Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Radość prawdziwego spotkania

Będąc dzisiaj na Bielanach nie mogłem nie wdepnąć na kawę (skąd inąd doskonałą) do mojego serdecznego przyjaciela i proboszcza lasu bielańskiego Ks. Wojciecha Drozdowicza. To już taki mój mały rytuał, że ilekroć jestem w tym miejscu, z którym związany jestem tez w pewnym sensie sentymentalnie, bo właśnie tam przeżyłem lata mojej seminaryjnej formacji – jedne z najpiękniejszych lat w moim życiu a także jeden z najbardziej obfitych duchowo okresów mojego życia. Wtedy Wojtka jeszcze tam nie było, żył w innej pustelni oddalonej ok 4 tysiące km. Na Wschód, wśród niedostępnych(zwłaszcza zimą) lasów Syberii. Teraz, kiedy mieszka tutaj w jednym ze starym kamedulskich eremów, pełniących rolę domu proboszcza i plebanii bardzo lubię zatrzymywać się tam na chwilę. Dla mnie to naprawdę magiczne miejsce. Za każdym razem, gdy tak siedzimy sobie przy kawie i gawędzimy, wydaje się, że tak szybko uciekający na zewnątrz czas zatrzymał się w miejscu. Nie wiem czy to charakter tego miejsca, czy osobowość Ks. Wojtka –naszego diecezjalnego eremity tak na mnie działają, ale za każdym razem, gdy przekraczam próg jego domu wchodzę w inny świat i za każdym razem sięgam myślą do innego eremu i innego eremity, który już do dziesięcioleci gości w moim sercu i który, od kiedy poznałem go (niestety tylko z pism bo zmarł w roku mojego urodzenia) na zawsze zawładnął moim sercem. Mowa oczywiście o Tomaszu Mertonie. A przywołuję w tym miejscu jego postać, bo jak wspomniałem chciałbym po raz kolejny zacząć Adwent od sięgnięcia do jego pisarstwa. Dla mnie bowiem jest on szczególnym pisarzem adwentu, czasu pełnego nadziei i radości oczekiwania…


Tomasz Merton: przyjaciel, towarzysz drogi. Wciąż żywa jest jego pamięć tego niezwykłego zakonnika, którego szczyt sławy przypadł na lata 1950-1968.

„Obecny tu i teraz – jak pisał o nim jeden z jego biografów i duchowych synów, benedyktyn o. Andre Gozier. Obecny we Francji pomimo iż jego życie toczyło się w Ameryce i w Azji. Obecny teraz, pomimo lat przemijających niepostrzeżenie jak pory roku, jak mgły. Obecny nade wszystko jako dar. Każdy przyjaciel, każdy prawdziwy przyjaciel jest darem ofiarowanym życiu, jest Bożym darem. Tu i teraz jest autentycznym znakiem Bożego Absolutu. Każda przyjaźń pozwala nam przejść na drugą stronę, wejść do Królestwa, pozwala przenieść się na drugą stronę czasu i przestrzeni. Nie chodzi o stwarzanie kultu fotografii, relikwii, wspomnień, chodzi o przyjęcie przesłania. Niejedna książka stała się prawdziwym przyjacielem, czy choćby prawdziwym spotkaniem, autentycznym spotkaniem. Tutaj chodzi o autentyczność stanowiącą przeciwieństwo powierzchowności, która nie dosięga głębi istnienia.”

Wspominałem Wam o nowej książce Mertona, będącej zbiorem jego listów do przyjaciół i nie tylko. Książce, w której dane nam jest odnaleźć żywego, autentycznego Martona, która – gdy czytam ją – staje się spotkaniem z Mertonem zakonnikiem, z Mertonem przyjacielem i towarzyszem drogi (zwłaszcza tej duchowej, ale nie tylko), z Mertonem, który na kartach swoich listów daje samego siebie drugiemu, całe swoje bogactwo, w pewnym sensie staje się drugim „ja” będących oparciem w mrocznych godzinach, kimś, kogo możemy być pewni, że nie zawiedzie, że potrafi rozproszyć mroki naszych wątpliwości i ciemności; kimś z kim lubimy się spotykać, za kim tęsknimy gdy zamykamy książkę…

To niezwykłe jak wiele możemy dowiedzieć się o drugim człowieku czytając to co pisze… Zwłaszcza jeśli pisze to tak autentycznie i z takim otwarciem jak Merton.

Autentyczne spotkanie zdarza się nie często. Charakterystyczny dlań jest fakt, że odsłania w nas to, co znajduje się w ukryciu (takie były spotkania z Jezusem). Jest odsłanianiem i objawieniem naszego wnętrza. Jest nieprzewidywalne, nieprzeczuwalne, lecz zawsze twórcze. Ma moc nas przemieniać. W tym znaczeniu każde prawdziwe spotkanie wpisuje się w świętą historię naszego życia, w tym znaczeniu, że jest przez Boga chciane i dopuszczone. To między innymi w ten sposób – przez drugiego człowieka – Bóg wchodzi w nasze życie.

