Post i co dalej…
Był w nim ogień…
Jan Kasjan, Collationes Patrum XXVI
Dziś wiem, że istnieje światło, które przez ból i cierpienie staje się coraz jaśniejsze.
Dziś wiem, że musimy czasami dotknąć bram piekła, aby dojść do nieba.
Dziś wiem, że czasami musimy doświadczyć opuszczenia przez Boga, aby być bliżej Niego.
Dziś wiem, że Słowo staje się ciałem wtedy, gdy odkrywamy je w drugim człowieku, tak samo w bliskim jak i w obcym, przyjętym jak i w odrzuconym.
Dziś wiem, że powinienem być nie lustrem, w którym inny dostrzega swoją ułomność, lecz oknem, przez które może dostrzec światło.
Dziś wiem, że aby zmartwychwstać trzeba umrzeć dla siebie.
Dziś wiem, że czasami trzeba chodzić nieznanymi ścieżkami, aby powrócić do Boga, który jest człowiekiem.
Dziś wiem, że aby powrócić trzeba stać się innym, bardziej prawdziwym.
Dziś wiem, że trzeba niekiedy upaść, aby powrócić.
Dziś wiem, że liczy się tylko Miłość.
Wspomnienie o Janie
W tych szczególnych dniach żałoby po śmierci niezwykłego człowieka jakim był Ojciec Jan Bereza czuję się w obowiązku napisać kilka słów wspomnień, które niech będą włączeniem się w to czuwanie pełne pamięci jakie łączy w tych dniach wszystkich, dla których Ojciec Jan był szczególnym darem do Boga.
Pierwszy raz miałem okazje spotkać go jeszcze jako alumn warszawskiego seminarium w klasztorze benedyktynów opactwa Ealing w Londynie. Było to jedynie przelotne spotkanie, choć słyszałem już o tym lubińskim mnichu wcześniej w Krakowie. Nie sądziłem wówczas, że po kilku latach będę mógł o tym mnichu mówić jak o swoim przyjacielu i towarzyszu duchowej drogi. Wcześniej jako student byłem już mocno związany z duchowością św. Benedykta a to za sprawą moich studiów, które odbywałem w królewskim Krakowie i bliskim związkiem z klasztorem oo. benedyktynów w Tyńcu. Tam często spędzałem mój wolny czas i spotykałem niezwykłych ludzi, takich jak chociażby nie żyjący już o. Adam Kozłowski – mnich tyniecki, mój duchowy przewodnik i późniejszy opat tego klasztoru. Nie mam wątpliwości, że wpływ tego miejsca jak i mieszkających tam zakonników odcisnął trwałe piętno na moim życiu i powołaniu. Przez jakiś czas nawet myślałem, czy właśnie tam nie rozpocząć mojej drogi ku kapłaństwu. Jednak Bóg pewnie chciał inaczej. Mimo to moja więź z benedyktynami nie tylko nie została przerwana, ale umocniła się jeszcze bardziej. Kiedy tylko miałem okazję lubiłem podróżując po Europie odwiedzać klasztory benedyktyńskie i oddychać ich niezwykłą duchową atmosferą.
W czasach moich studiów seminaryjnych miałem wciąż duży kontakt z opactwem tynieckim z jednej strony za sprawą przyjaźni ze wspomnianym już ojcem Adamem a także za sprawą mojego ojca duchownego, który bardzo cenił rolę innych duchowości niż tej, która sam nam proponował. Trzecim powodem był ruch Focolari, do którego dołączyłem i w którym dużą role odgrywał inny benedyktyński mnich, który miał wielki wpływ na moje życie i powołanie – o. Ludwik Mycielski.
Ojca Jana spotykałem jeszcze kilkakrotnie podczas moich studiów seminaryjnych a to w Warszawie a to w Krakowie, mając okazję kilka razy porozmawiać z nim. Raz były to zwykle przyziemne tematy ukazujące bardzo ludzkie oblicze współczesnego mnicha (tak bardzo przypominające mi innego ulubionego mnicha Thomasa Mertona, w którym się w tamtych czasach namiętnie rozczytywałem), otwartego i przyjaznego wobec innych. Innym razem były to bardzo głębokie i ciekawe rozmowy dotykające spraw życia duchowego a także religii Wschodu, które miałem okazje studiować w ramach religiologii i w których o. Jan okazał się być ekspertem czerpiącym z własnego doświadczenia, mającym nietypowe spojrzenie na wiele rożnych spraw – zupełnie inne niż te, z którymi się dotąd spotykałem u wykładowców.
