Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Będziecie sądzeni z miłości!

Pozwólcie, że pozostanę jeszcze przez chwilę w nurcie miłości…


Dobiega końca ostatnia niedziela roku liturgicznego. Coś się skończy, coś się zaczyna…
Zanim jednak rozpoczniemy za tydzień Adwent – jak już niejednokrotnie wspomniałem mój ulubiony okres w ciągu roku, bo pomimo wielości pracy jego charakter pozwala nam – używając języka Mertona – celować nie ku wyżynom lecz ku głębinom…
Mam nadzieję, że uda nam się także uczynić coś w tym kierunku. Przeszło mi dzisiaj przez myśl, że może udałoby się w Adwencie na łamach bloga zamieścić coś w rodzaju rozważań rekolekcyjnych. Oczywiście na kanwie mojego ulubionego pisarza i duchowego guru Thomasa Mertona. A przy okazji polecam serdecznie jego nowa i niezwykłą książkę, której zawartość po raz pierwszy pojawia się w języku polskim:

 „Życie w listach” to ponad 400-stronicowy wybór korespondencji z przyjaciółmi Mertona. A przypomnę, że miał wśród nich niezwykłe postacie, wśród których są tacy jak Jan papież XXIII, Karl Rahner, Erich Fromm czy Czesław Miłosz.  Myślę, że to niezwykła lektura na czas Adwentu, odsłaniająca nam Mertona, w którym do końca życia mnich siłował się z literatem, choć jego wybór był tak naprawdę zdecydowany: „Chcę być zapomnianym i nieznanym świętym, ukrytym jedynie w Bogu” – pisał.


Póki co jednak zanim rozpoczniemy Adwent, chciałbym się na chwile jeszcze zatrzymać nad tematyka dzisiejszej niedzieli.


„Zagubioną odszukam, zabłąkaną sprowadzę z powrotem, skaleczoną opatrzę…”. Bóg jest dobrym pasterzem, to znaczy zatroskanym ojcem, który opiekuje się swoimi dziećmi. Ojcostwo możemy rozumieć jako bliskość bycia z najbliższymi i troskę o nich. Każdy z nas nosi w sobie pewien obraz Boga. Trzeba, byśmy skonfrontowali nasz prywatny wizerunek Boga z tym, jaki ukazuje nam Biblia. Bóg sam mówi o sobie, sam się nam „przedstawia”.
To niezmiernie ważne, byśmy nie nosili w sobie Jego fałszywego obrazu, byśmy nie budowali naszego życia religijnego, duchowego, a także życia społecznego, wspólnotowego na fundamencie fałszywym. Tu jest źródło wielu naszych frustracji, a także lęków religijnych. Zapytajmy samych siebie: jaki jest obraz Boga, w którego wierzę, jaki obraz Boga w sobie pielęgnuję? Może uczciwa odpowiedź wyprowadzi nas z owego zafałszowania albo z codziennego „ciepełka” i pseudospokoju? To będzie trochę a może i bardzo bolało, ale naszym zadaniem jest stałe demaskowanie fałszywych bogów i fałszywych religii, które sami sobie zresztą nieraz fundujemy.
Prorocy, tak jak dziś Ezechiel, wyprowadzali ludzi z ich zastałych sposobów patrzenia i myślenia. Dla nas też wiara musi stać się przekonującą odpowiedzią na żywe problemy, przed którymi stajemy każdego dnia. Tylko wtedy ma sens. Tylko wtedy możemy powiedzieć, że jest żywa.
Dzisiejsza Ewangelia przynosi kolejne pouczenie na temat tego, w jaki sposób Bóg patrzy na nasze życie. Jak nas będzie sądził? Odpowiedź zawarta w dzisiejszym tekście ma dla nas fundamentalne znaczenie. Chodzi o końcowy bilans wszystkich istnień: Sąd ostateczny. Jak Bóg postąpi wobec tego olbrzymiego ludzkiego kramu? Czy jak komputer będzie w nieskończoność analizował te wszystkie epopeje, dramaty, powieści? Czy będzie przeprowadzał długie procesy, aby rozważyć wszystkie za i przeciw? Jezus mówi o czymś zupełnie innym i być może zaskoczeni będziemy szybkością dokonania podziału, jednoznacznością motywów wyroku i prostotą orzeczenia: „Byłem głodny, dałeś mi jeść, wejdź do radości”.
Spójrzmy najpierw na kontekst sceny: jest to ostatnie nauczanie Jezusa i Jego ostatnia próba postawienia nas wobec tego, co najistotniejsze. Ileż razy zwracał uwagę na niebezpieczeństwo bycia człowiekiem niezdecydowanym, w wyobraźni rozkoszującym się pięknymi czynami, których dokona… i których ostatecznie nie dokonuje.
Jezus zna naszą skłonność do unikania konkretnych wymagań miłości i uciekania w długie dysputy i piękne ideały. Jak często potrafimy pięknie mówić o miłości, o szukaniu Chrystusa: „Wystarczy kochać… Żyć miłością… Jak spotkać Boga w naszych braciach… Jak dostrzec Chrystusa w najuboższych…”. Świetnie, doskonale. Gorzej, gdy przychodzi to zrealizować w czynie.  Ale przyjdzie dzień, kiedy nadzy, bez okrycia słów, staniemy wobec naszych czynów i będziemy musieli odpowiedzieć na konkretne pytanie: >>Czy uczyniłeś coś, czy nie, kiedy człowiek albo jakaś społeczność potrzebowali twojej pomocy?<< Oto linia podziału między błogosławionymi i przeklętymi, oto prawdziwy ciężar ludzkiego życia i jego sąd na wieczność…
–Ty chwytałeś każdą okazję, żeby pomóc: wejdź do królestwa… A ty uchylałeś się od czynów: więc odejdź ode Mnie.
–– Ależ Panie, ja naprawdę chciałem Ciebie spotkać, żyć z Tobą, żyć Tobą.
–– Co uczyniłeś dla moich braci?
–– Przysięgam Ci, że gdybym wiedział, że…
–– Ale co uczyniłeś?
Ilekroć marzymy o tym, żeby spotkać Jezusa, przed naszymi oczyma powinny rozbłysnąć, niczym świetlna reklama, słowa Mateusza 25,40, na których rozgrywa się nasze życie: „Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili”.
Wspaniałość opisu tego Sądu powinna nam uświadomić wartość najmniejszego nawet gestu miłości. Będziemy sądzeni z miłości! Na końcu liczyć się będzie tylko jedno: to, co naprawdę uczyniliśmy, aby przyjść z pomocą ludzkiemu nieszczęściu. Klasyczną listę przedstawioną przez Jezusa można oczywiście wydłużać tak długo, dopóki pozwoli nam na to wyobraźnia miłości: >>Byłem analfabetą, a nauczyłeś mnie czytać… Byłem niepełnosprawny, a ty jako architekt pomyślałeś o dostępnych dla mnie pomieszczeniach… Byłem uchodźcą, a ty mnie przyjąłeś…<<
To są jedyne drogi, na których możemy spotkać Chrystusa Króla. Jego Królestwo jest światem ludzi potrzebujących miłości i ludzi miłość niosących. Tylko żyjąc miłością możemy urzeczywistniać Jego królestwo…

