Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Pokłon neopogan

Święto Objawienia Pańskiego zwykło być w Tradycji kojarzone z przybyciem do Betlejem i pokłonem wobec Nowonarodzonego Mesjasza trzech mędrców, będących reprezentantami myśli, którą św. Paweł określa jednym mianem – pogańskiej – dla odróżnienia od nowej wiary przyniesionej przez Jezusa Chrystusa.



Przecież słyszeliście o udzieleniu przez Boga łaski danej wam, że mianowicie przez objawienie oznajmiona mi została ta tajemnica.

Nie była ona oznajmiona synom ludzkim w poprzednich pokoleniach, tak jak teraz została objawiona przez Ducha świętym Jego apostołom i prorokom, to znaczy że poganie już są współdziedzicami i współczłonkami Ciała, i współuczestnikami obietnicy w Chrystusie Jezusie przez Ewangelię. [Ef 3,2-3a.5-6]

Warto jednak przez chwilę zatrzymać się i zastanowić  nad tym, jakie jest przesłanie tego święta dla nas? Czy dzisiaj ów pokłon byłby jeszcze aktualny? A może przede wszystkim czy – jak pyta dzisiaj wielu socjologów kultury i chrześcijańskich antropologów – na  Zachodzie następuje odrodzenie pogaństwa?

Na problem ten od jakiegoś czasu zwraca uwagę coraz więcej osób. Publicyści, intelektualiści, a także niektórzy hierachowie katoliccy wskazują na popularność dawno zapomnianych praktyk magicznych, zainteresowanie astrologią, wzrost liczby wróżów i znawców ezoteryki. Można usłyszeć o pogańskim prawodawstwie, pogańskim społeczeństwie, pogańskiej mentalności. Nie wiem, na ile jest to obraz prawdziwy. Mam raczej wrażenie, iż do jednego worka wrzuca się tu zwykły indyferentyzm religijny, ateizm, ezoteryzm i relatywizm etyczny. Faktem jest jednak, że w epoce, w której chrześcijaństwo przeżywa kryzys, następuje rozkwit tych praktyk, które mniej czy bardziej słusznie łączy się z odrodzeniem wierzeń pogańskich. Dzisiejsi chrześcijanie poświęcają bardzo wiele uwagi dotarciu do współczesnego człowieka. Dlaczego więc przegrywają w konfrontacji z religiami dawno, mogłoby się wydawać, umarłymi, które z kolei  przeżywają swój prawdziwy renesans?

Warto jednak podkreślić w perspektywie ostatnich dziesięcioleci, iż to, co niezbyt słusznie określa się mianem neopogaństwa, jest tendencją głęboką i nie ma charakteru chwilowej mody. Spróbujmy zatem sięgnąć do korzeni tego zjawiska, aby lepiej zrozumieć jego istotę. Oczywiście ze względu na piszącego te słowa mówiąc o pewnych istotnych cechach historycznej religii pogańskiej, która wydaje się dzisiaj odżywać próbujemy na nią spoglądać w konfrontacji z wiarą w Chrystusa.

Jak w wielu wypadkach, tak i tu chcąc szukać odpowiedzi warto wrócić najpierw do myśli Nietzschego, w którego dziele najpełniej chyba wyraża się świadomość wielu współczesnych. On to bowiem odważył się jasno sformułować dylemat nadal żywy: „Dyonizos przeciw Ukrzyżowanemu i oto macie przeciwieństwo” – pisał w „Woli mocy”. Dwa światy, dwie wole, dwie moce, dwie prawdy. Nie do pogodzenia, nie do pominięcia, nie do przekroczenia.


Co to jednak dokładnie znaczy? Na czym ma polegać ów spór Chrystusa z Dionizosem? Według Nietzschego kult Dionizosa wyrażał „potwierdzenie życia całkowitego”. W kulcie pogańskim można zatem odnaleźć formę dziękczynienia i przytakiwania życiu, jego apologię i przebóstwienie. To Nietzsche był pierwszym myślicielem, który z taką mocą głosił przekonanie o wyższości kultury pogańskiej nad chrześcijańską. To, co chrześcijańskie, okazuje się odtąd barbarzyńskie, złudne i słabe. Afirmacji życia szukać należy w Grecji. W bogach greckich „zwierzę ludzkie czuło się ubóstwionym, nie rozdzierało siebie samego”. Pogaństwo ukazuje się tu jako religia ludzi prawdziwie szlachetnych i niezależnych. Wgłębili się oni w tajemnicę bytu i pojęli, że aby człowiek był wolny, musi trzymać bogów na dystans. Składając winę na bogów, obarczając ich złem, człowiek może – i to jest sposób jedyny – wyzwolić się z „nieczystego sumienia”. „W ten sposób służyli wówczas bogowie jako usprawiedliwienie człowieka do pewnego stopnia nawet w lichem, służyli jako przyczyna zła – wówczas brali na siebie nie karę, lecz, co jest dostojniej, winę.” Jeśli bogowie są zarówno dobrzy, jak źli, to człowiek nie musi przed nikim zdawać rachunku za swoje czyny. Punkt ciężkości zła nie spoczywa w nim, ale na zewnątrz. Zło przynależy nieodłącznie do życia, jest jednym z jego równouprawnionych wyrazów.

Faktycznie, bohater grecki zachowuje w stosunku do winy postawę dwuznaczną. Niegodziwy czyn jest już dla niego przygotowany, raczej na niego spada, niż zostaje wybrany. Bogowie pełnią często rolę pomocników kata. To oni zsyłają na człowieka opętanie, przez które dokonuje się zło: Achilles pozostaje przy okrętach nie idąc do bitwy, Herakles w szale morduje żonę i dzieci, Edyp zabija ojca i poślubia matkę. Z drugiej jednak strony człowiek – wedle Greków – nie jest wprawdzie winny złu, ale godzi się przyjąć całe jego następstwo. To, że jest wtrącony w tragiczną sytuację, gdzie na szali ważą się dwie równe wartości, nie jest dla niego powodem do narzekania, wycofania czy wreszcie buntu. To chyba miał na myśli Nietzsche stwierdzając, iż Grecy mówili życiu „Tak”. Życie jest godne wyboru niezależnie, albo nawet wbrew całemu szeregowi niesprzyjających okoliczności, które razem dają się sprowadzić do twierdzenia o skażoności świata.

Tej afirmacji życia, którą według Nietzschego można znaleźć w religii pogan, przeciwstawiona zostaje mroczna, pełna lęku przed groźnym sędzią wiara chrześcijan. Wiara duchowych pariasów i uciekinierów, których wadą przyrodzoną i nie dającą się już odkupić jest negatywny stosunek do życia i obciążenie go cierpieniem. „Chrześcijanin neguje nawet najszczęśliwszy los na ziemi: dość jest słaby, ubogi, wydziedziczony, żeby w każdej formie życia cierpieć jeszcze. Bóg na krzyżu jest przekleństwem rzucanym na życie…”  Doprawdy, trudno o większą odwagę sformułowań. Nietzsche zrozumiał, iż pogaństwo obywało się bez wiary. Było przeciwieństwem osobliwego stosunku uczuciowego, jaki łączy wierzącego chrześcijanina z jego Bogiem. Było wyzwoleniem z tych dziwnych więzów, które sprawiają, iż Bóg najwyższy kocha, a człowiek obwinia się za to, iż nie jest w stanie dość kochać.

W oczach Nietzschego wina chrześcijan polegała na zerwaniu z mądrością tragiczną. Jego zdaniem uczniowie Chrystusa poddali życie ocenie wedle miar względem niego zewnętrznych, a przez to uwikłali świadomość w winę. Moralne dobro i zło nie mogą służyć do wartościowania, same bowiem są objawem, wykwitem energii życia. Oczywiście, aby obraz stał się bardziej klarowny, autor „Woli mocy” musiał pozbyć się jeszcze znacznej części greckiej krytyki mitów, najpierw Sokratesa – „pierwszego człowieka teoretycznego”, a następnie Platona – „tego Antygreka i semity z instynktu”. Tym niemniej istota zarzutu sprowadzała się do tego, że chrześcijaństwo przyjęło nową skalę wartościowania. Już nie życie doczesne i jego nierozwiązywalne konflikty, w których przejawia się sam byt, jest tym, co najcenniejsze, lecz życie wieczne, jakie może posiąść nowy, duchowy człowiek. Tak naprawdę jednak – jak próbował wykazać Nietzsche – ten nowy człowiek i nadprzyrodzone życie, do którego dąży, to kamuflaż. Zamiana ziemi na niebo wynika ze słabej woli i buntu wobec nieuchronnych praw życia.

Wielu współczesnych filozofów chrześcijańskich (choć nie tylko) zgodnie uważa, że wszystkie następne próby restauracji pogaństwa są tylko naśladowaniem i rozwinięciem tej pierwotnej intuicji Nietzschego. „Bogowie byliby zarówno przyczynami zła, jak i dobra, bogowie przeobrażają się (a więc kłamią)” – mówi o antycznych mieszkańcach Olimpu francuski myśliciel François Lyotard: „Zeus mógł pozwolić sobie na zapładnianie mieszkanek ziemi pod postacią byka, orła, człowieka; Posejdon mógł uczestniczyć w matactwach Pelopsa, którego niegdyś uprowadził ze sobą. Bogowie mogą kłamać. Zwyciężają w zawodach z ludźmi, bo są skuteczniejsi, a kiedy chcą wywrzeć na kimś zemstę, czynią to.”

Przypisanie bogom winy ma być odpowiedzią na dzisiejsze potrzeby i wyzwania. „Lyotard poszukuje koncepcji przekonującego autorytetu moralnego, który rozpowszechniając się, byłby wolny od skazy jakichkolwiek relacji hierarchicznych – czy to występujących pomiędzy ludźmi, czy nawet pomiędzy istotami ludzkimi a źródłem boskim, które jest zatem jedynym źródłem takiego autorytetu, jakie pozostało. To fantastyczne wyobrażenie jest istotą tego, co Lyotard rozumie przez p o g a n i z m. Jest to nazwa sytuacji, w której jest się poddanym surowemu osądowi »ze względu na sprawiedliwość, to znaczy politykę i etykę, a wszystko bez żadnych kryteriów«” – pisze Thomas L. Pangle w Uszlachetnianiu demokracji.

Pomijając chwilowo kwestię, czy takie rozumienie pogaństwa odpowiada istocie teologii antycznej, warto zauważyć, że ani Nietzsche, ani tym bardziej Lyotard czy Gilles Deleuze nie zdają się specjalnie przejmować zgodnością własnych wyobrażeń o pogaństwie z tym, w co rzeczywiście wierzyli pielgrzymi przybywający do Delf, czciciele Wielkiej Diany Efeskiej czy wreszcie intelektualiści neoplatońscy, tacy jak Salustios czy Porfiriusz. Poganizm zasadzałby się według współczesnych myślicieli na zerwaniu z wszelką koncepcją hierachiczności. Kiedy bogów jest wielu, pojęcie niezachwianego autorytetu zostaje podważone. Politeizm – i to jest chyba element, który Lyotard utożsamia z pogaństwem jako takim – byłby zatem słuszną odpowiedzią dla człowieka poszukującego niezależności i wolności.

Monoteizm bowiem zmusza do pytania o sens jedynej, obowiązującej wszystkich bez wyjątku, prawdy. Jeśli jest tylko jeden Bóg, jeśli jest Prawdą i ani nie może kłamać, ani pozostawać ze sobą w sprzeczności, i jeśli dodatkowo pokazuje się nam w świecie, to można zakładać, że jest tylko jedno prawdziwe objawienie, które wyłącza wszystkie inne. Przyjmijmy, iż ów Bóg jest nadto wolnym i dobrym Stwórcą, a wówczas prosty fakt wielości wiar i wyznań okazać się musi dziełem człowieka. Jedyność Boga, w ujęciu wspomnianych myślicieli, wprowadza zatem w świat rozdarcie i spór o prawowitą reprezentację, podczas gdy wielość bogów znosi sens roszczenia do wyłączności prawdy. Lyotard rozumie jedno: „politeizm czyni logicznie niemożliwym pojęcie najwyższego autorytetu.”

Faktycznie można się zastanawiać, czy w obecnej epoce – tak przywiązanej do pluralizmu opinii, autonomii jednostki i wolnej kreacji wartości – wspieranie politeizmu nie jest czymś ze wszech miar słusznym. Panteon pogański może być poszerzany w sposób niemal bezkonfliktowy. Greccy bogowie, w przeciwieństwie do biblijnego Jahwe, gotowi byli uznać w bóstwach innych ludów swych braci. Jeśli przyjmiemy więc, że najważniejszym celem obecnego społeczeństwa ma być pokój światowy, eliminacja napięć i zapewnienie maksymalnie rozległych granic swobodzie ekspresji, to pogaństwo ma tu wiele do zaoferowania.