Tak więc kolejna książka Thomasa Mertona będzie moją lekturą podczas tego adwentu. Książkom zawdzięczamy rozmowy, które nigdy nie nużą, ani nie ranią, ale także zawdzięczmy milczenie, którego wymagają, ciche szczęście, z którego nikt nie może nas okraść, ale tez niezbędny impuls do myślenia, do poszukiwań, zarówno tych zewnętrznych a jeszcze częściej wewnętrznych. Niemniej jestem przekonany, że książki, których autorem jest Merton a właściwie jego życie mają jeszcze jedna cechę, stanowią swoiste Lectio Divina, czyli lekturę duchową, tak bliska myśli monastycznej i będące znakiem obecności tego co tarnscendentne.



Dlatego pragnę zaprosić do tych spotkań. Może fakt, że będę ich pośrednikiem przyczyni się do ich zubożenia, ale ufam, że dzieląc się tym, co sam odkrywam zachęcę wiele innych osób do osobistego spotkania z tym niezwykłym człowiekiem. Autentyczne spotkana bowiem pobudzają świadomość, przez twórczą komunię, która jest warunkiem duchowego wzrostu. Przez prawdziwe spotkanie wzrastamy, w ten sposób realizując siebie.

Na koniec pozwólmy przemówić samemu Mertonowi, który pisze we wstępie do jednej ze swoich książek:

„Pragnę się zwrócić do czytelnika nie jako autor, ani też nie jako narrator czy filozof, ale po prostu jako przyjaciel. Chciałbym przemówić jako drugie ja czytelnika… który, jeśli się wsłucha, usłyszy to, czego nie ma być może w tej książce, a co pochodzi od tego, który żyje w nas obu, który do nas obu przemawia.”


Wsłuchać się w życie…

– Oj życie  – rzekłem –  nie ciągnij mnie za rękaw, nie łap za rąbek płaszcza, nie bądź takie natrętne.


Wyszedłem z domu, minąłem róg, chłodny obłok powietrza otulił mnie i zamajaczył tuż przy twarzy, zasnuł świat na kilka sekund, potknąłem się lekko; uśmiechnąłem do swojej nieporadności. Szedłem szybko, noga za nogą, jak dobosz na paradzie, tak lubię najbardziej. Gdy byłem dużo młodszy, miałem jakieś naście lat moja mama, gdy wychodziliśmy po zakupy i często mocno ją wyprzedzałem, nie mogąc mnie dogonić wołała za mną: „Nie zapomniałeś przypadkiem wziąć smyczy, żeby mnie na spacer wyprowadzać?” Na chwilę zwalniałem, ale widać szybkość jest wpisana w moją naturę, jest niejako mantrą mojego życia. Stawiam szybkie kroki a moje życie próbuje nadążyć za mną. Nie opuszcza mnie na krok, nie ma od niego ucieczki i mimo, że czasem chciałbym powałęsać się bez celu, bez planu; bez natrętnych myśli o tym co potem, co za chwile, jak, czemu i dlaczego to takie trudne. A mimo to ono to nie chce mnie opuścić, czasem pokornie drepcząc za plecami,  czasem zaglądając przez ramię, czasem bezczelnie tokując jak polityk na paradzie, a czasem jak stróż pilnujący, żebym nie zszedł na jego manowce.

Spoglądam na ludzi – lubię to zajęcie – większość idzie jak ja, raz dwa, raz dwa, często zamyśleni, nieobecni, nie świadomi dziejącej się chwili, opatuleni szalikami jak miłością. Błądzę po ich twarzach, zaglądałam do oczu, niektórzy się uśmiechają, większość szybko odwraca wzrok, inni są obojętni  na moje spojrzenie, moja obecność wydaje się nie obchodzić ich wcale, zdawać by się mogło, że w ogóle mało spraw ich dotyczy –  a może zwyczajnie próbują uciekać od życia, drepczą, z dala od domu, żeby ich życie nie łapało za kołnierz, nie potrząsało z wyrzutem, żeby przestało wreszcie gadać  natrętnie;  patrzeć tymi szklanymi oczkami, o tak; bywa ciężko z tym życiem, coś o tym wiem, czasem jest doprawdy nie do zniesienia.

A ja idę dalej. Nie to, że uciekam przed nim. Nie. Czasami męczy mnie jego kategoryczność. Te rozkazy, warunki jakie stawia, ta postawa generała i my przed nim jak małe ołowiane żołnierzyki. Nie zawsze lubię mu potakiwać, choć dobrze wiem, że zazwyczaj ma rację. Nie chce mi się czasem wysłuchiwać tych tyrad, oglądać min, wiem dobrze czego ode mnie oczekuje, a ja nie zawsze czuję się gotowy by przystać na jego propozycje.  Czasem, gdy wydaje mi się, że jestem jak drzewo, że mam mocno zapuszczone korzenie,  ono mówi mi o lataniu; innym razem gdy chcę grzać się w ciepłych promieniach słońca, rosnąć, wydawać owoce, dzielić się sobą z innymi, ono przypomina mi o tym, co mnie ogranicza, opowiada o przeznaczeniu; czasami zdaje mi się, że jesteśmy z innej planety; a przecież to jest moje życie, własne, prywatne, z nim przyszedłem na świat, z nim odejdę.  Przecież nie możemy się od siebie różnić aż tak diametralnie, musimy znaleźć wspólny język; kiedyś w końcu trzeba będzie się dogadać…

