Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Medytacja a zdrowie

 
Natknąłem się ostatnio  w jednym z włoskich czasopism medycznych na ciekawy opis badań                   przeprowadzonych przez Giuseppe Pagnoniego, neurologa z Uniwersytety Emory w Atlancie nad zjawiskiem  medytacji.                                                                                                                                                                                                                                                                                                  

Medytacja jest chyba najstarszą praktyką towarzyszącą ludzkości, która do dziś nie została jeszcze       dobrze zbadana i poznana. Dla jednych zawiera w sobie ogromny element tajemniczości i mistycyzmu, inni dostrzegają w niej psychologiczne narzędzie przyszłych lat, a jeszcze inni patrzą na nią jak na zwykłą, codzienną czynność. Jednak wiąż nikt nie jest w stanie opisać w pełni jej wpływu na nasze ciała i umysłu                                                                                                                                                                                                                                                                                                                   

Medytacja występuje niemal w każdej kulturze pod różnymi formami. Choć prawie każdemu kojarzy się ona bezpośrednio z religiami dalekiego wschodu, to jednak jest ona zakorzeniona dobrze także u nas. To, co pospolicie zwiemy modlitwą, jest jedną z wielu odmian medytacji transcedentalnej. Odmawianie różańca – powtarzanie mantry. Skupienie w ciszy – medytacja koncentracyjna. Okazuje się, że każda religia świata, która zawiera w sobie choćby ziarno mistycyzmu, rozwinęła własne metody medytacji. I choć aż chce się powiedzieć, że jest to wpływ wymiany kulturowej, to jednak niczego to nie tłumaczy. Wszystko wskazuje na to, że każda kultura niezależnie rozwinęła u siebie własne schematy medytacji, nawet te odizolowane, jak rdzenni mieszkańcy ameryki. Może powinniśmy założyć, że medytacja jest nam równie naturalna co i sen? Kusząca teza, jednak tak dalekosiężne założenia odłóżmy na bok, skupmy się lepiej na faktach.                                                                                                                                                                                                                                              

Do powszechnie znanych faktów, zaliczają się takie pozytywne efekty jak normalizacja ciśnienia krwi, spowolniony metabolizm, niższy poziom agresji, zwiększona zdolność koncentracji przy jednoczesnym wzroście spontaniczności… i wiele tym podobnych. Ogólną listę można znaleźć na wikipedii. Prócz tego udało się dowieść, że pomaga w walce z ADHD, co mogłoby pomóc w niejednej szkole. Niejaki Dr. James Austin, neurolog, na podstawie swoich badań stwierdził, że za pomocą medytacji można „rzeźbić” swój mózg, zarówno w przenośni, jak i dosłownie. Swoje spostrzeżenia zawarł w książce „Zen and the Brain”. Jednak nie był on pierwszym, który badał medytacje pod czysto naukowym względem z pominięciem kwestii mistycyzmu. Sharon Salzberg i dr. Jack Kornfield już w 1974 roku założyli szkołę, która nauczała medytacji jako sposobu na poprawę kondycji psychologicznej o naukowych podstawach. Kornfield, mając tytuł dr psychologii, pokusił się nawet o odbycie szklenia jako mnich buddyjski, które odbywał w Tajlandii, Burmie i Indach. Wszystkim znany Carl Gustaw Jung, jeden z ojców współczesnej psychologii, także badał medytację. Co więcej – prowadził nawet wykłady na temat czakr i ich pojmowania.                                                                                                                                                                                                                                                           