Podczas jednego z takich spotkań rozmowa zeszła na doświadczenie medytacji, które nie było mi całkiem obce, gdyż zetknąłem się wiele lat wcześniej z jej wschodnim obliczem za sprawą pewnego hinduskiego guru Maharaj Ji, który także w Polsce (a między innymi w moim ciotecznym bracie) znalazł swoich zwolenników. To właśnie on ukazał mi piękno duchowego doświadczenia związanego z medytacją. To, co ujęło mnie w ojcu Janie, to fakt, że do tego doświadczenia – przecie zupełnie niekatolickiego – odniósł się z wielkim zrozumieniem i akceptacją. Potem przyszedł czas na dzielenie się wspólnym doświadczeniem medytacji, przy czym moje było nieporównywalnie skromniejsze, więc moglem jedynie słuchać go tak jak uczeń słucha nauczyciela. Owocem tych rozmów było pierwsze zaproszenie mnie do Lubinia, gdzie o. Jan prowadził szkołę medytacji chrześcijańskiej. Był to rok 1998. I tak się zaczęło…
Przez kolejne lata bywałem w Lubiniu tak często jak tylko mogłem. Niestety najczęściej źle się to dla mnie kończyło, bo zamiast nieco odetchnąć Jan zwykle zasypywał mnie dziesiątkami książek, które czytałem po nocach po to, aby później móc z nim na ich temat dyskutować. To były niezwykłe, często nocne rozmowy, choć niejednokrotnie potem powieki musiałem podpierać zapałkami. Zdarzało mi się także spotykać z o. Janem gdy bywał w Warszawie. Niestety musiałem wówczas dzielić moje serce między Lubiniem a Tyńcem, gdzie przygotowywałem się do oblacji benedyktyńskiej. Pamiętam, że razem z Janem cieszyliśmy się moim wstąpieniem do grona oblatów, przez co została zadzierzgnięta jeszcze głębsza duchowa więź. Kolejne lata przyniosły pogłębienie tej niezwykłej przyjaźni i współpracy na różnych polach. Kilkakrotnie o. Jan pomagał mi w mojej pracy duszpasterskiej a konkretnie wyciągając rękę do osób, które spotkałem współpracując z Karanem lub Centrum Informacji ds. Sekt. Nie wszyscy wiedzą bowiem jak wielu osobom o. Jan pomógł, by po wieloletnim zabłąkaniu się gdzieś na manowce życia duchowego, najczęściej za sprawą sekt o wschodnim rodowodzie na nowo odnaleźć się w duchowości i wierze chrześcijańskiej właśnie za sprawą medytacji jakiej nauczał. On sam zwykł mawiać: „Wiem, że czasami trzeba chodzić nieznanymi ścieżkami, aby powrócić do Boga, który jest człowiekiem. Dziś wiem, że aby powrócić trzeba stać się innym, bardziej prawdziwym”.
Począwszy od 2000 roku dane nam było spotykać się dość regularnie na innej jeszcze płaszczyźnie. Obaj zostaliśmy zaproszeni do współpracy w Komitecie Episkopatu Polski ds. Dialogu z Religiami Niechrześcijańskimi.
To kolejna ciekawa wymiana doświadczeń w dziedzinie religii nie tylko katolickiej. To co zaczynało się podczas spotkania w sali Sekretariatu Episkopatu Polski kończyło się zazwyczaj spotkaniem przy piwie i muzyce u mnie lub w jednym z warszawskich klubów, który prowadzi nasz serdeczny przyjaciel, z którym Jan był jeszcze związany za czasów studiów w Warszawie prowadząc wraz z przyjaciółmi inny klub muzyczny. Świat muzyki i warszawskich klubów muzycznych, to kolejny świat w który wprowadził mnie Jan, bo mimo iż jestem warszawiakiem przed spotkaniem Jana, nie bywałem zbyt często w klubach muzycznych zwłaszcza tych rockowych, czy jazzowych, choć jeśli już to jazz był mi znacznie bliższy.
