Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Najświętsza noc

I tak oto z Bożą pomocą doczekaliśmy kolejnych świąt Narodzenia Pańskiego. Dobiegł końca czas adwentu i kończy się nasza kolejna duchowa podróż, w której kolejny raz towarzyszył nam Thomas Merton…

Żadne inne święta nie pokazują człowiekowi, jak bardzo jego myślenie różni się od Bożego. Bóg chciałby świętować w zupełnie inny sposób, niż my tego chcemy.

Boże Narodzenie to święta, na które nie tylko dzieci czekają cały rok. Święty Mikołaj, choinka, prezenty, kolędy… Czy zdajemy sobie jednak sprawę, jak cudowna rzeczywistość ukrywa się pod zasłoną tych kultywowanych od dawna obyczajów świątecznych? Niezwykłość tej rzeczywistości oddają słowa, które pochodzą może z innych świąt, bo z Wigilii Paschalnej, ale mocno podkreślają tę niezwykłą rzeczywistość Bożonarodzeniowej nocy: „O, zaiste błogosławiona noc, w której się łączy niebo z ziemią, sprawy Boskie ze sprawami ludzkimi”. To właśnie tej nocy te sprawy Boskie ze sprawami ludzkimi połączyły się w szczególny sposób, gdy Słowo stało się ciałem, gdy Bóg stał się Emmanuelem – Bogiem żyjącym wśród ludzi… 

Jezus narodzony w Betlejemskiej Grocie zmienia całe nasze myślenie. Jakiś czas temu przyszło mi do głowy, że chyba jest coś nie tak z naszym przeżywaniem świąt. Myjemy okna, pieczemy ciasta, wydajemy mnóstwo pieniędzy na dekoracje i prezenty, a przecież pierwsze Boże Narodzenie odbyło się zupełnie inaczej. Gdyby przenieść je we współczesność, tak jak próbował to uczynić Ernest Bryll, to Jezusa nie znaleźlibyśmy bynajmniej w żadnym z dobrze zaopatrzonych na święta domów, tylko np. na warszawskim Dworcu Centralnym (teraz już odnowionym przed Euro 2012) lub w jakimś biednym zakątku Polski, na terenach popegeerowskich czy w domu ubogiej rodziny…

Miejsce i sposób, w jaki narodził się Zbawiciel, są tak dalekie od naszych standardowych wyobrażeń. Na swoje urodziny Jezus nie zaprosił nas do stołu, na przyjęcie, ale do stajni, gdzie tylko w naszym mniemaniu było czysto i porządnie. Nic nie mogło być zaplanowane, chociaż tak naprawdę było, tylko znowu inaczej, niż moglibyśmy się domyślać. Nawet najwyżsi dostojnicy żydowscy nie zostali zaproszeni na tę uroczystość. To, na co czekał cały Izrael, dokonało się zupełnie poza nimi.

Co to znaczy dla nas? Chyba ni mniej, ni więcej tylko fakt, że najpiękniejsze święta to niekoniecznie te przy obficie zastawionym stole, zaplanowane w najdrobniejszych szczegółach. Bo święta mogą się odbyć także przy jednym wigilijnym daniu, może nawet bez choinki, w szpitalu, bądź samotnie, tylko z opłatkiem i z jednym gościem, Tym Niewidzialnym, bo bez Niego postawionego w centrum nie ma prawdziwego Bożego Narodzenia.  Tymczasem tak łatwo Go zagubić w tym całym przedświątecznym zamieszaniu, ferworze przygotowań. I potem znowu powiemy: „święta, święta i po świętach…”. Nie da się przeżyć tak na serio i prawdziwie głęboko Bożego Narodzenia, gdy Jezusa nie postawimy na pierwszym miejscu,  ponad zakupami, ponad atmosferą, prezentami, nawet ponad rodzinnym spotkaniem.

Wygląda to na szaleństwo, ale to Jezus pierwszy stał się szaleńcem z miłości do nas. „Nie zdołamy nigdy – pisała św. Teresa od Dzieciątka Jezus w liście do swojej rodzonej siostry Celiny – popełnić dla Niego takich szaleństw, jakie On popełnił dla nas…

Miłość zstąpiła na ziemię, wierząc, że oczaruje nas swoją maleńkością. Dlatego też pierwszymi zaproszonymi na noc świętowania byli – i są – ludzie podobni do niej: równie mali, prości i szczerzy w swojej miłości, ci, którzy stracili bliskich, zostali bez mieszkania czy bez środków do życia, których dopadły różne dolegliwości, zapomniani, zepchnięci na margines. „Naprawdę, Panie, Tyś Bogiem ukrytym, Boże Izraela i Zbawco!” – śpiewamy w Liturgii Godzin (Iz 45, 15). Ta prawda objawia się wyjątkowo wyraźnie w świętą noc Bożego Narodzenia. Właściwie tej nocy odsłaniają się przed nami wszystkie najważniejsze prawdy naszej wiary, a jedną z nich jest fakt, który tak często podkreślała Matka Teresa z Kalkuty: „W tajemnicy Bożego Narodzenia Bóg odsłania nam swoje serce”.

No właśnie, ale jak w takim razie świętować, aby nie przegapić tajemnicy i mocy tych świąt?

Skoro Bóg stał się dzieckiem, które przychodzi po cichu, bardzo delikatnie, to chyba chce, żeby człowiek doświadczony w ten właśnie sposób nawiązał z Nim zupełnie nową relację. Bóg wchodzi w życie człowieka bo chce przeżywać swoją relację z człowiekiem sam na sam, bardzo osobiście, nieważne jak bardzo jest pokaleczone przez życie jego serce. Chrystus zapewnia, że zawsze jest ono zdolne do miłości i nawet, gdy wydawać się może, że człowiek sam z siebie nie potrafi wskrzesić w swoim sercu miłości, to Bóg sam pierwszy mu jej udziela, aby człowiek miał z czego czerpać i mógł odpowiedzieć na tę Bożą miłość. Ta miłość ma moc wnosić w serce i życie człowieka nowe życie.  „Bo w Nim jest życie” – podkreśli św. Jan.

I taki jest właśnie nasz Bóg.

Bóg, który sam siebie ofiaruje w darze dla swojego stworzenia i przez swoje Słowo, które stało się ciałem wyznaje mu miłość. Miłość nie abstrakcyjną, ale wyrażającą się w konkretach: swoim w  narodzeniu jako człowiek, w swojej obecności pośród swego ludu a wreszcie w swojej męce, śmierci i zmartwychwstaniu będącymi szczytem wyrażenia tej miłości.

Jest jednak w tej wzruszającej scenerii Bożego narodzenia pewien dramatyzm, który św. Jan wyraża następująco: „Przyszło do swojej własności, ale swoi go nie przyjęli”. To zdanie to nie tylko aluzja do braku miejsca w betlejemskiej gospodzie. Tu chodzi o nas. Jesteśmy własnością Boga, ale nie chcemy tego uznać. W swojej pysze uważamy, że należymy tylko do samych siebie, że nasze życie jest nasza własnością a nie darem Boga i dlatego zamykamy się przed Nim.

Bóg jednak chcąc pokonać tę pychę przychodzi w postaci bezbronnego dziecka, chce obudzić w nas miłość, która ma moc zrobić miejsce w moim sercu dla Niego i dla innych.  On bowiem dobrze wie, że tylko przez pryzmat miłości jesteśmy zdolni dostrzec blask Bożej prawdy, a także piękno i dobro w sobie i w innych i że gotowi jesteśmy się nimi dzielić w sposób bezinteresowny. I właśnie do tego otwarcia na miłość i dzielenia się nią na co dzień wzywa nas Boże Narodzenie.

W tym miejscu ogarniając modlitwą wszystkich wiernych czytelników tego skromnego bloga oraz Wasze rodziny i dziękując za to, że Pan Bóg postawił Was na drodze mojego życia pragnę z okazji tegorocznych Świąt życzyć Wam przede wszystkim jednego:

Abyśmy wszyscy mogli i chcieli zagubić się w miłości Boga, bo to nam pomoże wnieść jeszcze więcej miłości w świat, który jej tak bardzo potrzebuje.