Zbliżając się do czasów współczesnych, można wspomnieć o projekcie TESP („The Enlightened Sentencing Project”), który to jest programem rehabilitacyjnym dla przestępców. Jako kurację stosuje się tam przede wszystkim medytację transcedentalną. Skuteczność tegoż programu potwierdza sędzia David C. Mason, który skazując na taką rehabilitację społeczną przestępców, zauważył, że jest ona rzeczywiście skuteczna. Z liczby 30~40 skazańców, których posłał na TESTP, tylko jeden powrócił do przestępczości. Należy tu zaznaczyć, że inne programy poprawy zachowań,  nie mają nawet zbliżonej skuteczności do tej tu prezentowanej. Sam sędzia Mason podsumował to tak: „Wyniki były niesamowite, lepsze niż jakiekolwiek inne programy rehabilitacyjne z jakimi miałem do czynienia”. I tu oddaję osobisty ukłon Masonowi – trzeba mieć naprawdę otwarty umysł i pewność siebie, by posyłać skazańców do „szkoły” medytacji, nie obawiając się o reakcję środowiska.                                                                                                                                                                                                 

Idąc za „ Journal of Clinical Psychology” technika medytacji transcedentalnej jest ponad dwukrotnie skuteczniejsza w redukcji nerwowości pacjenta niż metody podobne: koncentracja z kontemplacją, relaksacja mięśniami i inne. Kolejnym znaczącym benefitem, jest znaczna redukcja ilości spożywanego alkoholu i podobnych używek u osób praktykujących. Tu zaznaczę, że efekt ten jest łatwo zauważyć i samemu, bez żadnych badań, jeśli przebywa się w otoczeniu osób praktykujących.                                                                                                                                                                                                     

Medytacja także zmienia nam dzienny rytm hormonów. Podnosi średni poziom testosteronu (co może być mały zaskoczeniem) i zwiększa nasz próg wytrzymałości na ból. Osoby często medytujące rzadziej miewają ból głowy. Bardzo ważnym dla dzisiejszego człowieka zachodu, jest fakt poważnego obniżenia stresu, a także niwelowanie jego efektów, plus zwiększona odporność na infekcje wirusowe.                                                                                                                                                                                     

Reasumując – badania naukowe wykazują ogrom pozytywnych efektów uprawiania medytacji, to co zawarłem powyżej nie jest nawet kroplą w morzu faktów. Materiałów jest niesamowicie wiele w samych fachowych źródłach i niemal nieskończenie więcej w źródłach powszechnych, głównie w Internecie. Maharishi Univeristy Of Managment podaje na swoje stronie wykaz publikacji w tej tematyce w 100 różnych, szanowanych magazynach naukowych. Badania, na których zbudowano te różnorodne publikacje, przeprowadzono w 200 niezależnych uniwersytetach i instytucjach rozsianych w 33 państwach na całym świecie i jest ich już ponad 500. Żeby nie zwalniać tempa, dodam, że nie znalazłem żadnego badania dowodzącego jakiegokolwiek negatywnego skutku na nasze zdrowie. Roger Thomson, dr Psychologii i praktyk medytacji, podał prostą wskazówkę, pomagającą rozpoznać czy potrafimy medytować: „Jeśli na końcu czujesz się lepiej, prawdopodobnie robisz to dobrze”.                                                                                                                                                                       
Choć może Medytacja Transcendentalna, to akurat nie najlepsza z propozycji dla chrześcijan, bo wiąże się z jej praktykowaniem wiele kontrowersji i niebezpieczeństw duchowych, o których szeroko pisze o. Joseph Marie Verlinde – jeden z największych współczesnych autorytetów w tej dziedzinie, to jednak wyniki szeroko zakrojonych badań nad zjawiskiem medytacji wydają się interesujące. 

