Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Modlić się sercem i słowem

Określenie 'medytacja chrześcijańska’ jest używane przez różne osoby na określenie bardzo różnych sposobów modlitwy. Jakkolwiek jednak nie próbowali byśmy ująć tej modlitwy w konkretną formę, chodzi nam zawsze o najprostszą z form modlitwy, w której bardziej pozwalamy na to, by Słowo Boże mogło działać w nas i przez nas niż na naszą zbytnia aktywność, która mogłaby stać się sposobem zakłócenia tego Bożego działania w nas. Medytacja chrześcijańska, w jakiejkolwiek formie jest uprawiana zawsze będzie przede wszystkim zasłuchaniem się w Boga i Jego obecność. Tę obecność, która przemawia do nas na rózne sposoby, w tym najmocniej przez SŁOWO. Jedna z form medytacji, sięgająca swoją historią do praktyki mnichów chrześcijańskich pierwszych wieków polega na wielokrotnym powtarzaniu w rytm oddechu jednego słowa czy krótkiej frazy, na przykład: 'Jezus’, 'Abba’, 'Przyjdź, Panie’ (w oryginalnym biblijnym brzmieniu: 'Maranatha’). Ta forma medytacji jest tożsama pod względem zarówno 'techniki’, jak i teologii ze starożytną praktyką tzw. Modlitwy Jezusowej, określanej także jako hezychazm, w nawiązaniu do greckich znaczeń: uciszenie, skupienie, odpocznienie. Do tak rozumianej medytacji chrześcijańskiej dobrze pasuje popularne określenie 'modlitwa serca’, dlatego że unika się w niej świadomie rozmyślania i analizy, zmierzając raczej do osiągnięcia stanu kontemplacji Obecności Boga, trwania 'przed obliczem Boga’, całkowitego skupienia na Jednym – na samym tylko Bogu.

[youtube=http://www.youtube.com/watch?v=Rh-RNvYzHkk?fs=1]

Modlitwa obecności i modlitwa w obecności

Medytacja chrześcijańska jest otwarciem się człowieka na Obecność Boga w głębi naszego wnętrza, o której przypomina św. Paweł Apostoł: 'Czyż nie wiecie, że jesteście świątynią Boga i że Duch Boży w was mieszka?’ (1 Kor 3,16). Jednocześnie medytacja chrześcijańska jest wysiłkiem, aby być obecnym dla Boga, tu i teraz, zamiast pogrążać się w myślach o przeszłości i przyszłości, 'troszcząc się zbytnio’ o siebie, a zapominając o Bogu, który tu i teraz jest dla nas Obecny.

Fundamentem medytacji chrześcijańskiej jest prawda, o której zaświadcza Pismo Święte, że ta Obecność Ducha Bożego w nas nie jest pasywnością i że w naszych wysiłkach doświadczenia Obecności Boga i spotkania Go na modlitwie nie jesteśmy pozostawieni sami sobie. 'Duch przychodzi z pomocą naszej słabości. Gdy bowiem nie umiemy się modlić tak, jak trzeba, sam Duch przyczynia się za nami w błaganiach, których nie można wyrazić słowami’ (Rz 8, 26). Zdani na własne siły nigdy nie potrafimy się modlić 'tak, jak trzeba’. Toteż najpewniejszą drogą modlitwy prowadzącej do spotkania z Bogiem jest pełne prostoty i pokory włączanie się w tę doskonałą modlitwę Ducha Świętego w nas.

[youtube=http://www.youtube.com/watch?v=gm6vaDq0FSI?fs=1]

Meditatio 2011

WIELKANOC

Krzyż Chrystusa nie był końcem Jego misji, lecz początkiem nowego życia, początkiem powrotu do Ojca, początkiem chwały. Zmartwychwstały Pan przychodzi do Wieczernika i przynosi Apostołom pokój i radość jako z znak, że jest, że żyje.
Wszystkim odwiedzającym tego bloga składam serdeczne życzenia Bożego pokoju i doświadczenia w codziennym życiu żywego i obecnego Chrystusa. Niech Zbawiciel utwierdza w Was niezłomną nadzieję na Jego ostateczne zwycięstwo. Niech Was prowadzi na drogach Waszego życia, pozwalając doświadczyć łaski i zwycięskich owoców Jego miłości.

