Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Post i co dalej…

Tak mówi Pan, Święty Izraela: „W nawróceniu i spokoju jest wasze ocalenie; w ciszy i ufności leży wasza siła”. Iż 30,15
Myślę, że to dobry fragment z Pisma Świętego na początek Wielkiego Postu.
Nasze życie nabrało tempa. Wszyscy się spieszymy. Piszemy sms-y. Dzwonimy w pośpiechu. Ciągle jesteśmy zagonieni, ale i tak nie zdążamy. Jak ktoś to określił: „Jesteśmy zbyt zabiegani, aby naprawdę żyć…”
Wielki Post – czas, aby zwolnić, aby pomyśleć o życiu, o jego wartości i o wartości chwili obecnej. Wierność i umiejętność zatrzymania się po to, aby pomyśleć – jak zwykli mawiać Ojcowie Pustyni – jest jedną z form ascezy. Myślenie to niejednokrotnie ciężka praca człowieka mądrego…
Podjąłem postanowienie, aby w czasie tego Wielkiego Postu ZATRZYMAC SIĘ w pędzie mojego życia. Ktoś mógłby powiedzieć, że to nie takie trudne. A jednak…
W sposobie życia współczesnego człowieka może okazać się prawdziwym i wcale nie łatwym wielkopostnym wyrzeczeniem.
Chciałbym, aby w czasie tego Wielkiego Postu towarzyszyło nam słowo rozważań o. Jana Berezy, które niech będzie okazją do chwili zatrzymania się i refleksji.
Ja także chciałbym dołożyć do tego kilka swoich słów, rozpoczynając nowy cykl refleksji nad medytacją. Proszę o modlitwę, aby były owocne dla Tych, którzy będą po nie sięgać.