W perspektywie eschatologii…



Szybkimi krokami zbliża się koniec roku liturgicznego…
Teksty biblijne w czasie liturgii będą coraz częściej sięgać do obrazu rzeczy ostatecznych.
Eschatologia. To chyba też dobry temat na medytację…




Słowo Eschatologia pochodzi od greckiego „eschata”, co znaczy „rzeczy ostateczne”. Mówi się o nich specyficznym językiem, przy pomocy którego przedstawiany jest koniec świata, czy szerzej, czasy ostateczne. W tym kontekście pojawia się charakterystyczne słowo „ów dzień” lub „dzień Pański”. 
Nowy Testament jest przesiąknięty myślą o ostatecznym spełnieniu się Bożych zamysłów i obietnic. Ewangeliści zanotowali mowy Jezusa, które zwiemy eschatologicznymi. Język, w jakim są one wypowiadane, zawiera symbolikę wyrastającą z tradycji Starego Testamentu.
Z drugiej strony w wypowiedziach eschatologicznych nakładają się na siebie różne plany czasowe. To znaczy, że to, co ma się wydarzyć w nieodległej przyszłości, jest widziane równocześnie z wydarzeniami ostatecznymi.
Listy apostołów przeniknięte są ideą czasów ostatecznych. Zawierają przekonanie, że dla chrześcijanina one już się zaczęły w dniach pojawienia się Jezusa i już trwają oraz trwać będą do dnia Jego powtórnego przyjścia, zwanego paruzją.



W Biblii często pojawia się motyw dwóch dróg. Człowiek w swojej wolności może dokonać wyboru między dobrem a złem, życiem a śmiercią, błogosławieństwem a przekleństwem. Nawet gdyby był to wybór najbardziej dramatyczny i tak Bóg uszanuje jego wolność. Nie znaczy to bynajmniej, że nie będzie mu wskazywał właściwych wyborów. „Kładę dzisiaj przed wami życie i śmierć, błogosławieństwo i przekleństwo.”


Wczorajsza liturgia wskazała na jeszcze jedną możliwość wyboru między mądrością i głupotą…


Oto autor natchniony rysuje obraz zaproszenia na zdumiewającą ucztę weselną. Wszystko zapowiadało się dobrze: dziesięć druhen!

I nagle ostre słowo burzy te marzenia: pięć druhen nazwanych zostaje „nierozsądnymi” a dosłownie „głupimi”. Od tej pory uwaga ewangelii pozostanie skupiona na nich, ich brak zdrowego rozsądku zostanie bezlitośnie wypunktowany. Mądrość pozostałych pięciu kobiet schodzi w cień. Nie ma potrzeby zastanawiać się nad pięcioma pannami „roztropnymi”, to jest problemem Ewangelii, która tym razem chce być przestroga…

Spróbujmy zatem zmierzać prosto do pouczenia, jakie daje nam ta brakująca oliwa. Brak czego może uczynić nas ludźmi nierozsądnymi?

Człowiek nierozsądny a zwłaszcza nierozsądny chrześcijanin, to ktoś, kto dobrze wystartował, ale nie wytrzymuje tempa i szybko powraca do zwykłego, niezbyt ewangelicznego życia. Pięć nierozsądnych panien wyobraża męstwo na krótką metę.  Ludzi, których zniechęca czekanie ponoszone dla Ewangelii trudy i którym dłuży się czas. Owszem, oni zerwą się w popłochu na głos wołania: „Nadchodzi pan młody, nadchodzi czas spotkania!”.

A przecież chrześcijaństwo, to życie w perspektywie tego ostatecznego spotkania. Wiemy, że aby nie trzeba było się go lękać, już teraz trzeba spotykać Jezusa tu, na ziemi  w modlitwie, Eucharystii, Ewangelii, w sakramencie jakim jest drugi człowiek (Mt 25,40). Już teraz trzeba mono związać swoje życie z Jezusem.  Ale to wszystko kosztuje, a my ociągamy się z uregulowaniem należności: „Jutro się za to zabiorę”. Wydaje nam się, że jesteśmy panami czasu!

Nawet gdy pod wpływem jakichś rekolekcji lub poruszeni jakimś wydarzeniem albo świadectwem spotykamy Jezusa Chrystusa, to jednak nie dość uważnie bierzemy sobie do serca  Jego usilną prośbę: „Czuwajcie! Czuwajcie! Wytrwajcie, bo nie znacie dnia ani godziny”.