Widać więc, iż w dzisiejszym sporze o znaczenie pogaństwa chodzi o rozbicie pojęcia najwyższego i jedynego autorytetu. Zamiast tego mamy do czynienia z wartością „samego życia” albo „swobodnej jednostki”, w stosunku do której nie może być instancji orzekającej, sądzącej i nieomylnej. Byłby to powrót do stanu niewinności. Człowiek niejako z natury uznawałby zobowiązania, chociaż na ich straży nie stałby sędzia. Jednostka sama byłaby swoim autorytetem, a zamiast natury człowieka mielibyśmy do czynienia z nieustannym projektowaniem, czyli wprowadzaniem w życie obrazów, jakie wywodzi z nicości swobodne „ja”. Myśl pogańska dostarczyć więc ma rozgrzeszenia i uzasadnienia dla nowego ładu, w którym to, co boskie, przemieszane jest z tym, co konieczne, to, co dobre, z tym, co złe. Bogowie rzeczywiście są tymi, którzy nam „zaszczepiają winę”, ale też nie mogą nas z tego powodu oskarżyć. Nasza wolność byłaby zatem stałym procesem wyzwalania się z przyjętych schematów postrzegania, co jest dobrem, a co złem, co prawdą, a co kłamstwem. Zeus walczy z Prometeuszem, Hera zastawia pułapki na Herkulesa – które z nich jednak ma w tej walce rację, o tym nie wie nikt: ani człowiek, ani bóg. W ostateczności rozstrzygnięcie pozostawiono konieczności. Temu, co bezwolne, bezosobowe i nieświadome.

Rozwój tego sposobu myślenia jest, jak łatwo wywnioskować, konieczną reakcją na osłabienie roszczenia chrześcijaństwa. Jest wynikiem braku stylu, odwagi i jednoznaczności wypowiedzi dzisiejszych nauczycieli chrześcijańskich. Trudno niekiedy pozbyć się wrażenia, że zatracili oni tę umiejętność, która dała chrześcijaństwu historyczne zwycięstwo nad religiami antyku. Tak jakby przestali rozumieć, że poznanie objawienia nie jest dla człowieka sprawą ani tylko korzystną, ani nawet miłą, lecz absolutnie konieczną.



Problem dzisiejszy nie polega na tym, czy chrześcijaństwo przetrwa jako jeden z licznych kultów cesarstwa światowego, ale na tym, czy będzie w stanie zachować przekonanie, iż – jak to ujął kardynał Newman – „poglądy religijne nie są sprawą obojętną, lecz z punktu widzenia Bożego rzucają zdecydowane światło na ich wyznawcę…” Współczesne pogaństwo nie wyraża się w śmiesznych i dziwacznych kultach magicznych, nie w astrologii, New Age czy wszelkiego typu sektach; jest ono przede wszystkim próbą ograniczenia i zniszczenia chrześcijańskiego roszczenia do wyłączności. Umieścić Zeusa obok Jahwe, uczynić z Jezusa jednego z licznych proroków licznych bogów, a założony przez Niego Kościół wpasować w służbę doczesnemu ładowi – w takim myśleniu upatruję dziś wpływu mentalności pogańskiej. Lecz chrześcijaństwo nie zwyciężyło z bogami przeszłości ani dlatego, że lepiej służyło państwu, ani dlatego, że miało w swych szeregach ludzi bardziej inteligentnych. Chrześcijaństwo zwyciężyło, bo miało w sobie prawdę” – pisze Newman. Cóż było tą nową zasadą przyniesioną światu pogańskiemu przez chrześcijan? „Że prawda jest jedna, że błąd religijny jest sam w sobie natury niemoralnej, że ci, którzy go uznają, jeśli tylko nie mimowolnie, są winni tego, że go wyznają; że należy się go wystrzegać (…), że prawda i fałsz dane są nam dla wypróbowania naszych serc; że wybór nasz jest straszliwym rzuceniem losów, na których wypisane jest nasze zbawienie albo odrzucenie.” Ta wiara sprawiła, że nawróciło się imperium rzymskie, a dawna religia została obalona.

Skąd jednak brała się jej siła? W obecnej epoce wracamy jakby na nowo do pierwszych wieków Kościoła i znów musimy sobie stawiać te same, co wówczas, pytania. Czy rzeczywiście ów nacisk kładziony na wyznawanie prawdziwej wiary nie stanowił skazy na duchu Ewangelii? Czy kwestionowanie porządku pogańskiego i bezwzględna odmowa uczestniczenia w systemie ofiar były konieczne? I więcej jeszcze. W jakiej mierze dzisiejszy chrześcijanin jest spadkobiercą tych wyznawców, męczenników i świętych, których wysiłek, gorliwość i niespożyta energia doprowadziły do upadku pogańską kulturę Rzymu i Grecji? Czy nadal ma należeć do tej osobliwej grupy ludzi, o których w dziele „Chrześcijaństwo i kultura antyczna” tak pisał Ch. N. Cochrane:

„W ogólnym duchu pokojowym, jaki panował wewnątrz cesarstwa, pozostawał jeden tylko wyjątek. Chrześcijanie, których szeregi dopełniały się po cichu i stopniowo ze wszystkich kręgów społeczeństwa, stanowili ośrodek dla wszystkich, którzy buntowali się w duchu przeciw temu, co uważali za jałowość i powierzchowność panujących ideałów.”


Problem Greków sprowadzał się w istocie do zrozumienia i zobrazowaniem krótkiego twierdzenia Platona z VI księgi Państwa: „nieskończony dystans dzieli konieczność od dobra”. Od razu bowiem powstaje pytanie, jak wyznaczyć ten dystans i dalej go utrzymać. W jaki sposób przejawia się w konkretnym życiu? Czy to znaczy, że wszelkie czasowe wydarzanie się, cała sfera zmiennych faktów jest domeną konieczności? Skoro dystans między koniecznością (gdzie nie ma ani namysłu, ani wyboru, ani świadomości) a dobrem jest nieskończony, to jak w konkretnej sytuacji historycznej następuje aktualizacja owego dobra?

Myśl mityczna opierała się, przeciwnie do zamierzeń platonizmu, na przemieszaniu konieczności i dobra. Najwyższy bóg, podobnie jak najbardziej nędzny śmiertelnik, podlega działaniu losu. Zeus może płakać, może wołać i krzyczeć, ale nie jest w stanie sprawić, by jego ukochany Sarpedon wyszedł cało z bitwy pod Troją. Mity opowiadają w niezliczonych wersjach wciąż tę samą historię: bogowie są podporządkowani konieczności. Nie mogą człowieka wyzwolić, nie mogą mu zapewnić spełnienia największego pragnienia serca: szczęścia niezależnego, samowystarczalnego i bezpiecznego. Ba, można powiedzieć wręcz, że sukces i potęga przyzywają konieczność. Zasada kosmicznej równowagi odzwierciedla się w losach ludzi poprzez wywyższenie, które zwykle poprzedza upadek.

Kiedy jednak w tragediach znajdujemy wypowiedzi świadczące o możliwym udziale bogów w winie, to należy pamiętać, że oni również nie są sprawcami zła. Bogowie rodzą się już w świecie, zastają to, czego całkiem zmienić nie można. Dzięki sile mogą ustanowić ład, ale jest to ład niepewny, narażony na ciągłą inwazję mocy chaosu. W myśli greckiej wciąż pojawia się dylemat: jak sprawić, aby dobro, które nie ponosi odpowiedzialności za zło, zaprowadzało ład w tym świecie bez użycia gwałtu i siły. Skoro bóg rodzi się w świecie, skoro wkracza tam, gdzie już wcześniej działa konieczność, to może wymusić zmianę jedynie siłą. Możemy wprawdzie wyobrazić sobie, że pewien ład pojawia się sam z siebie, ale będzie to wówczas tylko skutek ślepego trafu. Nie ma żadnej pewności, iż taki porządek będzie trwały.


Jeśli więc nawet – do czego wzywa Simone Weil – będziemy kontemplować dystans oddzielający dobro i konieczność, to ich stosunek nie stanie się dla nas przez to mniej niepojęty. Najwyższy demiurg z Timajosa ma przed sobą wzór, ale skąd on pochodzi? I dlaczego demiurg ma działać jak najlepiej i jak najściślej trzymać się dobrego wzoru? Platon podkreśla, że nie jest on zazdrosny o dobro i dlatego udziela go możliwie najhojniej. Czy jednak demiurg został najpierw pociągnięty do pierwotnego wzorca przez pożądanie, które wprawia w ruch cały świat? Nie byłby on wówczas całkiem dobry. I jak zdał sobie sprawę z konieczności, która ogranicza jego działanie? To wszystko jest bardzo niejasne. Można mieć wrażenie, że ów demiurg jest tylko instrumentem, za pomocą którego boski ład wkracza w świat materii, zmiany i czasu. Instrument ten jednak musiałby być wynikiem swoistego współdziałania dobra i konieczności. W ostateczności będzie się go pojmować jako duszę świata, energię przepajającą kosmos, niższy rodzaj pośrednika między nieokreśloną i niewyrażalną Jednią a światem czasowym.

Co więcej, taki sposób rozumienia pierwszych zasad świata i działania bogów nie tylko był niespójny, ale nie dawał pewności wewnętrznej. Jak pozbyć się tego podstawowego mankamentu, że prawdy najwyższe są hipotezami, i to, jak pokazał w Parmenidesie sam Platon, wątpliwymi?


W Państwie przywołany zostaje mit o Gygesie. Nie ma chyba innego tekstu Platona, który wyraźniej ukazywałby różnice między jego filozofią a nauką chrześcijańską. Bowiem istotą zamierzenia Platońskiego jest dowiedzenie, że sprawiedliwość jest godna wyboru sama z siebie, niezależnie od tego, „czy wiedzą o niej jacyś bogowie czy ludzie”. Jaki jest zatem stosunek sprawiedliwości do boskości? Tak człowiek, jak i bóg stają się sprawiedliwi poprzez udział we wcześniejszej od nich idei sprawiedliwości. Bóg nie czyni człowieka sprawiedliwym, człowiek zdobywa tę cnotę sam. Ba, ale jak to się dzieje? Człowiek widzi wzór i stara się tak dostosować swe naturalne dyspozycje, aby ten wzór wypełnić. Staje się sprawiedliwy na mocy upodobnienia się, przez zbliżenie tego, co w nim boskie, do tego, co boskie w rzeczywistości. Tak samo jest u Arystotelesa, gdzie najwyższym działaniem człowieka jest kontemplacja boga myślącego samego siebie.

Mamy z jednej strony „to on”, świat rzeczy samych w sobie, bytu istotnego, prawdziwego, w którym nic się nie staje ani nie zmienia; z drugiej – „to gignomenon”, czyli to, co postrzegamy, ale czego naprawdę nie ma. Nie da się w tej myśli pogodzić obu tych biegunów. To, co najwyższe, nie może być zmieszane z jakąkolwiek zmysłowością, z pojęciami, określeniami. Cały wysiłek umysłu na tym ma polegać, aby w drodze eliminacji dotrzeć do tego, co jest poza i ponad bytem, poza i ponad istotą. Tak więc człowiek znajduje się w gruncie rzeczy w dziwnej nieco sytuacji. Jak gdyby stąpał po moście, którego oba brzegi toną we mgle i, najdosłowniej w świecie, nic nie jest mniej pewne niż to, że w ogóle są. Odwołanie się do boskiej emanacji niewiele tu zmienia. Im więcej będziemy mnożyli pośredników, im więcej bogów czy istot boskich znajdzie się pomiędzy światem to on i to gignomenon, tym bardziej uderzy nas owa nieprzekraczalność.

Platonizm nie może przezwyciężyć tej opozycji między stawaniem się i istnieniem wiecznym. Platon nie może przypisać bogu kłamstwa, więc odmawia mu zmiany. Konsekwentnie, z własnego punktu widzenia, odmawia mu możliwości wkroczenia w ten świat. To, co boskie, przyciąga nas zatem do siebie, a ściślej – przyciąga to, co w nas najbardziej boskiemu pierwiastkowi pokrewne, czyli umysł. Jak jednak ów jeden umysł ma się do każdej odrębnej osoby, albo też w jaki konkretnie sposób umysł jest pociągany przez to, co dobre i piękne – skoro to, co absolutnie piękne i dobre, jest w istocie poza zasięgiem jakiegokolwiek poznania, jest tym, co nie wymówione, tym, czego doświadczyć nie można – pozostaje pytaniem bez odpowiedzi. Albo umysł musi być bogiem, albo dotarcie do sfery boskiej staje się niemożliwe.


Jeśli więc platonizm stanowi przekroczenie myśli mitycznej, jeśli otwiera przed ludzką duszą i umysłem świat wiecznych bytów, to – o ile niesie ten wielki ładunek religijny, pragnienie czystości i ładu duszy – popada w sprzeczności. Spójrzmy tym razem na mit o Erze, synu Armeniosa, któremu dane było odbyć drogę w zaświaty. Z jednej strony Platon mówi o sądzie. Dobrzy otrzymują w nagrodę przyjemności, źli kary. Co jednak dzieje się dalej? Otóż i jedni, i drudzy wracają znowu do życia. I okazuje się, że nagrodzony może wybrać życie niegodziwe, a ukarany szczęśliwe. Cóż to zatem za nagroda, skoro nie zapewnia ona później zdolności trafnego rozstrzygania? Gdyby jednak to zapewniała, świat zatrzymałby się. Uderzać musi widok grupy duchów skazanych, jak można domniemywać, na męki wieczne. Jak do tego doszło? Na mocy jakiej zasady ich zło zostało uznane za niemożliwe do uleczenia? Świat nigdy nie zaczął być i nigdy się nie skończy, koło konieczności kręcić się będzie zawsze. Jak więc może tu pojawić się coś nieodwołalnego? I dalej, na czym polega wybór, skoro raz przyjęte życie zmianie ulec nie może? Czyli że te wybory i ten sposób postrzegania, jaki mamy w zwykłym życiu, jest jedynie złudzeniem, konsekwencją przedwiecznego wyboru, którego każdy dokonał. Ale czy wybór ustanawia konieczność, czy też konieczność wybór – trudno będzie jaśniej powiedzieć.