Poezja a poszukiwanie Boga

Czy poezja może być poszukiwaniem Boga?

Pewnie i tak i nie. Dla mnie z pewnością jest a może bardziej niż poszukiwaniem mówieniem do niego lub o nim, a raczej o tej delikatnej relacji między Nim a mną, którą trudno wyrazić słowami innymi nisz wiersz. Z tego samego powodu tak bliski jest mi św. Jan od Krzyża, którego zacząłem poznawać właśnie poprzez poezje i tak bardzo zawładną moim sercem jeszcze w czasie studiów, że na zawsze pozostał jednym z ulubionych mistrzów życia duchowego, właśnie w słowach poezji wypowiadając to, co pewnie nie sposób tego samego powodu kocham psalmy – zawierają w sobie tyle mądrości, że starzy jej na cale długie życie i zawsze ten, kto je czyta (zwłaszcza sercem) będzie w nich odkrywał nowe treści.


Dla mnie często wiersz, który piszę ma w sobie ukrytą transcendencję, nawet gdy nie wskazuje na to bezpośrednio. To zawsze taka moja tajemnica…
Weźmy chociażby jeden z zmieszczonych niedawno wierszy:

Po całym dniu
Walki z rzeczywistością
Przychodzi chwila
Krótka jak szczęście
Wieczór
Jest
Herbatą
Rozmową
Tytoniem
Spacerem
Dziewczyną
Wiatrem
Muzyką
Wytchnieniem
Wieczór
Jak
Małe zwycięstwo

wystarczy zmienić w nim jeden wyraz a jego treść zmieni się tez radykalnie:

Po całym dniu
Walki z rzeczywistością
Przychodzi chwila
Krótka jak szczęście
Wieczór z Bogiem
Jest
Herbatą
Rozmową
Tytoniem
Spacerem
Dziewczyną
Wiatrem
Muzyką
Wytchnieniem
Wieczór z Bogiem
Jak
Małe zwycięstwo

Mam nadzieję, że nikt nie poczuje się urażony, że pozwalam sobie na porównanie, że Wieczór z Bogiem jest tytoniem… Ale czyż w tym nie wyraża się tak prawda, którą staram się powtarzać wszystkim, która do mnie tak bardzo przemawia i którą staram się pielęgnować, że wszystko jest miejscem Boga, środowiskiem Jego obecności. I bardzo biedni są ci chrześcijanie, którzy sądzą, że Bóg jest obecny w tabernakulach wielu kościołów, w sakramencie pokuty, a nie ma go na przystanku, gdzie każdego dnia czekają ludzie jadący do pracy, w zatłoczonym wagonie metra, przy ludziach siedzących w kawiarni i pijących kawę czy przy rozkoszujących się swoja obecnością i miłością osobach. Czyż nie to miał na myśli św. Łukasz, gdy pisał w Dziejach Apostolskich „W nim żyjemy, poruszamy się i jesteśmy” [Dz 17,27-28]



Poezja jako poszukiwanie Boga…

Jest wielu poetów, dla których wiersze, które pisali były modlitwą i co ciekawe nie zawsze byli chrześcijanami. Czy to znaczy, że ich poezja była poszukiwaniem? Czy dzięki temu udało im się znaleźć Boga i być bliżej Niego? Nie wiem. Bóg to wie. Z cała pewnością On szukał ich. Może także przez język poezji, jaką pisali.
Czy Thomas Merton także szukał Boga w poezji? Zapewne tak, skoro szukał Go we wszystkim, to naturalne wydaje się, że poezja była jedną z tych sfer.


“Być może ktoś ode mnie oczekuje jakiegoś słowa uznania pod adresem masowej religii. Obawiam się, że nic z tego. Masowa religia w znacznym stopniu zdradziła ludzkiego ducha i wydała go, jak Samsona, ostrzyżonego i oślepionego, na pastwę kultury pełnej frustracji i autodestrukcji. Popularne hasła masowej religii są często równie jałowe i fałszywe jak slogany reklamujące nowy rodzaj mydła, tylko znacznie groźniejsze, bo jakość mydła można przynajmniej łatwo sprawdzić. Grzechem religijności jest uczynienie z Boga, pokoju, szczęścia, zbawienia i wszystkich pragnień człowieka – produktów, które wypuszcza się na rynek w atrakcyjnym opakowaniu. Problem nie leży w szczerości przekonań kaznodziejów i pisarzy religijnych, ale w samych założeniach, na których bezkrytycznie opierają swą działalność. Umysłowość religijna naszych czasów rzadko wykazuje skłonność do krytycznej analizy problemów naprawdę ważnych. Wygodnie nam z naszymi nawykami i zaściankowymi niechęciami, lecz czy aby nie nazbyt łatwo godzimy się na dwuznaczności, które Ewangelie i Prorocy każą nam bezkompromisowo odrzucać.”

Thomas Merton był poetą, ale nikt chyba nie nazwał go poetą religijnym. Co tylko znakomicie o nim świadczy. Zdawał sobie sprawę, że jego osobiste przeżycia duchowe są zwykłym czytelnikom niedostępne. Jeden ze zbiorów jego wierszy nosi tytuł „W natarciu na niewypowiadalne” i jest świadectwem zmagania się poety z tym co nienazwane, lecz przez to wcale nie mniej rzeczywiste.



Trapista z Kentucky wymieniał listy z Czesławem Miłoszem, zdaje się, że udzielał mu nawet swojego wsparcia w wydawnictwach. Mimo pustelniczego trybu życia Merton był postacią liczącą się w środowisku amerykańskich pisarzy i wydawców. Jego eseje literackie i wiersze zyskały mu rzesze wielbicieli, których właściwie nigdy nie spotkał. Kilka tomików Mertona wydano także w Polsce, poniżej wklejam jeden z bardziej znanych jego wierszy.

Pierwsza lekcja nauki o człowieku

Człowiek bierze początek w zoologii
Jest najsmutniejszym ze zwierząt
Jeździ wielkim czerwonym autem
Które zwie się lęk
Nocą przychodzi sen
Jeździ bez przerwy windami
Zgubił się w korytarzach
Nigdy nie znajdzie właściwych drzwi

Człowiek jest najsmutniejszym ze zwierząt
Pożeracz porannych płatków
I amator mleka
Przesyca skórę kawą
Denerwują go wielce współbracia w gatunku

Na ścianach kreską wyznaje swe grzechy
Na reklamach w podziemnych tunelach
Dorysowuje kobietom wąsy
Bowiem radość znajduje
Tylko w zoologii

Ilekroć próbuje
Dzwonić do radości
Zawsze odzywa się pomyłka

Dlatego lubi broń
Zna stosowne nazwy
Wszystkich karabinów
Jeździ czarnym Cadillakiem
Który zwie się śmierć

Teraz w przestrzeni miedzy gwiazdami
Umieszcza swój lęk
Ze swymi problemami
Oblatuje Wenus
Wszystko na próżno

Przez gwiezdne obszary
Gdzie przez tyle wieków
Była tylko pustka
Przelatuje teraz wielką białą kulą
Która zwie się śmierć

Na tym drogie dzieci
Koniec pierwszej lekcji
Nauki o człowieku
Teraz napiszcie wypracowanie:

„Człowiek jest najsmutniejszym ze zwierząt
Bierze początek w zoologii
Po czym gubi się
W gąszczu złych nowin o sobie”


Gubić się w gąszczu złych nowin o sobie…

 To zagubienie towarzyszy nam przez całe życie, ale albo nie zdajemy sobie sprawy z niego, albo uparcie wierzymy, że da się wyjść z tej matni, że tuż za rogiem, za zakrętem, a ono bierze się w nas często z niezgody na nasze życie…
Ciągle szukamy, ale często nie wiemy tak naprawdę czego szukamy. Gubimy się, wydaje nam się, że znaleźliśmy to czego szukaliśmy, po czym znowu gubimy się i szukamy…
Nieświadomi, że tak naprawdę zawsze szukamy ostatecznie Jego.