Czy zatem trzeba ciągle pamiętać o tej godzinie, ciągle o niej myśleć? Nie, być gotowym na wielkie wołanie to znaczy żyć w pełni  tak jak to tylko jest możliwe –tym, co w tej chwili przeżywamy.
„Duchowość chwili obecnej”, to znaczy właściwe wykorzystanie życia codziennego, czyni nas najlepszymi kandydatami na to Ostateczne Spotkanie. Ewangeliczny sens czasu mówi nam o tym, że: oliwę na jutro kupuje się dziś wytrwałą odwagą życia duchem Ewangelii „na pełny etat”, niezależnie od tego, jak długo będą trwały ciężkie dni.

W przeciwnym razie… Trzeba dojść aż do kresu tych smutnych godów, rozbić sobie nos o ciężkie drzwi, wysłuchać słów cięższych jeszcze, zwłaszcza że druzgoczących wszelką nadzieję: „Nie znam was”. Ostatniego dnia Jezus przyzna się tylko do „swoich”, tych, którzy bez znużenia starali się być ewangelicznym światłem, stale uzupełniając zapas oliwy.

Oczywiście może nas zaskakiwać i bulwersować postawa owych panien, które nie chciały podzielić się oliwą. Wydaje nam się to takie niechrześcijańskie, bo czyż nie odpowiadamy nawzajem za siebie idąc drogami zbawienia? Oczywiście tak, problem jednak w tym, że owa ewangeliczna oliwa jest symbolem czegoś zupełnie innego – osobistego. Jest symbolem naszej wiary, miłości, poświęcenia, wierności, które rozwijamy i pogłębiamy przez całe nasze życie. Nie da się przekazać innym mojej wiary czy miłości, chyba, że jedynie za sprawą danego świadectwa życia. Nie możemy jednak wybierać za kogoś tego, czy opiera on swoje życie na wierze czy nie, czy chce się w codziennym życiu posługiwać miłością czy nie.

Każdy z nas ma swoją lampę, którą otrzymał w chwili chrztu świętego. I każdy oliwę do niej musi zdobywać sam, poprzez własne zaangażowanie i poświęcenie. Poprzez osobistą odpowiedź na zaproszenie Jezusa do życia duchem Ewangelii. Nie da się wierzyć i kochać za kogoś. Każdy ma jedno życie: mogę je przeżyć dobrze a mogę je za przeproszeniem schrzanić.

Ta dzisiejsza przypowieść to nic innego jak wezwanie do odpowiedzialności za nasze życie. Odpowiedzialności, którą wcześniej czy później będę musiał ponieść sam za moje czyny, moje wybory. Jeśli nie teraz to z całą pewnością na końcu. Jedno jest pewne przed tą odpowiedzialnością nikt z nas nie ucieknie…


sobotnia sesja





W ostatnią sobotę odbyła się kolejna „mała sesja” medytacyjna w wieży przy kościele św. Anny. Od czasu pierwszej z nich mam niesłabnące wrażenie jej szczególnego uroku. Bez względu na to czy przychodzi na nią więcej osób czy mało zawsze ma ona w sobie coś niezwykłego. Można odczuć jej delikatną ale skuteczna moc. Być może dzieje się tak za sprawą wpisanej w te sesje Eucharystii, przez co te sesje ukazują pewną drogę ku której doświadczenie medytacji ze swej natury ma prowadzić, dochodząc w pewnym momencie do szczytu – jakim jest Eucharystia – spotkania z  żywym i obecnym w swoim Ciele i Krwi Bogiem. A może jest w tym wszystkim tak mocno odczuwalna duchowość „pustyni w mieście”, która sprawia, że możemy na nowo odkryć moc modlitwy w zgiełku miasta, gdzie za oknem krzątają się ludzie wokół swoich codziennych spraw, jest hałas, gra muzyka a w samym centrum tej rzeczywistości są ludzie zanurzeni w obecność Boga, tego, bez którego wszystko to by nie istniało i żyjący świadomością prawdy, której tak często w biegu życia brakuje tym, którzy są na zewnątrz, że „w Nim żyjemy poruszamy się i jesteśmy.”