Odwróciłem się do niego. Zatrzymało się, jak ja; spojrzało zdziwione. Chyba bało się słów ciężkich jak kamienie; wymówek, drętwych myśli co plączą język, przewracania oczami. Kiedy zrobiłem krok w jego kierunku, przez chwilę zachowywało się jak lustro; przeraziło się, może nawet zachwiało.

– Czego chcesz ode mnie –  zapytałem. A ono uśmiechnęło się do mnie, podeszło bez słowa, wzięło moją rękę i pokazało przed siebie.

 – Nic nie musisz – odparło –  tylko chodź za mną.  Tyle razy mówiłem, tyle wyjaśniałem, ale nie chciałeś mnie słuchać. A ja wiem gdzie iść,  którędy, poprowadzę Cię, tylko mi zaufaj; to wszystko jest prostsze niż myślisz; tylko wy ludzie; lubicie wszystko komplikować.

Uśmiechnąłem się, odetchnąłem z ulgą; obłok pary zasnuł na chwilę nasze twarze; wiatr rozwiał go, liście pod nogami zaczęły szeleścić; świat się nie zmienił, tylko ja byłem już inny –  inny bo zrozumiałem, że czasem trzeba po prostu słuchać, a droga, ta droga u naszych stóp, sama nas wszędzie poprowadzi.


Biorąc pod uwagę ulotność życia, wydaje się, że żadne starania nie mają sensu. Cokolwiek mielibyśmy zrobić, to przecież i tak minie. Nie warto jest się cieszyć, bo każdy rozsądny człowiek wie, że po radości, w końcu nastaje smutek. Nie warto inwestować w siebie, skoro za kilkadziesiąt lat, świat może o nas już nie pamiętać. A jednak żyjemy. I staramy się być kimś więcej, niż tylko małym człowieczkiem wśród tłumu sobie podobnych.

Chcemy zadbać o lepszy byt. Każdego dnia, wstajemy i przebywamy tę samą drogę do pracy, żeby dorobić się nie tylko pieniędzy, ale też szacunku. Walczymy o akceptację otoczenia.

Pragniemy wciąż być coraz lepsi; ciężej pracować, więcej zdobywać, bardzie się poświęcać… Dlaczego? Właśnie dlatego, by ominęła nas ulotność. I chociaż większość z nas pozostanie anonimowa dla świata, to nikt nie potrafi spocząć. Wyścig z czasem wpisany jest w nasze życiorysy. Biegniemy przez życie, próbując uchwycić jak najwięcej. Ale przez to zabieganie nie rzadko bywa tak, że równie wiele z życia przelatuje nam między palcami.



Wykorzystać każdą sekundę, budując swój wizerunek, pozostawiając na ziemi cząstkę siebie. Dajemy światu to, co mamy najlepszego, dzielimy się wiedzą i doświadczeniem. Jesteśmy nauczycielami i uczniami trudnej lekcji bycia człowiekiem. Tylko od nas zależy, czy przekazywana treść zostanie utrwalona, zanim któregoś dnia, życie nas pokona. Bo niestety, w pewnej chwili zadzwoni nasz ostatni dzwonek.



Co będzie potem? No właśnie,  jak wielu się nad tym zastanawia? Czy żyjemy świadomością tego, że wraz z tym ostatnim dzwonkiem życie się nie kończy i że po tamtej stronie trwa nadal. Jakie? To zależy już od nas, od tego jak przeżyliśmy je po tej stronie. Oczywiście życie po tamtej stronie to nie jedyny nasz cel, bo ważne jest też, czy pozostaniemy żywi w sercach innych osób. Tych, w których oczach jesteśmy godni ich pamięci. Owoce naszej pracy i naszego serca mogą przeżyć nas samych, służąc dalej innym. „Tęsknota” za nami okazuje się prawdziwym wyznacznikiem jakości naszej ziemskiej egzystencji. Jednak, nie zawsze jest tak pięknie. Bo w swojej wolności możemy zlekceważyć dane nam dni, przesmyknąć się przez życie niezauważeni, nie pozostawiwszy po sobie zbyt wiele. Chyba najsmutniejszą puentą ludzkiego życia może być ta, że gdy zamkniemy oczy, zamkniemy wtedy także pamięć o nas.