Czyż nie najlepiej wyraził to św. Augustyn.  Chwila, w której odnalazł Boga, przyszła w jego życiu niestety dosyć późno.

Późno Cię pokochałem, Piękności tak dawna, a tak nowa, późno Cię pokochałem! A oto Ty byłaś wewnątrz, a ja byłem na zewnątrz; tam Cię szukałem i lgnąłem w mojej brzydocie ku pięknym rzeczom stworzonym przez Ciebie. Byłaś ze mną, a ja nie byłem z Tobą. Z dala od Ciebie trzymały mnie te rzeczy, które nie istniałyby, gdyby nie były w Tobie. Zawołałaś, wezwałaś i przerwałaś moją głuchotę. Zabłysnęłaś, zajaśniałaś i usunęłaś moją ślepotę. Rozlałaś woń, odetchnąłem i oto wzdycham ku Tobie. Skosztowałem i oto łaknę i pragnę. Dotknęłaś mnie i zapłonąłem tęsknotą za Twoim pokojem. Późno Cię pokochałem (Wyznania, X 27).



Dla Mertona było oczywiste, że poezja nigdy nie jest ostatecznym wnioskiem, ale otwarciem, swoistą próbą, ażeby słowa przemówiły mocniej i to wprost do serca. Poezja – zdaniem Mertona – powinna prowadzić do milczenia. Poezja to swego rodzaju nieustanne doświadczenie śmierci, bowiem poetycka mowa ociera się o tę stronę rzeczywistości, której do końca nie da się wypowiedzieć zwykłym językiem. Toteż poezja może być jedynie klęską. Jest zarazem zasłonięciem i odsłonięciem istnienia. Owa klęska i owo niedokończenie kryją w sobie niewypowiedziane, niewidzialne, które trzeba dopiero odszyfrować.
Pisać wiersze to nierzadko borykać się z niewystarczalnością słów. Chodzi o słowa i nie słowa, pisanie poezji to bowiem pasja, zaś uczucie, szczególnie ból i cierpienie często poprzedzają poetyckie doświadczenie.
Jednym z niezwykłych „działań” poezji jest to, że ma moc zmieniać nasz pogląd na istnienie, lub co najmniej pobudza nas do tego, aby „spojrzeć” na wewnętrzny świat tak, jak spogląda się na zewnętrzny.

Dla Mertona poezja była zawsze ilustracją przejścia od czasu do wieczności, bowiem sugerowała to jedynie, co tę wieczność może uczynić zrozumiałą, jak również istnienie relacji między nami a Tym, który sytuuje się w zakresie niepoznawalnego.


Poetycka aktywność może stać się miejscem duchowego doświadczenia. Oczywiście nie dosięga ona najwyższego, gdyż zdaniem Mertona sacrum znajduje się głębiej, dopiero modlitwa otwiera nas na to co głębsze, jednak poezja przybliża nas do istotnego sensu, do naszego prawdziwego istnienia, do naszego Źródła.
Oczywiście dla mnie poezja Mertona jest o tyle szczególna poezją, że wypływa z milczenia i do milczenia prowadzi. Choć na koniec tych rozważań, pozwolę sobie na pewna polemiką z Mertonem, bo czyż poezja nie może stać się jednym z rodzajów modlitwy? Dla mnie nie tylko może. Dla mnie jest.

Sumiregusa

Żeby nie było, że wieczorem też nie siadam do bloga, to właśnie niniejszym to czynię. Na krótką chwile tym razem. Czy twórczą? To się okaże…

tego dnia przechadzałem się po słońcu

wciąż myśląc o tobie

w ten dzień coś się skończyło

coś umarło we mnie

płomienie szalejące

wchłonęły me ciało

płoną stopy

dłonie

dusza zagubiona

lecz to nie wystarczy na serce oziębłe

to wszystko wokół jest zbyt jałowe

pozbawione sensu

słowa bez znaczenia

jak odnaleźć głębie

ciało przegniłe w proch się zamienia

krew zepsuta znika

a ja wciąż nie potrafię wydostać się z mego więzienia

nie mam formy

kształtu

nie mam już imienia

jestem w wielu postaciach

wymyślonych

was również wymyśliłem

patrzę na ludzi

którzy nie istnieją

kocham choć was przecież nie ma

was nie można dotknąć

jestem ohydnym kłamstwem które się wypala

urodziłem się wczoraj

lecz tamtego dnia

to nie ja miałem się narodzić

dla tego w ten dzień umieram

kto znal mój początek

pozna dzień agonii

twarz spękana od bólu

wyzbieraj moje łzy

nim pochłonie je ziemia

to pozostanie po mojej iluzji istnienia

Samotność w doświadczeniu cierpienia i śmierci

Kontynuując wczorajsze rozważania chciałbym poruszyć jeszcze jeden aspekt doświadczenia samotności, samotności przeżywanej jeszcze bardziej osobiście i indywidualnie, gdy dotyka ona tak szczególnego doświadczenia jakim jest cierpienie i śmierć człowieka. Piszę o tym, gdyż nasza kultura coraz bardziej ucieka od tego typu doświadczeń albo unikając mówienia o nich, albo co jeszcze gorsze je trywializując.



W ciągu wieków ludzie różnych kultur zastanawiają się nad sensem cierpienia w świecie. Człowiek niejednokrotnie wydawał się igraszką w rękach złośliwego, czy okrutnego boga. Niejeden poeta, podobnie jak Miłosz, zapytywał: „ jak mogłeś?”

Nie pojmuję, jak mogłeś stworzyć taki świat,

 Obcy ludzkiemu sercu, bezlitosny.

 W którym kopulują monstra i śmierć

 Jest niemym strażnikiem czasu.

 Nie potrafię uwierzyć, że Ty tego chciałeś,

 To musiała być jakaś przed-kosmiczna katastrofa,

 Zwycięstwo inercji silniejszej niż Twoja wola

Pytanie o obecność cierpienia w świecie jest częścią fundamentalnego pytania – unde malum? – pytania filozofów i teologów stawianego po dziś dzień. Dla wielu odpowiedzią na obecność cierpienia jest uznanie Boga tylko i wyłącznie za Wielkiego Zegarmistrza, który po puszczeniu w ruch maszyny dziejów już więcej nie interesuje się swoim tworem. Inni zaś uznają cierpienie za podstawowe zło, z którego stworzenie musi się wyzwolić.



„Człowiek – pisze trapista z Gethsemani – jest najbardziej samotny w cierpieniu. Dlatego jest ono testem i sprawdzianem jako osoby. Jak możemy stawić czoło temu straszliwemu badaniu? Co odpowiemy na zapytanie bólu? Bez pomocy Boga przestajemy być wtedy osobami. Pod obuchem cierpienia przemieniamy się w tępe zwierzęta, szczęśliwi, jeśli możemy być niemi jak one i umierać spokojnie.” [Nikt nie jest samotną wyspą]  Merton dotyka tutaj istotnej kwestii. Przede wszystkim cierpienie, jak zresztą również śmierć, powoduje niewypowiedzianą samotność człowieka. Jest to najczęściej samotność, będąca opuszczeniem lub niezrozumieniem przez najbliższych, ale jest to także samotność mimo obecności tych, którzy kochają. Takiej samotności doświadczył Jezus – umierając na krzyżu. „Boże mój, Boże mój, czemuś Mnie opuścił?”(Mt 27,46) – jest to wołanie człowieka cierpiącego i umierającego; człowieka doświadczającego przejmującej samotności egzystencjalnej.