Być zanurzonym w świecie a jednocześnie być od niego oderwanym,  to jest owo cudowne doświadczenie, które staje się obecne w czasie medytacji. Być na świecie, choć nie być ze świata…





Czym innym jest rozprawianie teoretyczne o Medytacji Chrześcijańskiej, a czym innym jej doświadczanie. Doświadczenia nie da się w pełni przekazać, chociaż osobista relacja jest w stanie oddać jakąś część tego oryginalnego przeżycia. ,

Medytację Chrześcijańską na całym świecie praktykowali i praktykują ludzie wszelkiego pokroju i wszystkich profesji. Skąd bierze ona swą siłę i zdolność opróżniania duszy i doprowadzenia modlącego do spotkania z Bożą obecnością? Nie z jakiś tam magicznych mocy mantry. Dla ojca Johna Maina mantra była drogą wiary. Mantra w wydaniu chrześcijańskim jest „dążeniem serca”, by posłużyć się tu określeniem św. Teresy z Lesieux. Mantra wypowiadana umysłem pozostaje ekspresją serca, w tym przypadku oznaczającego całą osobę. Serce w rozumieniu biblijnym jest najgłębszą częścią nas samych, naszym centrum jako osoby.

Mantra stwarza jednocześnie i pustkę i pełnię wewnątrz nas do tego stopnia, że serce staje się jedno bez żadnych podziałów. I tak oznacza to, że skuteczność mantry jest wprost proporcjonalna do stopnia integracji danej osoby i intensywności w zaangażowaniu i oddaniu sprawie modlitwy.

Mantra wyraża złożenie siebie całego Bogu. Oczywiście oddajemy tylko tyle samych siebie, na ile siebie posiadamy. Jest to, więc miara naszej wolności. Święci inwestowali w Boga wszystko, ponieważ nie było w nich żadnego rozdarcia i cieszyli się prawdziwym ubóstwem w duchu. Początkujący robią, co mogą, każdy na miarę swoich możliwości. Pozostają wierni Medytacji Chrześcijańskiej jako aktowi wyrzeczenia się swego myślenia i niezłomną wolą wypracowania w sobie pustki tak, by wypełnił ją sobą Bóg. W tym zawiera się dynamika pustki i pełni modlitwy mantrycznej.

„Ma-ra-na-tha” jest powitaniem biblijnym (1 Kor 16,22) i oznacza „Przyjdź Panie”. W tej modlitwie używana jest nie jako bezpośrednie błaganie, ale jako sposób zwrócenia swej uwagi na Boga w nas. Mantra wyraża niepodzielne i bezsłowne skupienie się na Wielkiej Tajemnicy zamieszkującej w głębi naszego jestestwa. Rozumowe skojarzenia, uczucia i sentymenty są tu traktowane jako niepożądane intruzy, nawet, jeżeli toczą się wokół nabożnych spraw. Bezruch i spokój są jedynym celem; najpierw zewnętrznie, potem aż do pokoju niepodzielnej uwagi skupionej w jednym punkcie. Mantra staje się wyrazem zobowiązania umysłu, który pragnie wyzbyć się wszystkiego, oprócz samej mantry tak, by szeroko otworzyć się na Bożą obecność. Mantra staje się nowym językiem wyrażania miłości do Boga i przyjmowania Jego miłości.