Był w nim ogień…

Wczoraj w lubińskim klasztorze odbyły się uroczystości pogrzebowe ś. p. ojca Jana Berezy. Lecz Lubiń to tylko jedno z miejsc, gdzie w ciągu ostatnich dni zatrzymywaliśmy się na modlitwę w intencji ojca Jana. Wczoraj jego osoba, choć już tylko duchowo obecna wśród nas połączyła w dialogu przedstawicieli różnych wspólnot wyznaniowych i religijnych. Myślę, że ojciec Jan spoglądając z domu Ojca na tych modlących się w jego intencji zakonników i ludzi świeckich, katolików, prawosławnych i buddystów, członków wspólnot medytacyjnych z wielu miast na świecie czuł prawdziwą radość. Ta modlitwa to przecież owoc jego dzieła, które konsekwentnie realizował przez wiele lat. Owoc, który trwa…
Choć nie mogłem być obecny w Lubiniu, to jednak miałem okazję włączyć się w tę modlitwę w inny, ważnym dla ojca Jana miejscu. Miejscu, w którym ma wielu przyjaciół. W klasztorze ojców benedyktynów opactwa Ealing.
Pozwalam sobie w tym miejscu zamieścić treść homilii wygłoszonej podczas Mszy św. pogrzebowej przez ojca Maksymiliana Nawrę – duchowego spadkobiercę i kontynuatora  dzieła Ośrodka Medytacji Chrześcijańskiej założonego przez ojca Jana Berezę. Myślę, że to słowa, które zmuszają tych wszystkich, którzy choćby raz spotkali na swojej drodze ojca Jana do refleksji i wdzięczności
Był w nim ogień. Nie wiedział skąd,
Ale ów płomień sprawiał, że płakał i topił się jak świeca.
„Pięknie mówisz” – powiedział
Ale posłuchaj
Wszystko jest tylko wystrojem miłości
Konarami, liśćmi i kwieciem. Prawdziwy miłośnik musi żyć przy korzeniu”
Czyli gdzie? – zapytałem
A on powiedział: Wykonałem działania zewnętrzne, ale nie umarłem.
Teraz muszę umrzeć.
I położył się z uśmiechem na ziemi i umarł.
Otworzył się jak opadająca róża i umarł uśmiechając się.
Ten śmiech był jego wolnością i darem dla wieczności.
Jak światło księżyca odbija światło słońca, tak i on.
Usłyszał wołanie wzywające do domu i wyszedł.
Kiedy światło wraca do źródła
Nie przenosi ze sobą niczego z tego co oświetlało.
Mogło świecić na kupę gnoju, albo na ogród, albo na siatkówkę ludzkiego oka. Bez znaczenia.
Odchodzi, a kiedy to się dzieje,
Równina staje się namiętnie samotna
Pragnąc powrotu jasności.
Ale jasność powraca bo Miłośnik jest tylko pielgrzymem.
A pielgrzym jest poszukiwaczem
Był w nim ogień, który kazał mu wyruszyć w podróż w poszukiwaniu prawdy, sensu życia i umierania. Kim jest człowiek? Jaki jest jego sens? kim jest Bóg?
Ta podróż zaczęła się od chęci zrozumienia. Studiował filozofię. Później filozofię indyjską na KUL – u. Ale bez podróży w głąb zrozumienie jest prawie niemożliwe. Ogień przynaglał, aby szukać dalej. Zaczął praktykę zen z Filipem Kapleau, ale ogień przynaglał, aby szukać dalej.
To poszukiwanie doprowadziło go do ponownego odkrycia Chrystusa, napisał wtedy: wchodzimy na drogę nie po to aby ja poznać, ale aby nią kroczyć.
To kroczenie za Chrystusem oznaczało dla niego podjęcie życia benedyktyńskiego.
Życie mnisze jest  nie dla tych którzy znaleźli, ale dla tych którzy mają ciągle szukać.
Św. Benedykt mówił, że trzeba zbadać, czy nowicjusz prawdziwie szuka Boga? Odnalezienie jest jednocześnie zaproszeniem do dalszej drogi poszukiwacza. O. Jan pisał: Droga sprawia, że światło, które zostało dane każdemu, gdy na świat przychodzi zostaje oczyszczone i wzmocnione poprzez przeżyte cierpienie i wszelkie przezwyciężone trudności. Im więcej doświadczeń, cierpienia i radości, wzlotów i upadków, im więcej spotkanych ludzi, powitań i pożegnań…tym mocniejsze staje się to światło.
Ogień nie pozwalał mu zatrzymać się tylko na zewnętrznej stronie. Trudno było mu funkcjonować w schematach, strukturach i układach. Nie mieścił się i nie pasował do żadnej roli. Był wolnym duchem szukającym zawsze czegoś innego, głębszego. Kim jest mój Bóg? Gdzie jest mój Bóg?
Medytacja którą odkrył w samym sercu chrześcijaństwa na nowo rozpaliła ogień. Bez przedmiotu, bez słów i myśli, bez działania, w otwarciu na Obecność. Tak, to była ta droga, droga na której Bóg jest zawsze Inny niż o nim myślimy, zawsze zaskakujący, zawsze obecny. Zapragnął się tym dzielić. W latach 80 organizował pierwsze spotkania medytacyjne w Lubiniu. Kilku przyjaciół, stary refektarz i cisza. Wtedy ani on ani nikt innych chyba nie myślał, że ta mała iskra rozpali płomień.
Z miesiąca na miesiąc gromadził tutaj na odosobnieniach coraz więcej ludzi pragnących i poszukujących. Z jego inicjatywy powstała sala do medytacji, a skromne kilkuosobowe sesje medytacyjne z czasem  gromadziły już kilkadziesiąt osób. Tak, rosnąc wraz z doświadczeniem rozwinął się  Ośrodk Medytacji Chrześcijańskiej,  który przez wiele lat był jedynym miejscem w Polsce, gdzie praktykowano i nauczano, starożytnej modlitwy monologicznej. A o. Jan niestrudzenie pisał i nauczał przypominając słowa Kasjana z VI wieku: Niech dusza nieustannie trzyma się bardzo krótkiej formuły, aż wzmocniona nieprzerwanym i ciągłym jej medytowaniem, porzuci bogate i rozległe myśli i zgodzi się na ubóstwo ograniczając się do jednego wersetu… W ten sposób nasza dusza dojdzie do modlitwy bez skazy, gdzie umysł nie zajmuje się już postaciami wyobraźni, nie wymawia nawet głośno słów, nie zatrzymuje się nad sensem wyrazów, lecz gdzie serce płonie ogniem, pełne jest niewysłowionego zachwytu, a w duchu panuje nienasycone pragnienie. 
Jan Kasjan, Collationes Patrum XXVI
 Ale był to także czas burzy i ciemności. Jak sam później napisał: niekiedy musimy przejść przez wielką burzę i ciemność, aby zobaczyć, kim naprawdę jesteśmy. Niezrozumienie innych, czasem ich ignorancja bywały silne, a jego praca wydawała się waleniem głową w mur.
Ale mimo tego i mimo choroby, która już wtedy dawała o sobie znać, nigdy się nie skarżył.
Gdyby nie ta cierpliwość i ciągłe zaczynanie od początku wielu z nas by tutaj nie było.

