zdrowie jak zdrowie – „Pan Bóg dał, Pan Bóg zabrał, niech imię Pańskie będzie błogosławione!”. Co zaś tyczy się sali medytacyjnej, to przecież byliśmy tam gości i korzystaliśmy z gościny i dobrego serca Księdza Rektora. Było mu przykro gdy to mówił, ale oni sami się już nie mieszczą tyle maja grup i on sam ostatnio musiał spotykać się ze swoją grupą w zakrystii. Nie mam wątpliwości, że jeśli te spotkania medytacyjne są dziełem Bożym, to Pan Bóg zatroszczy się i o grupę i o miejsce (Przy okazji polecam te sprawie modlitwie i zachęcam do poszukiwań nowego miejsca spotkań). Oczywiście Ksiądz rektor św. Anny w swojej dobroci nie wyrzuca nas całkiem i powiedział, że gdybyśmy chcieli się spotykać w soboty, to sala jest do dyspozycji. Nie wiem tylko na ile sobota jest dla grupy dobrym terminem na stale spotkania?


I znowu to niewielkie ogołocenie kieruje moje myśli ku Mertonowi i ku jego doświadczeniu ogołacania, którego sam szukał i które jego zdaniem jest znakiem duchowej dojrzałości człowieka.

„Abym dzisiaj nie zgubił się Panie, dlatego Ty sam mnie prowadź”

To jedna z najpiękniejszych modlitw, jaką słyszałem i jaką Merton odmawiał rozpoczynając każdy dzień. To, co najbardziej w niej ujmujące to głębia zawartej w niej treści przy całej zwięzłości słów.Ukazuje ona zarówno świadomość własnej niemocy i niebezpieczeństwa łatwego zagubienie się we współczesnym świecie, jak i całkowitej zależności od Boga i chęć poddania się Jego prowadzeniu.

„Abym dzisiaj nie zgubił się Panie, dlatego Ty sam mnie prowadź”…

Jakże nie podpisać To ono bowiem uczy jak łatwo się zagubić. Szkoda tylko, że tak mało mądrości czerpiemy z przeszłych doświadczeń, upadków i błędów zarówno swoich jaki i innych osób…



Merton nauczał modlitwy i medytacji, gdyż dusza dzięki nim staje się bardziej otwarta. Jego życie wyrastało z modlitwy i do modlitwy prowadziło… Jego rady zatem wyrastały z autentycznego doświadczenia, choc były zazwyczaj proste: Każda modlitwa ma na celu autentyczne poszukiwanie zgodności naszego spojrzenia z wolą Bożą.  Ważne jest znalezienie przestrzeni ciszy, spokoju i skupienia, które umożliwią nam prawdziwy kontakt z Bogiem. Wiele miejsca poświęca też postawie modlitwy: Najlepszą naturalnie postawą dla medytacji jest postawa na „siedząco” lub tzw. postawa diamentowa, choć nie do końca jest ona bliska naszej kulturze. Również otoczeniu Merton przypisuje ważna rolę: Łatwiej będzie nam medytować w ciszy kaplicy, ogrodu, pokoju czy lasu.
Niemniej modlitwa jest dla Mertona warunkiem sine qua non rozwoju człowieka, dlatego czasu na nią przeznaczonego nie wolno nam zamieniać na cokolwiek innego:

Zarezerwowanie sobie każdego dnia czasu dla Pana – pisał – jest dla człowieka wiary podstawowym środkiem rozwoju.

By jednak dotrzeć do kontemplacji przypomnijmy słynną sentencję Mertona: czytanie – medytacja – modlitwa – kontemplacja. Przy czym nie chodzi tu o metodę, o system, lecz o pielęgnowanie określonej postawy, określonego spojrzenia; stopniowo dusza, która podejmuje wytrwale taką praktykę kieruje się ku takiemu postępowaniu. Warunkiem owocności modlitwy, jakiegokolwiek byłaby ona rodzaju jest jednak to, aby w czasie modlitwy cała miłująca uwaga była skupiona na Bogu. Merton nauczał modlitwy i medytacji, gdyż sam doświadczył tego, że to dzięki tej praktyce dusza staje się bardziej otwarta. Co jak co, ale ta wielka otwartość jego serca (niektórzy sądzili, że zbyt wielka) była cechą, która tak wielu ludzi różnych przekonań, kultur i religii przyciągała do niego.




Moje tak…

„Posłał Bóg anioła Gabriela do miasta w Galilei, zwanego Nazaret…”. Niby jest to tekst, który znamy na pamięć. Nasze oczekiwanie powinno być szczególnie czujne, jeśli chcemy, ażeby to Zwiastowanie także dla nas stało się Dobrą Nowiną.

— Maryjo — mówi anioł — będziesz szczęśliwa!

Przez długi czas tłumaczono to pozdrowienie formułą wyrażającą pełen podziwu szacunek: „Zdrowaś Maryjo, łaski pełna, Pan z Tobą”. To bardzo piękne słowa, które powtarzamy w codziennej modlitwie. Ale egzegeci, specjaliści, którzy badają Ewangelię, przywracają o wiele mocniejsze, rzeczywiste wyrażenie użyte przez Łukasza: „Raduj się, wybrana, Pan jest z Tobą”.

Taka formuła nadaje Maryi — tej, która rozważa wszystko w swoim sercu — koloryt i blask mesjańskich zwiastowań. „Raduj się”: Ta radość to Bóg. „Pan jest z Tobą”: Maryja zna Pisma, jest zmieszana, wie, dokąd wiodą takie słowa, wie, że są początkiem wielkich misji, czegoś nieoczekiwanego, choć pewnie sama nie oczekiwała, że aż tak niezwykłego.

„Będziesz Matką Mesjasza”. Anioł użył jeszcze innego wyrażenia, które w połączeniu z wcześniejszym nie pozostawia już żadnych wątpliwości; to właśnie w Niej wypełni się wielka obietnica: „Oto poczniesz i porodzisz Syna, który będzie wielki i będzie nazwany Synem Najwyższego. Będzie panował i Jego panowaniu nie będzie końca”.

Ażeby jeszcze bardziej odsłonić objawienie, i wszechmoc działającego w Niej i przez Nią Boga anioł doda wyjaśnienie jako odpowiedź na wątpliwości, jakie rodzą się w sercu Maryi; wyjaśnienie, które postawi nas w obliczu całej tajemnicy:

Poczęcie tego niezwykłego dziecka dokona się bez udziału ludzkiego, ponieważ dziecko nieskończenie święte, które się z Niej narodzi, jest Synem Bożym. Duch Święty, moc Najwyższego, dokona w Tobie tego cudu.

Zatrzymajmy się jednak na kulminacyjnym zdaniu tego tekstu. „Ten, który się narodzi, jest Synem Bożym”.

Wszystko, co Łukasz chciał powiedzieć, zawiera się w tych słowach. Dodaje on jeszcze zdanie, które ma pomóc naszej wierze: „Dla Boga nie ma nic niemożliwego”.

I wtedy, gdy zostaną rozwinę już wszelkie wątpliwości, co do tego niezwykłego poczęcia i narodzenia, słyszymy „tak” Maryi, w którym daje siebie całą, całkowicie — już nikt nigdy nie powie Bogu takiego „tak”.

Przede wszystkim jednak musimy wsłuchać się w tę radosną wieść: Mesjasz jest nam dany, Ten, który przychodzi, aby zbawić nas od wszelkiej nieprawości i nędzy. Który ma moc wybawić człowieka od jego największego wroga: GRZECHU I PANOWANIA CIEMNOŚCI.

Niezwykłość tego zwiastowania ma podkreślić fakt, że ten Zbawiciel jest bardziej nieprawdopodobny niż najbardziej nawet szalone marzenie!