Niemożność pewnego ustalenia prawdy była źródłem powstawania szeregu zwalczających się sekt filozoficznych, czego ostatecznym rezultatem był sceptycyzm. Antyczny sceptycyzm nie prowadził wprawdzie bezpośrednio do nihilizmu, przed czym chroniła Greków postawa czci wobec kosmosu, tym niemniej co bardziej przenikliwe umysły musiały odczuwać wzrastający niepokój.

W tym momencie pojawia się chrześcijaństwo. Aż dziw, jak łatwo i jak często przechodzi się do porządku dziennego nad jego niepowtarzalnością. Chrześcijaństwo prawdziwie przychodzi z zewnątrz i od początku podkreśla swą suwerenność i nowość. Trafnie ujmują to w książce Wiara chrześcijańska a filozofia grecka angielscy autorzy A.H. Armstrong i R.A. Markus, gdy mówią, iż uderzać musi „instynktowna niezawisłość i władcza wyższość, zawsze występująca u największych i najbardziej ortodoksyjnych myślicieli chrześcijańskich, kiedy parają się grecką filozofią”.



Chrześcijanie głoszą przede wszystkim zupełnie inną koncepcję Boga. Nie jest On, w przeciwieństwie do bogów Greków, ograniczany żadną koniecznością. Jest Stwórcą, który ex nihilo powołuje świat do bycia, a następnie podtrzymuje go w istnieniu. Powiedzieć tyle to radykalnie zmienić sposób rozumienia ludzkiego losu i świata, jaki reprezentowała myśl antyczna. Od tej pory człowiek nie zdobywa swej dzielności przez opór wobec tego, co od niego niezależne – losu. To, co najlepsze – odwaga w walce z fatum, obrona prawa, słuszności i cnoty – nie jest już dziełem człowieka, ale darem z góry. Ani mędrzec stoicki, ani platoński nie mogli oczekiwać od bogów, że uczynią ich dobrymi. Bogowie mogą dostarczać wzoru, mogą być widzami i pomocnikami, ale cnota i szczęście są czymś przynależnym samodzielnemu wysiłkowi człowieka. Im człowiek lepszy i moralnie doskonalszy, tym bardziej niezależny. Tymczasem Bóg chrześcijański nie staje wobec prawdy, piękna i dobra moralnego jako wiecznych wzorów, ale je stwarza. Nie ma więc już żadnej sprawiedliwości samej w sobie, niezależnej od oczu bogów i ludzi: sprawiedliwym jest to, co takim widzi Bóg. Człowiek otrzymuje od Boga nie tylko swe życie, ale swoją wolę i każde jej dobre poruszenie.

Z jednej strony zatem chrześcijaństwo znacznie wyraźniej przeprowadza granicę między tym, co boskie, a tym, co ludzkie. Człowiek nie może sobie już żadnych naturalnych praw do boskości rościć, jest nieodwołalnie stworzeniem. Z drugiej strony jednak staje się wybranym stworzeniem Boga, zdolnym, dzięki duchowi otrzymanemu od Stwórcy, do współdziałania ze swym Panem. Jest jedyną istotą stworzoną na obraz i podobieństwo Boże. Wprawdzie wskutek grzechu rodzica ludzkości ów obraz został zatarty, tym niemniej trwa w utajeniu, gotów rozbłysnąć na nowo. I dzieje się tak faktycznie, gdy na świecie pojawia się Logos, Światło oświecające umysły.

Nic lepiej nie pokazuje tego zderzenia dwóch postaw niż polemiki, jakie toczyli wyznawcy Chrystusa z poganami. Często można dziś usłyszeć niezbyt jasne formuły o otwartości Ojców albo o ich postawie dialogicznej. Jako dowód owej otwartości podaje się naukę Justyna Męczennika o Logos spermatikos, czyli o zarodkach Słowa obecnych wśród pogan jeszcze przed przyjściem Chrystusa. Nie chodzi o to, aby toczyć bój o słowa, a już szczególnie o słowa równie nieokreślone jak „otwartość” czy „dialogiczność”. Tym niemniej to jedno da się historycznie udowodnić: tylko tacy mędrcy pogańscy są dla chrześcijan zapowiedzią Kościoła, którzy pozostają w opozycji do własnej tradycji religijnej. Mówi się o tych wielkich poganach pozytywnie jedynie przy założeniu, że gdyby zdarzyło się im żyć później, to faktycznie by wiarę przyjęli. Otwartość i gotowość przejmowania dotyczy wyłącznie tych elementów pogańskich, które mogą stać się później użyteczne dla pobożności Kościoła.


Z tego punktu widzenia opowieści o pogańskich bogach mogą być jedynie baśniami: „Jak, pozwólcie że zapytam, mogliście wierzyć w próżne baśnie i sądzić, że zwierzęta zostały oczarowane muzyką, gdy pełna blasku twarz samej Prawdy wydaje się wam przykryta i spoglądacie na nią niewierzącymi oczami?” – pyta w Upomnieniu do Greków Klemens Aleksandryjski. Religia pogańska jest dla niego błędem, niebezpiecznym i groźnym przesądem, zamykającym drogę do prawdziwego poznania i wolności. „Ten niegodziwy tyran i wąż zatem wiążąc strasznym łańcuchem przesądu kogokolwiek może od urodzenia pociągnąć, przywiązuje ludzi do kamieni, drzew i obrazów i podobnych idoli; można o nim prawdziwie powiedzieć, że zakopał żywych ludzi z martwymi idolami, tak by razem doznali zniszczenia” – pisze Klemens. Myśląc w ten sposób, jeden z największych znawców tradycji helleńskiej we wczesnym Kościele pozostawał w zgodzie z tradycją apostolską. Jest to dokładnie ten sposób patrzenia, jaki spotykamy w Dziejach Apostolskich, gdy czytamy, iż „czekając [na swych towarzyszy] w Atenach, Paweł burzył się wewnętrznie na widok miasta pełnego bożków” (Dz 17, 16).

Atak na niemoralność mitów nie był niczym nowym. Te same zarzuty czynili własnej tradycji mędrcy greccy. Ksenofanes na przykład oskarżał Homera i Hezjoda o to, iż „przybrali bogów w to wszystko, / co wśród ludzi za hańbę uchodzi i wstyd im przynosi: / kraść, cudzołożyć i siebie nawzajem zwodzić oszustwami”. Podobną krytykę znajdziemy u Pindara, Platona i wielu filozofów. Ostatecznie opowieści o bogach stają się tylko alegorią, ich dosłowne rozumienie musi zostać odrzucone.

Chrześcijanie jednak odrzucają nie tylko to, co Grecy uznawali za wypaczenie swojej religii, lecz nade wszystko jej zasadę. Uczniowie Ewangelii nie mogą dopuścić do umieszczenia swego Boga pośród innych bóstw.

„Największy z nieśmiertelnych i wieloimienny,  Zawsze możny przyrody władco, witaj Zeusie” – pisał Kleantes. Dlaczego chrześcijanie nie chcą uznać, że „Zeus” może być jednym z imion najwyższego Boga? Po pierwsze, ze względu na historię tego imienia. „To wielka samowola nadać komuś imię Zeusa, a równocześnie głosić, że nie jest On synem Kronosa i Rei” – pisze w Przeciw Celsusowi Orygenes. Imię Zeusa nie było neutralne, lecz wyrastało z całej greckiej tradycji mitów. Zatem „chrześcijanie wolą ponieść śmierć, niż nazwać Boga imieniem Zeusa”. Ujawnia się tu jednak powód jeszcze istotniejszy. Poganie mogli rezygnować ze ścisłości w określaniu bogów, mówić o Zeusie jako o wieloimiennym, albowiem dla nich boskość przenika świat. „Tak zespoliłeś nawet zło i dobro w jedność,  że z wszystkiego się stało jedno wieczne słowo” – czytamy w hymnie Do Zeusa.

Boskość przejawia się w równym stopniu w pięknie ludzkich kształtów, w dzikiej srogości wojowników, w szaleństwie miłosnego upojenia i spełnianej żądzy. Ale dla chrześcijan wydobyty z nicości świat nie miał w sobie nic naturalnie boskiego, był tylko śladem wskazującym na nieskończonego Stwórcę. A ten wolny Stwórca objawia się ludzkości od początków, posyłając proroków. Widzimy żywą ciągłość przepowiadania. Zmieniają się osoby, nauka się nie zmienia. Po Mojżeszu przychodzi Dawid; Eliasza zastępuje Elizeusz; śladem Jeremiasza podąża Habakuk. Objawienie dokonuje się w historii; to realność wydarzeń takich, jak wyprowadzenie z Egiptu czy założenie królestwa Dawidowego jest dowodem, iż człowiek spotyka żywego Boga. Ten Bóg stopniowo ujawnia swe plany, aż wreszcie odsłania swą największą tajemnicę: wcielenie. Wszelka tolerancja, próba godzenia Zeusa z Jahwe oznaczałaby nieposłuszeństwo wobec Boskiego planu.


Dlatego zderzenie myśli pogan i chrześcijan nigdzie nie ujawnia się wyraźniej niż w ich odmiennym stosunku do historii. W sporze z Celsusem Orygenes odwołuje się za każdym razem do zasady historycznego prawdopodobieństwa, aby wykazać, że tak wielki rozwój chrześcijaństwa bez udziału czynnika nadprzyrodzonego nie byłby możliwy. Fakt, iż początek religii chrześcijańskiej był skromny, że jej założyciel był biedny i pochodził z ubogiej rodziny, co stanowi w ustach Celsusa zarzut, staje się u Orygenesa argumentem za prawdziwością chrześcijaństwa.

To jest ten decydujący zwrot. Otóż chrześcijaństwo jest jedyną religią żywą, rozwijającą się. Jezus był nie tylko jej historycznym założycielem, nie tylko raz w dziejach nastąpiło złączenie nieskończonego ze skończonym, ale ten fakt ma swe następstwa. Duch Święty wciąż działa w świecie, by doprowadzić wszystkich ludzi do Kościoła i dlatego Orygenes może posłużyć się argumentem historycznym. Chrześcijaństwo to nie jednorazowa efemeryda, nie nagły błysk w dziejach, chwilowe wylanie łaski, ale początek nowego sposobu działania Boga w historii przez Kościół. Rozwój chrześcijaństwa, wzrost liczby członków, głębsze rozumienie prawd pierwszych są dowodami przeciw poganom. Z tego punktu widzenia pogaństwo jawi się jako coś martwego, jako religia niezdolna do rozwoju.

Czy zatem wcześniejsze próby dotarcia do prawdy przez mędrców antycznych są odrzucone? W żadnym razie. „Bóg, podobnie jak do Żydów posłał proroków, tak i w Grecji najbardziej cnotliwe z jej dzieci ustanowił prorokami wśród swego narodu” – pisze Klemens w Kobiercach. Różnica jest jednak podstawowa. Prorocy żydowscy zawsze głosili tego samego Boga, który w pełni czasu objawił się jako Jezus. Proroków greckich ich współbracia nazywali ateistami. „Chociaż nie poznali prawdy, to jednak z pewnością rozpoznali błąd powszechnej opinii, które to podejrzenie nie jest czymś nieznaczącym i staje się zarodkiem prawdziwej mądrości” – dowodzi aleksandryjski teolog w Upomnieniu. Tak samo postępuje Orygenes. Powtarza za Eurypidesem iż nie godzi się, by bóg uczynił cokolwiek szpetnego. Broni Sokratesa, Arystotelesa czy Platona. Zarzuca jednak Grekom, że „chociaż pisali oni o najwyższym dobru, schodzą do Pireusu, aby modlić się do Artemidy niby do boga”, a „bezrozumne ich serce tkwi w ciemności i nieznajomości czci należnej Bogu”.

Ojcowie występują przeciw teologii pogan w imię prawdziwej godności, jaką może zdobyć człowiek, który rozpozna prawdę Zbawiciela. „My także jesteśmy pierworodnymi synami, wychowanymi przez Boga, którzy są prawdziwymi przyjaciółmi Pierworodnego, którzy jako pierwsi ze wszystkich zyskaliśmy prawdziwą wiedzę o Bogu, którzy jako pierwsi zostaliśmy wyrwani z grzechów, odłączeni od szatana” – pisze Klemens. Chrześcijanie przynoszą Grekom naukę ważniejszą niż jakakolwiek inna: o prawdziwym wyzwoleniu i odkupieniu. Od tej pory człowiek zyskuje zupełnie nową możliwość zjednoczenia z Bogiem, który go kocha, jest bliżej niego niż on sam, troszczy się o niego i nigdy nie chce wyrządzić mu krzywdy. „Gdyż Bóg ze swej wielkiej miłości do człowieka przychodzi mu na pomoc, tak jak ptaszyca przylatuje na pomoc pisklęciu, gdy to wypadło z gniazda” – czytamy u Klemensa. Taki jest sens prawdy o wcieleniu.



Chrześcijański Bóg jest Logosem, zasadą twórczą, żywą, śmiało wkraczającą w świat czasowy, duchową, kształtującą i osobową, co samo już wystarcza, aby pokazać, jak wiele dzieli ją od Logosu stoickiego – prawa wiecznej powtarzalności tego samego.

Dlaczego chrześcijaństwo nie przekształca się w jedną z licznych szkół tego świata? Dlaczego nie staje się zhellenizowanym judaizmem, zabarwioną platońsko wersją monoteizmu Starego Testamentu? Co różni dogmatyczną zasadę Kościoła od dogmatów poszczególnych filozofii antycznych?