Pielgrzym przyjmuje wszystkich jak braci.
Jeśli będziesz postępował w życiu wspólnym i w wierze to serce Ci się rozszerzy.
Szerokie serce to przystań w której każdy może zakotwiczyć. Była w nim ta przestrzeń, która powodowała, ze każdy mógł czuć się przy nim  swobodnie i naturalnie. Ta przestrzeń nie wymuszała zakładania żadnej maski, ani odgrywania roli. Każdy mógł pozostać sobą, taki jaki jest. Nie robił rozróżnienia pomiędzy ludźmi. Niezależnie od  koloru skóry, pochodzenia, języka czy przekonań religijnych, każdy był bratem.
Pisał kiedyś tak: Słowo staje się ciałem wtedy, gdy odkrywamy je w drugim człowieku, tak samo bliskim jak i obcym, przyjętym i odrzuconym.
Nic nie zmieniał na siłę, dawał każdemu czas jego własnego dojrzewania.
Naturalność i ta przestrzeń powodowały, że budowanie mostów pomiędzy kulturami i religiami było dla niego czymś naturalnym.
Kiedy w dziewięćdziesiątych latach  Benedyktyńska Komisja do Dialogu Międzyreligijnego na płaszczyźnie Monastycznej, a później także Komisja Episkopatu Polski do spraw dialogu międzyreligijnego zaproponowała mu czynny w nich udział. Odkrył to  nie tylko jako możliwość realizacji swoich zainteresowań Wschodem, ale przede wszystkim jako zaproszenie do wzajemnego uczenia się w pielgrzymowaniu na drodze.
To dzięki jego otwartości  ten klasztor  gdzieś na wielkopolskiej wsi, pewnie jako jedyny taki w Polsce gościł dziesiątki hinduskich guru, tybetańskich lamów i mistrzów Zen. To on nauczył mnie, że prawdziwy dialog międzyreligijny, to nie kwestia oficjalnych spotkań i debat teologicznych, ale to przede wszystkim kwestia przyjaźni i otwartości. Reszta po prostu się wydarza.
Kiedy podczas jednego ze spotkań w Lubiniu zapytano Rosi Kwonga na czym jego zdaniem polega dialog międzyreligijny? Rosi odpowiedział prosto: co mam powiedzieć, to właśnie się dzieje!
Był niekwestionowanym ekspertem i pionierem na tym polu w Polsce.
Pielgrzym jest obywatelem świata z wyboru
o. Jan słynął ze swoich licznych podróży. Czasem żartowaliśmy, że krócej będzie jeśli powie gdzie jeszcze nie był, niż gdzie był.
Ale te podróże były także jego drogą uczenia się. Zdjęcia które przywoził w znakomitej większości pokazywały, obrzędy religijne, świątynie, klasztory lub zwykłe życie ludzi. Prawie nie było tam zdjęć tzw. pamiątkowych. Poznawał, przebywał, uczył się i starał się zrozumieć. To on nauczył mnie, że tak naprawdę nie chodzi o to ile książek przeczytałeś o Buddyzmie, Hinduizmie czy Islamie, ale czy choć przez chwile pozwoliłeś się tym tradycjom dotknąć, on pozwolił a ja zrozumiałem to dopiero, kiedy sam pojechałem do Indii.
Pielgrzym jest artystą.
Wyczulonym na piękno, przejrzystość, kolor i cień. Jest twórca dzieł. Myślę, ze każdy kto widział zdjęcia o. Jana mógł zobaczyć w nich sztukę, wrażliwość, umiejętność ukazania zwyczajności w wyjątkowy sposób. To wszystko jest wspaniałe, ale…
Pielgrzym musi być gotowy wszystko zostawić
Nie przywiązywać się do dzieł zewnętrznych, ani nawet tych wewnętrznych. Musi być gotowy wszystko oddać, wraz z wydechem. To jest jego egzamin. Egzamin z dojrzałości.