Bóg sam narodzi się z kobiety, aby być człowiekiem żyjącym wśród nas! Czy kiedykolwiek będzie można przyzwyczaić się do tej myśli, która tak jasno wyrażona zostanie przez świętego Jana: „Słowo, które jest Bogiem, stało się ciałem i zamieszkało wśród nas”.

„Bóg wśród nas, Bóg z nami”: Radość ofiarowana Maryi jest radością, która jest ofiarowana każdej i każdemu z nas, kiedy rozumiemy do jakiego stopnia poprzez Jezusa (i poprzez Maryję) Bóg jest z nami, Bóg jest dla nas. Choćby nie wiem jakie chmury zawisły nad światem i nad naszym życiem, nikt już nie odbierze nam tego Słońca.

Ale każdy z nas przeżywa też dni, kiedy Jezus staje się dla nas słońcem w szczególny sposób. Są to nasze osobiste zwiastowania. Czasem niosą radość, czasem są bolesne. Mają za zadnie, jaki anioł wyrywać nas z uśpienia! Z duchowego marazmu. Czasem jest to cierpienie, które niszczy nadzieje i złudzenia, czasem trudne i nieoczekiwane wyzwania, które niesie życie. Coś wobec czego stajemy bezsilni, co wydaje się przerastać nasze możliwości…

I oto nagle mamy świadomość, że jesteśmy wezwani do rzeczy trudniejszych i wznioślejszych, do całkowitego oparcia się na Bogu, bo sami już wiemy, że nie możemy tego uczynić o własnych siłach.

Czy potrafię w tym dzisiejszym słowie odnaleźć wezwanie skierowane również do mnie: Raduj się (Joanno, Barbaro, Agnieszko, Pawle, Zbigniewie, Pan jest z Tobą, przez swoje życie możesz zrodzić cząstkę światła dla świata, możesz stać się świadkiem wiary, świadkiem mocy działającego w Twoim życiu Boga. Możesz stać się światłem dla tych, którzy może utracili wiarę, sens życia, nadzieję… Pod jednym wszakże warunkiem: Jeśli jak Maryja odważysz się Bogu powiedzieć „tak”.

W ciszy


W CISZY

Nic nie mów. 
Słuchaj, co mówią kamienie tej ściany. 
Nic nie mów, one chcą 
Twoje wypowiedzieć
Imię. 
Słuchaj 
Żywych ścian. 
Kim jesteś ? 
Kim 
Jesteś ? Czyją 
Ciszą jesteś ?
Kim (bądź cicho) 
Jesteś (cicho jak kamienie). 
Nie myśl, 
czym jesteś. 
Nie przywiązuj wagi. 
Czym kiedyś stać się możesz. 
Miast tego 
Bądź sobą (kim znaczy ?) bądź 
Tym, przed kim myśl się korzy, 
Kogo nigdy pojąć nie zdołasz.
Póki jeszcze żyjesz, 
Nic nie mów, 
Póki wszystko co żyje, 
Przemawia (nie słyszę) 
Do Twojej istoty, 
Mówi przez to co Nieznane, 
A co przepaja na równi 
Ich i ciebie.
„Spróbuję jak przedmioty 
Być swą własną ciszą: 
Choć to bardzo trudne. Cały 
Świat potajemnie płonie. 
Kamienie płoną, nawet kamienie 
Mnie parzą. Jak to możliwe, by tak 
ucichł człowiek lub nasłuchiwał 
Płonącego świata ? 
Skąd weźmie czelność, 
by siąść wśród przedmiotów, 
Których wszystka cisza 
Jasnym ogniem płonie ?”


T. Merton

Adwent to dobry czas na wyciszenie i słuchanie. Cisza bywa twórcza, choć niektórzy myślą inaczej… Boją się ciszy… Uciekają przed nią…



Posłuchajmy jednak, co Merton mówi na temat ciszy.