Mając jedno życie, nie możemy go zmarnować. Nie możemy przejść obojętnie obok tego największego z darów. Może nie każdemu przeznaczona jest sława, popularność. Wszyscy jednak, mamy szansę na odniesienie sukcesów osobistych i duchowych, bo choć te ostatnie może mierzy się inna miarą i nie zawsze mają we współczesnym świecie taka popularność, to jednak są największymi sukcesami w perspektywie wieczności. Przez cały swój ziemski czas, powinniśmy ciężko pracować nad tym, aby pozostawić po sobie dobre wspomnienie u osób, które spotkały nas na swojej drodze i żeby bez wyrzutów sumienia móc dalej iść po tamtej stronie.


Wkroczyć we wspolnotę miłości

 Z Listu św. Pawła Apostoła do Rzymian [Rz 8,14-17]

Bracia: Wszyscy ci, których prowadzi Duch Boży, są synami Bożymi. Nie otrzymaliście przecież ducha niewoli, by się znowu pogrążyć w bojaźni, ale otrzymaliście ducha przybrania za synów, w którym możemy wołać: „Abba, Ojcze!” Sam Duch wspiera swym świadectwem naszego ducha, że jesteśmy dziećmi Bożymi. Jeżeli zaś jesteśmy dziećmi, to i dziedzicami: dziedzicami Boga, a współdziedzicami Chrystusa, skoro wspólnie z Nim cierpimy po to, by też wspólnie mieć udział w chwale.

Życie duchowe chrześcijanina to próba odpowiedzi na zaproszenie do wkroczenia we wspólnotę miłości, jaka jest Trójca Święta.

Wzajemna obecność i porozumienie, które są mocą miłości Trójcy, wykraczają poza różnice pomiędzy jej osobami, lecz ich nie zacierają. Z tego powodu nasz lęk przed jeszcze głębszym zjednoczeniem z Bogiem i przez to utratą własnego ja jest bezpodstawny.

Cudowne w zjednoczeniu Trójcy jest to, że niczego nie zaciera, ale jest twórcza. I przez to uczy nas także odniesienia w miłości do innych. Obdarzyć kogoś miłością, oznacza pozwalać mu się rozwijać i pomagać w tym rozwoju.

Teilhard de Chardin ujmuje to w piękny i prosty sposób, stwierdzając, że: „zjednoczenie rozróżnia”. To znaczy, że w większym zjednoczeniu, jeśli tylko dokonuje się ono w miłości bogata różnorodność ludzkiej tajemnicy nie tylko się nie zaciera, ale zostaje doceniona i rozwinięta, bo pojmowana jest jako odzwierciedlenie bezgranicznej kreatywności Boga.

Wpisując się w stwierdzenie św. Teresy z Ávila, że modlitwa nie polega na tym, żeby dużo myśleć, ale na tym, żeby kochać, zapraszam do wejścia w milczenie medytacji. Niech dzięki niej wzrasta nasze zjednoczenie w miłości pozwalając nam się coraz bardziej wewnętrznie rozwijać.


A skoro już mowa o Trójcy Świętej to małe teologiczne objaśnienie, które przyszło mi do głowy wczoraj, gdy ze Zbyszkiem rozmawiałem na temat Mistrza Eckharta, niemieckiego mistyka, filozofa i teologa, dominikanina, przedstawiciela mistyki nadreńskiej, żyjącego na przełomie XIII i XIV wieku. Teologowie właśnie z jego nauczania wywodzą poniższe schematy i prostotę wniosków.  


Otóż Trójcę Świętą można graficznie przedstawić w następujący sposób:





Na podstawie tego opisu wnioskujemy, że

1. Jest tylko jeden Bóg (jedna natura boska) (Rz 3:30)
2. Ojciec jest Bogiem – posiada naturę boską (1 Kor 8:6)
3. Syn jest Bogiem – posiada naturę boską (Iz 9:5; Mt 1:23; J 1:1,18; 20:28; Rz 9:5; Kol 2:9; Tyt 2:13; 2 P 1:1; 1 J 5:20)
4. Duch Święty jest Bogiem – posiada naturę boską (Dz 5:3-4; 1 Kor 3:16; 6:19-20)
5. Ojciec nie jest Synem (J 1:1, Łk 3:21-22)
6. Syn nie jest Duchem Świętym (Łk 3:21-22)
 7. Duch Święty nie jest Ojcem (Łk 3:21-22) 

Wbrew pozorom jest to bardzo dobra definicja Trójcy, bowiem zawarta w dosłownie siedmiu zdaniach. Zauważmy, iż z definicji tej wynika, iż Syn jest odrębną osobą niż Ojciec (por. punkt 5). Definicja ta nie mówi również, iż jest trzech Bogów (por. punkt 1). Innymi słowy powyższą definicję można streścić jednym zdaniem „jeden Bóg w trzech osobach”.