Janie ten egzamin podejmowałeś wiele razy i zawsze zdawałeś.
Najmocniej doświadczyłem tego kiedy w 2006 roku, kiedy o. Przeor poprosił mnie abym przejął Ośrodek Medytacji Chrześcijańskiej po o. Janie. Przejąć po kimś dzieło życia, jest czymś bardzo trudnym. Jak przejąć i kontynuować dziedzictwo z jednoczesną świadomością, że w tej kontynuacji nakreśli się nowy kierunek? … a jak na to zareaguje o. Jan?
Wtedy Twoja dojrzałość – ojcze Janie- mnie urzekła. Przyjąłeś to bez cienia zazdrości i obrazy. W pełni mi zaufałeś. I ilekroć potrzebowałem pomocy zawsze byłeś obok. Uśmiechałeś się tylko słysząc o nowościach i pomysłach, pozwalając aby wszystko nabierało swojego tempa. Pamiętam, naszą drogę samochodem na dworzec któregoś dnia.
Powiedziałeś wtedy: Słuchaj Max, ale się to wszystko rozwija co?
po czym dodałeś z uśmiechem: jestem trochę zazdrosny ale się cieszę. Ja nie miałem tak lekko, musiałem przez te wszystkie lata bić głową w mur.
Wtedy odpowiedziałem: wiesz to nie sztuka przejść przez mur gdy już ktoś wcześniej przebił w nim dziurę. Bez Twojej pracy ja niewiele mógłbym zrobić.
Wtedy uśmiechnąłeś się w taki charakterystyczny sposób i kazałeś mi przyspieszyć bo ucieknie Ci pociąg.
Człowiek dotknięty ogniem jest wiecznym pielgrzymem – poszukiwaczem, który musi przechodzić przez wiele rzeczy. W poszukiwaniu jest skazany także na rozdarcie i walkę, zwłaszcza walkę z sobą samym. Ale bez tego poszukiwacz – pielgrzym nie byłby sobą.  Na 25 – lecie ślubów napisałeś tekst, który pewnie był Twoim pożegnaniem:
Dziś wiem, że niekiedy musimy przejść przez wielką burzę i ciemność, aby zobaczyć, kim jesteśmy naprawdę.
D
ziś wiem, że istnieje światło, które przez ból i cierpienie staje się coraz jaśniejsze.
D
ziś wiem, że musimy czasami dotknąć bram piekła, aby dojść do nieba.
D
ziś wiem, że czasami musimy doświadczyć opuszczenia przez Boga, aby być bliżej Niego.
D
ziś wiem, że Słowo staje się ciałem wtedy, gdy odkrywamy je w drugim człowieku, tak samo w bliskim jak i w obcym, przyjętym jak i w odrzuconym.
D
ziś wiem, że powinienem być nie lustrem, w którym inny dostrzega swoją ułomność, lecz oknem, przez które może dostrzec światło.
D
ziś wiem, że aby zmartwychwstać trzeba umrzeć dla siebie.
D
ziś wiem, że czasami trzeba chodzić nieznanymi ścieżkami, aby powrócić do Boga, który jest człowiekiem.
D
ziś wiem, że aby powrócić trzeba stać się innym, bardziej prawdziwym.
D
ziś wiem, że trzeba niekiedy upaść, aby powrócić.
D
ziś wiem, że liczy się tylko Miłość.
W wieczór naszego istnienia Pan nie będzie nas pytał o poprawność polityczną, o wypracowane cnoty, porządność, heroizm, dyplomy i osiągnięcia.
Zapyta o miłość, zapyta o to ilu ludziom pomogłeś dostrzec w nich samych dobro.
A ty pomogłeś bardzo wielu!
napisałeś kiedyś: dziś tak często mówimy, że jesteśmy dla innych lustrem, ale gdybyśmy byli oknem, moglibyśmy dojrzeć w milczeniu Boga radość zmartwychwstania.
Dzięki Janie ze byłeś oknem!
o. Maksymilian Nawara OSB