Tak oto ludzka otwartość i Boska obecność stają wobec siebie w bezpośredniej proporcji. Bóg przychodzi według św. Jana od Krzyża, tam gdzie jest dla Niego zrobione miejsce. Mantra jest modlitwą wyzbycia się wszystkiego, oprócz niej samej. Dokonuje przesunięcia modlącego poza to, co mniej ważne do rejonów ducha. Bóg jest Duchem i zamieszkuje w naszym duchu i centrum, poza naszymi zdolnościami tego sobie wyobrażenia. Podróż do Boga pozostawia wszystko inne poza nami i, by znów posłużyć się słownictwem św. Jana od Krzyża, odbywa się ona na stopach miłości i wiary wprost do serca Boga. Tak, więc przejście to w swej idealnej formie jest pozostawieniem wszystkiego na rzecz Wszystkiego, czym jest Bóg. Mantra jest narzędziem czyniącym adekwatnym pierwsze Błogosławieństwo:  Jest modlitwą wzywającą nadejście Królestwa Bożego. John Main nie ustępował w swym przekonaniu, że jest dyscypliną, a nie techniką.

Kluczem do wszystkiego jest tutaj oderwanie się. W tradycji monastycznej oderwanie się często utożsamiane jest z czystością serca, zwrotem zaczerpniętym z języka biblijnego. Termin ten jest mniej narażony na błędne interpretacje niż „oderwanie się”. To w języku potocznym może kojarzyć się z apatią, czy też z brakiem poświęcenia. Duchowe oderwanie się, jest poświęceniem najwłaściwszym, takim, które dokonuje właściwego wyboru, we właściwym umiarze i dla właściwych powodów. Ludzie „oderwani” są wolni, zintegrowani i zakorzenieni w Bogu we wszystkich formach ich miłości. Są otwarci na prawdę, ponieważ Słowo Boże jest podstawą ich każdej decyzji. Żyją ze źródła swej samowiedzy a nie z poddaństwa swemu egoizmowi. Wiara w sensie biblijnym jest najlepszym synonimem oderwania się.



Pamiętamy…

„Ciszą cmentarną ukołysani, z dala od zgiełku życia, z dala od znoju, dobiwszy wreszcie cichej przystani, odpoczywają w pokoju…”




Są dni pełne radości, szczęścia i uniesień. Ale są też inne – pełne zadumy i smutku. I taki jest listopadowy dzień, kiedy to przychodzimy na cmentarze, zapalamy znicze, wzdychamy, tęsknimy i… odchodzimy. Niestety, życie ma swój początek i swój koniec. Tylko od nas zależy, co ocalimy i o czym będziemy pamiętać…


Pamięć o zmarłych towarzyszy ludziom na całym świecie, niezależnie od miejsca i czasu, światopoglądu i religii. Już w średniowieczu (IX w.) w katolickiej Francji, a także u angielskich i niemieckich katolików, dzień 1 listopada obchodzony był jako uroczystość Wszystkich Świętych. Wszyscy święci byli zbawieni i w ludzkiej pamięci istnieli dzięki swoim dobrym uczynkom na ziemi, dlatego więc celebrowany był radośnie. Po dziś dzień odprawiający tego dnia nabożeństwa są ubrani w białe szaty mszalne.
Dzień Zaduszny, czyli właściwe Święto Zmarłych – przypadające 2 listopada – wprowadzono do liturgii Kościoła powszechnego ponad sto lat później, w 998 r. Ten dzień był poświęcony zmarłym, których dusze mogą być zbawione dzięki jałmużnie i modlitwom.



W Polsce tradycja Dnia Zadusznego zaczęła się tworzyć już w XII wieku, a z końcem XV wieku była znana w całym kraju.