Odpowiedź, jak sądzę, jest prosta: a jest nią wiara. Wiara jest tym istotnie nowym, boskim elementem, które przynosi światu helleńskiemu chrześcijaństwo. Wyznawcy wschodniego zabobonu, jak ich określano w Rzymie, przynieśli nową naukę: dla człowieka takiego, jakim jest tu na ziemi, pogrążony w mrokach niewiedzy, głupoty, szaleństwa i żądzy, jest tylko jedna droga, jeden sposób przedarcia się do Boskiego światła: wiara w Boga-człowieka.

To jedna z najtrudniejszych obecnie kwestii. Dla dzisiejszego człowieka właśnie wiara jest najtrudniejsza. Nowożytna filozofia rozwija się w opozycji do wiary. Zmierza ona ku obaleniu autorytetu zewnętrznego, stara się uczynić z człowieka prawodawcę świata. Jego świadomość nie może przyjąć niczego z zewnątrz, co by już wcześniej nie było w niej obecne. Inaczej, mówi się, człowiek zostanie sprowadzony do rangi niewolnika. Lecz kiedy zwracamy się do historii i wgłębiamy w istotę sporu, jaki uczniowie Mistrza z Nazaretu toczyli z poganami, musimy przyznać, że wiara przyjmowana była jako wyzwolenie.

Z punktu widzenia filozofów greckich problem wiary nie istniał. W stosunku do tego, co mówiły mity, w najlepszym razie możliwa była chłodna, życzliwa obojętność. Nie miało większego znaczenia, czy ktoś wierzył, czy nie wierzył w dzieła Zeusa opisane przez mitografów. Oczywiście, pod warunkiem, że taka wiara nie dotyczyła czynów jawnie niemoralnych, które mogły potem służyć za usprawiedliwienie dla popełnianych przez człowieka niegodziwości. Wszelka jednak wiara dotycząca czynów bogów była tylko opinią. Liczyła się wiedza, która wszakże nie mogła dotyczyć rzeczy zmiennych, czyli wydarzeń historycznych. Filozofia antyczna ofiarowała poznanie tego, co niezmienne, co nie jest raz takie, a raz inne, co ani się nie staje, ani być nie przestaje. Prawdy boskie poznawane mogły być tylko w opozycji do świata czasowego i zmysłowego. Przekonanie, że warunkiem poprawnego rozumienia rzeczy boskich musi być uprzednie przyjęcie wiarą zdarzenia historycznego – uznania w jednym człowieku nieskończonego Boga – leżało poza obrębem duchowego świata Greków.

Na czym jednak ta chrześcijańska wiara miała dokładnie polegać? Co różni przeświadczenie, że Apollin obdarł ze skóry Marsjasza, od wiary, że za czasów cezara Tyberiusza Bóg stał się człowiekiem w Betlejem, wędrował od Nazaretu do Jerozolimy, wskrzeszał zmarłych, uzdrawiał chorych, w końcu został ukrzyżowany jak niewolnik i zmartwychwstał w ciele? Na czym polega inność? Jak to krótko ujął Salustios: „mity to opowieści o rzeczach, które nigdy nie miały miejsca, chociaż są zawsze prawdziwe”. Chrześcijanie mówili coś dokładnie odwrotnego: „wiara jest tym osobliwym poznaniem, które chociaż opiera się na historycznym, niepowtarzalnym i jedynym fakcie wkroczenia Boga w świat, to mówi o rzeczach, które są odtąd zawsze prawdziwe.”

Na mocy tej wiary słowom i obietnicom Mistrza chrześcijanie widzą, że nieskończony Bóg, Stwórca świata, Byt niezmienny, sam sobie wystarczający i doskonały, stał się istotnie człowiekiem. Że zniósł on granicę pozornie nieprzekraczalną między stworzeniem a Stwórcą w jedyny sposób, w jaki mogła zostać zniesiona: ani jej nie zamazując, ani nie tracąc boskości, ale wynosząc w wolny sposób człowieka do siebie. Tego wszakże jedynie, który w to wierzy. Wiara jest początkiem życia duchowego i bez niej tego życia wcale nie ma. Obcowanie z Jezusem, uwaga skupiona na nim jako na Bogu, dostrzeganie w Nim absolutnego wypełnienia obietnicy było jedynym sposobem nawiązania bliskiego, pełnego i szczęśliwego stosunku z samą Osobą Ojca.

Taki jest sens żądania wiary. Ostatecznie z tego, czy Atena urodziła się z głowy Zeusa i czy prawdą są dzieje Dionizosa, nic dla nas nie wynika. Widzieć w nich możemy co najwyżej wzór postępowania, ogólną prawdę o ludzkim losie. W wypadku Jezusa jest dokładnie odwrotnie. Uwierzyć w Niego, to nagle stanąć twarzą w twarz z samym Najwyższym Stwórcą, tym, od którego pochodzą nasze dobre myśli i akty woli, który jest naszym wewnętrznym nauczycielem, światłem w mrokach duszy, Panem każdego człowieka. Uwierzyć w Mistrza z Nazaretu to istotnie poznać Boga, to widzieć, że kocha On ludzi, że zszedł ze swej niedostępnej wysokości i doskonałości na ziemię, że stał się nam bliski. Stał się człowiekiem jak my po to, abyśmy my –  ludzie śmiertelni, mogli zyskać przebóstwienie.

Chrześcijańskie przebóstwienie i pogańska apoteoza są czymś całkowicie różnym. W jednym przypadku wszystko otrzymuję, w drugim czynię siebie; w jednym dosięgam źródła absolutnego i nieskończonego, w drugim nawet jako bóg nie wykraczam poza teatr kosmiczny. Ale aby dotrzeć do Boga, do Jego tajemnicy, muszę wcześniej całkowicie podporządkować się autorytetowi Jego Syna. Nie ma dla człowieka innej drogi na ziemi aniżeli przez wiarę w Jezusa.

Kryterium tego, czym jest człowiek, ową „doskonałą miarą, bez której nic zmierzyć nie można”, jak mówił Platon, staje się posłuszne przyjęcie wieści o Bogu, który objawił się w osobie Jezusa. „I tak słowo, odsłaniając Prawdę, pokazało ludziom wyżyny zbawienia: jeśli się nawrócą i będą żałować za grzechy, zostaną zbawieni, albo jeśli odmówią posłuszeństwa zostaną wydani na sąd.” Niewiara w czyn Boga przestaje być tylko neutralnym sądem lub opinią o faktach. Staje się moralnym zarzutem, przyczyną upadku i odrzucenia. Oto moment, który nie pozwolił chrześcijaństwu przeistoczyć się w sentymentalną religię wschodnią, w ezoteryzm, w gnozę: nakaz wiary, bezwzględny i bezwarunkowy, od którego spełnienia zależny był los człowieka. Gdyby chrześcijaństwo poprzestało na głoszeniu swej nauki bez opatrzenia jej koniecznym warunkiem wiary i bez jasnego określenia sądu czekającego niewiernych, mogłoby zostać przyjęte do rzymskiego panteonu. Lecz właśnie nietolerancja wobec innych bogów i bóstw była tą cechą, która chroniła religię Chrystusa i która, w dłuższym czasie, przyciągała do niej pogan. Tylko religia, która domaga się wszystkiego, ma sens. Tylko religia zdolna przemawiać w imieniu mocy i autorytetu może zdobyć uznanie. Tylko bezwarunkowy nakaz nawrócenia i jasno głoszony sąd nad niewiernymi bronił chrześcijan przed ugrzęźnięciem w starych błędach pogan.

I tak pojawienie się najradośniejszej wieści od stworzenia świata, wieści o tym, jak śmiertelny człowiek może stać się nadczłowiekiem i synem Boga, nastąpiło równocześnie z jasnym ujawnieniem konieczności wiary. To, co jest najcenniejsze, kosztuje najwięcej. Prawda najbardziej subtelna i najgłębsza pojawiła się zatem z jednoznacznym wezwaniem do posłuszeństwa.

„Glorissima civitas Dei… in hoc temporum cursu… inter impios peregrinatur ex fide vivens” – pisze św. Augustyn (O Państwie Bożym). To życie z wiary miasta Boga było czymś zupełnie nowym. Miasta żyły dzięki przestrzeganiu wspólnego prawa. Bogowie włączeni byli w życie wspólnot politycznych, brali udział w wojnach ludzi, byli zależni od ofiar. Dla ludzi antyku stosunek do bogów nie angażował najistotniejszej, najgłębszej warstwy osobowości. Bogom składano ofiary ze względu na obyczaj, dobro publiczne, tradycję przodków. Nawet ci filozofowie, którzy nie wierzyli w mityczne opowieści, uczestniczyli w państwowych świętach, w kulcie i obrzędach publicznych. Bogom należała się cześć i szacunek, ale nie mogło być mowy o wewnętrznym, uczuciowym, całkowitym zawierzeniu siebie. Państwo śmiertelnych i nieśmiertelnych było rozgraniczone.

Od chwili pojawienia się Jezusa wiara zniszczyła ten pełen szacunku dystans. Od tej pory uczestnictwo w kultach pogańskich stało się moralną winą. „Jest rzeczą oczywistą, że w religii nigdy by nie mógł powstać błąd, gdyby umysł nie chciał czcić albo siebie, albo ciała, albo swoich próżnych wyobrażeń”- pisał Augustyn w Retractiones. Jeśli istnieje jeden Bóg i objawił się On w pełni w swym Synu, to wszelka inna wiara może być tylko dziełem próżnej pychy umysłu, pożądania ciała i uwiedzenia wyobraźnią. Zasada dogmatyczna, o której wspominał Newman i która czyniła niemożliwym kompromis z religią pogan, była również skierowana przeciw herezjom w obrębie chrześcijaństwa.


Można nawet powiedzieć, że prawdziwym pożegnaniem z pogaństwem było potępienie arianizmu. Herezja ariańska, nawet w swej umiarkowanej postaci, stanowiła ostatnią próbę godzenia myśli pogańskiej z nową prawdą Chrystusa. „Stanowisko arian umiarkowanych (homoioousioi), mówiących o tym, iż Syn jest podobny Ojcu, różniło się od stanowiska ortodoksów (homoousioi) tylko o »jotę«. Lecz właśnie w tej jocie, jak to pojmował Atanazy, tkwiła cała różnica między roszczeniem Ewangelii do tytułu ostatecznej prawdy a platońską teorią o »uczestnictwie«, która zostawiając otwartą kwestię, »w jakim stopniu« Syn był podobny do Ojca, była narażona na możliwość niezliczonych innych »objawień« przeszłych, obecnych i przyszłych” – pisze Cochrane. Dogmat nicejski mówiący, iż Jezus jest w pełni człowiekiem i w pełni Bogiem, czynił wszelki kompromis z pogaństwem niemożliwością. Gdyby uznać Jezusa tylko za niższy rodzaj bóstwa, nie można byłoby mówić o Nim jako prawdziwym Słowie, doskonałym samowyrażeniu się Boga w świecie. Konsekwencją kompromisu z arianizmem byłoby uznanie, że również bogowie pogańscy byli w pewnym stopniu odkupicielami.

Prowadziłoby to do odrzucenia sądu wiary i rzeczywiście uczyniłoby z chrześcijaństwa bardziej płaczliwą wersję greckiej mitologii, co zarzucał mu Nietzsche. To, iż chrześcijanie ostatecznie przezwyciężyli tę groźbę, jest zasługą Ojców IV wieku. Z jednej strony, musieli podkreślać samowystarczalność i absolutną transcendencję Boga. Trójca Święta staje się dla chrześcijan tym, czym dla Greków był boski wszechświat – doskonałym samowyrażeniem się bóstwa. Jest absolutnie samowystarczalna, pełna życia i nieskończonej miłości. Dopiero wtedy staje się możliwy wolny akt stworzenia i powołania człowieka. Z drugiej strony, podkreślali nieusuwalność odwiecznego prawa sprawiedliwości i znaczenie grzechu. Zbawienie nie mogło stać się ani czymś prostym, ani czymś automatycznym. Jeśli grzech byłby czymś mało istotnym, wówczas ofiara Chrystusa straciłaby sens. Aby uzdrowić cierpiącego człowieka, wystarczyłby prosty akt woli boskiej. A jednak. Ortodoksyjne chrześcijaństwo wystąpiło przeciw poganom dokładnie w tym punkcie, w którym najostrzej krytykował je Nietzsche. Bynajmniej nie odrzucało przekonania o skażoności świata. Umieszczało jednak owo skażenie nie w pierwotnej zasadzie chaosu, ale w woli ludzkiej. To zła wola, grzech stanowiły przyczynę odejścia i upadku człowieczeństwa. Ten grzech nie mógł zostać po prostu odpuszczony, gdyż – jak dowodził Atanazy w De incarnatione – stałoby to w sprzeczności z boską sprawiedliwością. Aby zachować wolność, trzeba było dopuścić grzech; aby utrzymać sens sprawiedliwości, nie można było grzechu zatrzeć. I w tym miejscu chrześcijanie przeciwstawili pogaństwu kolejną nowość: myśl o niewinnej ofierze. Chrystus jest najwyższym kapłanem i zarazem żertwą ofiarną. Sam siebie daje w ofierze za nasze grzechy, przez co okropność grzechu jeszcze wzrasta, chociaż z drugiej strony pojawia się także droga odkupienia. Oto dwa chrześcijańskie radykalizmy, które rozsadzają teologię pogan: wiara w Trójcę usuwa jakiekolwiek roszczenia człowieka do boskości; nauka o ofierze nie pozwala przemienić się zbawieniu w „zaprzeczenie życia, jego zohydzenie i potępienie”. Otóż to jest moment, nad którym Nietzsche przechodzi do porządku dziennego. Krzyż nie jest przekleństwem rzuconym na życie, ale dobrowolną ofiarą przebłagalną złożoną w imię życia duchowego. Życia w przyjaźni z Bogiem, jakie przez wiarę może uzyskać każda osoba ludzka.