Dzięki Chrystusowi dla chrześcijan cierpienie nie jest pozbawione sensu. Jest ono nie tyle samo w sobie ofiarą dla Boga, ale sam człowiek staje się tym, który ofiarowuje się Stwórcy. W chrześcijańskim cierpieniu nie ma również zupełnej samotności, gdyż chrześcijanin cierpiąc, jednoczy się z Chrystusem. „Poznać Krzyż – pisze trapista – to nie tylko poznać własne cierpienie. Bo Krzyż jest także znakiem zbawienia, a nikt nie zostaje zbawiony mocą własnej boleści. Poznać Krzyż – to wiedzieć, że zostaliśmy zbawieni przez cierpienie Chrystusowe; i więcej jeszcze – to pojąć miłość Chrystusową, która przyjęła Mękę i śmierć, ażeby nas zbawić. To więc poznać samego Chrystusa”[Nikt nie jest samotną wyspą]. Merton podkreśla związek cierpienia z kontemplacją, bo zarówno poprzez cierpienie, jak i kontemplację poznajemy Chrystusa. Trapista mówi również o bezużytecznym cierpieniu, kiedy związane jest ono z grzechem, prowadząc do niego czy wynikając z niego. Z kolei cierpienie staje się owocne dzięki łasce Chrystusowej. Nie chodzi jednak o to, by upajać się własnym cierpieniem, czy wystawiać je na widok publiczny w skargach i lamentach. Owocnie cierpieć, według Mertona, to dostrzegać Chrystusa zarówno w cierpieniu, jak i w tych, którzy pomagają cierpiącemu.

Nie jest więc tak, że chrześcijaństwo ma jakieś szczególne upodobanie w cierpieniu. „Chrześcijanin – stwierdza Thomas Merton – powinien zrobić wszystko, aby w każdy godziwy sposób ulżyć cierpieniom bliźnich, a także nie zaniedbywać starań o zmniejszenie niektórych cierpień własnych – ponieważ one są okazją do grzechu. […] możemy odczuwać współczucie dla innych także i dlatego, że cierpienie jest samo w sobie rzeczą złą. Takie współczucie jest również dobre” [Nikt nie jest samotną wyspą].

Zupełnie innym aspektem samotności egzystencjalnej człowieka jest jego samotność wobec doświadczenia  śmierci. Temu tematowi Merton także poświęca sporo miejsca.

Każdy człowiek pewne etapy swojej egzystencji przechodzi w zupełnej samotności. I tak, sam przychodzi na ten świat i sam przekracza próg śmierci. Nauka Kościoła katolickiego przyjmuje, iż śmierć człowieka jest konsekwencją grzechu pierworodnego. W swoim nauczaniu papież Jan Paweł II zwraca uwagę na to, że poprzez śmierć, będącą konsekwencją wyboru człowieka, odkrył on nowy wymiar samotności – samotność śmierci. „To od niego – pisze papież – ostatecznie zależało, od jego samo-stanowienia i wyboru, czy wkroczy swą samotnością również w krąg tej antytezy, którą objawił mu Stwórca wraz z drzewem poznania dobra i zła, czy w ślad za tym uczyni swoim również doświadczenie umierania i śmierci. Słuchając słów Jahwe Boga, człowiek musiał zrozumieć […], że to tajemnicze drzewo kryje w sobie ów nieznany jeszcze wymiar samotności, jakim obdarzył go Stwórca wśród świata istot żyjących” [Mężczyzną i niewiastą stworzył ich].



Także Thomas Merton postrzegał śmierć jako coś najbardziej osobistego, coś czym nie można podzielić się z innymi, co nas od nich w pewnym sensie izoluje. Trapista wyprowadzał również pewną analogię między samotnością a śmiercią. Choć nie było to konwencjonalne traktowanie egzystencji pustelnika jako śmierci za życia. Wprost przeciwnie, pustelnik – według Mertona – nie ma umierać za życia, ale osiągnąć pełnię życia. Właśnie w życiu samotnym podobnie jak i w śmierci człowiek staje twarzą w twarz z własną nieszczerością i pozoranctwem. Śmierć, podobnie jak pustynia, jest takim ogołoceniem człowieka, w którym nie może on liczyć na odgrywanie ról, a jedyne co mu pozostaje, to stanąć w prawdzie o sobie i poddać się miłosierdziu Boga. Nie chodzi jednak wcale o to, aby poszukiwać jakiś sposobów, by w oczach innych ludzi wydać się autentycznym. Człowiek musi zgodzić się na to jakim po prostu jest i wszelkie usprawiedliwienie pozostawić Bogu.

Z biegiem czasu wokół śmierci narasta coraz większe tabu. O śmierci się nie mówi i nie pisze, bo to „niesmaczny” temat, śmierć „tę zwyczajną” ukrywa się przed oczami świata w przytułkach i szpitalach. Z drugiej jednak strony znieczula się ludzi pokazując im śmierć odartą z tajemnicy i wyjątkowości. Takie postrzeganie śmierci zwiększa jedynie poczucie lęku, gdy człowiek znajdzie się już w jej obliczu. Śmierć współcześnie staje się jak gdyby doświadczeniem tylko moim, niedotyczącym reszty ludzi. Współczesny świat daleko odszedł od doświadczenia chrześcijan z czasów średniowiecza, kiedy to sztukę dobrego umierania (ars bene moriendi) uważano za komplementarną do sztuki dobrego życia (ars bene vivendi). Czasami lęk związany ze śmiercią każe człowiekowi zagrożonemu unicestwieniem dokonywać sofistycznych wybiegów. Taką ucieczką jest myśl Epikura: „A zatem śmierć, najstraszniejsze z nieszczęść, wcale nas nie dotyczy, bo gdy my istniejemy, śmierć jest nieobecna, a gdy tylko śmierć się pojawi, wtedy nas już nie ma. Wobec tego śmierć nie ma żadnego związku ani z żywymi, ani z umarłymi; tamtych nie dotyczy, a ci już nie istnieją” [List do Menoikeusa]. Innym sofistycznym wybiegiem wobec śmierci i związanej z nią samotności jest myśl, którą odnajdujemy w twórczości poetki Haliny Poświatowskiej. Śmierć dla niej nie jest to bolesne oderwanie człowieka od świata, ale śmierć cząstki świata wraz z odejściem człowieka, poetka w jednym ze swoich wierszy „Czy świat umrze trochę” pisze:

jednak
miło jest pomyśleć
że świat umrze trochę
kiedy ja umrę

Nie zmienia to jednak faktu, że jest to tylko wybieg, aby było człowiekowi trochę lżej odchodzić. W obecnych czasach lęk przed śmiercią zwiększa postawa człowieka, który najczęściej nie jest już taki pewien, czy aby na pewno posiada nieśmiertelną duszę. Merton natomiast stwierdza, że człowiek usiłuje żyć nie zauważając faktu śmierci, angażując się w różne działania społeczne. Częstokroć żyje on także w przeświadczeniu, że ludzkość lada moment osiągnie już taki szczebel rozwoju, który pozwoli na przezwyciężenie nie tylko chorób, ale i samej śmierci. Wielu zaś, twierdzi trapista, jest przekonanych, iż posiada odpowiedź na to, co dzieje się z człowiekiem po śmierci. Wyobrażają sobie, że jest to życie podobne do ziemskiej egzystencji, tylko pozbawione cierpienia i śmierci.



Oczywiście, winy za lęk przed śmiercią nie można zrzucać tylko i wyłącznie na społeczeństwo. Śmierć jest doświadczeniem, które wymaga osobistej akceptacji przez każdego człowieka, bowiem żadna forma relacji z innymi, nawet najbardziej bliska, nie zmienia faktu, że to właśnie nasza śmierć, nasze samotne odejście. Śmierć należy zaakceptować bez względu na to, czy człowiek jest wierzący i może szukać pocieszenia w Bogu, czy niewierzący, z pewnością jednak temu pierwszemu będzie łatwiej to uczynić. Merton w jednym ze swoich dzienników zanotował wiersz perskiego poety, dotyczący akceptacji śmierci, utwór nosi tytuł „Piękno śmierci”: „Kto uważa śmierć za rzecz urodziwą, jak Józef, ten duszę swą oddaje jako okup dla niej; kto zaś za wilka ją uważa, ten zawraca ze ścieżki ocalenia. Śmierć każdego posiada tę samą jakość, którą on sam przedstawia, mój synu: wróg Boga wrogą ją będzie miał, a przyjaciel Boga – przyjazną… Obawa śmierci u ciebie jest obawą samego siebie: przyjrzyj się temu, przed czym tak rączo uciekasz! To twoja własna twarz jest, to nie jest oblicze śmierci” [Domysły współwinnego widza]. W takim rozumieniu śmierć jest dopełnieniem życia. Kto żyje autentycznie, ten nie lęka się śmierci. W podobny sposób pisze o śmierci Erich Fromm, uważa on, iż ludzie ignorując fakt śmierci, jak również cierpienia, jednocześnie odrzucają podstawową część swojego życia, odbierając mu wyrazistość, intensywność i głębię. Śmierć i cierpienie, według Fromma, mają w naszej egzystencji być jednym z bodźców życiowych, jak również stanowić podstawę ludzkiej solidarności, jako doświadczenie nieuniknione dla każdego z nas.