W „Wyznaniu wiary” padają słowa: „Oczekuję wskrzeszenia umarłych i życia wiecznego w przyszłym świecie”. To jest konkretny przykład na to, iż wiara przekracza rozum oraz na to, iż wiara poszukuje rozumu oraz, że pewne fakty wymykają się ludzkiej kontroli. Nikt z żywych nie może powiedzieć, iż wie, o co tu dokładnie chodzi. Nikt nie wie, jak konkretnie ma wyglądać owo wskrzeszenie umarłych oraz przyszły świat. Dlatego Święta Wielkanocne są takie tajemnicze, a przez to trudne. Jednak trudne zapewne także dlatego, iż człowiek lubi wiedzieć oraz kontrolować. Tutaj nie ma miejsce ani jedno, ani drugie. Poza tym śmierć kojarzy się z przegraną. Tymczasem chrześcijaństwo rzuca na te trudne wydarzenia snop światła.
Jak to jest z tym cierpieniem i krzyżem Jezusa i po co to wszystko? Mówi się, iż jakiś człowiek z Galilei, około 2 tys. lat temu, umarł ukrzyżowany, jako ofiara podstępnego spisku ówczesnej żydowskiej elity religijnej. Śmierć na krzyżu nie była wtedy nowością. W ten sposób Rzymianie wykonywali wyroki śmierci na swoich poddanych, za wyjątkiem obywateli Rzymu. Ale jak to jest, iż to miałaby być jakaś śmierć odkupieńcza, za innych ludzi, przecież to było bardzo dawno temu. Te pytania są całkiem uprawnione i człowiek ma prawo szukać na nie odpowiedzi. „Uwierzyć” szuka „zrozumieć”.
Odpowiedź leży jednak nie w samym tylko „case study” Jezusa z Nazaretu, rozwikłaniu kolejnych zagadek, ale w doświadczeniu. Chrześcijaństwo to nie jest religia, tylko doświadczenie wiary. Przez to doświadczenie pytania schodzą z „poziomu okularów”, na poziom serca, a więc uczuć, bo tam jest odpowiedź. Pan Bóg osobiście odpowiada człowiekowi na jego pytania: w Słowie, w rożnych wydarzeniach. Trzeba tylko zacząć czytać swoje życie.
Wielka Noc jest jednocześnie tajemniczą Nocą. Nikt nie był świadkiem zmartwychwstania Jezusa z Nazaretu. Uczniowie są świadkami Zmartwychwstałego, ale nie byli świadkami Zmartwychwstania. I jak w to uwierzyć? Człowiek lubi mieć podane, jak na tacy, a tutaj tak nie jest… Jest natomiast tajemnicza, ale dotykalna obecność. Chrystus je i pije z apostołami, umacnia ich, upomina, zapewnia o swojej obecności. Oni Go doświadczają. Co ciekawe, apostołowie mają udać się do Galilei (Mt 28, 7). Galilea oznacza początek. Tam Jezus rozpoczął swoją działalność publiczną, tam także powoływał swoich uczniów. To nie ma być podróż sentymentalna, ale powrót do początków spotkania z Jezusem. To ma być powrót do — by posłużyć się słowami Apokalipsy – „pierwotnej miłości”. Apostołowie wracają do źródeł, ale są innymi ludźmi, niż na początku drogi z Jezusem. Oni doświadczyli nie tylko umierania Jezusa, któremu zaufali i chodzili za Nim, ale doświadczyli także własnego umierania. Świadczą o tym np. łzy Piotra. Łzy to jakaś forma wołania o pomoc.
Mają powrócić do Galilei z tym, że teraz relacja z Jezusem jest oczyszczona przez Jego krzyż i zmartwychwstanie. Miłość, aby była czysta, musi przejść przez różne brudy, także takie, jak zaparcie się Mistrza, zdrada, płacz, zaprzeczanie swojemu pochodzenia z Galilei, ucieczka. Miłość musi się opierać na dwojgu – tutaj na na dwóch prawdach: na prawdzie o Chrystusie, który kocha bezwarunkowo oraz na drugiej prawdzie, która mówi, kim jest człowiek. Ten człowiek jest po pierwsze zdolny do poświęceń, do opuszczenia swoich dotychczasowym zajęć i pójścia za drugim człowiekiem, oddania swojego życia. Tak uczynili apostołowie. Ten sam człowiek jest także zdolny do zdrady i wyparcia się tego, komu dotychczas poświęcał czas i siły i przez kogo był uczony. Jednakże miłość Pana Boga zwycięża słabości człowieka.
Skąd więc tyle trudności? Bo człowiek nie chce… wrócić z łowienia ryb. Ewangelia według św. Jana opisuje, jak to apostołowie, było to już po pogrzebie Jezusa, poszli łowić ryby (J 21,1-3). Słowa Piotra: „Idę łowić ryby” oraz odpowiedź jego towarzyszy „Idziemy i my z tobą” z pewnością nie były wypowiedziane z entuzjazmem. Nie chodzi tutaj o sam trud łowienia ryb, do którego byli oni zaprawieni, jak mało kto. Chodzi o nastrój i uczucia. Apostołowie czują, iż życie się im zawaliło, a do tego, kto wie, czy i oni nie znaleźli się na liście poszukiwanych. Skoro rozprawiono się z liderem wspólnoty, to prawdopodobnie wezmą się teraz za pozostałych.
W pewnym momencie na brzegu pojawia się człowiek i karze tym zrezygnowanym rybakom zarzucić sieci po prawej stronie. Całą noc łowili i nic nie złowili, a teraz sieci aż rwą się od ryb. Obecni w łodzi przeżywają szok, bo już kiedyś byli świadkami czegoś podobnego. Chrystus daje się poznać przez różne wydarzenia, czasami nawet takie same bądź podobne. Jeden z apostołów odczytuje dobrze to, co widzi on sam oraz inni: „To jest Pan”. Wszyscy chcą czym prędzej dopłynąć do brzegu. Można jednak pozostać w łódce, rezygnując z wyjścia na stały ląd, a za to pływając w coraz większej rezygnacji z siebie i beznadziei na złowienie czegokolwiek. Pozostanie w łodzi oznacza rezygnację z Jezusa na rzecz płotek, które zresztą nie dają się złapać.
Chrystus przychodzi i daje się dotknąć. Aby tego dokonać, trzeba wyjść na brzeg. To oznacza zostawienie w tej łódce swojego lęku i wszystkich dotychczasowych planów (które i tak wzięły w łeb), pomysłów i frustracji. Tam apostołowie dotkną Go żywego, a przecież niedawno był on pojmany, torturowany i zabity. Wiara polega właśnie na doświadczaniu obecności życia pomimo dotykania przemijania i śmierci. Życie zacznie wtedy nabierać nowych barw.
Jan Paweł II, który 1 maja zostaje ogłoszony błogosławionym, w encyklice „Dives in misericordia” napisał: „Krzyż stanowi najgłębsze pochylenie się Bóstwa nad człowiekiem, nad tym, co człowiek — zwłaszcza w chwilach trudnych — nazywa swoim losem. Krzyż stanowi jakby dotknięcie odwieczną miłością najboleśniejszych ran ziemskiej egzystencji człowieka (…) W tajemnicy paschalnej granica tego wielorakiego zła, jakie jest udziałem człowieka w jego doczesności, zostaje jeszcze przekroczona: krzyż Chrystusa przybliża nas bowiem do najgłębszych korzeni tego zła, jakie tkwią w grzechu i śmierci. To, iż zmartwychwstał trzeciego dnia, stanowi końcowy znak misji mesjańskiej, znak wieńczący całokształt objawienia miłości miłosiernej w świecie poddanym złu” (n. 8).