Nie sposób oczywiście w tym krótkim wspomnieniu wymienić wszystkich ludzi, jakich spotkałem za sprawą o. Jana Berezy bądź to w Lubiniu podczas sesji medytacyjnych, bądź to podczas wspólnych spotkań w Warszawie. W tym okresie dane nam było jeszcze dwukrotnie być razem w klasztorze benedyktynów w londyńskim Ealingu. Tam także po raz pierwszy spotkałem dzięki Janowi ojca Laurence Freemana – duchowego spadkobiercę i ucznia o. Johna Maina.
Ostatni raz spotkałem Jana w listopadzie a potem w grudniu ubiegłego roku. Mieliśmy okazję odwiedzić naszych starych znajomych, zjeść razem kolację, wypić piwo. A potem odprowadziłem Jana na dworzec.
Potem były jeszcze dwie okazje do rozmowy telefonicznej i kontaktu mailowego, gdy Jan poprosił mnie o spotkanie i pomoc jednej osobie, która miała przyjechać do Warszawy.
Oczywiście wiedziałem, że Jan był poważnie chory, choć również w doświadczeniu choroby pozostanie dla mnie świadkiem wielkości człowieka dźwigającego krzyż i pozostającego sobą bez udawania, z wielką umiejętnością przyznawania się do swojej słabości i niezwykłą zdolnością życia chwilą obecną i radowania się jej darem.
Wiadomość o śmierci Jana zastała mnie w niedzielę 20 lutego wieczorem na londyńskim Ealingu. Można powiedzieć po ludzku sądząc, że pewna droga dobiegła końca, zataczając niezwykły krąg zdarzeń. Ja jednak jestem przekonany, że prawdziwe życie dla Jana dopiero się rozpoczęło…
Z okazji 25-lecia życia monastycznego o. Jan napisał: „Dziś wiem, że niekiedy musimy przejść przez wielką burzę i ciemność, aby zobaczyć, kim jesteśmy naprawdę. Dziś wiem, że musimy czasem dotknąć bram piekła, aby dojść do nieba”.
Dla mnie te blisko dwadzieścia lat znajomości z Janem to niezwykły dar i tajemnica. To tajemnica drogi którą podążamy i na której każdego dnia Pan Bóg stawia przed nami ludzi, którzy są niezwykłym darem. Tylko czy potrafimy ten dar w porę dostrzec…
Oczywiście to żal, gdy Przyjaciel odchodzi. Janie, ciesz się wiecznością.
Jan…
M.M.: Czy kontemplacja jest tym samym co medytacja?
M.M.: Kontemplacja zawsze zaczyna się od tekstu, czytania?
W praktyce powtarzanie może być jakby przedłużeniem lectio divina (czytania duchowego), ale może też być odrębną praktyką. Jan Kasjan, mistrz św. Benedykta, szukając nauczycieli modlitwy dotarł do Egiptu (gdzie w IV, V wieku istniało głębokie życie monastyczne). Tam też Kasjan spotkał ojca Izaaka, który nauczył go medytować. Zalecił mu powtarzanie formuły: „Boże, wejrzyj ku wspomożeniu memu, Panie pospiesz ku ratunkowi memu”. Zalecał by powtarzał ją kiedy będzie mu ciężko w życiu, kiedy będzie chory, kiedy będą nękały go pokusy i wielu innych sytuacjach codziennego życia. Podobna forma modlitwy istnieje do dziś jako modlitwa Jezusowa, gdzie powtarza się wezwanie: „Panie Jezu Chryste zmiłuj się nade mną grzesznikiem”.