  Niektórzy z teologów do powyższej definicji dodają jeszcze następne zdania: 


8. Ojciec jest głową Syna (J 14:28; 1 Kor 11:3) 
9. Syn pochodzi od Ojca (J 6:57; 17:5)
10.Duch Święty pochodzi od Ojca i (inni: przez) Syna (J 15:26; 16:13-15; 20:22; Dz 16:6-7; Rz 8:9; Flp 1:19; Mt 10:20; Gal 4:6;1 P 1:10-11)
11.Ojciec i Syn są jedno (J 10:30; 12:45; 14:7-10; 1 Kor 12:11; Ef 4:4)
12.Obydwie osoby powinny być czczone (J 5:23; Obj 5:13)


  Zgodzimy się, że wymienione zdania wynikają w pewien sposób z biblii (w nawiasie podano odnośniki). Podstawmy teraz do powyższej definicji zamiast słowa  

Bóg – człowiek 
natura boska – natura ludzka
Ojciec – mężczyzna (mąż)
Syn – kobieta (żona)
Duch Święty – dziecko


Po zamienieniu otrzymujemy następujące zdania, będące wspaniałym opisem rodziny ludzkiej i relacji między osobami:

1. Jest tylko jeden gatunek ludzki HOMO SAPIENS (jedna natura ludzka)
2. Mężczyzna jest człowiekiem – gatunku HOMO SAPIENS (posiada naturę ludzką)
3. Kobieta jest człowiekiem – gatunkiem HOMO SAPIENS (posiada naturę ludzką)
4. Dziecko jest człowiekiem – gatunkiem HOMO SAPIENS (posiada naturę ludzką)
5. Mężczyzna nie jest kobietą
6. Kobieta nie jest dzieckiem
7. Dziecko nie jest mężczyzną
  8. Mąż jest głową żony (1Kor 11:3; Ef 5:23)  
9. Kobieta pochodzi od mężczyzny (1 Kor 11:8)
10. Dziecko pochodzi od kobiety i mężczyzny
11.Mąż i żona to jedno ciało (Rdz 2:24; Mt 19:5; Mk 10:8; 1Kor 6:16; Ef 5:31)
12.Obydwie osoby powinny być czczone (Ef 6:2)


 
Zgodzimy się, że wszystkie te zdania są jak najbardziej prawdziwe. A więc wyraźnie napisane: trzy różne osoby, ale jedna natura. Okazuje się więc, iż w Trójcy Świętej występują takie same relacje, jakie powinny cechować rodzinę (zwłaszcza chrześcijańską).  

Graficznie można to przedstawić w następujący sposób:



Ten przykład wielu teologów uważa za najciekawszy i najprościej obrazujący Trójcę Świętą (jako unii trzech osób). Wszak to człowiek został stworzony na podobieństwo Boga, a więc powinien w pewien sposób go obrazować.  

Moglibyśmy iść dalej i wnioskować coś takiego:  


Mężczyzna jest osobą
Kobieta jest osobą
Dziecko jest osobą
Mąż, żona i dziecko (dzieci) tworzą jedną rodzinę


z tego wynikałoby:

Bóg Ojciec jest osobą
Syn Boży jest osobą
Duch Święty jest osobą
Bóg Ojciec, Syn Bozy i Duch Święty tworzą jedność (Mt 28:19; 1 Kor 12:4-6; 2 Kor 13:13; Ef 4:4-6; Hbr 9:14; 1 P 1:2)


Ta unia tych trzech osób boskich nazywana jest po prostu Trójcą Świętą, tak samo jak unia osób ludzkim (kobiety, mężczyzny czy dziecka) nazywana jest rodziną. To co ja tworzy, kształtuje, co pozwala się jej rozwijać  nie niszcząc indywidualności osób, ale je podkreślając to właśnie MIŁOŚĆ będąca więzią i silą rodziny tak jak i Trójcy.

Istnieje oczywiście o wiele więcej innych przykładów w przyrodzie obrazujących Trójcę Świętą, mniej lub bardziej doskonałych, do których odnosili się w swoim nauczaniu pierwsi ojcowie kościoła a zwłaszcza mnisi lubiący w naturze odnajdywać ślady i podobieństwa do Stwórcy (np. woda, układ słoneczny, słońce, czas, jajko, owoc, muzyka, budowa atomu itd.).

Oczywiście trzeba pamiętać, że przykład jest jedynie analogią, a nie dokładnym opisem.  Ale myślę, że może stać się dobrym tematem medytacji nie tylko nad tajemnica Trójcy Świętej ale także nad tajemnica relacji w rodzinie.