Dla chrześcijanina śmierć nie powinna oznaczać końca. „Jakże smutna jest miłość ludzka – pisze trapista – kończąca się ze śmiercią!” Mocą Chrystusa, który przezwyciężył śmierć, chrześcijanie zostali ze sobą zjednoczeni, tak, iż pisze Merton: „Nie cierpimy już ani nie zwyciężamy w samotności – nie idziemy też samotnie w wieczność. W Nim jesteśmy nierozłączni; wolno więc nam szukać owocnej samotności, jeśli czujemy jej potrzebę, gdyż gdziekolwiek pójdziemy, cokolwiek cierpimy i cokolwiek się zdarzy, będąc zjednoczeni z Chrystusem, jesteśmy też w Nim złączeni z tymi, których kochamy” [Nikt nie jest samotną wyspą].

Merton podejmując wielokrotnie temat samotności w swoich książkach, pisze o niej zawsze w odniesieniu do własnego życia, życia mnicha – pustelnika. Tym samym, jego wypowiedzi naznaczone są autentyzmem, a to, co do nas mówi, mimo upływu czasu, pozostaje ciągle aktualne. Autor „Siedmiopiętrowej góry” pokazuje, że doświadczenie samotności dotyczy różnych sfer i momentów życia jednostki. W życiu człowieka element wspólnoty i samotności przeplata się, jednakże samotności bywa często traktowana jako niechciana konieczność, przypadłość, z której trzeba się leczyć. Mnich z Gethsemani wskazuje nam jednak, że samotność może stanowić dla nas wartość. Przed samotnością trudno jest uciekać w nieskończoność, lepiej więc potraktować ją jako swojego życiowego sprzymierzeńca.

Samotność w tłumie

Musi znaleźć się w dniu taka pora, kiedy człowiek robiący plany na przyszłość zapomina o nich i postępuje tak, jak gdyby nigdy nie miał żadnych planów. Musi znaleźć się w dniu taka pora, kiedy człowiek mający przemawiać milknie. I umysł jego nie snuje już rozważań, ale pyta: czy one w ogóle coś znaczą?
Thomas Merton Nikt nie jest samotną wyspą


Miałem inne plany na dzisiaj, ale się posypały, więc z braku alternatywy a może i dla zabicia myśli siadam do bloga nieco wcześniej niż zwykle. Choć i tak wieczór wydaje się najbardziej odpowiednią porą na pisanie. Przynajmniej w moim przypadku.

Po całym dniu
Walki z rzeczywistością
Przychodzi chwila
Krótka jak szczęście
Wieczór
Jest
Herbatą
Rozmową
Tytoniem
Spacerem
Dziewczyną
Wiatrem
Muzyką
Wytchnieniem
Wieczór
Jak
Małe zwycięstwo

Jeśli wpisywałem już wcześniej tutaj ten wiersz, to bardzo przepraszam, ale nie ogarniam już tak dużej rzeczywistości a nie chce mi się przeglądać  całego bloga. Mam nadzieję, że mi wybaczycie.

Pomyślałem sobie właśnie, że pisanie to dobre antidotum na stres, na różne przeżycia. Podobnego zdania był Merton, który jako osobowość depresyjna i bardzo empatyczna właśnie w pisaniu najlepiej potrafił skanalizować swoje emocje.

Dzisiaj pewna wymiana zdań z bliską mi osobą skłoniła mnie do pewnych przemyśleń na temat samotności. I znowu moim przewodnikiem pozwolę sobie uczynić Mertona i jego doświadczenie, które również w tym względzie wnosi wiele światła.

Samotność. Termin odmieniany przez wszystkie przypadki, we wszystkich miejscach świata. Ma zapewne tyle odcieni ile jest osób ją przeżywających. Dla jednych jest przekleństwem, dla innych muzą. Dla wszystkich bez wątpienia szansą… Ale jak wiele osób z niej korzysta?



Samotność, o której pomyślałem rozpoczynając ten dzisiejszy wpis to samotność kapłana. Ale wbrew pozorom nie chodzi mi o samotność rozumianą jako brak ludzi wokół, czy jako tęsknota za czyjąś bliskością. Nie, choć pewnie i ten temat był już wielokrotnie wałkowany na wiele sposobów przy okazji niemalże sakramentalnego pytania, które już w tak wielu miejscach słyszałem, że zrezygnowałem nawet z próby wyjaśniania czegokolwiek w tej materii (gdyż większość takich pytań i tak z założenia jest retorycznych, gdyż osoby pytające wcale nie oczekują wyjaśnienia, albo przynajmniej nie takiego, jakie chce się im podsunąć). A pytanie to brzmi najczęściej: „Nie rozumiem dlaczego księża nie mogą się żenić?”; lub też bywa postawione w formie definitywnego stwierdzenia: To głupota, że księża nie mogą się żenić!
Nie próbuję nawet przekonać już tych przekonanych, mogę jedynie rozmawiać z tymi, którzy jakoś są otwarci na dyskusję, choć bez pragnienie przekonania ich, że mam rację, gdyż w takich wypadkach racja może być po różnych stronach. Jak to możliwe zapytacie? Ano możliwe. Pod jednym warunkiem, że nie powtarzamy obiegowych opinii usłyszanych w telewizji lub przeczytanych na prędce w Internecie, lecz że przekonanie, które reprezentujemy wyrasta z osobistego doświadczenia.

I tu rodzi się problem. Podobny zresztą jak z samotnością, bo i po części dotyczy tej rzeczywistości. Sądzę, że o doświadczeniu samotności, jej walorach czy wadach może mówić obiektywnie ktoś, kto jej doświadczył. Każda inna osoba będzie mniej lub bardziej powtarzała zasłyszane lub przeczytane opinie lub też wymyślone argumenty, które jednak mogą nie mieć żadnego uzasadnienia a zatem i nie zasługują na to, by się przy nich zatrzymać. Nie będę tutaj rozważał argumentów za czy przeciw celibatowi, bo to nie temat tych rozważań, niemniej mogę nadmienić tylko, że w perspektywie mojego doświadczenia, może nie długiego (ale zawsze jakiegoś!) jawi mi się on jako wielka mądrość Kościoła. Oczywiście ktoś może mieć inne zdanie (które szanuję), ktoś inny powie, że nie wytrzymuje on próby czasów (zwłaszcza współczesnych), bo księża odchodzą ze względu na kobiety, inni zdradzają swoje ewangeliczne ideały. Owszem wszystko to prawda, ale ja zawsze lubię szukać argumentów pozytywnych, bo negatywne łatwo znaleźć i w ten sposób równie dobrze można kwestionować każdą inną rzeczywistość (zło bowiem i skupianie się jedynie na nim robi zawsze dużo hałasu, ale nigdy nie jest obrazem całości a zatem jeśli tak, to zawsze pokazuje rzeczywistość w krzywym zwierciadle, choć wyzwalając emocje spełnia swoja rolę, bo z czasem słuchając tylko argumentów „przeciw” zaczynamy bardziej myśleć emocjonalnie niż racjonalnie – zresztą dotyczy to wielu dziedzin życia). Dla mnie zawsze jeden argument był przekonujący: jeśli kapłan godzi się na to, by za cenę rezygnacji z założenia własnej rodziny być bardziej dla innych (co przy własnej rodzinie nie byłoby możliwe, bo nigdy nie znalazłby tyle czasu dla innych niż wtedy gdy jest sam), to jest to wystarczający argument na podjęcie takiej ofiary, gdyż potrzeb tych, którzy potrzebują kapłana (jego czasu, uwagi i serca) jest tak wiele, że odpowiedź na nie jest wystarczającym uzasadnieniem celibatu. Jak wspomniałem, ktoś może się ze mną nie zgodzić, ale to co mówię wyrasta z mojego własnego doświadczenia i nie wyobrażam sobie, że mógłbym tyle samo czasu poświęcać innym z równie wielkim zaangażowaniem i radością mając na głowie rodzinę, jej problemy, wychowanie dzieci, ich zdrowie, wykształcenie etc.  Stąd jeszcze raz podkreślę, że może celibat jest szczególnym darem na dzisiejsze czasy i tak wielkie zagubienie człowieka. Oczywiście mam jeszcze wiele innych argumentów, ale chciałbym powrócić do zasadniczego tematu, gdyż i tak dygresja ta wydaje się być za długa.
Niemniej zasadniczy temat samotności, o której wspomniałem to po części dalszy ciąg tego, co napisano do tej pory , choć raz jeszcze powtórzę, że nie chodzi mi tym razem o samotność jako brak ludzi czy jeszcze bardziej relacji, ale jako brak zrozumienia…