Wspomnienie o Janie

Są chwile 
Kiedy tęsknisz za starym przyjacielem
Czy to w głębokich górach
Czy w małej cichej kaplicy
W mojej głowie
Też kryją się wspomnienia.

W tych szczególnych dniach żałoby po śmierci niezwykłego człowieka jakim  był Ojciec Jan Bereza czuję się w obowiązku napisać kilka słów wspomnień, które niech będą włączeniem się w to czuwanie pełne pamięci jakie łączy w tych dniach wszystkich, dla których Ojciec Jan był szczególnym darem do Boga.
Pierwszy raz miałem okazje spotkać go jeszcze jako alumn warszawskiego seminarium w klasztorze benedyktynów opactwa Ealing w Londynie. Było to jedynie przelotne spotkanie, choć słyszałem już o tym lubińskim mnichu wcześniej w Krakowie.  Nie sądziłem wówczas, że po kilku latach będę mógł o tym mnichu mówić jak o swoim przyjacielu i towarzyszu duchowej drogi. Wcześniej jako student byłem już mocno związany z duchowością św. Benedykta a to za sprawą moich studiów, które odbywałem w królewskim  Krakowie i bliskim związkiem z klasztorem oo. benedyktynów w Tyńcu. Tam często spędzałem mój wolny czas i spotykałem niezwykłych ludzi, takich jak chociażby nie żyjący już o. Adam Kozłowski – mnich tyniecki, mój duchowy przewodnik i późniejszy opat tego klasztoru. Nie mam wątpliwości, że wpływ tego miejsca jak i mieszkających tam zakonników odcisnął trwałe piętno na moim życiu i powołaniu. Przez jakiś czas nawet myślałem, czy właśnie tam nie rozpocząć mojej drogi ku kapłaństwu. Jednak Bóg pewnie chciał inaczej. Mimo to moja więź z benedyktynami nie tylko nie została przerwana, ale umocniła się jeszcze bardziej. Kiedy tylko miałem okazję lubiłem podróżując po Europie odwiedzać klasztory benedyktyńskie i oddychać ich niezwykłą duchową atmosferą.

W czasach moich studiów seminaryjnych miałem wciąż duży kontakt z opactwem tynieckim z jednej strony za sprawą przyjaźni ze wspomnianym już ojcem Adamem a także za sprawą mojego ojca duchownego, który bardzo cenił rolę innych duchowości niż tej, która sam nam proponował. Trzecim powodem był ruch Focolari, do którego dołączyłem i w którym dużą role odgrywał inny benedyktyński mnich, który miał wielki wpływ na moje życie i powołanie – o. Ludwik Mycielski.