Omnia vincit amor

Medytacja uczy nas trudnej sztuki modlitwy sercem, bez słów, gdyż  lepiej modlić się sercem,  bez słów niż słowami bez serca.   


Gdybym mówił językami ludzi i aniołów,
a miłości bym nie miał,
stałbym się jak miedź brzęcząca
albo cymbał brzmiący.
Gdybym też miał dar prorokowania
i znał wszystkie tajemnice,
i posiadał wszelką wiedzę,
i wszelką [możliwą] wiarę, tak iżbym góry przenosił.
a miłości bym nie miał,

byłbym niczym. 
I gdybym rozdał na jałmużnę całą majętność moją,
a ciało wystawił na spalenie,
lecz miłości bym nie miał,
nic bym nie zyskał.
Miłość cierpliwa jest,
łaskawa jest.
Miłość nie zazdrości,
nie szuka poklasku,
nie unosi się pychą;
nie dopuszcza się bezwstydu,
nie szuka swego,
nie unosi się gniewem,
nie pamięta złego;
nie cieszy się z niesprawiedliwości,
lecz współweseli się z prawdą.
Wszystko znosi,
wszystkiemu wierzy,
we wszystkim pokłada nadzieję,
wszystko przetrzyma.
Miłość nigdy nie ustaje,
[nie jest] jak proroctwa, które się skończą,
albo jak dar języków, który zniknie,
lub jak wiedza, której zabraknie.
Po części bowiem tylko poznajemy,
po części prorokujemy.
Gdy zaś przyjdzie to, co jest doskonałe,
zniknie to, co jest tylko częściowe.
Gdy byłem dzieckiem,
mówiłem jak dziecko,
czułem jak dziecko,
myślałem jak dziecko.
Kiedy zaś stałem się mężem,
wyzbyłem się tego, co dziecięce.
Teraz widzimy jakby w zwierciadle, niejasno;
wtedy zaś [zobaczymy] twarzą w twarz:
Teraz poznaję po części,
wtedy zaś poznam tak, jak i zostałem poznany.
Tak więc trwają wiara, nadzieja, miłość – te trzy:
z nich zaś największa jest miłość.
1 Kor 1, 1-13