No właśnie. Kiedyś jeden z moich zacnych kolegów (starszych już nieco stażem i doświadczeniem) powiedział mi, żebym przygotował się na to, że tak naprawdę jeden z wymiarów samotności kapłana wyraża się w tym, że nigdy nie będzie on do końca rozumiany przez osoby świeckie. Oczywiście nie umniejsza to roli osób świeckich w życiu księdza ani ich empatii z jaką próbują się nieraz wczuwać w doświadczenia kapłańskiego serca, ale faktem jest, że nigdy nie będą w stanie zrozumieć go tak jak potrafi to uczynić drugi kapłan. Podobnie jak nikt tak bardzo nie zrozumie radości, rozterek, wątpliwości czy dramatów mnicha jak inny mnich. I mogę stawać na głowie, mogę mieszkać w klasztorze nawet przez miesiąc czy pół roku a i tak doświadczenie życia zakonnego będzie poza moim zasięgiem. Są bowiem takie rodzaje doświadczeń, których rozumienie przychodzi jedynie z pewnym stylem życia i myślenia. No właśnie – myślenia! Gdyż ksiądz – czy tego chce czy nie chce – jeżeli stara się uczciwie wypełniać swoją pracę i realizować swoje powołanie zaczyna przesiąkać tym „innym” myśleniem (ktoś powiedziałby z innego świata). Widać to najwyraźniej, gdy ksiądz zaczyna się sadzić i próbuje mówić czy zrównać się w myśleniu z tymi, którzy żyją życiem świeckim i myślą świeckimi kategoriami, narażając się co najwyżej na śmieszność otoczenia, które często od kapłana oczekuje właśnie czegoś innego (przy czym proszę nie próbować w żadnym razie wartościować życia świeckiego, jako gorszego a zakonnego czy kapłańskiego, jako lepszego – to powszechny błąd, który ciągle pokutuje w myśleniu wielu osób od czasów średniowiecza, także zakonników czy księży, choć nie ma nic wspólnego z prawdą obiektywną a prawda jest taka, że są to jedynie dwie drogi powołania, z których każda ma wielką wartość w oczach Bożych i każdą też można sprofanować, jeśli się ją źle przeżywa).

Ale wróćmy do Mertona i jego spojrzenia na samotność, gdyż jest niezwykle cenne. Merton wiele miejsca poświęcił problemowi samotności i sposobowi jej przeżywania.  Pisał o tym, że jest to jedno z najbardziej powszechnych doświadczeń ludzkich podobnie jak miłość i dla każdego staje się ona swoistym zadaniem, wręcz sprawdzianem, który wcale nie rzadko dotyka doświadczenia wiary, gdyż właśnie tę sferę życia samotność najczęściej wystawia na próbę. Przeżywa ją zarówno osoba żyjącą samotnie, mnich czy zakonnica żyjący we wspólnocie, doświadczają jej kapłan, rodzice, dziadkowie, dzieci. Samotność taka czy inna jest zatem rzeczywistością, przed którą nikt nie ucieknie.


Samotność, podobnie jak wspólnota, wpisana jest w egzystencjalne doświadczenie człowieka – Pascalowskiej trzciny. Samotnością naznaczona jest egzystencja ludzka od narodzin aż po śmierć. Thomas Merton, dla którego doświadczenie samotności w życiu osobistym miało tak wielkie znaczenie, poświęca temu zagadnieniu w swoich pismach sporo uwagi. Można by się pokusić o sformułowanie Mertonowskiej definicji samotności. Dla trapisty jednak pojęcie to nie było martwym terminem, ale stanowiło część życia. Myślę, iż dlatego lepiej będzie przyjrzeć się konkretnym sytuacjom egzystencjalnym, które dla Mertona wiązały się z przeżywaniem samotności, takim jak: życie społeczne, życie pustelnicze, doświadczenie cierpienia i śmierci.
Merton zwraca uwagę, iż samotność potrzebna jest zarówno dla jednostki, jak i dla społeczeństwa, które winno umożliwiać ją swoim członkom. Społeczeństwo, które właściwie wypełnia swoje zadania to takie, w którym „rozwija się i wciąż urasta indywidualna wolność i osobista nienaruszalność składających się na nie osób” [Nowy posiew kontemplacji].

Według mnicha z Kentucky, osoba, która może się w społeczeństwie rozwijać, do czego potrzebna jest wolność, jednocześnie przyczynia się do pomyślności całego społeczeństwa. Jednostka rozwija się dzięki społeczeństwu, kiedy może w nim odkrywać i tworzyć swoją prawdziwą tożsamość. Problem ten był również podstawową kwestią dla trapisty z Gethsemani. Uważał on, iż człowiek jest wręcz powołany do tego, aby wraz z Bogiem tworzyć swą tożsamość. W tym odnajdywaniu prawdziwego siebie człowiek jest samotny – nie może on liczyć na pomoc żadnego stworzenia we wszechświecie. Według Mertona, człowiek odkrywa siebie, odkrywając swego Stwórcę. „Tajemnica mojej pełnej tożsamości – pisze mnich z Gethsemani – jest w Nim ukryta. Jedynie On może uczynić mnie tym, kim jestem, lub raczej kim będę, kiedy wreszcie w pełni zacznę być. Ale dopóki nie zapragnę tej tożsamości i nie będę pracować, by ją znaleźć z Nim i w Nim, ta praca nigdy nie zostanie wykonana”. To odkrywanie Boga przez człowieka ma prowadzić do tożsamości z Nim tak, aby człowiek mógł powiedzieć: „Już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus” (Ga 2,20). Wówczas pisze Merton: „Bóg, noszący w sobie tajemnicę tego, kim jestem, zaczyna we mnie żyć nie tylko jako mój Stwórca, ale jako moja inna i prawdziwa jaźń” [Nowy posiew kontemplacji].



Wprawdzie jednostka poszukuje swojej prawdziwej tożsamości autonomicznie, ale nie może jej odnaleźć w izolacji od innych ludzi. Człowiek „im bardziej identyfikuje się z Bogiem, tym bardziej zidentyfikuje się z wszystkimi innymi, którzy się z Nim utożsamiają” [Nowy posiew kontemplacji]. Zdobycie własnej tożsamości jest drogą do osiągnięcia przez człowieka świętości. Trapista definiuje świętość w sposób bardzo prosty i wymowny, pisze: „Dla mnie bycie świętym oznacza bycie sobą”. Dlatego tak ważne dla człowieka jest poznanie samego siebie, swej własnej jednostkowej tożsamości, o czym doskonale wiedzieli starożytni, a przypominały im to słowa wyryte na portalu świątyni delfickiej: „Poznaj samego siebie”. W podobny sposób święta jest cała przyroda, która nie chce być niczym innym niż tym, czym stworzył ją Bóg. Merton ujął to w dość poetycki sposób: „Wielka, pobrużdżona, półnaga góra jest jeszcze jedną z Bożych świętych. Nie ma innej, która byłaby do niej podobna. Jest sama jedna w swoim rodzaju; nic innego na świecie nigdy nie naśladowało i nie będzie naśladować Boga w podobny sposób. To jest jej świętość” [Nowy posiew kontemplacji].