Ojca Jana spotykałem jeszcze kilkakrotnie podczas moich studiów seminaryjnych a to w Warszawie a to w Krakowie, mając okazję kilka razy porozmawiać z nim. Raz były to zwykle przyziemne tematy ukazujące bardzo ludzkie oblicze współczesnego mnicha (tak bardzo przypominające mi innego ulubionego mnicha Thomasa Mertona, w którym się w tamtych czasach namiętnie rozczytywałem), otwartego i przyjaznego wobec innych. Innym razem były to bardzo głębokie i ciekawe rozmowy dotykające spraw życia duchowego a także religii Wschodu, które miałem okazje studiować w ramach religiologii i w których o. Jan okazał się być ekspertem czerpiącym z własnego doświadczenia, mającym nietypowe spojrzenie na wiele rożnych spraw – zupełnie inne niż te, z którymi się dotąd spotykałem u wykładowców.


Podczas jednego z takich spotkań rozmowa zeszła na doświadczenie medytacji, które nie było mi całkiem obce, gdyż zetknąłem się wiele lat wcześniej z jej wschodnim obliczem za sprawą pewnego hinduskiego guru Maharaj Ji, który także w Polsce (a między innymi w moim ciotecznym bracie) znalazł swoich zwolenników. To właśnie on ukazał mi piękno duchowego doświadczenia związanego z medytacją. To, co ujęło mnie w ojcu Janie, to fakt, że do tego doświadczenia – przecie zupełnie niekatolickiego – odniósł się z wielkim zrozumieniem i akceptacją. Potem przyszedł czas na dzielenie się wspólnym doświadczeniem medytacji, przy czym moje było nieporównywalnie skromniejsze, więc moglem jedynie słuchać go tak jak uczeń słucha nauczyciela. Owocem tych rozmów było pierwsze zaproszenie mnie do Lubinia, gdzie o. Jan prowadził szkołę medytacji chrześcijańskiej. Był to rok 1998. I tak się zaczęło…


Przez kolejne lata bywałem w Lubiniu tak często jak tylko mogłem. Niestety najczęściej źle się to dla mnie kończyło, bo zamiast nieco odetchnąć Jan zwykle zasypywał mnie dziesiątkami książek, które czytałem po nocach po to, aby później móc z nim na ich temat dyskutować. To były niezwykłe, często nocne rozmowy, choć niejednokrotnie potem powieki musiałem podpierać zapałkami. Zdarzało mi się także spotykać z o. Janem gdy bywał w Warszawie. Niestety musiałem wówczas dzielić moje serce między Lubiniem a Tyńcem, gdzie przygotowywałem się do oblacji benedyktyńskiej. Pamiętam, że razem z Janem cieszyliśmy się moim wstąpieniem do grona oblatów, przez co została zadzierzgnięta jeszcze głębsza duchowa więź. Kolejne lata przyniosły pogłębienie tej niezwykłej przyjaźni i współpracy na różnych polach. Kilkakrotnie o. Jan pomagał mi w mojej pracy duszpasterskiej a konkretnie wyciągając rękę do osób, które spotkałem współpracując z Karanem lub Centrum Informacji ds. Sekt. Nie wszyscy wiedzą bowiem jak wielu osobom o. Jan pomógł, by po wieloletnim zabłąkaniu się gdzieś na manowce życia duchowego, najczęściej za sprawą sekt o wschodnim rodowodzie na nowo odnaleźć się w duchowości i wierze chrześcijańskiej właśnie za sprawą medytacji jakiej nauczał. On sam zwykł mawiać: „Wiem, że czasami trzeba chodzić nieznanymi ścieżkami, aby powrócić do Boga, który jest człowiekiem. Dziś wiem, że aby powrócić trzeba stać się innym, bardziej prawdziwym”.