Wyobraź sobie człowieka lub grupę ludzi, którzy samotnie lub wspólnie przebywają w miejscu, w którym panuje cisza, gdzie nie ma radia, nie słychać żadnej muzyki. Po prostu siedzą przez godzinę lub pół godziny w ciszy. Nie rozmawiają, nie modlą się głośno, nie czytają książek ani gazet, nic nie piszą, nie zajmują się niczym. Po prostu „wchodzą w siebie”. Nie po to, by analizować, testować, organizować, planować, lecz po to, by po prostu być. Chcą „pozbierać się” w ciszy. Chcą osiągnąć pewną syntezę, integrację, pragną odkryć siebie na nowo w jedności myśli i woli, rozumienia i miłości, która wykracza daleko poza słowa, poza analizę, nawet poza świadomość. Pragną modlić się nie swymi ustami, lecz ciszą swych serc, czymś, co ją przekracza – samą podstawą swojego istnienia.
Co skłoniłoby współczesnych ludzi do podjęcia takiej praktyki? Czy ich motywacją jest ludzka potrzeba ciszy, refleksji, wewnętrznego poszukiwania? Czy pragną choćby na krótko oderwać się od aktywności i napięcia współczesnego życia po to, by odprężyć swoje umysły oraz wolę i poszukiwać błogosławionego poczucia wewnętrznej jedności, pojednania i integracji?
Są to z pewnością wystarczające powody – lecz dla chrześcijanina istnieją jeszcze głębsze motywy niż te wymienione powyżej. Chrześcijanin może uświadomić sobie, iż jest wezwany przez Boga do przeżywania ciszy, refleksji, medytacji i „wsłuchiwania się”. Być może jesteśmy zbyt rozgadani, zbyt aktywni w naszym rozumieniu życia chrześcijańskiego. Nasza służba Bogu i Kościołowi nie zawiera się jedynie w mówieniu i działaniu. Może również polegać na przebywaniu w ciszy – na słuchaniu i oczekiwaniu.
Być może bardzo ważne dla naszego wieku przemocy i niepokoju staje się ponowne odkrywanie medytacji – cichej wewnętrznej jednoczącej modlitwy oraz twórczej chrześcijańskiej ciszy.
Cisza ma wiele wymiarów. Może być regresem i ucieczką lub obecnością, świadomością, zjednoczeniem i samoodkryciem. Cisza negatywna zamazuje i wprowadza zamieszanie w nasz organizm (wpadamy wówczas w „sny na jawie”) lub tłumi nasz niepokój. Pozytywna cisza zakłada dyscyplinę wyboru i to, co Paul Tilich nazywa „odwagą bycia”. Na dłuższą metę dyscyplina twórczej ciszy wymaga pewnego rodzaju wiary. Kiedy stajemy twarzą w twarz z samym sobą w samotności, na gruncie naszego istnienia, konfrontujemy się z wieloma pytaniami dotyczącymi wartości naszej egzystencji, prawdziwości zaangażowania oraz autentyczności naszego życia codziennego.
Kiedy jesteśmy nieustannie w ruchu, zawsze zajęci wypełnianiem wymagań naszej społecznej roli, bierni, unoszeni przez strumień mowy rwący od rana do nocy, być może jesteśmy w stanie uciec od naszego głębszego „ja” i pytań, które ono stawia. Możemy być mniej lub bardziej zadowoleni z naszej zewnętrznej tożsamości, społecznego „ja”, które tworzone jest przez nasze interakcje z innymi w pracowitym rytmie życia codziennego. Lecz bez względu na to, na ile uczciwi i otwarci potrafimy być w naszych relacjach z innymi, owo społeczne „ja” zakłada konieczny element sztuczności. Jest zawsze do pewnego stopnia maską. Musi być. Nawet amerykańskie upodobanie do szczerości, rodzinnej prostoty, uprzejmości, otwartości i poczucia humoru jest często tylko fasadą. Niektórzy ludzie bywają tacy w sposób naturalny. Inni uczą się odgrywania tych ról po to, by zdobyć akceptację innych. Ponieważ zachowanie takie niezupełnie jest udawaniem, dlatego do nas przemawia.
Lecz czy kiedykolwiek stwarzamy sobie możliwość zrozumienia tego, iż ta rozgadana i uśmiechnięta, być może nawet twarda i zwarta osobowość, jaką jawimy się sobie, nie jest w istocie naszym prawdziwym „ja”? Czy dajemy sobie możliwość rozpoznania czegoś głębszego? Czy potrafimy stanąć wobec faktu, że być może nie interesuje nas cały ten zgiełk i zapracowanie? Kiedy pozostajemy w ciszy nie tylko przez kilka minut, lecz przez godzinę lub kilka godzin, możemy stać się niespokojnie świadomi wewnętrznej obecności jakiegoś niepokojącego gościa, naszego „ja”, którym jesteśmy my sami oraz ktoś jeszcze. To „ja” nie jest w pełni akceptowane w swym własnym domu, ponieważ jest tak różne od owej codziennej figury, którą skonstruowaliśmy z naszych relacji z innymi – i z naszych wewnętrznych niewierności.
Istnieje w nas ciche „ja”, którego obecność jest niepokojąca właśnie dlatego, iż jest ono tak ciche i nie może być wypowiedziane. Musi pozostać ciche. Werbalizując je, jednocześnie je okrawamy i w pewien sposób niszczymy. Musimy zatem otwarcie wyznać, iż nasza kultura jest na wiele sposobów ukierunkowana na to, by umożliwić nam uchylanie się od potrzeby stanięcia wobec owego wewnętrznego, cichego „ja”. Żyjemy w stanie ciągłej pseudouwagi skierowanej na głosy, muzykę, ruch uliczny lub ogólnie na hałas związany z tym wszystkim, co dzieje się wokół nas. To sprawia, że jesteśmy wciąż pogrążeni w powodzi dźwięków i słów rozproszonego środowiska, w którym nasza świadomość jest na wpół odurzona.
Nie w pełni myślimy, niecałkowicie odpowiadamy, ale bardziej lub mniej jesteśmy w danym miejscu. Nie jesteśmy w pełni obecni ani całkiem nieobecni, nie całkiem odeszliśmy i nie całkiem jesteśmy dostępni. Nie można powiedzieć, że prawdziwie w czymś uczestniczymy, ani że bylibyśmy w stanie uczestniczyć.
W istocie jesteśmy na wpół świadomi naszej alienacji czy oporu. Jednak czerpiemy pewne poczucie wygody z niejasnej świadomości tego, że jesteśmy „częścią” czegoś, chociaż nie jesteśmy w stanie zdefiniować, czym jest owo „coś” – prawdopodobnie nie chcielibyśmy definiować, nawet gdybyśmy potrafili. Po prostu dryfujemy wśród ogólnego hałasu. Zrezygnowani i obojętni trwamy wśród obojętności reklam, które chcą uchodzić za „rzeczywistość”.
Oczywiście to nie wystarczy, by utrzymać w nas stan zapomnienia o tym nieproszonym „ja”, które w dużej mierze skrywa świadomość. Niepokojąca obecność naszego głębokiego „ja” nieustannie usiłuje utorować sobie drogę ku powierzchni naszej świadomości. By dokonać na nim egzorcyzmu, potrzebujemy bardziej zdecydowanej stymulacji: rozproszenia, alkoholu, narkotyku, jakiejś sztuczki, gry lub rutynowego odreagowania naszego poczucia alienacji i niepokoju. W konsekwencji to „coś” odchodzi na jakiś czas i zapominamy o tym, kim jesteśmy.
Wszystkie te czynniki mogą być określone jako „hałas”, przemieszczanie lub blokowanie, w którym toną owe głębokie, tajemnicze i wytrwałe żądania wewnętrznego „ja”.
Jedynie w ciszy możemy dojść do zgody z owym wewnętrznym „ja”. Dlatego właśnie należy wybierać ciszę. W ciszy możemy wyznać i stanąć wobec przepaści między głębią naszego istnienia, którą konsekwentnie lekceważymy, a jego powierzchnią, która jest niewierna naszej własnej rzeczywistości. Musimy zatem rozpoznać potrzebę oswojenia się z samym sobą po to, by wyjść ku innym, nie tylko z maską spolegliwości, ale z prawdziwym zaangażowaniem i autentyczną miłością.
Jeśli obawiamy się ciszy, to przyczyną tego może być nasz ukryty brak nadziei na wewnętrzne pojednanie. Jeśli brak nam nadziei na pogodzenie się z samym sobą w naszej wewnętrznej samotności i ciszy, wówczas nigdy nie będziemy w stanie odkryć prawdy o sobie: będziemy ciągle uciekać i nigdy się nie zatrzymamy. Zaś owa ucieczka od siebie samego jest – jak wskazuje szwajcarski filozof Max Picard – „ucieczką od Boga”. W końcu to właśnie w głębi naszego sumienia przemawia Bóg, zaś jeśli wzbraniamy się przed otwarciem naszego wnętrza oraz przed spojrzeniem w owe głębiny, to również wzbraniamy się przed konfrontacją z niewidzialnym Bogiem, który jest w nas obecny. Ta odmowa jest częściowym przyznaniem, iż nie chcemy, by Bóg był Bogiem, podobnie jak nie chcemy być naprawdę sobą.
Podobnie jak my, którzy mamy swoje zewnętrzne maski scalane w naszych słowach i czynach nie w pełni reprezentujących to, co w nas jest, tak samo niewierzący postępują z Bogiem, który stworzony jest ze słów, uczuć, budujących sloganów i w większym stopniu staje się On produktem religijnej i społecznej rutyny niż Bogiem wiary. Taki Bóg może stać się protezą prawdy o niewidzialnym Bogu wiary i chociaż ten uspokajający obraz może nam się wydawać realny, to jednak w istocie jest on rodzajem bożka.
Głównym jego zadaniem jest chronienie nas przed głębokim spotkaniem z naszym prawdziwym wewnętrznym „ja” oraz z prawdziwym Bogiem. Cisza jest zatem ważna nawet w życiu wiary, a także w naszym najgłębszym spotkaniu z Bogiem. Nie możemy ciągle rozmawiać, modlić się głośno, rozumować, kadzić lub słuchać obecnej w tle pobożnej muzyki.
Wiele z naszego wewnętrznego, pełnego dobrej woli, religijnego dialogu jest w istocie zasłoną dymną i pozorem. Jest po prostu samopotwierdzeniem się, a w ostatecznym rozrachunku jest czymś niewiele lepszym od samousprawiedliwiania się. Zamiast rzeczywiście spotykać się z Bogiem w wierze, w której nasza wewnętrzna istota stoi przed Nim obnażona, odgrywamy wewnętrzny rytuał, który nie ma żadnego innego celu, niż odpychanie niepokoju.
Najczystsza wiara powinna być sprawdzona w ciszy, w której nasłuchujemy nieoczekiwanego, w której jesteśmy otwarci na to, czego jeszcze nie znamy, oraz w której powoli i stopniowo przygotowujemy się do dnia naszego wejścia na inny poziom życia z Bogiem. Prawdziwa nadzieja sprawdza się w ciszy, w której musimy czekać na Pana w posłuszeństwie niekwestionowanej wiary.
Izajasz przypomina słowa Jahwe skierowane do Jego zbuntowanego ludu, który wciąż opuszcza Go po to, by wchodzić w bezwartościowe polityczne i militarne sojusze: W nawróceniu i spokoju jest wasze ocalenie, w ciszy i ufności leży wasza siła (por. Iz 30, 15). Wiara wymaga uciszenia wątpliwych układów i strategii. Wiara wymaga integracji w wewnętrznej ufności, która daje w efekcie scalenie, jedność, pokój, autentyczne poczucie bezpieczeństwa. Widzimy tu twórczą moc oraz płodność ciszy.
Cisza nie tylko daje nam szansę zrozumienia siebie, dostrzeżenia prawdziwej i bardziej wyważonej perspektywy naszego życia w relacji do życia innych; cisza scala nas, jeśli jej na to pozwalamy. Cisza pozwala nam zebrać roztrwonione i rozproszone siły naszej zatomizowanej egzystencji. Pomaga nam skoncentrować się na celu, który nie tylko odpowiada głębokim pragnieniom naszej istoty, ale również Bożym zamiarom wobec nas.
Jest to naprawdę bardzo ważny moment. Kiedy żyjemy powierzchownie, kiedy wciąż jesteśmy na zewnątrz siebie, nigdy naprawdę w sobie, zawsze podzieleni i rozrywani na różne strony przez plany i projekty, które stoją ze sobą w sprzeczności, wówczas odkrywamy, że czynimy wiele rzeczy, których w rzeczywistości czynić nie chcemy, że mówimy to, czego mówić nie chcemy, że pragniemy tego, czego w istocie nie potrzebujemy, że marnotrawimy naszą energię na rzeczy, co do których żywimy ukryte przeczucie, iż są bezwartościowe i bez znaczenia dla naszego życia. Czemu wydajecie pieniądze na to, co nie jest chlebem? I waszą pracę – na to, co nie nasyci? (Iz 55, 2).
Erich Fromm wskazuje, że wewnętrzne sprzeczności zakorzenione w alienacji i frustracji amerykańskiego życia są jednym ze źródeł przemocy tego społeczeństwa. Jesteśmy skłóceni ze sobą i szukamy wyzwolenia w fantazjach i dramatach przemocy. Są to po prostu wzmocnienia wewnętrznego hałasu i oporu, który wypełnia nas, gdy ignorujemy wymagania naszej wewnętrznej, prawdziwej istoty i Boga w nas ukrytego.
W wielu religiach zwraca się dużą uwagę na praktykę cichej medytacji. Jest to szczególnie prawdziwe w hinduizmie i buddyzmie, gdzie sztuka medytacji i zachowywanie wewnętrznej ciszy są istotą pobożności. Ale jest to również prawdziwe w odniesieniu do chrześcijaństwa. Monastycyzm katolicki zawsze podkreślał wagę cichej medytacji nad słowem Bożym. Kwakrowie zawsze przywiązywali wielką wagę do wspólnotowego wsłuchiwania się w poruszenia Ducha. Nawet Dietrich Bonhoffer, apostoł radykalnego i „świeckiego” chrześcijaństwa, podkreślał wagę ciszy. W listach więziennych pisał o niechęci, jaką odczuwał wobec plotkarskiego ekshibicjonizmu współwięźniów.
„Tutaj wszyscy bez wyjątku zdają się plotkować o swoich prywatnych sprawach, bez względu na to, czy ktoś odczuje zainteresowanie, czy nie. Jedynie po to, by usłyszeć swój głos. Jest to niemal fizyczny popęd, ale jeśli zdołasz zdusić go przez kilka godzin, czujesz się zadowolony z tego, że się mu nie poddałeś”. Dodawał, iż wprawia go w zakłopotanie sposób, w jaki ludzie „poniżają siebie” tylko po to, by usłyszeć swą mowę. A jednak nie ma w tym nic z głębszej formy wyrazu, która mogłaby zaistnieć, gdyby zwracali się ze swoimi obciążeniami do przyjaciela, któremu ufają, mówiąc o tym, co jest najbardziej intymne w ich życiu.