Widać zatem w pełni, jak słuszne były słowa Newmana, iż „istotny charakter prawdziwej filozofii w porównaniu z innymi systemami ma być polemiczny, eklektyczny i jednoczący”. Tym wszystkim było od początku chrześcijaństwo.

Pora zatem przejść do konkluzji i raz jeszcze postawić pytanie, na ile różne dzisiejsze filozoficzne próby odwoływania się do religii antycznej można uznać za szczere? U autorów współczesnych uderza przede wszystkim brak pobożności. Grek był zdolny do czci, był w stanie uznawać, iż to, co dobre i piękne – kształty rzeźb, regularność, z jaką słońce oświetla świat, wyniosłość gór, dzikość zwierząt – jest takie samo w sobie. Człowiek napotyka wartości w świecie, ani ich nie stwarza, ani samowolnie nie zmienia ich hierarchii. Temu, kto jest odważny, dzielny czy sprawiedliwy, należy się cześć. Można by wręcz utrzymywać, jak to robi Dietrich von Hildebrand, że postawa czci jest zalążkiem i warunkiem wszelkiego uczucia religijnego. Oddając cześć, uznajemy wyraźnie hierarchię wyższości i niższości, tego, co upragnione ze względu na siebie samo, i tego, co pragnące, tego, co jest, i tego, co się staje. Dla Greków nie ulegało wątpliwości, iż wzniosłość i niezmienność nieba, światło dane nam z góry, ruch regularny planet i gwiazd są dowodem tajemnego ładu boskiego. Grecy byli zdolni do uniżenia się przed tajemnym twórcą świata, do uznania samoograniczenia i, przede wszystkim, do uznania obiektywnej mocy prawideł. Cześć jest – jak to ujął Romano Guardini – wyrazem uznania prawdy, prawdą w akcie. Człowiek dobywa się ze swej niższości, ze swej przygodności i staje wobec tego, co wyższe, prawdziwe, niepodważalne: spokoju nieba, siły światła słonecznego, odwagi Herkulesa, śmiałości Tezeusza, sprytu Odyseusza. Chrześcijaństwo przekracza jedynie ten pogański sposób patrzenia, ale go nie przekreśla. Ono zwraca po prostu cześć temu, komu jest ona jedynie należna. Człowiek nie kłania się już bałwanom i bożkom, czyli samemu sobie, ale prawdziwemu Panu.

W Grekach nie było tego zafałszowania, które człowieka współczesnego odcina od myśli o wybawieniu. Mędrcy antyczni dostrzegali, iż świat zmiany domaga się jako podstawy czegoś niezmiennego, że to, co przemijalne, ma mniejszą wartość niż to, co wieczne, że czymś więcej wartym jest człowiek samowystarczalny niż zdany na innych. Nie dostrzegali wprawdzie, iż zasada boska, wieczna i niezmienna jest też nieskończona i może w wolny sposób działać w świecie; nie widzieli, że owa samowystarczalność człowieka jest tylko wtedy możliwa, gdy została dana w wolny sposób. Tym niemniej myśl grecka miała w sobie zalążki prawdy, które, gdy pojawił się Zbawca prawdziwy, umożliwiły rozpoznanie Go i nawrócenie.

Zupełnie inna jest rola dzisiejszego neopogaństwa. To, co Nietzsche uważa za pogańskie – a więc przekonanie, iż „stawanie się nie ma kresu celowego; stawanie się nie jest stanem pozornym; być może świat bytujący jest pozorem i stawanie się w każdym momencie posiada jednakową wartość” – stanowi wyraz specyficznie nowoczesnego nihilizmu. Tak postawiony problem sprawia  wrażenie, że nic, poza nazwą, nie łączy tak zarysowanej przez Nietzschego postawy z myślą Greków. Dzisiejsi poganie traktują dawnych bogów jak zabawki, jak elementy gry. Ich prawdziwym wrogiem jest chrześcijaństwo, dlatego w walce z nim używają greckich bogów. Biorą z Grecji tylko to, co da się wykorzystać w sporze z Bogiem chrześcijańskim, jak politeizm czy zdolność bóstw do kłamstwa. Nietzscheański Dionizos może być tylko symbolem kulturowym, bogowie Lyotarda są alegoriami.


Z tego punktu widzenia można powiedzieć, że dzisiejsze próby wskrzeszenia pogaństwa uderzają w istotę człowieka, w jego przyrodzoną dyspozycję oddawania czci. Mają na celu zniszczenie naturalnych hierarchii wyższości i niższości, powrót do świata chaosu i Nocy. Nie można jednak po prostu wrócić do religii pogańskiej. Prawda o możliwej godności człowieka, dziedzica Boga Najwyższego; prawda o sumieniu, głosie Najwyższego; prawda o świecie doczesnym, wolnym dziele mądrości, przez który wiedzie droga do życia wiecznego – one wszystkie nie dają się wymazać. Można je wprawdzie odrzucić, ale jak można jeszcze potem czcić słońce czy kłaniać się księżycowi? Jak można pochylać się przed Dionizosem lub składać ofiary Apollinowi czy Światowidowi? Czy we wszystkim tym nie tkwi zupełna dowolność? Czy nie widać jasno, że dzisiaj każdy taki kult naturalnych bóstw, bóstw, które nie są względem świata suwerenne i wolne, skazany byłby na śmieszność?

Antyczna mądrość uznawała konieczność praw, nieuchronność przeznaczenia i niskość człowieka. Dzisiejszy powrót do pogaństwa jest zaś objawem nihilizmu. To powrót do chaosu, gdy ziemią nie władało żadne prawo ani autorytet. To czasy Kronosa i tytanów, czystej siły i barbarzyństwa, wojny wszystkich ze wszystkimi. Nie wierzę jednak, aby owa epoka barbarzyństwa zapanowała na dobre i lekarstwo wiary zostało odrzucone. Lekarstwo to wciąż bowiem działa. Jak uczył święty Augustyn:

„Ex fide vivimus, ambulamus per fidem.”

Modlitwa a uczucia

Nie wszyscy zdajemy sobie z tego sprawę, że doświadczenie modlitwy daje nam niezastąpioną szansę  integracji całego człowieka. Każda bowiem „część” egzystencji może stać się sposobem mówienia skierowanym do Boga. Miłość potrzebuje bowiem nie tylko słów, ale także uczuć i znaków ciała, aby móc się wyrazić. Nie jesteśmy w stanie darować komuś „czystej miłości”, podobnie jak potrzebujemy instrumentu muzycznego, aby wyrazić wewnętrzny stan ducha.



Odwieczna miłość Boga wcieliła się w ludzką egzystencję, aby w ten sposób wyrazić swoje niewypowiedziane Misterium. W Chrystusie cały człowiek jest Słowem od Ojca – Słowem Jego modlitewnego dialogu z nami. W tym, który „podobny jest do nas we wszystkim, oprócz grzechu” (Hbr 4,15) najbardziej delikatny ruch ciała, sen, łzy, dosłownie każde uczucie jest Słowem modlitwy. W Chrystusie cały człowiek jest także Słowem do Ojca – lęk, drżenie ciała i krople potu, samotność na krzyżu, martwe ciało złożone w grobie – świadczą o miłości do Ojca.

W modlitwie chrześcijańskiej, która rodzi się z modlitwy Chrystusa, cała ludzka egzystencja może stać się modlitewnym słowem skierowanym do Boga. Tak, jak w ludzkich spotkaniach decydujemy o tym, jakim znakiem wyrazimy naszą miłość (przez podanie ręki, przytulenie, rozmowę, bukiet kwiatów, uczucie), tak też i w modlitwie możemy rozstrzygać o „instrumencie”, na którym „zagramy Bogu naszą pieśń”. Możemy modlić się swoim rozumem (refleksja teologiczna), znakami ciała (znaki liturgiczne), spojrzeniem(modlitwa kontemplacyjna), uczuciami, potrzebami, swoją pracą, wykonanym dziełem itp.



Jeżeli człowiek modli się tylko częścią swej egzystencji, ma coraz większe trudności z modlitwą, jest nieskupiony i modli się coraz rzadziej. Wykluczenie jednej z nich jest jak wyrwanie klawisza z klawiatury fortepianu albo oderwanie części z żywego organizmu. Cała uwaga koncentruje się wtedy na zadanej w ten sposób ranie. Zamiast skupienia na Bogu człowiek koncentruje się na tym, co odrzucił. Gdy próbuje wyłączyć uczucia z modlitwy, wtedy one – pozostawione za drzwiami modlitewnej kaplicy – domagają się wejścia, stukają w drzwi i konsekwentnie przeszkadzają. Ta de-koncentracja jest wtedy darem, który przeszkadza tej subtelnej formie de-personalizacji człowieka. 

Uczucia poprawnie rozwijają się i funkcjonują wtedy, gdy są włączone w wydarzenie modlitwy. Wykluczenie uczuć z modlitwy jest także wykluczeniem ich z życia, prowadzi to do coraz większej trudności z ich nazywaniem, wyrażaniem; uczucia wtedy „puchną” albo „karłowacieją”, co prowadzi do niejasnych zachowań, sprzecznych z deklarowaną na zewnątrz postawą. To, co w nas nie modli się, odchodzi i ostatecznie umiera. To między innymi św. Bazyli – ojciec monastycyzmu wschodniego, którego zresztą wspomnienie dzisiaj obchodzimy zwykł mawiać, że „Uczucia służą modlitwie.”



Aby modlić się swoimi uczuciami trzeba je najpierw od-czuć i poprzez to odczucie przyjąć i zaakceptować. Uczucia niekochanego nie jesteśmy w stanie uchwycić i prze-żyć, ponieważ to, co niekochane „ucieka i chowa się”. Posiadamy jedynie to, co czujemy i kochamy. W przeciwnym razie uczucia (spuchnięte i skarłowaciałe) posiadają nas i stają się cichym reżyserem naszego życia. To, co kochane można nazwać – tak jak nadaje się imię swojemu dziecku. Aby modlić się swoim uczuciem trzeba je więc od-czuć i nazwać: odczuwam teraz radość, żal, samotność, gniew, niepokój, lęk, zmęczenie, zakłopotanie, zapał, bezpieczeństwo itp. Posiadane i nazwane uczucie można uczynić „słowem” modlitwy, tak jak w międzyludzkiej miłości czynimy to gestem ręki, życzliwym słowem, darowanym prezentem, znakiem seksualnym w małżeństwie itp. Od naszej decyzji zależy przecież jakim znakiem posłużymy się, aby wyrazić Bogu naszą miłość.

Na kartach Pisma Świętego znajdujemy niezliczone przykłady modlitwy uczuć:

 „…od smutku słabnie moje oko, bo zgryzota trawi me życie, a wzdychanie moje lata” (Ps 31,11)
 „Ogarnia mnie smutek…” (Jer 8,18)
 „Drży we mnie moje serce i ogarnia mnie lęk śmiertelny. Przychodzi na mnie strach i drżenie i przerażenie mną owłada” (Ps 55,5-6)
 „Czuwam i jestem jak ptak samotny na dachu” (Ps 102,8)
 „Ciebie pragnie moja dusza, za Tobą tęskni moje ciało” (Ps 63,2)
 „Moje serce i ciało radośnie wołają do Boga żywego” (Ps 84,3)
 „…dusza moja raduje się w Bogu moim” (Iz 61,10)
 „Wśród okrzyków radości stawajcie przed Nim” (Ps 100,2)
 „…smutna jest moja dusza aż do śmierci” (Mt 26,38)
 „…raduje się duch mój w Bogu, moim Zbawcy” (Łk 1,47)
 „Jezus rozradował się w Duchu Świętym” (Łk 10,21)


Modlitwa uczuć może stanowić odrębną formę modlitewną, kiedy moje uczucia są centralnym „słowem” tej modlitwy. Może też być przygotowaniem do innych form modlitwy, pozwala wtedy bardziej zakorzenić się w „tu i teraz”, dotrzeć do głębszych pragnień i potrzeb. Modlitewne przeżycie sprawia, że jesteśmy bardziej autentyczni i pomaga włączyć w modlitwę istotne sprawy z naszego życia. Modlitewna świadomość naszych uczuć towarzyszyć powinna wreszcie każdej modlitwie. Uświadamianie sobie własnych uczuć podczas modlitwy Sakramentów, Liturgii Godzin, medytacji, kontemplatywnego patrzenia lub słuchania, cichej adoracji, pozwala wejść w dialog nie tylko na jednym poziomie egzystencji (np. intelektualnej), lecz objąć całego człowieka. To sprawia, że jesteśmy gotowi do przejęcia się Słowem Boga (tak jak przejmuje się od kogoś cenny dar) i stanem własnej egzystencji (przejąć odpowiedzialność za własne życie). Żadna „metoda” modlitwy nie przynosi zamierzonego skutku, gdy wyklucza modlitwę uczuć. Odkrycie modlitwy uczuć jest dla wielu „metodą” ożywienia swojej modlitwy.