Począwszy od 2000 roku dane nam  było spotykać się dość regularnie na innej jeszcze płaszczyźnie. Obaj zostaliśmy zaproszeni do współpracy w Komitecie Episkopatu Polski ds. Dialogu z Religiami Niechrześcijańskimi.


To kolejna ciekawa wymiana doświadczeń w dziedzinie religii nie tylko katolickiej. To co zaczynało się podczas spotkania w sali Sekretariatu Episkopatu Polski kończyło się zazwyczaj spotkaniem przy piwie i muzyce u mnie lub w jednym z warszawskich klubów, który prowadzi nasz serdeczny przyjaciel, z którym Jan był jeszcze związany za czasów studiów w Warszawie prowadząc wraz z przyjaciółmi inny klub muzyczny. Świat muzyki i warszawskich klubów muzycznych, to kolejny świat w który wprowadził mnie Jan, bo mimo iż jestem warszawiakiem przed spotkaniem Jana, nie bywałem zbyt często w klubach muzycznych zwłaszcza tych rockowych, czy jazzowych, choć jeśli już to jazz był mi znacznie bliższy.
Nie sposób oczywiście w tym krótkim wspomnieniu wymienić wszystkich ludzi, jakich spotkałem za sprawą o. Jana Berezy bądź to w Lubiniu podczas sesji medytacyjnych, bądź to podczas wspólnych spotkań w Warszawie. W tym okresie dane nam było jeszcze dwukrotnie być razem w klasztorze benedyktynów w londyńskim Ealingu. Tam także po raz pierwszy spotkałem dzięki Janowi ojca Laurence Freemana – duchowego spadkobiercę i ucznia o. Johna Maina.

Ostatni raz spotkałem Jana w listopadzie a potem w grudniu ubiegłego roku. Mieliśmy okazję odwiedzić naszych starych znajomych, zjeść razem kolację, wypić piwo. A potem odprowadziłem Jana na dworzec.
Potem były jeszcze dwie okazje do rozmowy telefonicznej i kontaktu mailowego, gdy Jan poprosił mnie o spotkanie i pomoc jednej osobie, która miała przyjechać do Warszawy.

Oczywiście wiedziałem, że Jan był poważnie chory, choć również w doświadczeniu choroby pozostanie dla mnie świadkiem wielkości człowieka dźwigającego krzyż i pozostającego sobą bez udawania, z wielką umiejętnością przyznawania się do swojej słabości i niezwykłą zdolnością życia chwilą obecną i radowania się jej darem.

Wiadomość o śmierci Jana zastała mnie w niedzielę 20 lutego wieczorem na londyńskim Ealingu. Można powiedzieć po ludzku sądząc, że pewna droga dobiegła końca, zataczając niezwykły krąg zdarzeń. Ja jednak jestem przekonany, że prawdziwe życie dla Jana dopiero się rozpoczęło…

Z okazji 25-lecia życia monastycznego o. Jan napisał: „Dziś wiem, że niekiedy musimy przejść przez wielką burzę i ciemność, aby zobaczyć, kim jesteśmy naprawdę. Dziś wiem, że musimy czasem dotknąć bram piekła, aby dojść do nieba”.

Dla mnie te blisko dwadzieścia lat znajomości z Janem to niezwykły dar i tajemnica. To tajemnica drogi którą podążamy i na której każdego dnia Pan Bóg stawia przed nami ludzi, którzy są niezwykłym darem. Tylko czy potrafimy ten dar w porę dostrzec…

Oczywiście to żal, gdy Przyjaciel odchodzi. Janie, ciesz się wiecznością.