Gdy społeczeństwo uniemożliwia jednostce realizowanie potrzeby samotności, wówczas szuka ona fałszywej samotności. Rodzi się pytanie: jak odróżnić prawdziwą samotność od fałszywej? Z daniem autora Posiewu kontemplacji przeżywając autentyczną samotność jednostka znajduje w sobie dobro i dzieli się nim z innymi ludźmi, zaś fałszywa samotność jest egocentryczna. Merton ujął to w obrazowy sposób: „Fałszywa samotność zamyka drzwi przed wszystkimi ludźmi i ślęczy nad swoim własnym nagromadzonym rupieciem”. Człowiek żyjący w fałszywej samotności, choć posiada świadomość możliwości nawiązania relacji z innymi ludźmi, nie podejmuje w tym kierunku żadnych działań. Zatem fałszywa samotność, według trapisty, jest przeszkodą w miłości bliźniego. Mnich przestrzega przed fałszywą samotnością człowieka, który zamyka się przed innymi ludźmi, często łudząc siebie, że w ten sposób bardziej kocha Boga.


Dla Mertona samotnik w żadnym wypadku nie jest indywidualistą, ale indywidualnością. Samotność indywidualisty jest egoistyczna, potrzebna jemu po to, aby mógł się zająć sobą. Fałszywą samotność nazywa trapista z Gethsemani schronieniem indywidualisty, prawdziwą zaś domem osoby. Samotność będąca schronieniem jest czymś prowizorycznym, ucieczką, izolacją, dom zaś implikuje pewność, stałość, otwartość, autentyzm. Prawdziwa samotność nie jest skupiona na sobie, „należy do świata i do Boga” i ma do wypełnienia pewne zadania. Fałszywa samotność staje się fetyszem sama w sobie, prowadzi do zamknięcia człowieka nie tylko wobec innych ludzi, ale także wobec Boga. Trapista opisuje osobiste przebudzenie z fałszywej samotności: „W Louisville, […] w centrum dzielnicy sklepowej, nagle uderzyło mi do głowy nieodparte przekonanie, że przecież kocham tych wszystkich ludzi, że oni są moi, a ja jestem ich, że nawet gdybyśmy byli kompletnie nieznajomi, to nie ma prawa istnieć obcość między nami. To było coś w rodzaju przebudzenia ze snu o odrębności, fałszywej autoizolacji w specyficznym świecie….” [Domysły współwinnego widza]. Człowiek samotny, który nie zamyka się na innych, staje się każdym. Uczestniczy on w samotności i ubóstwie każdego człowieka19. Dzięki duchowej wspólnocie z innymi ludźmi możliwa jest prawdziwa samotność, która z kolei przełamuje barierę obcości i prowadzi do utożsamienia „oni” z „ja”.

Merton wymieniając wartości, od których współcześni ludzie starają się uciec, pisze o samotności, wewnętrznej ciszy, obcowaniu z rzeczywistością, prostocie w relacjach z innymi i kontemplacji. Jednocześnie podkreśla on, że wyżej wymienione przez niego wartości są we współczesnym społeczeństwie praktycznie nieosiągalne. Może właśnie dlatego, w jednym ze swoich dzienników, zanotował, iż: „Milczenie i samotność to największe luksusy życia!” [Znak Jonasza] Trapista miał jednak świadomość, że wartości te nie powinny być luksusem, ale koniecznością zarówno dla zwykłego „przetrwania”, jak i „doskonałości”.



Ucieczka od trudu szukania własnej tożsamości skazuje ludzi i społeczeństwo na życie w alienacji, na co zwracał uwagę w swoich publikacjach także Merton. Uważał on, iż współcześni ludzie żyją w społeczeństwie wyalienowanym, w którym „idąc powszechnie aprobowanymi drogami, nie można żyć własnym życiem” [Źródła kontemplacji]. Jednak czym w zasadzie jest alienacja? Według Fromma, którego stanowisko było bliskie rozumieniu alienacji przez Mertona, jest to taki rodzaj przeżycia, „w którym osoba doświadcza siebie samej jako obcej. Można by rzec, że się od siebie wyobcowała. Nie doświadcza siebie samej jako ośrodka świata, jako twórcy własnych czynów, lecz jej czyny i ich skutki zaczynają nad nią panować, jest im posłuszna lub może nawet je wielbić”. Autor „Zdrowego społeczeństwa” zauważa, iż alienacja dotyczy niemal każdej sfery życia człowieka, jego pracy, konsumpcji, stosunku do państwa, bliźnich i samego siebie. Merton zwraca m.in. uwagę na alienację człowieka w społeczeństwie, czy też wyalienowaną konsumpcję. Jednostce żyjącej w takim społeczeństwie ktoś (bliżej nieokreślony autorytet) wyznacza działania i decyduje za nią jak żyć. Ludziom natomiast nie przeszkadza to, że nie żyją własnym życiem. „Nasze społeczeństwo – pisze Merton – odpowiednio wynagradza potulność, więc godzimy się na proponowany układ pod warunkiem, że dostajemy samochód, telewizor, dom, jedzenie i picie oraz inne wygody”[Źródła…]. Merton, pisząc o społeczeństwie, odwołuje się do kategorii mieć i być. Jednostka nastawiona na ilość (na mieć) coraz bardziej staje się uzależniona od chęci posiadania i tych, którzy tę chęć wywołują, tym samym zrzeka się swojej aktywności, wyalienowuje się od siebie.

Thomas Merton pisze również o alienacji mającej swe źródło w bałwochwalstwie, stwierdza on: „idol to podstawa alienacji”. Warto w tym miejscu zacytować autora „Zdrowego społeczeństwa”, który analizuje także pojęcie alienacji w odniesieniu do bałwochwalstwa. Twierdzi on mianowicie, iż nazywanie przez proroków starotestamentalnych religii pogańskich bałwochwalczymi nie wynikało z ich wielobóstwa, ale z faktu samoalienacji. „Rzeźbiarz – pisze Fromm – wydatkuje energię, swoje zdolności artystyczne na wyrzeźbienie bożka, by następnie go wielbić, a przecież bożek ten to tylko wynik jego własnego ludzkiego wysiłku. Siły życiowe człowieka przepłynęły w rzecz, a rzecz ta, stawszy się bożkiem, nie jest już doświadczana jako rezultat własnego wysiłku, lecz jako coś wobec człowieka zewnętrznego, co wielbi i czemu się poddaje. […] Bałwochwalca bije pokłony dziełu rąk własnych. Bożek przedstawia jego siły życiowe w formie wyalienowanej” [Fromm – Zdrowe społeczeństwo]. Trapista zauważa, że człowiek przebywający w samotności posiada dużą świadomość potrzeb świata, w którym żyje. Dlatego też jego zadaniem jest odpowiadać na te potrzeby i m.in. zmagać się z alienacją.