Medytacyjny wymiar duchowości Maryi

Okres adwentu, to czas, w którym w sposób szczególny liturgia ukazuje Maryję. Dlatego dobrze byłoby odnieść się do Niej także w doświadczeniu medytacji, po to by uczyć się pewnej ważnej postawy, która ma tu zastosowanie.


Dla naszej epoki – pochłoniętej jakby na nowo odnajdywaniem sensu życia wewnętrznego, które zostało w dużej mierze zgaszone poprzez materialistyczne systemy myślenia – ery poszukiwania wymiaru rzeczywistości duchowej w człowieka, Maryja jest nade wszystko symbolem człowieka o bogatym, zdrowym i twórczym wnętrzu.

Ewangelia św. Łukasza ukazuje ją, jako osobę mającą dogłębne (chrześcijańskie) rozumienie ducha ubóstwa. Jest to postawa przejawiająca się w czystości i wolności serca, które tak bardzo pragnie podporządkować się kierownictwu Ducha Świętego, że robi wszystko, aby obronić się przed zagarnięciem naszego myślenia przez egoistyczną wolę oraz przed tworzeniem obrazu Boga według własnych wyobrażeń. Mowa tu o dwóch nierzadkich dzisiaj postawach będących jednymi z głównych niebezpieczeństw życia religijnego. Pierwsza  nich polega właśnie na pomyleniu głosu Boga z głosem własnego ego w który namiętnie się wsłuchujemy; zaś druga na pielęgnowaniu w sobie fałszywego obrazu Boga, jaki nosimy. Jest to zbyt często obraz Boga stworzony na nasze podobieństwo i przykrojony do naszych potrzeb. Oczywiście  nie jest to problem tylko naszych czasów, gdyż już Chrystus wyrzucał ten fatalny błąd faryzeuszom, zarzucając im, że tak naprawdę, że stworzyli swój własny obraz Boga i Mesjasza, któremu oddają cześć. Takim był także św. Paweł, sądząc, że wierzy i czci prawdziwego Boga, dopóki nie spotkał Go pod Damaszkiem i został zmuszony do bolesnej rewizji swoich przekonań.


Natomiast postawa Maryi jest tą, która ukazuje nam podstawową prostotę chrześcijańskiej postawy. Jej cechą jest właśnie to dobrze rozumiane ubóstwo ducha, polegające na całkowitym zwróceniu się ku Bogu i zupełnym odwróceniu od własnego ja. Jest to postawa, która nas zabezpiecza przed katastrofalnymi –  wspomnianymi wyżej – błędami życia duchowego, które tak łatwo sprowadzają nas na manowce wiary.
To oderwanie jest najprościej rzecz ujmując odpowiednikiem skupienia. W ewangelicznej postawie Maryi, podobnie jak w dynamice modlitwy medytacyjnej, stan oderwania jest w istocie skoncentrowaniem się na Rzeczywistości Boga, która wszystko obejmuje, przenika i udoskonala.

Właśnie takiej postawy uczy nas medytacja, prowadząc nas przez postawę ubóstwa (także ubóstwa rozumianego jako małość słów przez nas wypowiadanych i skoncentrowanie się na rozbrzmiewającym w naszych sercach Słowie Boga) i w ten sposób odrywając nas od naszego rozkrzyczanego ego, po to by skupić się na Tym, który jest najważniejszy i który swoją obecnością ma nas wypełnić bez reszty. Jest to postawa, która przez wytrwałość sprawia, że powoli spoza tego, co dotąd wydawało się istotne (naszego ego i naszego wyobrażenia rzeczywistości) wyłania się zupełnie inna rzeczywistość, znacznie przerastająca nasza małość i nasze mizerne wyobrażenia o Bogu, jakie często w sobie pielęgnowaliśmy.