   

Czy miłość w zestawieniu z wiarą i nadzieją jest zawsze „naj…” jak chce tego św. Paweł? Z całą pewnością żadna z nich nie istnieje z osobna, ale czy możemy wyróżniać jedną z tych cnót kosztem innych? I dlaczego to właśnie miłość z tych trzech ma być największa? Potrzebna jest nadzieja na to, że miłość zapuka do serca. Potrzebna jest wiara w to, że w nim przetrwa. Czy zatem wiara i nadzieja mogą istnieć bez miłości? Wszystko wydaje się jednocześnie takie oczywiste a zarazem takie trudne i niepojęte…






myślałeś
– jestem mocnym człowiekiem
kiedy przyjdzie miłość
obronię się przed nią


teraz
stoisz bezbronny
miłość weszła do twego serca
i domaga się obecności
bez której kiedyś potrafiłeś żyć


w milionowym tłumie
miłość potrafi odnaleźć człowieka
który w jednej chwili
może stać się
całym światem
bez którego szczęście jest niemożliwe


miłość potrafi pokonać
najmocniejszych


Bez miłości oddech to tylko tykanie zegara.


Medytując uczę się oddychać miłością…

Nad przepaścią



Ponoć dawno nie było tu już żadnego wiersza, wiec proszę…




Gdzieś nad przepaścią olbrzymiej góry lęku stoję

Rozmazany rzeką wspomnień

Na granicy rozumu odnajduję swe marzenia!

Gdzieś w oddali zamazana czyjaś postać -odbicie smutku 

Droga do gwiazd przez bagno życiowych klęsk

Serce uwięzione na dnie piekła posypane złotym pyłkiem przeszłości 

Cień miłości na dnie oceanu niespełnionych  marzeń

Wiem, jestem tylko nieproszonym gościem

Jednym z wielu pospolitych adaśków









Magia czy Ewangelia – refleksje po konferencji

We wtorek i środę miałem przyjemność uczestniczyć w pewnej konferencji naukowej. Nie była z założenia religijna, choć można było tu i ówdzie zobaczyć twarze księży i sióstr zakonnych. Zasadniczo dotyczyła współczesnych niebezpieczeństw czyhających na młode pokolenie Polaków. I jakież było moje zaskoczenie, gdy na tejże sensu stricto świeckiej konferencji pojawiły się dwa tematy jakby nie z tego ogródka i to potraktowane bardzo po… chrześcijańsku. Pierwszy z nich dotyczył zabobonu, drugi samej magii. O pierwszym z nich mówiła pewna pani doktor w kontekście kulturowym, o magii zaś ksiądz katolicki (sic!) i to na dodatek egzorcysta.




No właśnie, może warto zadać sobie pytanie: Ilu chrześcijan miesza to, co święte z tym, co zabobonne, zupełnie bez rozeznania sprzeczności między tymi dwoma…


Słowo zabobon pochodzi z łaciny superstitio i oznacza bezprawne przedkładanie jednej rzeczy nad drugą. Odnosi się to do wszystkich form werbalnych i praktyk podobnych do świętych rytuałów, jak rów­nież do postaw, które przenosi się nad autentyczną praktykę religijną powodując jej zanik.


W encyklopedii czytamy: Zabobon, wierzenie lub praktyka o charakterze religijnym pozostająca w sprzeczności z powszechnie obowiązującym albo uznawanym w danej społeczności kultem.

Najczęściej jest pozostałością dawnego systemu wierzeń, uważanego za przestarzałe formy magii, przejawy ciemnoty i zacofania (tak traktowano „pogańskie” wierzenia dawnych Słowian po wprowadzeniu w Polsce religii chrześcijańskiej).

Nazwa zabobon pochodzi od tzw. bobonienia – niewyraźnego, mrukliwego sposobu wypowiadania słów przez wróżbitów w trakcie obrzędów kultowych.

„Cała socjologia kultury bada zjawisko przesądu, ponieważ jest on bardzo ważnym elementem naszego funkcjonowania społecznego” – pisze dr Cezary Kalita, socjolog z Uniwersytetu Przyrodniczo-Humanistycznego w Siedlcach.
Kiedyś nad drzwiami swojego gabinetu Niels Bohr, wybitny duński fizyk i laureat Nagrody Nobla, powiesił podkowę. Studenci zapytali: „Panie profesorze wierzy pan w takie przesądy?” Na co Bohr odpowiedział: „Ja osobiście w to nie wierzę. Ale powiedziano mi, że podkowa przynosi szczęście nawet tym, którzy w to nie wierzą”. Ten przykład świetnie ilustruje siłę przesądu.