W XII w. pojawił się w Kościele zachodnim różaniec, na którym zaczęto odmawiać „Zdrowaś Mario”; jego korzenie są jednak na Wschodzie. W książce: „Różaniec – modlitwa Jezusowa Zachodu” autor ukazuje genezę różańca; przy czym podaje, że jeśli chodzi o metodę to jest ona jeszcze starsza i wywodzi się z buddyzmu i hinduizmu, a przez islam trafiła do chrześcijaństwa. Można więc powiedzieć, że różaniec jest modlitwą ekumeniczną, a nawet międzyreligijną. Św. Ignacy Loyola zalecał medytację polegającą na czytaniu Pisma Świętego i wyobrażaniu sobie tego, o czym się czyta, włącznie ze smakami, zapachami, by móc doświadczyć głębiej czytanego tekstu i rzeczywistości, której dotyczy. Zalecał także i tę formę medytacji, podobną do tej, o której wcześniej mówiliśmy – powtarzanie imienia Jezus w rytm oddechu.
M.M.: Jak Ojciec nauczył się medytować?
Jest wiele ścieżek jogi i w niektórych z nich medytacja odgrywa ważną rolę. Od strony technicznej medytacja chrześcijańska może nie różnić się od medytacji w innych religiach, różne religie mogą posługiwać się podobnymi metodami. Różnią się w kwestii odniesienia do Boga; joga klasyczna odwołuje się do „Iśwary”. Iśwara jest pojęciem filozoficznym, określeniem Boga osobowego (nie jest to imię Boga). Medytacja chrześcijańska prowadzi do zjednoczenia z Bogiem w Trójcyjedynym objawiającym się nam w Chrystusie. Ojciec J.M. Dechanet, benedyktyn z naszego klasztoru w Belgii napisał książkę „Joga chrześcijańska w dziesięciu lekcjach”. Ukazała się ona jeszcze w latach sześćdziesiątych wraz z imprimatur ojca Opata i miejscowego biskupa. Gdy ukazała się w Polsce, wzbudziła wiele kontrowersji.
M.M.: Medytacja jest jednym z elementów jogi. Czym zatem jeszcze jest joga?
Joga klasyczna nie jest związana z żadnym systemem religijnym, posługuje się językiem filozoficzno-mistycznym. Do celu jaki sobie wyznacza, dotarcia do prawdziwego „ja” ukazuje wiele ścieżek. W Polsce to, co nazywa się jogą to właściwie hatha joga, jedna ze ścieżek jogi, która akcentuje rolę ciała i ćwiczeń psychofizycznych. Ale trudno ograniczyć ją tylko do tych ćwiczeń. Joga najpierw mówi stosowaniu pewnych nakazów i zakazów moralnych, które trzeba wypełnić, aby móc rozpocząć wspomniane ćwiczenia. W nich znajduje się również iśvarapranidhana czyli oddaniu się w opiekę Bogu. Dopiero potem możemy ćwiczyć hatha jogę. Myślę, że to pewien problem dla ludzi na Zachodzie, którzy chcą praktykować jogę, a nie są do tego duchowo i moralnie przygotowani.
M.M.: Dlaczego niektórym joga źle się kojarzy?
Z drugiej strony, jeśli ktoś praktykuje jogę, a nie jest do tego duchowo i moralnie przygotowany może zrobić z jogi zły użytek albo joga może mu „zaszkodzić”. Zdarza się też, że jogę próbuje się wykorzystać do złych rzeczy, np. do osiągnięcia nadnaturalnych mocy i panowania nad innymi (przed czym joga wyraźnie przestrzega). Jeśli pacjent bierze lekarstwo niezgodnie z zaleceniami lekarza, to nie powinien mieć pretensji, że zastosowano złe leczenie; przykład jest tym bardziej trafny, że klasyczny traktat jogi ułożony jest na wzór traktatu medycznego. Dlatego zaleca się, by ćwiczenia jogi przebiegały pod okiem nauczyciela, do którego mamy całkowite zaufanie i który potrafi dostosować rodzaj praktyki do naszej wiary, naszych duchowych możliwości i predyspozycji. Joga to nie jest tylko gimnastyka, choć wiele z asanów z jogi znamy z ćwiczeń wychowania fizycznego. Często pod przykrywką nauki jogi czy medytacji działają sekty, które w ten sposób chcą przyciągnąć do siebie ludzi. Znam przypadki organizowania kursów jogi dla werbowania osób ze zdolnościami parapsychicznymi do zadań policyjnych czy wywiadu.