Ponadto cierpliwe wsłuchiwanie się w Słowo Boże, które wybrzmiewa w nas, a które dzięki jego prostocie nie podlega manipulacji naszego ego sprawia, że z czasem już nie sposób pomylić tego, co jest głosem Boga od tego, co jest głosem naszego ego rozbrzmiewającym w naszym wnętrzu. Dzieje się tak dlatego, że wiara rodzi się ze słuchania, a im bardziej – jak Maryja wsłuchujemy się w Słowo Boga – tym bardziej uczy nas ono odkrywania jedynej prawdy o nas i o Bogu, dzięki swojej niezwykłej zdolności stwarzania nas, „rozdzielania szpiku od kości i osądzania zamysłów serc ludzkich.” Jest to prawda, której z niczym innym nie sposób już pomylić. Ani z głosem naszego ego ani z naszymi wyobrażeniami o Bogu, ponieważ staje się ona żywą prawdą wypełniająca nas swoją obecnością dzięki Duchowi Świętemu, na działanie którego otwiera nas medytacja.



Nieporozumienie, jakie mamy tendencję wprowadzać na Zachodzie, dotyczy mylenia macierzyństwa Maryi z Jej życiem wewnętrznym. Podkreślamy piękną, pocieszająca matkę – zupełnie nieproporcjonalnie do jej ducha skupionego na Bogu i do Jej wyjątkowego wymiaru duchowości.

Maryja w każdej kulturze, która zna jej postać jest jednym z największych przykładów w pełni spełnionej kobiety. To spełnienie dotyczy zarówno jej macierzyństwa, Jej kobiecości jak również Jej duchowej dojrzałości. Wszystkie te sfery tworzą jedną dojrzała osobowość tej wyjątkowej kobiety, która staje się dla nas towarzyszka i nauczycielką życia chrześcijańskiego przeżywanego w całej swojej pełni.

Maryja, podobnie jak Jej Syn _ Jezus Chrystus, jest przykładem istotnej harmonii pomiędzy ciałem i duchem, która znajduje swój wyraz w nowotestamentalnym obrazie i w teologii wniebowzięcia (z ciałem i duszą). Celem życia Maryi jest prowadzić nas do pełnego zjednoczenia z bogiem i do duchowej dojrzałości, gdyż jedynie ktoś, kto posiada dojrzałą osobowość jest w stanie powiedzieć Bogu naprawdę i do końca „TAK” i pozostać temu „TAK” wiernym bez względu na konsekwencje.

Maryja swoja postawa wskazuje drogę do kształtowania w sobie tej dojrzałości. Dziej się to na drodze życia duchowego zanurzonego w Bogu którego kierunek wyznaczają trzy płaszczyzny jej życia: najpierw zasłuchanie się w Słowo Boże (meditatio Verbum), następnie kontemplacja Boga (contemplatio Dei) aż wreszcie modlitwa serca (oratio) – która swoja pełnię wyraża w hymnie uwielbienia Magnificat, który wyrasta z serca i doświadczenia taj niezwykłej kobiety.

To jest ów właściwy kierunek, na który wskazuje nam Maryja a który my często odwracamy, rozpoczynając naszą relację z Bogiem najpierw od mówienia do Niego (i często na tym etapie poprzestając), gdy tymczasem powinno się przyjmować najpierw postawę zasłuchania w Boga i jego Słowo (meditatio – to jest właściwa postawa ludzi religijnych jaka ukazuje nam Biblia), postawę kontemplacji Jego i Jego miłości (contemplatio), a dopiero z nich powinno wyrastać słowo (oratio). Gdybyśmy zachowywali taki kierunek wówczas słowa, które byłyby wypowiadane przez nas – ludzi wiary miałyby zupełnie inny ciężar gatunkowy, gdyż jak w przypadku Maryi byłyby oparte na wewnętrznym doświadczeniu i mądrości pochodzącej od Ducha.

Powołanie

„Kiedy zastanawiam się nad przeszłością i nad łaską Boga w moim życiu, są tylko dwie rzeczy dla mnie mniej lub bardziej pewne: to, że zostałem powołany, aby być pisarzem i równocześnie osobą żyjąca w samotności”. [z listu Thomasa Merton do Jeana-Baptiste’a Poriona]

Czym jest powołanie?

Zanim coś napisze na ten temat, pozwólcie że przywołam kilka odpowiedzi na to pytanie, jakie otrzymałem od studentów:

Kaja – studentka APS: „Bardzo trudno zdefiniować, czym jest powołanie, o wiele łatwiej powiedzieć, czym nie jest. Na pewno nie jest przekonaniem, że jesteśmy w czymś dobrzy, na pewno nie jest marzeniem, żeby coś robić, na pewno nie jest pomysłem na życie. Myślę, że powołanie oznacza coś o wiele więcej: jestem sobą dopiero wtedy, gdy je wypełniam…

     …Gdy się go podejmuję, wiem, że będzie to z pożytkiem dla wielu osób i dla własnej tożsamości. Mądry człowiek potrafi zająć się w życiu wszystkim, ale człowiek, który jest wobec siebie uczciwy, powinien podjąć próbę życia zgodnie z powołaniem. Każdy z nas czuje, jakie ono jest…”


Joanna – studentka UKSW: „Powołanie to termin, który dotyczy każdego: jest powołanie do życia, do świętości, do miłości i macierzyństwa. Jest ono myślą Stwórcy względem wszelkiego stworzenia i projektem, który każdy z nas winien wypełniać. Powołanie to wezwanie człowieka do bycia szczęśliwym, do poświęcenia swojego życia i odkrycia woli na tu i teraz. Najistotniejsze jest, aby uświadomić sobie, że to Bóg jest jego dawcą, a adresatem człowiek, wówczas każda zmiana dla nas, związana z powołaniem, jest mniej dotkliwa i przykra. Powołanie nie jest nakazem, tylko pewną propozycją, z której możemy skorzystać, którą możemy przyjąć i wypełnić. Wymaga od nas intensywnej pracy, podjęcia (często) dużego wysiłku, wielu wyrzeczeń, lecz praca, trud i poświęcenie w efekcie prowadzą do przeżywania jeszcze większej radości. Propozycja, jaką często otrzymujemy i realizujemy, powoduje, że nasze życie staje się bardziej udane i szczęśliwe. Ważne jest aby każdy z nas poznał zawartość swojej „kartoteki” z projektem życia i realizował ją według planów. Zadanie jest niezwykle trudne i często niezrealizowane przez ludzi, tylko i wyłącznie dlatego, że plany Wszechmocnego zupełnie odbiegają od pragnień człowieka”.


  Krzysztof – student UW: „Powołane jest to poczucie misji i wewnętrzne przekonanie, że w życiu spełnisz się właśnie w tej, a nie innej roli. Powołanie się po prostu czuje albo nie. Tego nie powinno się w sobie „wypracowywać”, bo w pewnym momencie orientujemy się, że to, co w życiu robimy, nie jest tym, co przynosi nam satysfakcję”.


Agnieszka – studentka PWT: „Czym według mnie jest powołanie? Myślę, że nie należy tego odnosić tylko do powołania do życia duchownego. Powołanie powinien mieć każdy z nas, wybierając drogę życiową, studia, pracę itp. Osoba, stojąca przed decyzją, która zaważy na jej przyszłości zawodowej powinna kierować się swoimi zamiłowaniami i zdolnościami, by w pracy oddawać całą siebie oraz żeby po latach być zadowoloną z tego, co robi. Powołanie to w pewnym sensie przekonanie, że nadajemy się do tego, co robimy i że ta droga jest najwłaściwsza w życiu. Kto powinien mieć powołanie? Oprócz księży i zakonników, na pewno lekarze i nauczyciele, bo ich praca wymaga wielkiego zaangażowania, trzeba w nią wkładać serce, bo od tych ludzi zależy życie innych ludzi”..