Kości zostały rzucone…



To jest bilet w jedną stronę

kości zostały rzucone

Gdy wchodziłem do tej gry

byłem jeszcze szczylem

Teraz dalej w tym trwam

uczę się każdego dnia

jak być wytrawnym graczem

i nigdy nie sięgnąć dna

Nie ma odwrotu

z tej drogi się nie zawraca

To jest w jedną stronę bilet…

Zastanów się

czy jesteś w stanie

pozostawić wszystko

Kości zostały rzucone

dziś wygrywam ja

z ironicznym uśmiechem

ściskam w dłoni resztki

wczorajszego zawahania

błyskiem oka manipuluję

konglomeratem słów

poczekaj

pomińmy zasady gry

schematyczność

budzi we mnie odrazę

czołgam się

między konwenansami

ścierając kolana

indywidualności

jeszcze tylko raz

pozwól mi rzucić

może…

może znów się uda

zdmuchnąć papierowe ludziki

oddechem stanowczości

Kości zostały rzucone

i nie ma odwrotu

Nowy stary ateizm

Trochę to smutne, gdy słyszy się w polskich mediach, że takie osoby jak pan Biedroń, czy pani Grodzka są wizytówką Polski. Rzeczywiście, to bez wątpienia postacie, którymi możemy się chlubić, jak również wartości, jakie reprezentują…
Gdy usłyszałem taki komentarz wypowiedziany ustami jednego z zacnych redaktorów pomyślałem sobie, że wpisuje się on doskonale w powszechna rewolucję, która od jakiegoś czasu zalewa Europę i do której powoli Polska zaczyna się dostosowywać, tym bardziej, że w nagłaśnianie tej rewolucji angażują się z zapałem media, które agresorów przedstawiają w roli ofiar, zaś tych, którzy maja odwagę się im oprzeć i ich skrytykować w roli napastników. Życie pokazuje jak łatwo wpaść w takiej sytuacji w kolejną skrajność i za jedyny punkt widzenia przyjąć sposób patrzenia na rzeczywistość przez mniejszości. A to tylko pierwszy krok, aby uczynić z tego prawo najpierw wprowadzone przez polityków a potem egzekwowanie przez sędziów. Kiedy się to stanie, dostosuje się do tego sposobu patrzenia programy wychowawcze itd.
„Jednym z poręcznych narzędzi służącym do tresury – pisze Paweł Lisicki w artykule „Trybiki lewackiej rewolucji” – jest chociażby wprowadzenie zakazu mowy nienawiści” . W Szwecji, którą udało mi się odwiedzić w czasie ostatnich wakacji sąd za taką mowę nienawiści uznał zacytowany przez jednego z pastorów fragment Listu św. Pawła Apostoła  do Koryntian: „Nie łudźcie się! Ani rozpustnicy, ani bałwochwalcy, ani cudzołożnicy, ani rozwięźli, ani mężczyźni współżyjący ze sobą,  ani złodzieje, ani chciwi, ani pijacy, ani oszczercy, ani zdziercy nie odziedziczą królestwa Bożego.” ( 1 Kor 6:9-10 ), nakazując mu przeprosić urażonych przedstawicieli mniejszości gejowskich i zapłacić równowartość 10 tys. euro na cele charytatywne.

Zastanawiam się czy to już znaki końca o jakich mówi Jezus w dzisiejszej Ewangelii czy nowa fala wojującego ateizmu. 


Główna teza ateizmu jest w każdym czasie ta sama: Bóg nie istnieje, gdyż mnie potwierdza tego doświadczenie empiryczne.

17 stycznia 2008 r. papież Benedykt XVI miał wygłosić przemówienie na największym włoskim uniwersytecie La Sapienza. Na skutek protestów środowiska uniwersytetu, które dostrzegło w tym zamiarze zamach religii na wolność nauki, papież zrezygnował z przemówienia i ograniczył się jedynie do późniejszej publikacji tekstu. Incydent na La Sapienza, założonej nota bene przez papieża Bonifacego VIII, był jednym z rosnącej liczby epizodów odmawiających religii prawa do brania udziału w dyskusjach i do publicznej manifestacji. W styczniu 2009 r. w Londynie, a później w Barcelonie ruszyła kampania autobusowa z hasłami: Boga prawdopodobnie nie ma. Przestań się martwić i ciesz się życiem. Hasła prowokujące religijne reakcje, takie jak Fundacji Giordano Bruno: Czy jeszcze wierzysz, czy już myślisz?, są elementem kampanii nowej fali ateizmu, którego przedstawiciele postanowili wyjść z cienia. Ubiegłoroczny incydent z krzyżami we włoskiej szkole jest kolejnym przykładem ruchu, który również w Polsce inspiruje zachowania naśladownicze.

Nowy ateizm jest fenomenem najpierw publicystycznym. Książki głównych przedstawicieli nurtu (Dawkins, Dennett, Harris, Onfray, Hitchens) w wielu krajach stały się bestsellerami i co ciekawe, wszystkie z nich zostały szybko przetłumaczone na język polski. W czasach gdy kościoły w Europie rzadko propagują ducha misjonarskiego, krucjatę szerzenia „nowej (anty)wiary” przejął ateizm. Jego konfrontacja z religią nie zakłada dialogu, ale kapitulację tejże. Zamiar wymazania symboli, języka czy zwyczajów religijnych skierowany jest głównie na religie monoteistyczne, które oskarżone zostały o bezprzykładną hipokryzję, fałsz, skłonność do przemocy i nadużyć; w sumie o wszelkie zło świata.