Skąd biorą się zabobony? Źródłem jest przede wszystkim kultura. Drugi czynnik to tradycja. Przesądy są przekazywane z pokolenia na pokolenia, czego nie zawsze jesteśmy świadomi. – Każda kultura wytwarza obiekty kultu, ponieważ musi podzielić świat na tzw. sacrum i profanum, czyli na rzeczywistość uświęconą, duchową, niezwykłą i codzienną.
Co może być przedmiotem kultu? To zależy od stopnia rozwoju cywilizacyjnego, np. w kulturach animistycznych przedmiotem świętym, uduchowionym może być wszystko: drzewo, góra, włócznia, garnek. Oczywiście możemy obserwować rozwój religijny od najprostszych form obecności duchów w przedmiotach, poprzez wytwarzanie antropomorficznych form wielobóstwa (np. mitologia grecka) do monoteizmu. Ale pamiętajmy, że formy wcześniejsze, mimo że są zastępowane przez bardziej wyrafinowane, to jednak nie giną całkowicie, np. dzisiaj, jeśli ktoś kichnie, mówimy mu „na zdrowie”. To pozostałość po czasach zarazy, kiedy taki objaw mógł oznaczać nadejście epidemii, stąd lepiej było temu zapobiec dobrym słowem, które jak wierzono miało magiczną moc.


Problem pojawia się wtedy, gdy sacrum miesza się z zabobonem (czyli profanum)

Choć uważa się, że przesądy są dziedzictwem przeszłości, to i na naszych oczach rodzą się zabobony. Na portalach internetowych związanych ze ślubem przyszłe panny młode piszą, że nie wierzą w przesądy, ale… nie pokażą się przed ceremonią narzeczonemu w sukni ślubnej, bo to może przynieść pecha. Przestrzegają, aby w kieszeni pana młodego nie zabrakło drobnych, bo w przeciwnym razie czeka ich ubóstwo.

Z kolei na forach związanych z ciążą i macierzyństwem żalą się młode kobiety, że ich matki, teściowe radzą, aby nie kupowały przed porodem ubranek dla dziecka, bo to grozi poronieniem. Powtarzają im również, że nie powinny przechodzić pod sznurami z rozwieszoną bielizną, aby maluch nie przyszedł na świat owinięty pępowiną. A gdy już dziecko głośnym krzykiem oznajmi, kto teraz grać będzie w rodzinie pierwsze skrzypce, do jego wózka należy przyczepić koniecznie czerwoną kokardkę, która zabezpieczy przed złymi urokami.

W kościołach natomiast można znaleźć rozłożone na ławkach kartki z przepisanym ręcznie lub powielonym na ksero następującym tekstem: „Nowenna do św. Judy Tadeusza w zupełnie beznadziejnych przypadkach” Sama nowenna i modlitwa do św. Tadeusza z pewnością nie jest zła, gorzej, gdy zaopatrzona jest w komentarz typu:  „Ta nowenna musi być odmawiana jako modlitwa 6 razy dziennie konsekwentnie w ciągu 9 dni. Dziewięć egzemplarzy tej nowenny musi każdego dnia zostać wyłożonych w jakimś kościele. Sprawa, w intencji której jest odprawiana nowenna, zostanie wysłuchana najpóźniej w dziewiątym dniu nowenny, jeżeli nie wcześniej i jeszcze nigdy nie zdarzyło się, aby nie została wysłuchana”.


Kolejny raz ktoś dał się przekonać zapewnieniom, że drobiazgowe spełnienie pewnych warunków pozwoli mu na pewno i w ściśle określonym czasie osiągnąć to, czego pragnie. Ktoś znalazł zapewnienie o skuteczności, jakiej nikt mu wcześniej nie gwarantował. Ów człowiek, zapewne katolik, nie zdaje sobie sprawy, że tekst, który skrupulatnie przepisał, ma charakter magiczny. Pozostawione w kościele egzemplarze nowenny znikają dość szybko, niekiedy za sprawą pana kościelnego lub czujnego duszpasterza. Gdy jednak któraś z kolejnych dziewięciu karteczek dostanie się w ręce kogoś podatnego na takie zapewnienia, znajdzie w nim następnego „wyznawcę”. To on z kolei będzie przepisywał tekst dziewięć razy przez dziewięć dni i podrzucał do kościoła. Łańcuszek, bynajmniej nie ludzi dobrej woli, ale zabobonu i magicznego myślenia, będzie się dalej rozwijał, zaś problem pomieszania religii i magii po raz kolejny okaże się aktualny.