Modlitwa jest ostatecznie spotkaniem osób. Bóg zwraca się do człowieka i odsłania przed nim swoje zamiary. W tym „odsłonięciu Boga” człowiek może odsłonić siebie, może poczuć się tak bezpiecznie, że ukaże przed Nim świat swoich myśli, pragnień, uczuć. Modlitewne spotkanie pozwala uporządkować swoje uczucia, nazwać je i wyrazić, jest najgłębszą „metodą” uzdrowienia uczuć „spuchniętych i skarłowaciałych”. Kto modli się uczuciami ma do nich twórczy dystans i posiada je, ma swoją radość, smutek, gniew, zmęczenie, samotność. W przeciwnym razie uczucia posiadają nas, podobnie jak rozum, ciało, gdy nie są włączone w wydarzenie modlitwy. Ta modlitewna zdolność łączy się ze zdolnością wyrażania swoich uczuć drugiemu człowiekowi: „…w sercu swoim odczuwam wielki smutek i nieprzerwany ból” (Rz 9,2); „dzielę radość z wami wszystkimi” (Flp 2,17); „będę pisała ci o swoich uczuciach” (św. Teresa z Lisieux); nie można bowiem na żadnej płaszczyźnie rozdzielić trójjedynego przykazania miłości Boga, bliźniego i siebie samego.



W modlitwie uczuć dane jest doświadczenie Błogosławieństwa Bożego: „błogosławieni, którzy się smucą… którzy płaczą…” (Mt 5,4; Łk 6,21). Bóg błogosławiąc ludzi objawia swoją wspaniałość, a ludzkie uczucia, łzy radości czy smutku mogą być przestrzenią dla tego błogosławieństwa i uzdrawiającego działania Jego miłości.

Prohibere

Żyjemy wśród słów: dobrych i złych, żarliwych i wyważonych, celnych i nieudolnych. Skonfrontowane z prawdziwym życiem słowa te często okazują się puste. Słowo Boga wyróżnia się w tym ulotnym wielogłosie. Czuję, jakby jedynie ono było solidną materią, wyciągniętą w moją stronę ręką. Gdy przychodzę na modlitwę Słowo już tam jest, wierne, niezmienne, prawdziwe, niezawodne. bardziej rzeczywiste niż rzeczywistość. W niepojęty sposób zawsze jest przy mnie. Od chwili gdy je przyjmę, gdy otworzę się na nie wiem, że należę już do niego a ono należy do mnie. Nigdy nie zostawia nas takich samych.  Nie wraca nigdy do tego, od którego wyszło bezowocne, zanim wpierw nie dokona tego, czego miało dokonać, i nie spełni pomyślnie swego posłannictwa. [por. Iz 55,11] Bóg wypowiada nieustannie nade mną słowa uzdrowienia, błogosławieństwa, posłania, miłości. Te słowa maja moc stać się tkanką mojego życia. Maja moc je zmieniać…


Nim mrok obudzi noc
dotykiem ciepłych mgieł
Panie przyjdź
słucham ciszy

Na początku tego roku mam tylko jedno postanowienie. Prohibere!!! Zwolnić! Zatrzymać się!!! Żeby nie przegapić chwili. Żeby jeszcze bardziej wsłuchać się w mowę życia; żeby nie przegapić znaków czasu; żeby móc bardziej wsłuchać się w Słowo…

Czy takie noworoczne postanowienie to zbyt wiele? Nie wiem. Może… Okaże się w praniu.


Pierwszy dzień roku wydaje się spełnić to postanowienie. Udało mi się skorzystać z daru wolnego czasu. Trochę przez odnowioną kontuzję kolana, które odmawiając mi posłuszeństwa ograniczyło zasięg mojego poruszania się. Czy to owoc wysłuchanej modlitwy?  Gdy się prosi Pana Boga o to, żeby dał łaskę zwolnienia tempa życia, to trzeba uważać. Czasem sprawdza się powiedzenie Jezusa: „Nie wiecie o co prosicie”… Znając Jego poczucie humoru może nam się bowiem nie spodobać to, w jaki sposób wysłucha naszej prośby. 
Niemniej moje unieruchomienie połączone z bolącym kolanem, które przykuło mnie do fotela pozwoliło mi przeczytać książkę. Niedużą. „Zbliżenia” Janusza Wiśniewskiego.
Niestety albo stety książki różnie na mnie oddziałują. Pisałem już kiedyś o tym, więc nie będę się powtarzał. Często trudno przewidzieć, który z zakamarków duszy otworzą i do jakich przemyśleń zmuszą. 
Tym razem przywołały raz jeszcze tęsknotę za innym  miejscem, przestrzenią. Jakby świadomość, że tu gdzie jestem to nie do końca to miejsce, że jest inne, które mnie przyciąga i które mimo tylu zabiegów ciągle jest takim ościeniem raniącym serce i nie dającym do końca o sobie zapomnieć. Choć wydawać się może, że już się zapomniało…

Zmieniając nieco powiedzenie św. Pawła chciało by się rzec: Co mam wybrać? Nie umiem powiedzieć. Z dwóch stron doznaję nalegania: pragnę odejść, a być gdzie indziej, bo to o wiele lepsze, pozostawać zaś z wami – to bardziej dla was konieczne. A ufny w to, wiem, że pozostanę, i to pozostanę nadal dla was wszystkich, dla waszego postępu i radości w wierze. Mam przynajmniej taką nadzieję… 



Wam Także życzę u progu tego Nowego Roku zwolnienia tempa, zatrzymania się, umiejętności życia i radowania się każda chwilą, która jest darem samego Boga i która gdy raz minie, nigdy już nie powróci…

Medytacja jako modlitwa w łączności z prześladowanymi

Wczoraj wieczorem w Berlinie rozpoczęło się 34 Europejski Spotkanie Młodych Taizé. W czterech wielkich halach zamienionych na miejsce modlitwy zgromadziło się ponad 30 tysięcy osób z całej Europy. Będą oni do 1 stycznia 2012 roku trwać na modlitwie, a także dzielić się doświadczeniem wiary i obecności.



Pomyślałem sobie w tym kontekście raz jeszcze o tym, o czym wspomniałem wczoraj.  Z jednej strony tu w Berlinie spotykają się rzesze ludzi młodych – chrześcijan różnych denominacji, by w zupełniej wolności i szacunku być ze sobą i manifestować swoja wiarę. I nawet jeśli komuś się to nie podoba, to raczej trudno się spodziewać, że spotka ich coś złego, poza najwyżej jakimiś komentarzami skierowanymi pod ich adresem. Z drugiej zaś strony rzesze chrześcijan rozsiane po całym świecie, w różnych zakątkach ziemi, którzy mogą swoją wiarę praktykować jedynie w ukryciu, gdyż wyjście zeń i publiczne manifestacje swojej wiary grożą śmiercią.
Chrześcijanie są nadal najbardziej prześladowaną grupą religijną na świecie



O krucjatach i Świętej Inkwizycji mówi się częściej, niż o prześladowaniach chrześcijan. Tymczasem prześladowanie uczniów Chrystusa wcale nie zakończyło się w czasach Nerona, tylko trwa po dziś dzień. Według niezależnych raportów to właśnie chrześcijaństwo jest najbardziej prześladowaną religią świata, a wiek XX należał pod tym względem do rekordowych.

Tę prawdę potwierdziła w 2006 roku chociażby Nina Shea, doradca w Komisji ds. Wolności Religii byłego prezydenta USA – Billa Clintona. Tylko w 2006 roku na całym świecie zginęło wskutek prześladowań 156 tysięcy chrześcijan – pisała w swoim raporcie.



Nam, w tolerancyjnej Europie wydaje się to wręcz nieprawdopodobne, ale trzeba pamiętać, że to właśnie w obszarze oddziaływania kultury judeochrześcijańskiej o tolerancji dyskutuje się na przykładzie możliwości zawierania małżeństw homoseksualnych, czy też adoptowania przez nie dzieci, podczas gdy w wielu innych krajach za sam fakt posiadania takich skłonności można stracić życie. Znacznie częściej nadal można je stracić jedynie za to, że za swojego życiowego przewodnika wybrało się Jezusa Chrystusa. Niewątpliwie krytycy, „zawziętej, nieugiętej, średniowiecznej i ciemnogrodzkiej” postawy Kościoła katolickiego powinni zważyć również i te proporcje. W różnych krajach na wielu kontynentach dyskryminuje się, delikatnie mówiąc, około 200 milionów chrześcijan. Aż tylu bowiem wierzących w Chrystusa (oczywiście mowa o chrześcijanach wszystkich wyznań) nie może spokojnie i w wolności praktykować swojej wiary. 
Prześladowania chrześcijan stały się jednym z niechlubnych rekordów współczesności.

Oczywiście można powiedzieć, że trudno się temu dziwić, bowiem Chrystus zapowiedział, że nieprzyjaźń zwrócona przeciwko Zbawcy świata dotknie także tych, którzy uwierzą w Jego imię. Taki los cierpi codziennie na świecie miliony ludzi, dając świadectwo swojej wiary.


Może warto zatem w tym kontekście zrobić sobie swoisty rachunek sumienia.
Czy my – europejscy chrześcijanie, którym wydaje się, że jesteśmy coraz bardziej wolni a bez wątpienia także coraz bardziej wygodni, nie zapominamy jednocześnie coraz częściej o tych prześladowanych za wiarę współbraciach? Czy nie zapominamy także, że to dzięki Chrystusowi i chrześcijaństwu życie każdego człowieka zaczęto traktować jako niezbywalną wartość (choć jeszcze niestety w wielu regionach świata ta prawda nie przeniknęła do świadomości człowieka, co paradoksalnie udowadniają nam władze i mieszkańcy wielu krajów, w których człowiek ma jedynie czemuś – lub komuś – służyć).



Zestawienie postaw wielu współczesnych chrześcijan z Europy czy USA z bohaterstwem wyznawców Chrystusa z krajów zagrożonych czystkami religijnymi pokazuje, jak słabe jest współczesne zachodnie pojmowanie religii. Dla ludzi żyjących w dostatku i cieszących się poczuciem bezpieczeństwa, do rangi heroizmu urasta spędzenie dnia bez samochodu, telewizora, czy telefonu komórkowego. Wielkim wyrzeczeniem jest pójście na roraty, czy uczestnictwo w niedzielnej Mszy Świętej. Tymczasem na świecie żyją ludzie, którzy w każdej chwili mogą zostać zamordowani, pozbawieni dorobku życia, lub okrutnie torturowani tylko za to, że wierzą w Chrystusa, są chrześcijanami. Jednak mimo tego wierzą i praktykują. Robią to, ponieważ traktują swoją wiarę na poważnie.
Choć problem nienawiści wobec chrześcijan, mordowania ich w imię antyludzkich ideologii czy agresywnych religii narasta od lat, kraje Europy i USA, tak chętnie mówiące o demokracji, swobodach i wolnościach, nie robią zbyt wiele, by poprawić sytuację wyznawców Chrystusa. Chwilowe zainteresowanie ich losem widoczne w Unii Europejskiej zniknęło. Dziś zachodnia cywilizacja woli przymykać oko na mordowanie ludzi za ich wiarę. Udaje, że nie widzi łamania praw człowieka oraz nieludzkiego traktowania chrześcijan. Ten brak zainteresowania chrześcijanami jednak nie dziwi. Wszak Europa od dawna walczy z nimi również na swoim własnym podwórku. Choć inne są metody oraz inna skala, mechanizm działania ten sam – doprowadzić do osłabienia, a nawet zniszczenia, chrześcijaństwa. Wygląda więc na to, że chrześcijanie nie mogą dziś liczyć na wsparcie europejskich krajów, społeczeństw oraz elit. One nie będą broniły tych, których same także atakują.
[za: Stanisław Żaryn, „Wyrzut europejskiego sumienia. Chrześcijanie są dziś najbardziej prześladowani”






Oczywiście, zapyta ktoś co ja mogę?..


Myślę, że wbrew pozorom możemy wiele. Pierwsza rzecz to głośne dopominanie się o prawa prześladowanych. Być może ciągle zbyt mało głosów i zbyt mało odważnie dociera do tych, którzy stanowią prawa (i nie ma na myśli tych, którzy stanowią prawa w krajach prześladujących chrześcijan, ale o tych, którzy maja możliwość nacisków politycznych czy dyplomatycznych a nie wykorzystują ich, bo sprawa prześladowanych chrześcijan w Sudanie czy w Indiach wydaje się być zbyt odległym i mikroskopijnym problemem wobec spraw, które muszą załatwić na swoim podwórku). Wbrew pozorom wielu moich znajomych misjonarzy, pracujących w takich krajach jak Sudan czy Nigeria mówią, że wspomniane naciski maja wbrew pozorom ogromne znaczenie, tylko nikt się nie podejmuje ich na większa skalę i dlatego tak często czuja się pozostawienia sami sobie.





Ostatnie zamachy bombowe przeciw chrześcijanom i kościołom w Nigerii pociągnęły za sobą co najmniej 200 ofiar wśród zabitych i zaginionych. Poinformował o tym watykańską misyjną agencję prasową Fides przewodniczący tamtejszego episkopatu, arcybiskup Ibadanu – Felix A. Adeosin Job. Zapowiedział też, że ogłosił 31 grudnia dniem modlitwy i postu w intencji pokoju i przebaczenia w tym kraju.


Ale jest także inna strona medalu – duchowa. Myślę, że po pierwsze ważniejsza a po drugie będąca w zasięgu reki każdej i każdego z nas. Już św. Teresa od Dzieciątka Jezus daje nam te niezwykłą receptę jak pomóc tym, którzy może są daleko i do których z rożnych racji nie możemy dotrzeć. Jest nią modlitwa za tych i w łączności z tymi, którzy cierpią prześladowanie.
I tu chciałbym wrócić do głównego wątku moich rozmyślań. Gdy bowiem medytujemy, co stoi na przeszkodzie, aby nasza medytacja miała bardzo konkretny cel (konkretna intencję) – łączność duchowa z tymi, którzy są dzisiaj prześladowani. O skuteczności takiej modlitwy mówiły wyraźnie świadectwa pierwszych chrześcijan, dla których była ona wielkim wsparciem w chwilach duchowej próby. 