Aby w sposób pełnowartościowy być członkiem społeczeństwa konieczne jest wyodrębnienie się z tłumu innych ludzi. „Jeśli nie potrafię odróżnić się od masy innych ludzi – pisze mnich z Kentucky – nie zdołam nigdy szanować ich i kochać tak, jak mi nakazuje obowiązek. Jeśli nie odłączę się od nich na tyle, by wiedzieć, co jest ich, a co moje, nie dojdę nigdy do rozeznania, co im powinienem dać i nie dam im nigdy sposobności do obdarzenia mnie tym, co mi się od nich należy” [Nikt nie jest samotną wyspą]. Merton przestrzega przed wtopieniem się jednostki w tłum, który „pożera w nas człowieczeństwo, aby uczynić z nas członki wielogłowej bestii”. Według Mertona, człowiek w masie traci swoją osobowość, charakter, a często i godność osoby. Z jednej strony, zbiorowość stwarza złudne poczucie wszechmocy człowieka. Ale z drugiej strony kreuje i podsyca potrzeby jednostki, które nigdy nie będą w stu procentach zaspokojone, co przynosi nieuchronnie poczucie zawodu i skłania do dalszego uczestnictwa w tym błędnym kole. Wiek, w którym przyszło żyć Mertonowi, nazywa on wiekiem tłumów, w którym ukształtował się model człowieka masowego. „Każda jednostka w masie – pisze trapista – jest odizolowana grubymi warstwami obojętności, nie zwraca uwagi, nie słyszy, nie myśli. Nie działa, jest popychana. Nie rozmawia, wydaje jedynie konwencjonalne odgłosy w odpowiedzi na stymulację odpowiednimi dźwiękami. Nie myśli, powiela stereotypy” [Nowy posiew kontemplacji].



Dlatego też, według Mertona, potrzebne są w społeczeństwie duchowe narodziny człowieka jako dojrzałej jednostki, która potrafi samodzielnie myśleć, nie ulegając fikcyjnym potrzebom. Mnich wskazuje dwie drogi duchowych narodzin człowieka: vita activa i vita contemplativa. W życiu aktywnym narodziny do dojrzałości społecznej polegają na zauważeniu drugiego człowieka z jego potrzebami i służeniu mu. Natomiast w życiu kontemplacyjnym człowiek ma odpowiednie warunki, aby poszukiwać prawdy i zmierzyć się z iluzją. Podobnie jak Chrystus na pustyni, który był kuszony złudą bezpieczeństwa, sławy i władzy.

Konflikt między samotnością jednostki a zbiorowością wyraża, według trapisty z Gethsemani, nurt egzystencjalizmu oraz teatr absurdu. W jednym z esejów analizuje on pod tym kątem sztukę Ionesco pt.: „Nosorożec”. Mówi ona o mężczyźnie, który okazuje się być ostatnim człowiekiem w stadzie nosorożców i tym samym potworem-odmieńcem. Merton konkluduje: „Oto problem, jaki Ionesco kreśli przed nami z tragiczną ironią: samotność i odstępstwo od tłumu stają się coraz bardziej niemożliwe, coraz bardziej absurdalne” [W natarciu na niewypowiedziane]. Jednocześnie ta zmiana w nosorożca, której ulegają poszczególni ludzie, jest spowodowana właśnie brakiem autentycznej samotności jednostek.

Merton podkreśla jednocześnie, że nikt z nas nie jest samotną wyspą i człowiekowi prócz samotności potrzebna jest pełna integracja ze społecznością ludzką. Jednak jej ceną nie może być roztopienie się i zanik osobowości, jak to ma miejsce w tłumie, ale wprost przeciwnie potwierdzenie jej i udoskonalenie. Trapista pisze o konieczności afirmacji człowieka, aby nie był on li tylko trybikiem w bezosobowej machinie świata, w masie, która pozbawia go jego indywidualnych pragnień, myśli i sądów. Wyrazem zaś tego afirmatywnego stosunku do człowieka jest m.in. poszanowanie jego samotności, czy prawa do samodzielnego myślenia.
Prawdziwa integracja ze społeczeństwem polega również na zerwaniu związków symbiotycznych. Istnieją dwa typy relacji symbiotycznej: podporządkowanie i dominacja. W relacji podporządkowania (masochizm) człowiek „przekracza odrębność swojej jednostkowej egzystencji, stając się częścią kogoś lub czegoś większego niż on sam”. Natomiast w relacji dominacji (sadyzm) człowiek stara się osiągnąć jedność ze światem przez zdobycie nad nim władzy.
Kwestie, z jednej strony, podporządkowywania się jednostki tłumowi, a z drugiej jej indywidualizmu, przybliża nam w swoich pracach Erich Fromm, którego twórczość Merton uważnie śledził. Pisze on o tzw. tożsamości stadnej, gdzie „poczucie tożsamości opiera się […] na poczuciu niekwestionowanej przynależności do tłumu. Nie zmienia tego fakt, iż ta uniformizacja i konformizm często nie są rozpoznawane jako takie i przykrywa je złudzenie indywidualności”. Współczesny świat kładzie duży nacisk na indywidualizm jednostki, ale jednocześnie, jak wynika z rozważań Fromma, większość ludzi myśli, czuje, i działa w sposób stadny, uznając jednocześnie, że taka jest ich tożsamość. Tę iluzję poczucia tożsamości jednostki tworzy, według autora „Ucieczki od wolności”, kultura masowa, a więc reklamy, film, telewizja, gazety. Thomas Merton doskonale rozumiał tę propagandę konformizmu płynącą z mass mediów. Trapista używał metafory pustyni, aby zobrazować życie mnichów w klasztorze, którzy odcinali się od komunikacji ze światem, od prasy i radia, będących często „głosem ogromnej zbiorowości, gdzie jest coś, co poniża człowieka”.

Aby odkryć swą prawdziwą tożsamość, człowiek musi wpierw poznać samego siebie, zaś identyfikacja z grupą jest tożsamością fałszywą. Przywołajmy jeszcze raz Fromma: „człowiek wyrzeka się siebie, staje się częścią i fragmentem stada […]. Często określa się go innym miłym słowem: ”wspólnota”. Jak zauważyliśmy autor użył słowa wspólnota w cudzysłowie, mając na myśli fałszywe poczucie wspólnotowości. Thomas Merton stwierdza, iż jest podstawowa różnica między wspólnotą a tłumem: „Wspólnota jest organizmem, którego życie opiera się na wyższym jakoby tonie niż życie poszczególnego członka. Tłum zaś jest zgromadzeniem, gdzie poziom życia wspólnego jest tak niski jak poziom najpodlejszych w nim jednostek. Wchodząc do wspólnoty każdy indywidualnie stawia sobie za cel żyć ponad swoim przeciętnym poziomem, doskonalić swoje istnienie, żyjąc pełniej dzięki wysiłkowi na rzecz innych, którzy są obok” [Nowy posiew kontemplacji].



Kwestia relacji miedzy samotnością a wspólnotą miała dla Mertona wymiar bardzo praktyczny. Na kartach jego książek problem ten pojawia się dość często i ciągle na nowo jest przez trapistę przemyśliwany. Merton miał poczucie przynależności do pewnej określonej wspólnoty, i chociaż czasami przynależność ta nie była dla niego satysfakcjonująca, pisał, iż bez wspólnoty, również samotność byłaby po prostu iluzją. Merton nie pragnął ucieczki przed wspólnotą w ciszę pustelni, twierdził, iż członkowi wspólnoty potrzebna jest relacja z innym, aby mógł stawać się sobą, i aby w tym samym procesie pomagał innym. Swoją jednak drogę uznał ostatecznie za drogę życia pustelniczego. „Jeśli chodzi o mnie – pisał – mam wrażenie, że (…) wewnętrzne strumienie nie popłyną dla mnie we wspólnocie i że po prostu spędzam czas w ciężkiej, bezpiecznej, pogmatwanej neutralności wspólnoty, chociaż być może dla innych źródła tryskają. W dniu zaś pięćdziesiątych urodzin pisał, że to, iż spędza je w pustelni jest dla niego największym powodem wdzięczności. W związku ze swoim osobistym doświadczeniem autor „Siedmiopiętrowej góry” postulował, że wspólnota powinna gwarantować większą samotność, tym którzy jej pragną.

Dla Mertona przebywanie w rzeczywistości to istnienie tu i teraz, jest to „samoświadomość wspaniałej teraźniejszości”. Tylko w teraźniejszości także, możliwe jest odnalezienie samotności. „Samotność nie jest czymś, czego masz oczekiwać w przyszłości. Raczej jest to pogłębienie teraźniejszości i o ile nie szukasz jej w teraźniejszości, nigdy jej nie znajdziesz.”[Znak Jonasza]