Pierwsza teza nowego ateizmu: Nie ma Boga     

                               

Główna teza ateizmu jest w każdym czasie ta sama: Bóg nie istnieje, gdyż nie potwierdza tego doświadczenie empiryczne. Wiara w Boga jest możliwa tylko za cenę abdykacji rozumu. Doświadczenie religijne nie ma żadnej wartości poznawczej. Modlitwa jest tym samym, co opisana przez psychologię praktyka mówienia do samego siebie, komunikacja z własnym alter ego. Biorąc ów argument w całej powadze, na jaką zasługuje, społeczność wierzących powinna wyrazić ubolewanie ze względu na krnąbrność Stwórcy, który nie pozwala się ująć metodom naukowym i nie poddaje się eksperymentom najwybitniejszych ze swoich stworzeń, które już od czasów Oświecenia, czyli od ponad 300 (!) lat pracują nad wyzwoleniem ludzkości z okowów mitów i przesądów. Pomysł Boga, by poznawać Go w ciszy, by upokorzyć się przed Jego majestatem, by się – o zgrozo – nawrócić, by wreszcie zgodzić się na niepojętą Tajemnicę, jest doprawdy oburzający. Jeśli rzeczywistość jest inna niż zakładamy, to tym gorzej dla rzeczywistości, mawiali sowieccy specjaliści od naprawiania świata. Ateizującym pisarzom zafascynowanym rewelacyjnymi odkryciami można próbować pokazać, że w tradycji duchowej świadomość różnic między mówieniem do siebie a modlitwą do Boga znana jest od pierwszych wieków chrześcijaństwa (by za daleko nie sięgać). Ojcowie Pustyni przedstawiają bardzo jasne, nierzadko subtelne kryteria rozróżnienia. Nauka i religia są nie tylko różnymi formami postrzegania (zresztą komplementarnymi), ale odpowiadają na inne pytania. W przypadku religii są to zagadnienia moralnego życia, etycznej odpowiedzialności, winy i pojednania, cierpienia i śmierci czy lęku i zaufania. Już Immanuel Kant, który w drugiej połowie XVIII wieku zakwestionował tradycyjne dowody na istnienie Boga, zauważył, że nie ma sprzeczności między wiarą a wiedzą, lecz obie posiadają odmienne logiki, które paralelnie systematyzują naszą wiedzę o świecie.

Druga teza nowego ateizmu: Religia to trucizna



Lista zarzutów pod adresem religii i instytucji kościelnych jest imponująca, tyle że wybiórcza i jednostronna. Problem historycznych uwikłań religii można pozostawić historykom i socjologom. Jednak w kontekście współczesnych praktyk usuwania znaków religijnych z przestrzeni publicznej czy raportów, które od wielu lat wskazują na powszechne prześladowania chrześcijan (za wiarę co 3 minuty ginie na świecie jeden chrześcijanin), zastanawiające są głośne apele ateistów, oskarżających religie o powszechne praktyki nietolerancji, obskuranctwo i bycie hamulcem rozwoju. Pewnym zgrzytem może być fakt dużej renomy szkół katolickich na całym świecie oraz wierzących naukowców czy polityków. Ten kłopotliwy szczegół dał się jednak rozwiązać najlepszą metodą – przemilczeniem. Podobnie rzecz się ma z oceną cywilizacyjnej roli chrześcijaństwa czy świadectwami wierzących, którym wiara przywraca siły, daje życie, otwiera oczy, których uzdrawia i uzdalnia do przekraczania siebie. Ateiści chętnie zajmują się biblijną egzegezą, odkrywając znaczenia, na które ludzie Kościoła i bibliści byli dotąd ślepi (jak można wnioskować po odkrywczym tonie pism wspomnianych wyżej autorów).

Przykładowo, starotestamentalny Jahwe doczekał się zbioru epitetów, z których „okrutny” i „dyktator” należą do łagodniejszych. Czytający Biblię od początku do końca zauważą jednak, że Bóg w Starym Testamencie przedstawiany jest na dwojaki sposób, ale głównym obrazem jest miłosierny, kochający Ojciec. Dodatkowo, w tym sporze o identyfikację biblijną, dla chrześcijan pierwszym punktem odniesienia jest Jezus Chrystus i Nowy Testament. Do tego należałoby dodać niezliczone traktaty teologiczne, łącznie z dzieła mi najbardziej wpływowych teologów XX wieku, takich jak Rahner, Balthasar czy de Lubac, a także dokumenty Soboru Watykańskiego II, które w żadnym miejscu nie implikują istnienia zła w Bogu. Ale niektórzy wiedzą lepiej.