Czym zatem jest powołanie?

Spróbuję zacząć od innej strony. To czego definicję niejednokrotnie tak trudno podać łatwiej ująć w rytm poezji.


Pytasz czy zostałeś wezwany
jesteś prosty i jasny
tu ciemność w południe
nie wiem czy jesteś
skaleczony przez anioła
ugryziony przez węża
naznaczony
nie wiem czy zostałeś wybrany
nie widzę rany

Rzeczywiście nie jest łatwo odpowiedzieć na to pytanie w sposób zadowalający wszystkich. Problem moim zdaniem tkwi w tym, czy spoglądamy na powołanie od strony religijnej, a więc zawsze w ten czy inny sposób angażujący Boga w realizację naszych życiowych planów, jako Tego, który ma dla nas plan na życie, powołuje, ale na wołanie którego wcale nie musimy odpowiadać. Czy też spoglądamy na nie bez wiary w Boga czy w jakąkolwiek duchowa siłę a zatem powołanie byłoby wówczas jedynie pewnym odkryciem czegoś ku czemu zdążają ludzkie pragnienia, co jest zgodne z jego zainteresowaniami, umiejętnościami i co w ten czy w inny sposób czyniłoby człowieka szczęśliwym. 

Wobec powyższego stwierdzenia można by podjąć dyskusję próbującą dociec czy powołanie to dar Boga czy też tylko wysiłek człowieka? O ile ten drugi jest obecny w obu przejawach rozumianego powołania o tyle na ten pierwszy nie wszyscy muszą się zgodzić. Oczywiście szanuje to, niemniej z racji mojego spojrzenia na rzeczywistość będę spoglądał na powołanie jedynie z tej pierwszej perspektywy. Poza tym myślę, że dyskusja na wspomniany temat i tak nigdy nie osiągnęłaby consensusu, więc nie ma za bardzo sensu jej toczyć.




Bez względu na to jednak, jak spojrzymy na kwestie powołania pozostaje ona zawsze pewnego rodzaju tajemnicą. Nawet wówczas, gdy nie angażujemy w to Boga, tajemnica ta będzie polegała na pewnej konieczności odkrywania przez człowieka tego, co jest jego powołaniem. Oczywiście przy zaangażowaniu Boga owo odkrywanie powołania może być łatwiejsze, ale wcale nie musi.

Dlaczego tak? Ano po pierwsze: i tak odkrycie powołania, nawet wówczas, gdy jest ono rozumiane jako zaproszenie kierowane do nas przez Boga do robienia czegoś, czy pewnego stylu życia wymaga naszego szukania a przynajmniej słuchania, co nie zawsze jest łatwe; a po drugie: jeszcze częściej to co Pan Bóg nam proponuje nie pokrywa się z naszymi pomysłami na  do póki nie zaryzykujemy i nie sprawdzimy, że to, co On nam proponuje zazwyczaj bywa lepsze możemy żyć w ciągłym wewnętrznym buncie i niezadowoleniu z tego do czego nas powołuje.

Pewnie wspominałem już o tym, ale jeśli nie to wspomnę, że podobnie było ze mną, gdy po raz pierwszy zaświtała we mnie nieśmiała myśl, że może oto Pan Bóg chce, żebym został księdzem. Pamiętam wówczas prawdziwa panikę, która mnie ogarnęła. Miałem już bowiem jakoś po swojemu poukładane życie a tu nagle coś, co miałoby być aż tak radykalną zmianą. Był to czas moich studiów, miałem wówczas dziewczynę z którą byliśmy już pięć lat. Nie, nie miałem zamiaru tego zmieniać. Pewnym paradoksem był fakt, że było to już jakiś czas po moim nawróceniu i moja chrzestna, nie wiedzieć czemu dała mi taki obrazek z modlitwa o powołania. I ja oczywiście modliłem się ta modlitwą, ale na wszelki wypadek przerabiałem ja na własna modłę, dodając na końcu modlitwy o powołania zastrzeżenie: Panie Boże, tylko nie mnie!!! Jak widać Pan Bóg jednak nie wysłuchuje wszystkich naszych próśb. Często na szczęście dla nas, choć bywa, że i o to mamy do Niego żal.


Powołanie jest jednak zawsze tajemnicą. Tajemnicą wzywającego Boga i jest także – choć w nieco innym sensie – tajemnicą wolności człowieka. Powołanie to spotkanie dwóch wolności: wolności „Powołującego” i wolności odpowiadającego. Wolność Boga, który daje powołanie jest pierwsza. Za nią dopiero idzie wolność człowieka. Powołanie może być zawsze przyjęte tylko w wolności.

Najczęściej trudno jest nam uzasadnić w sposób logiczny, dlaczego Pan Bóg powołuje do wykonania pewnych zadań w świecie i Kościele tych, którzy z ludzkiego punktu widzenia nie zawsze są najlepszymi kandydatami. Św. Paweł mówi, że Bóg wybrał właśnie to, co głupie w oczach świata, aby zawstydzić mędrców, wybrał to, co niemocne, aby mocnych poniżyć (1 Kor 1,27). Nierzadko Bóg powołuje nie to, co wielkie, mądre i doskonałe, ale właśnie to, co niedoskonałe i słabe w ludzkich oczach. Nie da się tak naprawdę podać ostatecznego uzasadnienia dla powołania Bożego. Nasze możliwości „podglądania” planów Boga są bardzo ograniczone.

Ale z drugiej strony jak wspomniano, również odpowiedź człowieka na powołanie jest w jakimś sensie tajemnicą. Trudno jest nam nieraz zrozumieć, dlaczego odpowiadamy na powołanie; dlaczego przyjmujemy wezwanie, które jest czasem bardzo trudne, a nawet sprzeczne z naszymi planami i marzeniami. W autentycznym powołaniu jednak, choć rezygnuje się z tego, co „moje”, nie doświadcza się bynajmniej jakiegoś żalu i rozgoryczenia.


No właśnie. Myślę, że jednym z niezawodnych sprawdzianów potwierdzających to, że idę droga powołania jest pokój, jaki mam w sercu i radość z tego co robię. Choć obie te cechy nie uwalniają od trudności, które mogą człowieka spotykać na jego drodze powołana.

Oczywiście powołania bywają różne. I jestem przeciwnikiem ograniczania ich jedynie do wybranych ról, takich jak: bycie księdzem, czy osobą zakonną czy lekarzem. W kontekście powołania możemy rozpatrywać każdą rolę, jaką niesie nam życie: powołaniem z cala pewnością jest małżeństwo, ale będzie nim także bycie uczniem, studentem etc., choć te drugie trwają krócej. W świetle powołania można spoglądać na wykonywany zawód, lub też na chorobę, która nas dotyka i sposób jej przeżywania. Jednak istnieje przecież  wspólne nam wszystkim powołanie.

Między innymi przejawia się ono w tym, że najpierw wszyscy jesteśmy powołani do życia, w najgłębszym i jednocześnie najszerszym sensie tego słowa: do życia ludzkiego, do życia godnego, dojrzałego, do życia uczciwego, do życia w wolności, do życia w miłości… Podkreślenie, iż jesteśmy najpierw powołani do życia wydaje się dziś tym ważniejsze, że nasza cywilizacja naznaczona jest „cieniem śmierci”. Jan Paweł II często używa określenia „cywilizacja śmierci”.