Jeszcze w XIX w. we wschodniej Polsce odprawiano obrzędy ku czci zmarłych zwane Dziadami (Adam Mickiewicz opisał je w swoim poemacie dramatycznym). Wierzono, że jadło i napoje mogą pokrzepić dusze, więc w przeddzień święta pieczono chleb i pierogi, gotowano bób i kaszę, a na wschodzie przyrządzano kutię z maku, pszenicy i miodu. Potrawy te ustawiano na stołach jako poczęstunek dla dusz zmarłych. Wieszano też czysty ręcznik, obok stawiano mydło i wodę, by dusze mogły się obmyć. Na noc zostawiano otwarte drzwi, żeby duchy mogły bez przeszkód przekroczyć progi swoich dawnych domostw. W tym dniu niektóre czynności były zakazane np. wylewanie wody po myciu naczyń przez okno, by nie oblać zabłąkanej tam duszy, a także palenie w piecu, bowiem tą drogą dusze dostawały się niekiedy do domu.
W całej Polsce ugaszczano żebraków i modlących się przy kościołach dziadów kościelnych (pątników utrzymujących się z jałmużny). W zamian za jadło modlili się oni za dusze zmarłych. Nikt nie skąpił im jedzenia, zapraszano ich do domu na ucztę, bo wierzono, że postać dziada może przybrać duch zmarłej osoby.
Święto Zmarłych to czas, kiedy odżywają wspomnienia o tych, którzy odeszli, o naszych najbliższych zmarłych. W tym dniu zapalamy znicze pamięci na ich grobach – dowód naszej miłości, przyjaźni i dobrych wspomnień.
Pomyślmy przez chwilę o tych, na których grobach nikt nie zapali lampki, nikt nie przyklęknie i nikt nie odmówi modlitwy. Może warto wziąć ze sobą dodatkowy znicz i zapalić go na jakimś zaniedbanym, smutnym, opuszczonym grobie? Może warto pomodlić się za tych, o których juz nikt nie pamięta, za których sie nie modli… 



Żal, że sie za mało kochało
Że się myślało o sobie
Że się już nie zdążyło
Że było za poźno

Jan Twardowski „Żal” [fragm.]




Ale nie jest to tylko dzień rozpaczy i smutku, bo przecież wierzymy, że nasi najbliżsi są w innym, lepszym świecie. Że nie odeszli zupełnie. Są w nas, naszej pamięci, sercach, wspomnieniach, w modlitwie…



Jeśli nie wiemy jak sie modlić…

Wielu współczesnych chrześcijan straciło kontakt z własną tradycją modlitwy. Już nie czerpiemy, tak jak powinniśmy z madrości i doświadczenia rad wielkich mistrzów modlitwy. Owszem, coraz więcej osób poważnie traktujących swoje życie duchowe korzysta z kierownictwa duchowego. Niestety znaleźć w dzisiejszych czasach dobrego kierownika duchowego, wymaga nie tylko czasu ale i wysiłku. I nie chodzi bynajmniej o wysiłek samego szukania, ale i dojrzewania twkże wtedy, gdy mamy już szczęście „posiadania” kierownika duchowego. Niestety żaden kierownik duchowy nie zrobi naiczego za nas. Może nam towarzyszyć, może z pewnej perspektywy i doświadczenia obserwować nasz duchowy rozwój, ale pracę nad rozwojem musimy podejmować sami.





Oczywiście kierownictwo duchowe nie ma nic wspolnego z poradnictwem czy psychoterapią, z ktorymi niektórzy współcześni gotowi je mylić. Kierownictwo duchowe nie jest bowiem jedynie skumulowanym efektem zachęt i napomnień, których wszyscy mniej lub bardziej potrzebujemy, by sprostać wymagniom naszego życia i roli jaką Pan Bóg nam w nim wyznaczył. Kierownictwo duchowe nie jest jedynie etycznym czy psychologicznym sposobem prowadzenia. W kierownictwie duchowym ma ono przede wszystkim wymiar duchowy, jeżeli zaś pojawia sie w nim aspekt psychologiczny to tylko, jako pewne uzupełnienie składające sie na towarzyszenie czlowiekowi, który ze swej natury jest bytem duchowo-fizyczno-psychicznym i żadnego z tych aspektów rozwój czlowieka nie powinien dewaluować.
Ważne jest jednak to, abyśmy zrozumieli dobrze znaczenie określenia „duchowy” dla charakteru relacji kerownik-penitent. Istnieje bowiem pokusa, by myśleć, iż kerownictwo duchowe jest kierowaniem czyjąś aktywnością duchową, rozumianą jako mala cząstka czyjegoś życia. Idzie sie do kierownika duchowego, by ten zajął się sprawami ducha, podobnie jak idzie sie do dentysty, żeby ten zająl sie zębami lub do fryzjera, by zadbać o włosy. Niestety takie podejście do spraw życia duchowego w tym do skramentów reprezentuje spore grono chrześcijan. Idą raz na rok do spowiedzi, żeby na chwilę upiekszyć swoja duszę i na święta „ładniej” wyglądać a po świętach „róbta co chceta”…