Trzecia teza nowego ateizmu: Nauka ci wszystko wyjaśni



Ateiści, którzy w zgodzie z poczuciem własnej wartości, dla odróżnienia od „innych” zawsze przedstawiają się jako „racjonaliści” i „humaniści”, każdą ze swoich tez opatrują stemplem „naukowa”. Autorytet nauki ma być pozytywną opozycją dla nienaukowej, a zatem nieracjonalnej wiary. Tymczasem chrześcijanie wcale nie zajmują pozycji na przeciwległym biegunie (choć tak są przedstawiani), ale proponują syntezę wiary i nauki. Dawkins i inni nie rozumieją tej dyferencjacji i przypisują nauce quasi-religijną funkcję, jako „teorię wszystkiego”, co dla każdego rzetelnego naukowca metodycznie i teoretycznie jest niepoważnym roszczeniem. Dla każdego, kto orientuje się w historii jakiejkolwiek dziedziny naukowej, z jej zmiennością i tymczasowością twierdzeń, nauka jako teoria wyjaśniająca wszystko jest ostatecznie projektem w pełni naiwnym. Jeśli Dawkins uprawia naukę ostateczną, niezmienną i bezbłędną, to z pewnością dokonał przełomu na skalę nieznaną dotąd w historii. O rzetelność i naukowy standard obiektywizmu nie warto się nawet upominać. Nowy ateizm przedstawia projekt globalnej, uniwersalnej etyki, wolnej od „religijnych przesądów”, a tym samym od przemocy (!) i wykorzystywania innych. Jest to bardzo atrakcyjna wizja, która z pewnością powinna przemówić do wszystkich, którzy nic nie wiedzą o historii lub zapadli na amnezję. Trudno oprzeć się wrażeniu, że „wszystko to już było”.

Krucjaty wyparcia religii z kultury i obietnica stworzenia nowej, rozumnej, etycznie doskonałej formy życia społecznego stanowiły zasady m.in. projektu, który w swoim „naukowym” opracowaniu usiłowali wprowadzić w życie po 1917 r. nasi sąsiedzi. Oba projekty zasadniczo nie różnią się i trudno byłoby udowodnić, że mamy dziś do czynienia z nowym kierunkiem. Na ateistycznym obrazie obietnicy namalowanym pędzelkami z najlepszego włosia intelektu, brakuje tylko motylków. Niestety, próby urzeczywistniania utopii nigdy nie sprowadzały się jedynie do akademickich dyskusji. Paradoksalnie, tylko religia dysponuje pojęciami, które mogą zdemaskować wilka przychodzącego w owczej skórze, nawet jeśli jest to bardzo pogodny wilk i ładnie się wysławia.

Czwarta teza nowego ateizmu: Fundamentaliści wszystkich krajów łączcie się



Ateiści nowej fali nie różnią się mentalnie od religijnych fundamentalistów. Obie grupy potrzebują się nawzajem i obie korzystają z podobnego arsenału argumentów, w którym wszystko jest z góry przesądzone i nie ma potrzeby konfrontowania własnego stanowiska. Obie grupy dysponują porównywalnym poziomem agresji i chęci unicestwienia przeciwnika. Wykluczanie a priori religii ze sfery poznania ludzkiego ma tyle wspólnego z nauką, co literalne odczytywanie Biblii z Objawieniem.

Ateizm i co dalej?…



Czego można się spodziewać po dalszym rozwoju ateizmu? Nie pretendując do posiadania wglądu w przyszłość, można stwierdzić, że ateizm, szukając kozła ofiarnego w religii, mimo używania wyrafinowanego języka, jest dziedziną ignorancji i infantylizmu. Dlatego bardzo łatwo przyjdzie mu popaść w radykalizację postaw.

Już dziś jego język zdominowany jest agresją i fanatycznymi roszczeniami do posiadania całej prawdy. Podczas gdy religie mówią z pokorą o depozycie prawdy, gdzie sankcją za jej sprzeniewierzenie jest sam Stwórca, ateiści sami dla siebie są sankcją, a nie uznając granic racjonalności, będą przekraczać wszelkie granice, sięgając po coraz bardziej wyrafinowany terror wobec religijnych symboli, zwyczajów, poglądów, a wreszcie ludzi. Kierunek tej „awangardy humanizmu” jest przewidywalny. Otóż niemożliwe jest przejście od oskarżenia religii o wszelkie zło świata, morderstwa i gwałty, o zatrucie umysłów i nekromancję – do pokojowego współistnienia lub ograniczenia się do jedynie akademickiej walki w warunkach demokracji. Kaliber oskarżeń implikuje bowiem jedyną możliwą sankcję, tj. eksterminację (np. Kościół nie może mieć żadnych praw, nawet do własności; dzieci nie wolno uczyć religii; nie wolno stosować religijnych argumentów w dyskusjach o moralności itp.).



Skoro Biblia jest dla ateistów czytelną instrukcją ludobójstwa, niewolnictwa i metody zapanowania nad światem, nie mogą zgodzić się na tolerowanie chrześcijan. Jeśli dzisiaj wnioski te mogą się wydać fanaberią i brzmią paranoidalnie, jutro mogą znaleźć swoje „racjonalne”, „zdroworozsądkowe”, „zgodne z najświetniejszą tradycją Oświecenia” racje. Chrześcijaństwo nieraz występowało przeciw „wysokiej kulturze” elit, do jakiej dziś samozwańczo zaliczają się ateiści. Ta rola przypadła nam również i dzisiaj, choć któż nie wolałby żyć w cywilizacji szacunku i pokoju. Ale wiara denerwuje i prowokuje tych najbardziej wrażliwych na dobro człowieka.