Niestety wciąż wielu chrześcijan miesza to, co święte z tym, co zabobonne, nie widząc w tym nic złego. Ks. Dario Betancourt w książce „Wstań i chodź” napisał: Pewnego razu byłem w sklepie, w którym sprzedawano przedmioty religijne, tzw. dewocjonalia. Pierwszą rzeczą, jaką zaobserwowałem zaraz po wejściu do tego sklepu, był obraz Maryi udekorowany światełkami fluorescencyjnymi. Pochwaliłem właściciela sklepu za jego szczególne oddanie Maryi. On zaś powiedział mi, że modli się do Niej, prosząc o opiekę. Wychodząc ze sklepu, zauważyłem na drzwiach zawieszony czosnek i podkowę. Zapytałem właściciela: «Co to znaczy?» «To są przedmioty, które przynoszą szczęście» – odpowiedział. Patrząc na obraz Maryi, powiedziałem mu: «Dlaczego trzymasz ten obraz tutaj?». «Aby mieć więcej szczęścia» – odpowiedział właściciel.

W mniemaniu większości katolików przesądy nie kłócą się z wiarą w Boga. Raczej interpretują je jako pewne dodatkowe zabezpieczenie, „ot tak na wszelki wypadek”. Pamiętajmy, że nasz katolicyzm jest silnie zakorzeniony w kulturze ludowej, a tam przesądy czy zabobony zawsze odgrywał istotą rolę.

Istnieją dwa rodzaje zabobonów:
a) zabobon sensu stricto, kiedy rzeczy, które się wyko­nuje, mają jakiś związek z praktykami religijnymi taki­mi jak np. modlitwa, gesty, błogosławieństwa;


  b) zabobon rzeczowy i sytuacyjny, kiedy te same rze­czy lub podobne wykonuje się bez łączenia ich z modlitwami lub praktykami religijnymi. Przykładem tego może być np.

  • powtarzanie jakiejś modlitwy określoną ilość razy gdyż w przeciwnym wypadku grozi jakieś nieszczęście;
  • traktowanie recytacji modlitw w określonej liczbie, w określone dni roku, czy tygodnia, jako niezawodny środek na uwolnienie takiej samej ilości dusz z czyśćca;
  • recytowanie modlitw z życzeniem, aby temu, komu życzymy źle, stało się coś złego;
  • pogląd, że woda święcona zebrana potajemnie z ja­kiejś liczby kościołów (np. siedmiu) jest skuteczna;
  • odmawianie modlitw na skrzyżowaniach dróg w okre­ślonych godzinach dnia lub nocy;
  • odmawianie samemu lub przez inne osoby różnych dziwnych modlitw w domach lub dokonywanie błogo­sławieństw z litaniami, przy użyciu świec, krucyfiksów w różnych kolorach, z zastosowaniem różnych substan­cji i kolorowych tasiemek.

  W tej szczególnej formie zabobonów sensu stricto na­leży zwrócić uwagę na rytuały, znaki religijne i akty kul­tu. Rzeczywiście, sam Kościół zaprasza nas do ich wy­konywania. Mają one bowiem, odmawiane z wiarą i ufnością, zbliżać nas do Boga i do łączności z Nim. Natomiast wykonywane w błędnym nastawieniu wewnętrznym mogą stać się zabobonem. I to właśnie (przypominają nam biskupi z Toscanii w dokumencie zatytułowanym „Co dotyczy magii i demonologii”) zda­rza się wtedy, kiedy „wierzący jest świadom, że stosuje gesty chrześcijańskie, poprzez które wie, że działa Bóg i Jego łaska, lecz na płaszczyźnie emocjonalnej działa w nim pewna postawa magiczna, związana jedynie z pragnieniem osiągnięcia czegoś lub ucieczką od ja­kiejś nieosobowej siły, której się boi”.
Jest to niebezpieczeństwo, przeciwko któremu ani księża ani wierni nie są zabezpieczeni. Dlatego wszyscy są zaproszeni przez toskańskich biskupów „do sta­łego odkrywania sensu autentycznego «rytuału Kościoła», na bazie pełnej dojrzałości wiary i rzeczywistej zgod­ności między tym, w co się wierzy, co się celebruje a jak się postępuje w życiu. Istnieje bowiem nierozerwalny związek pomiędzy wiarą, kultem a byciem chrześcijaninem”.