Wielka Sobota – Wielka Cisza…

Noc paschalna prowadzi ku najgłębszym prawdom o sensie i celu naszego życia. Jest symbolem grozy budzącej w człowieku niepokój o własny los; jest również przestrzenią, w której Bóg objawia swoją potęgę i miłość. Noc stworzenia. Bóg stwarza świat, gdy jeszcze nie ma światła. Nad wodami unosi się Duch Boży. Potem na Jego słowo rozbłyska światło. Zostaje powołany człowiek, który ma trwać w tym świetle. On jednak odchodzi od Boga, a porzucając Światło, traci wolność. Noc wyjścia z Egiptu. Bóg interweniuje. Wyprowadza z ucisku i zagrożenia, ku nowemu życiu. Cud przejścia przez Morze Czerwone i uwolnienie od ścigającego wroga, to dowód, że Bóg pragnie ocalać i wyzwalać. Mimo dobrych chęci człowiek jednak nie potrafi wytrwać z Nim w przymierzu. Słabość bierze górę. Noc grzechu. Największy mrok to odrzucenie Boga i celowe nieodczuwanie Jego miłości. W tę najgłębszą, duchową ciemność wchodzi Chrystus. On, pełen blasku, przyobleka się w mrok, w mój i twój grzech. Na krzyżu odczuwa opuszczenie, a w chwili śmierci jednoczy się z grzesznikiem. W bezgranicznej ciemności wielbi Ojca i wyznaje tobie i mnie miłość. Jest na progu śmierci, a jednak żyje pełnią życia, która objawi się w Zmartwychwstaniu. 
Dzień pośród nocy doświadczeń. Uwierz, że Jezus interesuje się tobą i chce rozjaśnić twoje ciemności. O własnych siłach nie potrafisz trwać w przymierzu z Bogiem. Możesz zaprosić Jezusa do serca i otrzymać na nowo Ducha Świętego, abyś przez wspólnotę Kościoła, wraz z innymi doszedł do domu, gdzie czeka na ciebie miłujący Ojciec.