Bardzo bolesnym faktem jest to, że dzisiaj wielu młodym ludziom nie chce się żyć: wpadają w depresję, uciekają w zniechęcenie, w narkotyki, w alkoholizm. Wielu młodym trzeba najpierw pokazać ich powołanie, gdyż częstym zdaniem, które się słyszy wśród nich jest: „Ja nie wiem, co chcę robić w życiu.” Wielu z nich trzeba także pokazać właśnie sens tego pierwszego powołania – powołanie do życia. Jest rzeczą paradoksalną, że młodzi, którzy nie czują „zapału do życia”, czują się jednocześnie powołani do małżeństwa, do życia zakonnego, do życia kapłańskiego. Nie można jednak zrealizować w sposób dojrzały jakiegokolwiek „stanu życia”, nie odkrywając samej istoty życia ludzkiego.

Powołanie do życia musi zakładać również fakt, że życie przemija. I pewnie w tym tkwi największa trudność w przyjęciu tego podstawowego powołania, bo przecież dzisiejsza cywilizacja sprzeciwia się upływowi czasu, przemijaniu życia i wydaje się gloryfikować stan wiecznej młodości…

Rzeczywiście. Tony Anatrella w książce „Niekończące się dojrzewanie” [która serdecznie polecam] pisze, iż współczesna cywilizacja chciałaby człowieka zatrzymać w jego rozwoju. Dzieci nie chcą być dziś dziećmi, dorośli też nie chcą być dorosłymi. Wszyscy chcieliby być nastolatkami. Życia jednak nie da się zatrzymać. W tym kontekście warto przytoczyć piękną wypowiedź wielkiego rosyjskiego poety Josifa Brodskiego z książki „Pochwała nudy”: „Przed Państwem wspaniała, lecz męcząca podróż. Wskakują dziś niejako Państwo do rozpędzonego pociągu. Nikt Państwu nie powie, co Państwa czeka, co do jednego wszak mogę Państwa zapewnić – że nie jest to podróż tam i z powrotem. Proszę więc czerpać pewną pociechę z faktu, że choćby jedna czy druga stacja ukazała się nawet najbardziej nieznośna, pociąg nie przystanie tam na zawsze”.




Niestety a może i dobrze, że tak jest, ale pociąg życia nigdy nie kursuje tam i z powrotem. Pociąg życia jedzie zawsze tylko w jedną stronę. Powołaniem człowieka jest przyjąć rzeczywistość życia, zaakceptować „pociąg życia” i w nim realizować to, do czego Bóg nas zaprasza. Tak więc pierwszym naszym powołaniem, powołaniem wspólnym dla wszystkich, jest przyjąć życie i oddać życie. Owo przyjęcie i oddanie życia dokonuje się przede wszystkim w miłości. Życie przyjmuje się jako dar miłości i w miłości życie to powierza się drugiemu. I w tym kontekście powołanie widziane od innej strony jest wezwaniem do przyjęcia i oddania swego życia drugiemu. Dla człowieka wierzącego tym drugim będzie Bóg i człowiek, dla niewierzącego jedynie człowiek ewentualnie jakaś idea, ale to już inny wymiar oddania. Jest to powołanie realizowane poprzez konkrety. Żeby móc w ogóle mówić o realizowaniu powołania musi zostać ukonkretnione w codziennej ludzkiej egzystencji. Zasadnicze pragnienie (powołanie) przyjmowania i dawania życia, Bóg ukonkretnia poprzez bardziej szczegółowe pragnienia, powołania. Przyjmować i dawać życie można w różnych „rodzajach” życia: w stanie małżeńskim, kapłańskim, zakonnym czy też w samotności człowieka świeckiego.

Oczywiści w tym dawaniu istnieje zawsze ryzyko. Jest to zwykłe ryzyko miłości, może nie aż tak dramatycznie wyrażone, jak pisał to Soren Kierkegard, że: „ miłość i wiara są absurdalne, bo Bóg, w którego wierzysz może nie istnieć a osoba, która kochasz może cię zdradzać”, ale zawsze jest tak, że miłość łączy się z ryzykiem i można powiedzieć za Mertonem, że im większa miłość tym większe ryzyko. Oczywiście człowiek żyjący w miłości ryzykuje wiele, ale ryzykuje tez ten, kto nie chce się kierować w życiu miłością, kto nie chce dawać: ryzykuje większy egocentryzm, większe zamknięcie się w sobie. W życiu rodzinnym i małżeńskim zwykle łatwiej człowiekowi wyrwać się z pokusy egoizmu i zamknięcia, ponieważ pomagają mu w tym bliscy, z którymi związany jest naturalnymi więzami miłość, choć także życie rodzinne i małżeńskie nie daje gwarancji na to, że nie zamkniemy się w swoim egoizmie. O tym decyduje ludzka dojrzałość.


Oczywiście jak wspomniałem, sięgając do mojego osobistego doświadczenia może istnieć obawa i nie rzadko spotykam ją dzisiaj u wielu młodych ludzi, którzy nap. Boją się powołania do kapłaństwa lub życia zakonnego, bojąc się w ten sposób, że Bóg może przymusić ich do czegoś, czego w głębi serca nie pragną. Dlatego spieszę z wyjaśnieniem i raz jeszcze podkreślam, to, co napisałem na początku, że powołanie i odpowiedź na nie może się realizować tylko w wolności. Nikt nie wie o tym lepiej jak Bóg.


Bóg nigdy nas do niczego nie przymusza. Przymus Boga, o którym mówią nieraz wielcy mistycy i święci, jest raczej rodzajem wielkiego przynaglenia wewnętrznego, wielkiej fascynacji. Jesteśmy dziećmi Boga i On posiada „klucz” do naszych serc. On może wlać w nie swoje pragnienie, może wzbudzić w nich swoją wolę. Może ją wzbudzić i tylko wzbudzić. Nie może jej jednak sam wykonać. Wiele osób prowadzących życie duchowe daje nieraz świadectwo wielkości, gwałtowności przyciągania Bożego, fascynacji powołaniem. Powołanie i fascynacja nim ujawnia się nieraz w bardzo młodym wieku – w dzieciństwie lub w okresie dojrzewania. Nie należy tego faktu lekceważyć; i chociaż dziecięce fascynacje życiem zakonnym, życiem kapłańskim czy małżeńskim są niedojrzałe (albo dojrzałe na „swój” wiek), mają one jednak nieraz ogromne znaczenie dla późniejszego życia. Myślę, że nie da się jednak nakreślić jakiegoś jednego schematu powołania, dla wszystkich.

I choć rzeczywiście Bóg nas nie zmusza do przyjęcia jakiegoś powołania, to jednak bywa i tak, że boimy się Jego planu.  Niestety doświadczenie duchowego towarzyszenia pokazuje niezbicie, że taki lęk i to pielęgnowany i podsycany nasza wyobraźnią może znacznie utrudnić rozeznanie powołania.

Dlatego często rozróżnienie między pragnieniem, jakie w sobie nosimy a lękiem jest największą trudnością w rozeznaniu powołania. Lęk jest bowiem z psychologicznego i duchowego punktu widzenia pewnym zdeformowanym czy zniekształconym pragnieniem. Dzieje się tak dlatego, że nierzadko nasze pragnienia bywają uwikłane w nasze lęki. Są to lęki o siebie, o swoją przyszłość, lęki przed innymi, lęki przed odpowiedzialnością za życie. Życie jest wartością, która jest nam najbliższa, najdroższa i dlatego często się o nią boimy. Choć należy dodać, że o ile uzasadniony strach jest wartościowy i racjonalny o tyle lęk zawsze jest nieracjonalny i dlatego zniekształca nasz ogląd rzeczywistości.