Można także mówić o tzw. zabobonach rzeczowych lub sytuacyjnych. Z tym rodzajem zabobonu spotykamy się wtedy, gdy ktoś przypisuje pewnym rzeczom moc, bazując na ich naturze. Moc, którą rzekomo te rzeczy powinny posia­dać, jest niezależna od tego, jakie są działania człowie­ka. Ten zaś konsekwentnie uzależnia od niej swoje za­chowanie. Kto praktykuje takie zabobony, myśli, że nawet poprzez kontakt z określonymi rzeczami przywo­łuje szczęście lub też nieszczęście. Jego działanie ogra­nicza się do prób wejścia w kontakt z tym, co przynosi szczęście (np. jakiś amulet) i unikania tego, co przynosi nieszczęście (np. nie podróżuje w określone dni, nie wy­najmuje w hotelu pokoju o numerze 13 lub 17, unika spotkania z określonymi zwierzętami). Są to zatem rzeczy, które rzekomo mają przynosić nieszczęście, np:

  • czarny kot, który nam przebiega drogę;
  • spotkanie sowy;
  • przejście pod schodami;                  
  • zbić butelkę z olejem;               
  • rozbić lusterko;
  • założyć ręce jedna na drugą, kiedy ktoś się z nami wita;
  • rozłożyć parasol w domu;
  • położyć kapelusz na łóżku;
  • otrzymać w podarunku chusteczki;
  • trzymać nogi skrzyżowane, jeśli kobieta jest w ciąży lub też przyszywać guzik do ubrania w momencie, gdy ma się je na sobie;
  • kupić wózek dla dziecka jeszcze przed jego narodze­niem;



Czy wiara w przesądy to zatem poważny problem?

Katechizm Kościoła Katolickiego bardzo poważnie traktuje wszelkie zaklinanie rzeczywistości. W artykule 2138 czytamy, że zabobon „jest wypaczeniem kultu, który oddajemy prawdziwemu Bogu. Przejawia się on w bałwochwalstwie, jak również w różnych formach wróżbiarstwa i magii”. „Może on także dotyczyć kultu, który oddajemy prawdziwemu Bogu, na przykład, gdy przypisuje się jakieś magiczne znaczenie pewnym praktykom, nawet uprawnionym lub koniecznym. Popaść w zabobon (por. Mt 23, 16-22) – oznacza wiązać skuteczność modlitw lub znaków sakramentalnych jedynie z ich wymiarem materialnym, z pominięciem dyspozycji wewnętrznych, jakich one wymagają” (art. 2111).

Tak wielki nacisk oficjalnego nauczania Kościoła wynika z troski o to, by wyznawcy Chrystusa nie zatracili fundamentalnego zaufania pokładanego w Bogu. Tylko On może kierować przyszłością, a wszelkie praktyki magiczne i chęć panowania nad przyszłością są próbą sytuowania się na Jego miejscu. „Należy odrzucić wszystkie formy wróżbiarstwa: odwoływanie się do Szatana lub demonów, przywoływanie zmarłych lub inne praktyki mające rzekomo odsłaniać przyszłość. Korzystanie z horoskopów, astrologia, chiromancja, wyjaśnianie przepowiedni i wróżb, zjawiska jasnowidztwa, posługiwanie się medium są przejawami chęci panowania nad czasem, nad historią i wreszcie nad ludźmi, a jednocześnie pragnieniem zjednania sobie ukrytych mocy” (art. 2116).



Smutno to brzmi, w czasach, gdy do występujących w telewizji EzoTV dzwoni każdego dnia po kilkaset osób (wielu przyznających się do chrześcijaństwa) pytając wróżbitów i wróżki (skądinąd noszących często na piersiach symbole chrześcijańskie – medalik lub krzyżyk)  o swoja przyszłość. 


Kiedyś jedne z moich serdecznych przyjaciół Tadeusz Mokrzycki, będący swego czasu kierownikiem Dominikańskiego Centrum ds. Informacji o Sektach i Nowych Ruchach Religijnych z ciekawości dał do gazety ogłoszenie pod hasłem”wróżka – tanie wróżby w promocji”. I jakież było jego zdziwienie, gdy w przeciągu dwóch tygodni zatelefonowało do niego blisko sto osób, chcąc skorzystać z usługi wróżbity.

Okazuje się jednak, że zabobony to nie tylko problem religijny, gdyż ostatnie badania psychologiczne  nierzadko mówią o nich jako o jednej z form współczesnego zniewolenia umysłu.

Co bardziej uczciwi psychologowie (nie tylko chrześcijańscy) ostrzegają, że bezkrytyczna wiara w przesądy może być groźna. Wspomina o tym nawet XIX-wieczna encyklopedia Meyera, która mówi, że: „dwa uczucia rodzą przesąd, mianowicie strach i łapczywość, kierujące wyobraźnią i zniewalające rozum”.