Jeden z indyjskich nauczycieli powiedział: „Kiedy widzę jak ludzie na Zachodzie podchodzą do medytacji to mam ochotę im doradzić, aby się tym nie zajmowali”. Często też o jodze piszą ludzie, którzy zrażeni trudnościami zawrócili w połowie drogi; przyczyny mogą być różne, ale nie są to wiarogodni świadkowie jogi.
Dobrze jest wtedy pamiętać o tym, co powiedział Jan Paweł II przy okazji Dnia Modlitw o Pokój w Asyżu w 1986 roku: „każda autentyczna modlitwa jest poruszana działaniem Ducha Świętego, który w tajemniczy sposób jest obecny w sercu każdego człowieka”. To przekonanie usprawiedliwia więc fundamentalną ufność, że formy modlitwy wypracowane poza tradycją chrześcijańską nie są a priori zagrożeniem dla wiary chrześcijańskiej a autentyczna modlitwa chrześcijańska nie tyle zależy od metody, co od daru Duchem, który dany jest nam przez Jezusa Chrystusa.
Żal za o. Janem
Śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą…
W niedzielę w leszczyńskim szpitalu zmarł ojciec Jan Bereza OSB, mnich z Klasztoru Benedyktynów w Lubiniu – twórca centrum medytacji i dialogu międzyreligijnego w lubińskim klasztorze. Autor licznych publikacji na temat medytacji i cyklu programów telewizyjnych pt. ,,Sztuka codziennego życia”
Ojciec Jan (Mirosław) Bereza
Warszawiak z urodzenia i wychowania, benedyktyn z powołania, obywatel świata z wyboru. Z wykształcenia fotograf (technikum), filozof (Akademia Teologii Katolickiej) i teolog (Papieski Wydział Teologiczny w Poznaniu). U legendarnego doktora Leona Cyborana studiował filozofię jogi i był jednym z pierwszych w Polsce uczniów nauczyciela zen Philipa Kappleau. Potem wybrał życie mnicha.
Zapomnianą przez kulturę chrześcijańską praktykę medytacyjną praktykował najpierw z gronem przyjaciół i znajomych (pierwsza sesja medytacyjna odbyła się we wrześniu 1988 roku). Dziś jest to część światowego ruchu.
Związany był z Benedyktyńską Komisją do Dialogu Międzyreligijnego na płaszczyźnie Monastycznej DIM-MID (Commissions Pour Le Dialogue Interreligieux Monastique – Monastic Interreligious Dialogue Commissions). Przez 10 lat był członkiem Komitetu Episkopatu Polski ds. Dialogu z Religiami Niechrześcijańskimi.
Jest autorem takich książek jak „Sztuka codziennego życia” (Poznań 1997) i programów telewizyjnych o tym samym tytule, poświęconych medytacji i dialogowi międzyreligijnemu (realizował je z Poznańskim Ośrodkiem Telewizyjnym, a pokazał także II program TVP i Telewizja Polonia). Wydał też „Myśli codziennego umysłu” (Poznań 2007). W ubiegłym roku ukazała się ostatnia książka współautorstwa Ojca Jana – ,,Posty i tosty”.
Współpracował między innymi z takimi czasopismami, jak „Charaktery”, ,,Zdrowie psychiczne”, „Życie duchowe”, „Albo-Albo” ,„Z pomocą” oraz z pismami regionalnymi „Wiadomości Kościańskie”, „Panorama Leszczyńska”, „ABC.” W 1991 r. został laureatem nagrody Wiadomości Kościańskich za całokształt twórczości na rzecz ekumenicznego rozumienia współczesności.
Ojciec Jan zmarł w wieku 56 lat.
Dziękując za czas, który spędził wśród na – po ludzku patrząc zbyt krótki – prosimy Boga, aby owoce Jego życia, dobro, które zasiał wśród nas i które nie mam co do tego wątpliwości jeszcze długo będzie owocowało wśród Jego duchowych synów i córek dobry Bóg wynagrodził radością życia wiecznego.