Jak bumerang wraca tutaj problem modlitwy wstawienniczej, która wydawać się może nieco traci na wartości (poza oczywiście niektórymi wspólnotami charyzmatycznymi), a która ma przecież ogromną wartość i sprawdzona skuteczność.


Dzieje Apostolskie w rozdziale 12. opisują historię cudownego uwolnienia św. Piotra z więzienia za sprawą anioła, który zdjął z niego łańcuchy i wyprowadził na wolność. Kiedy Piotr przyszedł do domu Marii, matki Marka, odkrył, że wielu zebrało się [tam] na modlitwie. Czy cudowne uwolnienie Piotra miałoby miejsce bez modlitwy wspólnoty wierzących? Tego nie możemy być pewni, ale autor Dziejów Apostolskich dostrzegł powiązanie pomiędzy tymi wydarzeniami. Modlitwa wstawiennicza przynosi bowiem zaskakujące efekty.

Uwolnienie Piotra z więzienia było jednym ze spektakularnych przykładów Bożej ochrony. 

Dużo częściej jednak objawia się ona w sposób subtelniejszy – w postaci: bezpiecznej podróży, zadowalających wyników badań, zmiany postawy nastolatka i innych wydarzeń mogących być ilustracją do słów z Listu św. Jana: Większy jest Ten, który w was jest, od tego, który jest w świecie (1 J 4,4). Inaczej mówiąc – nie musimy obawiać się mocy tego świata, gdyż Boża moc jest nieporównywalnie większa.



Jedna z sióstr zakonnych zwierzała się:

Kiedy inni modlą się za mnie, często czuję pokój serca wynikający ze świadomości, że ktoś pamięta o mnie przed Bogiem. Raz, gdy byłam po poważnej operacji chirurgicznej, doświadczyłam ukołysania jakby w hamaku modlitwy, otoczona modlitwą przyjaciół, najbliższych oraz członków wspólnoty.


Niezależnie od tego, czy chodzi o zadania podejmowane w rodzinie, czy o posługę wobec braci i sióstr, czy o nasze wypełnianie ról społecznych czy wreszcie o stawianie czoła trudnościom życiowym – w każdym wymiarze życia potrzebujemy siły, która przewyższa naszą. Modlitwa wstawiennicza otwiera drzwi mocy Boga. Jak zatem wątpić, że ta moc może objawić się równie skutecznie w duchowej walce tych, którzy dzisiaj są prześladowani. 


Pomyślałem o tym, że warto podjąć ten temat, gdy tak wielkie rzesze chrześcijan  świadków wiary gromadzą się w tych dniach w Berlinie a jeszcze większe rzesze trwają z nimi w duchowej łączności. Nie mam wątpliwości w ogromna moc i skuteczność takiej modlitwy. Podobnie jak nie mam wątpliwości w moc i skuteczność medytacji, która w jednym czasie łączy modlitwę wielu ludzi w rożnych zakątkach świata. Dla takiej mocy nie ma granic i nie ma nic niemożliwego. Tylko czy my w to jeszcze wierzymy?…





Paradoks męczeństwa

Lorenzo Lotto namalował obraz stajenki, w której Maryja i Józef klęczą obok kołyski i wpatrują się w uśmiechnięte Dzieciątko, a nad nimi fruwają trzy śpiewające radośnie aniołki. Niestety tę sielankową atmosferę psuje wiszący na ścianie krzyż z ukrzyżowanym Jezusem.



Następujące po sobie wspomnienia pierwszych chrześcijańskich męczenników: najpierw św. Szczepana a następnie małych dzieci z Betlejem, które przywoływane są w oktawie Bożego Narodzenia wydawać się może, że niszczą radosną atmosferę świąt. Czy to zatem nie przesada, żeby o męczeństwie mówić już w drugi dzień świąt Bożego Narodzenia, jakby nie było po temu innych okazji?


„Żłóbek Jezusa leży zawsze w cieniu krzyża. […] Żłóbek i krzyż należą do tej samej tajemnicy odkupieńczej miłości; ciało, które Maryja złożyła w żłobie, jest tym samym ciałem, które zostało złożone w ofierze na krzyżu”  – mówił w Betlejem Jan Paweł II.



Wydawać się może, że mówienie o męczeństwie za wiarę wydaje się dzisiaj bardziej aktualne niż kiedykolwiek, bo może zaskoczeniem dla wielu będzie fakt, że w samym XX wieku zamordowano za wiarę w Chrystusa więcej chrześcijan niż w ciągu dwudziestu wieków od początku jego pojawienia się na ziemi.

Współcześnie w 75 krajach na świecie dochodzi do prześladowań chrześcijan, oznacza to, że w co trzecim kraju na świecie łamie się podstawowe prawo człowieka do wolności religijnej (zgodnie z art. 18 Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka). Od początku pojawienia się chrześcijaństwa na ziemi zamordowano ok. 70 milionów chrześcijan: z każdym rokiem liczba męczenników rosła, w roku 40 r. n.e. – 1.000 osób, w 50 r. n.e. 1.400, w 150 r. n.e. – 40.500, w 200 r. n.e. 217.800, w 250 r. n.e. 1.171.000, a w 300 r. n.e. 6.299.000.

W XX wieku, tj., od 1900 roku do 2000 roku wieku zamordowano za wiarę 45 milionów chrześcijan, co stanowi 65% wszystkich zabójstw od początku pojawienia się chrześcijaństwa. Innymi słowy w XX wieku każdego dnia ginęło średnio 1246 chrześcijan. To jest – 455.000 chrześcijan rocznie. Odnośnie do tego faktu, liczba szacowana przez współczesne organizacje chrześcijańskie oraz świeckie (takie jak Pomoc Kościołowi w Potrzebie, Voice of the Martyrs, ICC, Release International, Word Evangelical Alliance, raport ONZ Human Rights Commission, waszyngtońskie Centrum Wolności Religijnej, Ontario Consultants on Religious Tolerance), a więc od 150 do 170 tysięcy zamordowanych rocznie chrześcijan jest liczbą „skromną”, chociaż, co oczywiste, nie można wobec niej przejść obojętnie. Są to szacunki, niemniej jest to liczba „bezpieczna”, to znaczy, zaniżona, ponieważ w takich krajach jak Erytrea, Afganistan, Somalia, Laos, Tadżykistan, Uzbekistan czy Kolumbia, gdzie nie ma jednoznacznego spisu ludności, „zawieruszenie się” 10.000 czy 20.000 osób to błahostka.



Prawie codziennie agencje informacyjne donoszą o śmierci kolejnych grup chrześcijan. Takie informacje dotyczące ostatnich  wydarzeń z Nigerii, Pakistanu, Afganistanu, Meksyku, Indii czy Iraku, które miały miejsce jedynie w grudniu giną w potoku innych informacji. Czasem wydaje się, że nas nie dotyczą. Przecież Indie czy Pakistan, to dla wielu z nas inny świat…


A jednak. Może przez tę hekatombę zła, jaka ma miejsce właśnie w wieku, który próbuje uzurpować sobie miano najbardziej humanistycznego i tolerancyjnego czasu w dziejach ludzkości Pan Bóg, chce nas zbudzić z jakiegoś letargu i zafałszowania w naszym sposobie spoglądania na rzeczywistość a przede wszystkim na samych siebie. Czego musi dokonać człowiek, aby zbudzić nas z obojętności, abyśmy używając języka Mertona poczuli się czasem jak „współwinny widz”?


Ale dzisiaj spróbujmy spojrzeć na to z nieco innej strony…

Męczennicy mają nam wciąż wiele do powiedzenia nie tylko o wielkiej cenie śmierci chrześcijanina i wartości życia „w przyszłym świecie”, ale — paradoksalnie — także o wartości życia „na tym świecie” tak często deprecjonująco nazywanego przez chrześcijan „życiem doczesnym”.

Męczeństwo budzi lęk. Naturalny, biologiczny lęk przed cierpieniem i śmiercią, lęk w którym nie ma zresztą nic, co by było sprzeczne z duchem chrześcijaństwa, skoro sam Jezus, nie był od niego wolny (Mt 26,38; Mt 26,39; Łk 22,44; Mt 27,46). Męczeństwo może budzić jednak także i inny, głębszy, często nieuświadomiony lęk. Lęk przed tym, że oto Kościół, stawiając przed oczami męczenników jako wzór do naśladowania, przypomina, że życie „na tym świecie” — to jedyne, jakie znamy — nie ma, wobec obietnicy przyszłego życia wiecznego, większej wartości. Często nie zdajemy sobie sprawy, że dotykamy tutaj kwestii wielkiego boju, który Kościół stoczył w pierwszych wiekach swego istnienia, boju z gnostycyzmem. Dla gnostyków świat materialny nie był dziełem Najwyższego Boga. Był na wskroś zły, zbawienie zaś polegało na radykalnym oswobodzeniu się z oków materii i pełnym zwróceniu ku transcendentnej rzeczywistości duchowej. Ortodoksja chrześcijańska przeciwstawiła się tej niebezpiecznej wizji rzeczywistości przede wszystkim w osobie Ireneusza z Lyonu, który w swoim napisanym pod koniec II w. monumentalnym traktacie Adversus haereses nie tylko zbijał argumenty gnostyków, ale stworzył pozytywne podwaliny chrześcijańskiej dogmatyki opartej na afirmacji „tego świata”, który, mimo skażenia grzechem, pozostaje dobrym dziełem dobrego Boga-Stwórcy. Według tej propozycji, chrześcijanin to potencjalnie także ten, który swoim życiem świadczy o tym, że to jedno, jedyne życie, jakie znamy, choć poddane grzechowi i śmierci, pozostaje dziełem Boga i zachowuje zasadniczą tożsamość tak z rzeczywistością sprzed upadku pierwszych ludzi, jak ze stanem po zmartwychwstaniu.

A jednak, walczący z gnozą kościół pierwszych wieków stawiał przed oczy chrześcijanom za przykład przede wszystkim męczenników — tych, którzy zaparli się dla Chrystusa samych siebie, odrzuciwszy „ten świat” i jego pokusy. W pierwszych trzech wiekach chrześcijaństwa był to właściwie jedyny niekwestionowany model świętości. Od pogardy okazanej „temu światu” do obudzenia się lęków, które mają za podłoże będącą przekonaniem gnostyków intuicję, że życie „na tym świecie” nie jest „bardzo dobrym” dziełem Najwyższego, jest, jak pokazuje doświadczenie, bardzo blisko. W tym względzie na szczególną uwagę zasługują tzw. „Acta martyrum”, czyli dokumenty zawierające najstarsze zachowane chrześcijańskie teksty męczeńskie, gdzie w słowach wypowiadanych przed śmiercią przez przesłuchiwanych męczenników można odnaleźć antidotum na niebezpieczeństwo pojmowania męczeństwa jako wyrazu pogardy dla pragnień związanych z tzw. „życiem na tym świecie”.


Jedną z pierwszych rzeczy, które rzucają się w oczy czytelnikowi Acta martyrum, jest całe mnóstwo antynomii kształtujących i określających relację między chrześcijaństwem, którego rzecznikiem jest męczennik, a reprezentowanym najczęściej przez namiestnika pogańskim światem. Oto obłęd okazuje się prawdziwą pobożnością (M. Agape, Irene i Chione 6,2). Ogień, którym są paleni męczennicy, jest zimny (M. Polikarpa 2,3). Śmierć zostaje nazwana wprost życiem (M. Pioniosa 20,5). Antynomie pojawiają się w kontekście męczeńskiej śmierci świadków Chrystusa w sposób niejako spontaniczny i wydają się wyrażać radykalną rozbieżność między życiem na tym świecie, a życiem w królestwie niebieskim. Jednak, wśród tych antynomii, ukazujących, jak się wydaje, nieprzekraczalną przepaść między dwiema wizjami rzeczywistości, pojawia się figura zaskakująca. W sytuacji, gdy wydaje się, że już nic nie łączy antagonistów, a wszystko dzieli, w morzu kontrowersji, obie strony dochodzą do dziwnego i paradoksalnego porozumienia. W pewnym momencie bowiem antynomiczne dyskursy obu stron pokrywają się. Tam, gdzie spodziewamy się kolejnej kontrowersji, nagle zapanowuje zgoda.

W łacińskich Aktach Karposa, Papylosa i Agatonike, opowiadających o świadectwie, jakie za panowania Marka Aureliusza dali w Pergamonie spaleni na stosie wymienieni w tytule męczennicy, czytamy: „Prokonsul powiedział: Miej litość dla siebie samego. Karpos odpowiedział: Mam litość dla siebie samego, jeśli wybieram to, co lepsze’” (2,3). Podobną wymianę słów znajdujemy w innym łacińskim tekście, Męczeństwie Ireneusza. Namiestnik Panonii Probus stara się ocalić Ireneusza. Czytamy: „Uniknij śmierci. Wystarczy ci już mąk, które wycierpiałeś Ireneusz odpowiedział: Cały czas unikam śmierci, kiedy znoszę cierpienia, które — jak sądzisz — mi zadajesz, a których ja nie czuję, bo otrzymuję od Boga życie wieczne”. Identyczna figura pojawia w greckich Aktach Fileasa biskupa egipskiego miasta Thmuis. Po wymianie krótkich zdań na temat tożsamości ciała doczesnego i ciała zmartwychwstałego czytamy: „Kulcianus rzekł: Oszczędź siebie i wszystkich, którzy są twoi. Złóż ofiarę! Fileas rzekł: Oszczędzając siebie i wszystkich, którzy należą do mnie, nie składam ofiary” (6,12-16).