Zdaniem obecnej na konferencji pani psycholog Elżbiety Trawkowskiej-Bryłki wiara w zabobony może w skrajnych przypadkach doprowadzić nawet do nerwicy natręctw czy fobii, ponieważ zdecydowanie ogranicza wolność człowieka, a przez to wymusza na nim pewne irracjonalne decyzje, które są podyktowane lękiem.
Takiego człowieka cechuje przekonanie (a więc wiara w to), że jeśli nie wykonamy pewnej magicznej czynności, to spotka nas nieszczęście, albo jeśli ją wykonamy, to zapewnimy sobie dostatek, powodzenie, zdrowie itd. Nasze myślenie o sobie, tym, kim jesteśmy i co chcemy osiągnąć, wpływa nie tylko na samopoczucie, ale na decyzje i ostatecznie na całokształt życia. Jeśli ktoś wierzy, że czarny kot może popsuć mu dzień, to tak się z pewnością stanie, bo człowiek ten będzie podświadomie szukał powodów do bycia nieszczęśliwym. Trudniej jest ze sprawdzaniem się przesądów zapewniających powodzenie i szczęście. Nie działają one tak „skutecznie”, ponieważ aby osiągnąć sukces, potrzeba wysiłku i pracy, a sama wiara w praktyki magiczne nie sprawi, że np. zdamy egzamin czy będziemy bogaci.



Na koniec warto przytoczyć kilka pytań i odpowiedzi udzielonych przez rzeczonego księdza egzorcystę – ks. Mariana Piątkowskiego, doświadczonego egzorcystę, byłego krajowego koordynatora egzorcystów:

Pytanie 1: Deklarujemy, że wierzymy w Boga. Tymczasem obok medalika nosimy na szyi talizman otrzymany od wróżbitów. Na pytanie, dlaczego wierzymy w zabobony i przesądy, najczęściej odpowiadamy, że to rozrywka, tradycja czy też część kultury.

Odpowiedź Ks. M. Piątkowskiego: Choć żyjemy w coraz bardziej cywilizowanym świecie, zabobony i przesądy wciąż mają się dobrze. Przykłady można mnożyć. Bez trudu spotkamy, zwłaszcza na wsiach, tych, co będą wiązać nowo narodzonemu dziecku czerwoną wstążeczkę, aby nikt go nie zauroczył. Inni będą odpukiwać w niemalowane drewno, by czegoś nie zapeszyć, nie podadzą ręki przez próg, zawrócą, widząc przebiegającego przez drogę czarnego kota, wierzą w feralne dni i moc amuletów, przepowiadają przyszłe wydarzenia na podstawie zachowania się przedmiotów martwych… Wielu z nas kieruje się przesądnym sposobem myślenia, bo dość mocno utrwalił się on w naszej świadomości, z czego niekiedy nie zdajemy sobie już nawet sprawy. Czy jednak godzi się być katolikiem i hołdować pogańskim zwyczajom? Dlatego istotną sprawą staje się ustalenie, co w życiu jest dla nas, zwłaszcza dla ludzi wierzących, ostatecznym punktem odniesienia. Tą ostoją powinien być po prostu Bóg, który kieruje losami świata. Wszystko jest w Jego ręku.

Pytanie 2: W czym tkwi niebezpieczeństwo wiary w przesądy i zabobony?

Odpowiedź Ks. M. P. Jest to forma okultyzmu, która niesie poważne zagrożenie dla wiary i życia chrześcijańskiego, a często także dla zdrowia, ciała, nerwów i psychiki. Potwierdzają to różne doświadczenia. Angażowanie się w okultyzm otwiera drogę złym duchom, których celem jest zerwanie więzi człowieka z Bogiem, a w konsekwencji doprowadzenie do duchowej śmierci.

Pytanie 3: Ludzie często stosują różne zabobonne praktyki nieświadomie bądź traktują je z przymrużeniem oka. Jak zareagować, kiedy zetkniemy się z taką sytuacją?

Odp. Ks. M. P. Pouczać. Jednak robić to roztropnie. Przypominać, że wiara nie może być szukaniem cudowności. Prawdziwy chrześcijanin nie powinien przejawiać zainteresowania tym, co ma charakter nadzwyczajny, fantastyczny, ciekawy.

Człowiek przyjmujący postawę zabobonną domaga się, aby bez względu na koszt, rzeczy miały się tak, jak on tego chce. Tymczasem wiara jest ufnym zdaniem się na wolę Boga, jakakolwiek by ona nie była. Jeśli człowiek nie jest w stanie zawierzyć się Mu bez domagania się, by być wysłuchanym w taki sposób, jak sam tego pragnie, wówczas zabobonem stają się wszelkie modlitwy-prośby o zdrowie, łaski.



Choć to i tak dużo jak na jeden wpis, niech mi będzie wolno na koniec przytoczyć fragment książki Pawła Pomianka, teologa, publicysta, autor książki pt. „Przesądy – nowe spojrzenie”.