Niestety takie podejście jest z gruntu fałszywe i bardzo zgubne.
Kierownik duchowy zajmuje się całą osobą, ponieważ życie duchowe nie jest jedynie życiem umysłu lub uczuć, czy tylko duszy. Jest ono życiem całej osoby i od jej wewnętrzen integracji na wszystkich poziomach bytowania zależy w dużej mierze jego jakość. Jak mawiali Ojcowie Kościoła – człowiek duchowy – Pneumatikos – jest to człowiek, ktorego całe życie, bez wyjątku, we wszystkich jego aspektach i w całej jego życiowej aktywności powinno być zanurzone i przniknięte działaniem Ducha Świętego. Co więcej kierownictwo duchowe winno zajmowac sie całą osobą, nie tylko jako indywidualną istotą ludzką, ale jako kimś, kto nosi w sobie podobieństwo do Stwórcy a co za tym idzie nosi w sobie pragnienie nieustannej przemiany i dorastania do wzoru na podobieństwo którego zostal stworzony.


Dlatego wracając do aspektu modlitwy mistrzowie życia duchowego nigdy nie mieli wątpliwości, że ona sama tak jak i cale zycie duchowe nigdy nie jest owocem działania samego tylko człowieka. Co więcej nawet sama inicjatywa nie należy do nas, choć trudno nam to w naszej pysze często przyjąć.



Medytacja jest bardzo cenną formą modlitwy, zwłaszcza dla ludzi obecnego wieku. Uczy nas bowiem słuchać. Dzisiaj nasza modlitwa tak często jest monologiem a trzeba nam sie uczyć zasłuchania w Boga i zgody na to, aby Jego Słowo kszatłtowało nas węwnetrznie. Medytacja jest jedną z najwspanialszych form modlitwy, pozwala nam się zanurzyć w Bogu i wsłuchiwac się w Niego zamiast w siebie, co uwalnia nas od naszego ego.


Żyjący w XIV wieku Walter Hilton wyraził to bardzo prosto: „Ty sam nic nie czynisz. Po prostu pozwalasz działać Jemu”. Podobnie i święta Teresa przypomina nam, że to, co najwyżej możemy uczynić w czasie modlitwy to otworzyć się na działanie Ducha, reszta nalezy do Niego, do Jego mocy. To On jest Tym, który nas prowadzi. On zna drogę. On nas poprowadzi.



Warto wsłuchiwać się w głos nauczycieli modlitwy. Historai chrześcijaństwa pokazuje jak wielu ich było i jak wazną role odgrywali swego czasu dla tych, którzy na drogach życia ducowego albo stawiali pierwsze kroki, albo szukali pogłębienia praktyki. Może dzisiaj na nowo warto odkryć ich bezcenną wartość. Ważne jest bowiem to, że mądrość, która sie dzielą wyrasta z ich oosbistego, nierzadko dlugoletniego i niełatwego doświadczenia i poszukiwania. Czemu zatem nie skorzystać z tej mądrości, ktora mimo upływu wieków czy lat nic nie straciła ze swej aktualności.