Oczywiście Bóg komunikując nam nasze powołanie nigdy nie odwołuje się do naszych lęków. Lęk nie jest źródłem powołania. Powołanie i lęk to dwie wrogie sobie rzeczywistości. Lęk paraliżuje powołanie. Uniemożliwia jego odczytanie i uniemożliwia też decyzję życia nim. Aby odkryć powołanie, trzeba wyzwolić się z lęku. Na początku rozeznawania powołania należy najpierw zdemaskować lęk i podjąć stały wysiłek, aby go pokonać w sobie. Ważnym kryterium autentyzmu powołania jest zawsze wyzwolenie się z lęku i jak wspomniano na początku pewien pokój i radość, które towarzyszą wyborowi drogi. Powołanie jeśli jest prawdziwe daje też moc do przekraczania lęków, które towarzyszą wyborowi nieznanej drogi. Tak jest np. wtedy kiedy dziewczyna – zraniona brutalnością swego ojca i doświadczająca lęku przed zaufaniem innemu mężczyźnie – zakochuje się i odkrywa powołanie do małżeństwa i miłości, które dają siłę do pokonania tego lęku, choć przekonanie to rodzi się także ze wspomnianych „konkretów” doświadczanej miłości drugiego człowieka (w tym wypadku tego mężczyzny, którego pokochała), który właśnie w konkretnych przejawach miłości pozwala jej doświadczyć tego, że zaufanie może przynosić dobre owoce i tym samym przeprogramować i przezwyciężyć lęk, który wyrósł z przeszłych doświadczeń.

Gdy rozpatrujemy powołanie od strony wiary jedno jest pewne, że autentyczne powołanie przeżywane w relacji do Boga, jest zawsze większe od człowieka i jego lęków. I również Bóg, który powołuje, jest też zawsze większy od zalęknionego ludzkiego serca. Dlatego fakt, że znajdujemy w sobie dość siły i odwagi na drodze do pokonania trudności w realizacji powołania jest ważnym kryterium jego autentyczności.




Klucz w kieszeni
i uśmiech na twarzy,
i dom, w którym nawet pies
nie czeka,
tutaj misja, a tu powołanie,
obowiązek ratować człowieka.
Jak ratować, kiedy serce boli
i samotność uwiera jak szpilka
tak po prostu?
Przygarnąć do siebie i utulić w ramionach
choć chwilkę.
Bóg wysoko, a ludzie na ziemi,
lata świetlne inaczej się liczą,
z samotności czasami się śpiewa,
czasami krzyczy.
Powołanie – takie mądre słowo,
trzeba wierzyć, inaczej się żyje,
a tymczasem trzeba trzymać serce,
które nie wie, jak żyć,
chociaż bije.
Klucz w kieszeni
i uśmiech na twarzy,
i dom, w którym nawet pies
nie szczeka,
a tymczasem trzeba wejść do domu,
w którym KTOŚ NAJCZYSTSZY na nas czeka.

Skoro jednak w tych rozważaniach mamy odwoływać się do Mertona, to niech będzie, że i jemu w swojej bezinteresowności oddam głos, bo naprawdę kto jak kto, ale on pisze o powołaniu w bardzo niezwykły sposób. Dlatego je tutaj przywołuję. Czytałem je wielokrotnie i sądzę, że nie można było powiedzieć tego trafniej, gdyż to, co pisze jest wyrazem autentycznego i głębokiego przeżycia tajemnicy powołania a nie jakimś teoretyzowaniem. Pozwólcie, że przywołam tutaj dwa jego piękne teksty z Myśli w samotności:

„Odkryć własne powołanie to dojść do głębszego poziomu swego istnienia. Równoznaczne jest to z tworzeniem siebie, z budowaniem i kreowaniem. Realizować powołanie oznacza realizować siebie, a realizować siebie oznacza spełnić swoje życie. W chwili gdy osoba zaczyna przyjmować swoje rzeczywiste powołanie to odnosi się wrażenie, że Bóg jest z nią, że nad nią czuwa. Staje się pełna ufności i radości. Przestaje czuć się osamotniona. Zostaje wyzwolona ze zwątpienia i z niepokoju, ponieważ uczestniczy w twórczym dziele, odkrywa znaczenie i sens określonej indywidualnej i zbiorowej historii. Każde odkrycie powołania jest określonym zwiastowaniem. Powołanie pochodzi z bardzo daleka, spoza nas samych, czujemy się przeniknięci, ono nas przekracza. Pozwala ono odkryć kim jestem, pozwala odkryć własne miejsce w historii i w świecie. Z fragmentów naszego istnienia, naszego życia powołanie układa puzzle, jakimi jesteśmy.”


Dalej Merton tworzy ciekawe wyjaśnienie powołania:

„Powołanie rodzi się korzystając ze zbiegów okoliczności, z przypadków (przypadek to jednak Boża logika), z wydarzeń (przewodnicy, których Bóg stawia na naszej drodze).”

Po czym dodaje: „Definicje nigdy nie wyrażają w pełni tego, czym jest powołanie, ani też czym jest nasza odpowiedź. Ci, którzy usłyszeli wezwanie mogą je jedynie przeżyć. Ich życie będzie mniej lub bardziej udaną odpowiedzią.”

I wreszcie pewna smutna konkluzja, która wydaje się dopełnieniem rozważań o powołaniu:

„Wielu minęło się z prawdziwym swoim powołaniem , wielu je utraciło. Dlaczego? Wypaczona wizja wolności? Brak wewnętrznego wsłuchania się? Postawienie tamy łasce? Jest w nim wielka tajemnica, dlatego konieczne jest duchowe skupienie, ażeby odkryć, przeżyć i zrealizować powołanie. Milczenie umożliwia śledzenie głębi naszego bytu, a także staje się konieczne dla tego, kto pragnie dotrzeć do myśli Boga o nim samym. Staje się dla niego jakby pokarmem, ponieważ stawanie w obecności Ducha daje mu dopiero tę czujność na wszystko, co dzieje się w Nim, poprzez Niego i wokół Niego.

Powołanie jest ziarnkiem miłości wrzuconym do ludzkiego serca. Któż zatem może wątpić, że jest ono jak powolne wzrastanie ziarna angażujące całe życie, mające swe określone wybory, niepewne początki, wahania, punkty węzłowe, noce, przejścia od zwykłej jakości do jakości wyższego rzędu, kryzysy i okresy pokoju, wzloty złożone w sercu, że jest ono wreszcie spełnione.”

Czyż to nie piękne?…

Na koniec raz jeszcze pozwólcie, że odwołam się do Mertona, tym razem do jego poezji, która niech będzie dopełnieniem rozmyślań o powołaniu:

Dam Ci wszystko, czego pragniesz.
Poprowadzę Cię w samotność,
poprowadzę Cię drogą,
której nie potrafisz absolutnie zrozumieć,
bo chcę żeby to była droga najkrótsza.

Wszystko co Cię dotknie będzie Cię palić z bólu,
będziesz cofał Twoją rękę,
aż oddalisz się od wszystkich rzeczy stworzonych.
Wtedy znajdziesz się zupełnie sam.

Nie pytaj, kiedy ani gdzie, ani jak to się stanie.
Czy na jakiejś górze, czy w więzieniu,
czy na pustyni, czy w obozie koncentracyjnym,
czy w szpitalu, czy też w Getsemani. To nie ma znaczenia.
Nie pytaj mnie więc,
bo Ci i tak nie odpowiem.
Nie będziesz wiedział,
dopóki się tam nie znajdziesz.

Zakosztujesz prawdziwej samotności,
mojej męki i mojego ubóstwa:
poprowadzę Cię na wyżyny mojej radości;
umrzesz we mnie
i odnajdziesz wszystkie rzeczy w głębi mojego Miłosierdzia,
które stworzyło Cię w tym celu…”

T. Merton