Choć w dzisiejszych czasach może się to wydawać zaskakujące, ale codzienne życie, a także media przesycone są przesądami. Już od najmłodszych lat w programach dziecięcych czy bajkach pojawiają się rady, czego należy się wystrzegać, bo może przynieść pecha, a co przynosi szczęście. Trudno więc się dziwić, że później studenci niemal obowiązkowo zaginają ostatnią stronę w indeksie, a gdy spadnie na ziemię, nie pozwalają go podnosić, bo trzeba przecież najpierw przydeptać.

Bohaterowie wielu filmów czy seriali wielokrotnie przekazują sobie jakieś przedmioty, amulety, które mają przynieść szczęście. Prawdziwa psychoza panuje w mediach w piątek trzynastego. Pamiętam, że gdy kilka lat temu jechałem w tym dniu busem, w ciągu kilku godzin spiker prowadzący program w jednej ze stacji radiowych przy każdy wejściu wspominał o tym, że to piątek trzynastego i niemal odliczał godziny do końca tego dnia. Czasem można odnieść wrażenie, że to jakieś żarty, że to tak tylko, by było ciekawiej, choć nikt realnie w to nie wierzy. Ale znam wiele osób, które traktują przynajmniej niektóre przesądy bardzo poważnie.

Osobna sprawa to przesądy w języku komentatorów sportowych. Tutaj również aż roi się od koszulek na szczęście, szczęśliwych numerów czy – pewnie najczęściej – od powstrzymywania się przed wypowiadaniem pewnych słów, „żeby nie zapeszać”.

Oczywiście media promują też bardzo mocno przesądy związane z uroczystościami weselnymi, jak obsypywanie ryżem czy pieniędzmi, tłuczenie kieliszków, zwyczaje oczepinowe. W święta stacje telewizyjne z lubością przypominają wszelkie przesądne zwyczaje i ich znaczenie. Pytanie tylko, dlaczego zapominają o tak głębokiej i bogatej symbolice chrześcijańskiej.

Czasem mam wrażenie, że choć już ponad tysiąc lat minęło od chrztu Polski, to do dziś Polacy nie „wyrośli” z pogaństwa. A przecież wiara w jakiekolwiek przesądy stoi w absolutnej sprzeczności z wiarą w zbawiającego Jezusa Chrystusa, Bożą Opatrzność i katolickie dogmaty.



To tyle na teraz. o magii jeszcze będzie. Bardziej ambitnym polecam książkę ks. prof. Romana Pindela,  p.t. „Magia czy Ewangelia”

Tylko jedna modlitwa…

W naszej tradycji jest tylko jedna modlitwa – modlitwa Jezusa – zwykł mawiać o. John Main. Każda nasza modlitwa jest tą, która włączona zostaje w nurt tej właśnie modlitwy Jezusowej. To właśnie świadczy o jej skuteczności. Moja modlitwa włączona w duchu wiary w modlitwę Jezusa staje się Jego modlitwą.  On jest Pośrednikiem wszystkich ludzi. Nie ma innej drogi do Ojca jak tylko przez Jezusa. Doświadczenie medytacji jest tym jedynym w swoim rodzaju doświadczeniem modlitwy, w którym otwierając się na obecność Ducha Chrystusa, który przenika moje serce ja sam rezygnuję z moich słów na rzecz posługiwania się w modlitwie słowem samego Boga. MAANATHA – to już nie moje słowa, choć wypowiadane w moim umyśle i sercu, to już słowo samego Jezusa. Tak więc medytacja staje się modlitwą samego Jezusa we mnie. To Jezus ukryty w świątyni mojego serca staje się tym, który umożliwia mi modlitwę,  gdyż bez pomocy Jego ducha nie potrafię nawet wypowiedzieć tak prozaicznych słów jak „Panem jest Jezus; Jezus obecny w świątyni mojego serca jest tym, który się modli, który jest pośrednikiem tej modlitwy a także jej adresatem. Jak więc miałaby ona być nie wysłuchana. „tylko wierzcie w to, że to o co prosicie wam się spełni” – prosi Jezus.
Ewagriusz z Pontu, u którego Jan Kasjan pobierał nauki, mówił, że „modlitwa jest wstępowaniem umysłu ku Bogu”. Nasze umysły i serca możemy wznieść do Boga tylko przez Jezusa i dzięki Jego łasce. Modlitwa Jezusa jest jedyną modlitwą. Zanurzamy się w niej, otwierając na nią nasze serca. W tradycji Kościoła doświadczenie to nazywane jest modlitwą wiary, modlitwą kontemplacyjną czy też modlitwą czystą. My używamy określenia „medytacja”, która jest trwaniem w bezruchu, w centrum naszego jestestwa, by wraz z Chrystusem dojść do centrum, w którym jest sam Bóg ukryty w miłości i jedności Trójcy Świętej.