Na pierwszy rzut oka mamy w tych miejscach do czynienia ze zwykłym przedrzeźnianiem się, formą dialogu często spotykaną w acta martyrum: męczennik dostrzegający beznadziejność i bezsensowność spierania się z namiestnikiem o prawdę, czekając na bliskie rozstrzygnięcie, drwi sobie w ten sposób z gróźb i zachęt przedstawiciela „tego świata”. Jeżeli jednak przyjrzymy się wybranym fragmentom nieco uważniej, dostrzeżemy, że odpowiedź, jakiej udziela męczennik, stanowi sedno jego męczeńskiego credo. Słowa namiestnika, będące par excellence słowami „tego świata”, prowokują męczennika do ponownego samookreślenia. Męczennik nie decyduje się jednak na konfrontację. Przeciwnie, powtarza prośbę namiestnika, wskazując właśnie na swój wybór i swoje postępowanie jako pozytywną na nią odpowiedź i jako na pełną jej realizację. Ponadto, męczennik opatruje owo nawiązanie komentarzem, który uzasadnia jego postępowanie. Uzasadnienie to ma charakter pozytywny. Nie usuwa bowiem sensu słów namiestnika, lecz nadaje im głębszą, pełniejszą perspektywę („mam litość dla siebie samego” — „jeśli wybieram to, co lepsze”; „cały czas unikam śmierci” — „otrzymuję od Boga życie wieczne”; „oszczędzając siebie i wszystkich, którzy należą do mnie” — „nie składam ofiary”).

A zatem, paradoksalnie, w oczach męczennika nie ma między stronami zasadniczej rozbieżności. Przeciwnie, to dopiero postawa męczennika nadaje słowom namiestnika sens i to on realizuje zawarty w nich postulat miłości samego siebie i mocnego trzymania się życia! Jedyna i zarazem podstawowa różnica polega na drodze, jaka do tego celu prowadzi.

To, że nie jest to jedynie szermierka słowna i przedrzeźnianie przeciwnika, ale chodzi tu o samą istotę rzeczy oraz o figurę myślową obecną w świadomości starożytnych chrześcijan, staje się jasne, gdy przyjrzymy się wymianie zdań między prezbiterem Pioniosem a kupcami ze smyrneńskiej agory: „Wnet przystąpiło do nich kilku kupców z agory, którzy razem z Polemonem tymi słowami błagali Pioniosa: Posłuchaj nas, Pioniosie. Kochamy cię i ze wszech miar godzi się, byś żył, bo jesteś dobry i prawy. Dobrze jest żyć, patrzeć na światło. On zaś im [odpowiedział]: I ja twierdzę, że dobrze jest żyć, ale to życie, którego my pragniemy jest jeszcze lepsze; i tak samo jest ze światłem, ale światłem prawdziwym. To wszystko jest dobre i bynajmniej nie uciekamy od tego dlatego, że pragniemy śmierci i nienawidzimy dzieł Bożych. Odrzucamy to ze względu na wyższość innych dóbr, jako zastawioną na nas pułapkę”.

Także Pionios nie przeciwstawia dążeń pogan swoim dążeniom, ale stawia je na tej samej płaszczyźnie. Również tutaj widoczna jest troska o dosłowne powtórzenie. Poganie: „dobrze jest żyć” i „patrzeć na światło”; Pionios: „dobrze jest żyć” i „i tak samo jest ze światłem”. Męczennik stwierdza wprost, że to, do czego nakłaniają go poganie, jest dobre, on sam zaś, pragnąc w rzeczywistości tego samego, co oni: „życia i światła”, to właśnie wybiera, tylko że „lepsze” i „prawdziwe”. Także zwrot „i ja twierdzę” podkreśla, że Pionios wie dobrze, co mówi.

Jak jednak owo przyszłe życie, za którym opowiadają się męczennicy, ma się do życia doczesnego? Jeżeli ciało (gr. sarks, łac. caro) jest budulcem stanowiącym życie doczesne, z jakiego budulca będzie się składało ciało zmartwychwstałe? Przecież to, co wybierają męczennicy jest właśnie zagładą całej cielesnej doczesności: Męczennicy spodziewają się zapewne jakiegoś zupełnie innego życia w obiecanym przez ich Boga „przyszłym świecie”, należącego do wymiaru duchowego i nijak mającego się do życia ziemskiego, z którym właśnie się rozstają.

Wiara w zmartwychwstanie ciała jako materii konstytuującej człowieka (gr. sarks), tożsamego z ciałem doczesnym, znajduje swój pełny wyraz w dialogu między świadkiem Chrystusa, a przedstawicielem pogaństwa w wyżej przytoczonych Aktach Fileasa:

„Kulcianus rzekł: Jakich więc ofiar wymaga Bóg? Fileas odpowiedział: Czystego serca, nieskazitelnej duszy, duchowego patrzenia, które prowadzi do pobożności i sprawiedliwych czynów, za które każdy otrzyma zapłatę. Kulcianus rzekł: Troszczymy się tutaj o duszę?. Fileas rzekł: I o duszę i o ciało. Kulcianus rzekł: Jak to? Fileas rzekł: Powiedziałem, że dlatego, aby otrzymać tam od Boga zapłatę za dobre uczynki. Kulcianus powiedział: Czy tylko dusza, czy także i ciało? Fileas odpowiedział: I dusza i ciało. Kulcianus rzekł: To ciało? Fileas powiedział: Tak. Kulcianus rzekł: To ciało powstaje z martwych…?. Po czym znowu zdumiony zapytał: To  ciało powstaje z martwych? Fileas odpowiedział: Tak to właśnie ciało powstaje…”.


Cała dynamika tej części dialogu polega na konkretyzacji ciała przez — „materię cielesną”[w oryginale użyto zwrotów sarks, co tłumaczy się jako ciało a dosłownie mięso], pojęcie odpowiadającemu łacińskiemu caro (w odróżnieniu od corpus), czy angielskiemu flesh (w odróżnieniu od body).

Jest to bardzo ważny passus, ponieważ nie tylko z całą mocą odsłania wielki paradoks nadziei chrześcijańskiej, ale tak właśnie został napisany i skonstruowany, aby ów paradoks jak najjaskrawiej ukazać. Kiedy Fileas odpowiada Kulcianusowi, jakich ofiar wymaga Bóg chrześcijan, namiestnik sarkastycznie pyta, czy Fileas troszczy się tutaj jedynie o duszę. Dla Kulcianusa, czy to ateisty-pragmatyka widzącego w doczesnym ocaleniu ciała kres nadziei człowieka, czy to neoplatonika deprecjonującego element cielesny, jest aberracją sama myśl o tym, że przedmiotem troski Fileasa jest obok duszy także i ciało. Przecież cała postawa Fileasa temu przeczy. Oto przed jego obliczem stoi człowiek, który już cztery razy był wzywany przed oblicze władzy rzymskiej i za każdym razem jego ciało było poddawane torturom (1,5-2,4). A jednak w pytaniu Kulcianusa słychać niepewność. Skoro jest dla niego czymś oczywistym, że Fileas nie położył swojej nadziei w ciele, to dlaczego pyta Fileasa, czy nie troszczy się także o ciało? Słyszał zapewne o wyznawanej przez chrześcijan wierze w zmartwychwstanie. Być może jednak coś go wcześniej w postawie Fileasa zaintrygowało, coś, co nie pozwalało w nim widzieć jedynie mającego świat w pogardzie szalonego fanatyka. Może wcześniej Fileas udzielił mu odpowiedzi podobnej do tej, której udzielił poganom Pionios: „To wszystko jest dobre i bynajmniej nie uciekamy od tego dlatego, że pragniemy śmierci i nienawidzimy dzieł Bożych”? Nie wiemy. Pewne jest jednak, że tej wymiany zdań nie można uznać jedynie za grę słów, jak tego chcą niektórzy uczeni. Dalszy przebieg dialogu pogłębia niepokój Kulcianusa. Widzimy jak w swoim badaniu zagłębia się coraz bardziej w „cielesność”. Upewnia się, czy chodzi o to właśnie ciało (sóma). Fileas potwierdza. Wtedy Kulcianus pyta: „to mięso (sarks) powstaje [z martwych]?”. Po czym ponownie, nie czekając na odpowiedź Fileasa, „zdumiony” — autor akt nie omieszkał tego podkreślić — pyta z niedowierzaniem jeszcze raz: „to ciało (sarks) zmartwychwstaje?”. Przyjrzyjmy się raz jeszcze ostatniej części dialogu. Widzimy, że Kulcianus ma najpierw problemy ze zrozumieniem, że Fileasowi chodzi nie tylko o duszę, ale także o ciało, potem zaś, z przyjęciem do wiadomości, że chodzi właśnie o „to” ciało: możemy sobie wyobrazić, jak Kulcianus z niedowierzaniem chwyta się sugestywnie za jakąś część ciała. Fileas odpowiada lakonicznie: „Tak”. Po tej odpowiedzi, namiestnik chce się jeszcze dodatkowo upewnić, czy Fileasowi naprawdę chodzi o to „mięso” (sarks). Znamienne jest to, że Kulcianus opatruje sarks zaimkiem wskazującym („to mięso”). Chodzi już nie o „abstrakcyjną” chrześcijańską doktrynę o zmartwychwstaniu ciała, ale o los tego konkretnego ciała („mięsa”).

Fileas nie porzuca zatem nadziei związanych z tym światem. Przeciwnie, właśnie nadzieja na życie w Chrystusie, które daje On „światu” (J 6,33; 6,51), w zmartwychwstałym ciele, sprawia, że nikt i nic nie jest w stanie go z obranej drogi zawrócić. Wierzy, że ocala siebie samego i wszystkich tych, którzy mu zostali powierzeni, nie pozostawiając Kulcianusowi żadnych wątpliwości co do tego, że jego nadzieje wiążą się właśnie z tym ciałem.

Reasumując: dyskursy obu stron, pogańskiej i chrześcijańskiej, których rozbieżność do tej pory znajdowała wyraz w jak najjaskrawszych antynomiach, niespodziewanie się pokrywają. Strona pogańska występuje z pewną propozycją, która charakteryzuje jej punkt widzenia. Próbuje przekonać chrześcijan do tego, w czego dobro szczerze wierzy i co uznaje za właściwy, także z eschatologicznego punktu widzenia wybór: „Posłuchaj nas, Pioniosie. Kochamy cię i godzi się, byś żył, bo jesteś dobry i prawy”. Męczennicy jednak nie wchodzą w polemikę z argumentami strony pogańskiej, jak to ma miejsce gdzie indziej w acta martyrum, ale przyjmują je jako swoje. Dopiero chrześcijańska opcja nadaje im sens i ukazuje perspektywę pełnej realizacji. Męczennicy, starannie powtarzając wyrazy, ukazują, że ich wybór jest najwłaściwszym ukierunkowaniem wspólnych dla obu stron pragnień. Troska o dosłowność powtórzenia dobitnie wskazuje na to, że obie strony mają w rzeczywistości na uwadze to samo — pragną oddać Bogu należną Mu cześć i zachować życie, a jedyna, ale jednocześnie fundamentalna i rozstrzygająca różnica polega na odmiennym rozumieniu tego, co prowadzi do urzeczywistnienia owego upragnionego dobra.


Horyzont nadziei pogan, przeciwstawiony horyzontowi nadziei chrześcijańskiej, zredukowany w acta martyrum do trzymania się życia za wszelką cenę — z punktu widzenia męczenników, paradoksalnie, właśnie za cenę życia — jawi się więc tutaj jako swoista praeparatio evangelica. Pragnienie ocalenia cielesnego życia na tym świecie jest nie tyle pokusą, co propedeutyką wiary w zmartwychwstanie. W tych ekstremalnych okolicznościach, kiedy pokusa bezwzględnego potępienia wszystkiego, co wiąże się z odbierającym właśnie życie pogaństwem, jest olbrzymia, zostaje ukazana wielka prawda Objawienia, że Bóg ukochał ten świat (por. J 3,16), że Chrystus przyszedł te) świat ocalić (por. J 3,14; 4,42) i dać mu utracone życie (por. J 6,51), czego żywymi i namacalnymi świadkami są męczennicy.

W słowach męczenników można zatem znaleźć remedium na lęk przed pojmowaniem pójścia za Chrystusem w kategoriach gnostyckich, lęk przed tym, że orędzie chrześcijańskie w swojej istocie przeciwstawia się pragnieniom „tego świata”, z których utkane są przecież ludzkie nadzieje. Miłość do świata i umiłowanie życia (tak duszy jak i ciała), znajdują w oczach męczenników spełnienie dopiero w zmartwychwstałym Chrystusie. W tym świetle męczennicy stają się świadkami Życia, które się w nich objawia, tak że śmierć nie ma już nad nimi władzy. W ten sposób wieloznaczny grecki termin mártys (świadek-męczennik) odsłania swój kolejny wymiar, a nasze rozumienie go wzbogaca się o kolejne znaczenie. Świadek Chrystusa to mártys tes zoés — „świadek życia”. Tego życia.


Czytając Akta martyrum co chwila uświadamiam sobie jak bardzo daleko dzisiaj odeszliśmy od tego chrześcijańskiego patrzenia na współczesną rzeczywistość przez pryzmat jedynej właściwej dla nas chrześcijan perspektywy – wieczności…