W odrapanej celi
Zestarzałem się i życiem zmęczyłem
Chłód tej zimy jest najgorszy
Z tych co przenikają moje ciało
Ospale przełykam zieloną herbatę
Aż mroźna noc się skończy
Czy doczekam nadejścia wiosny
Bez sił na to by zatrzymać myśli
Nawet medytowanie nie pomaga
Do robienia nie zostało mi nic
Prócz pisania o zmarłych przyjaciołach

Jan…

W dniach smutku po śmierci o. Jana pozwalam sobie zamieścić wywiad przeprowadzony przez Magdalenę Menzel, który ukazał się na portalu „Dobry pasterz”.
Ojciec Jan Bereza, mgr filozofii i teologii, przeor klasztoru benedyktynów w Lubiniu w latach 1999 -2002. Od 15 lat doradca Europejskiej Benedyktyńskiej Komisji ds. Dialogu Międzyreligijnego na Płaszczyźnie Monastycznej (Monastic Interreligious Dialogue), od 10 lat członek Komitetu Episkopatu Polski ds. Dialogu z Religiami Niechrześcijańskimi. W 1988 roku stworzył w Klasztorze Benedyktynów w Lubiniu Ośrodek Medytacji i Dialogu Międzyreligijnego, w którym gościł min Rosi Kwonga (2000 r)
,
Magdalena M:enzel: Co to jest medytacja?
o. Jan Bereza: To jest pojęcie bardzo szerokie, dzisiaj bardzo popularne. Papież Benedykt XVI jeszcze jako kardynał w dokumencie „O niektórych aspektach medytacji chrześcijańskiej” nazwał medytację rodzajem modlitwy, która w ostatnich latach budzi coraz większe zainteresowanie, a jednocześnie zwracał uwagę, że współczesna kultura ogromnie utrudnia zaspokojenie głębokiego pragnienia ciszy rozmyślania i medytacji. W naszej benedyktyńskiej tradycji, mówi się o lectio, meditatio, i contemplatio. Medytacja często jest utożsamiana z rozważaniem, a z drugiej z dogłębnym studiowaniem tekstu czy słowa. Jednym ze znaczeń greckiego słowa meletan, od którego pochodzi łacińskie meditare i polskie medytować jest powtarzanie. Medytacja jest więc wewnętrznym powtarzaniem danego słowa czy myśli. Chociaż trzeba dodać, że samo powtarzanie nie jest celem samo w sobie, pomaga ono odwrócić skupienie umysłu na nas samych, a skierować ku Bogu.

M.M.: Czy kontemplacja jest tym samym co medytacja?

J.B.: Kontemplacja to jakby stopień wyżej: gdy już przestajemy powtarzać słowa czy myśli, a cała nasza świadomość jest pochłonięta Bogiem. Wtedy nie my już mówimy lecz mówi Bóg. Jesteśmy zasłuchani, zatopieni w Bogu. Jeden z największych mistyków chrześcijańskich, Św. Jan od Krzyża pisze, że w kontemplacji człowiek zapomina o wszystkim i jest całkowicie zajęty Bogiem. Dla niego jest to tajemnicze i miłosne poznanie Boga. W tym stanie nawet rozmyślanie o sprawach duchowych staje się przeszkodą naruszająca słodycz i pokój miłosnego poznania.

M.M.: Kontemplacja zawsze zaczyna się od tekstu, czytania?

J.B.: Od początku chrześcijaństwa, a właściwie już w tradycji judaistycznej znano praktykę powtarzania słowa. Słowo w tradycji biblijnej ma inny sens niż w językach europejskich. W naszym potocznym rozumieniu słowa „oznaczają”, w Biblii „przywołują” i „uobecniają”. Zapewne w tym tkwi problem niechęci czy niezrozumienia sensu medytacji.
W praktyce powtarzanie może być jakby przedłużeniem lectio divina (czytania duchowego), ale może też być odrębną praktyką. Jan Kasjan, mistrz św. Benedykta, szukając nauczycieli modlitwy dotarł do Egiptu (gdzie w IV, V wieku istniało głębokie życie monastyczne). Tam też Kasjan spotkał ojca Izaaka, który nauczył go medytować. Zalecił mu powtarzanie formuły: „Boże, wejrzyj ku wspomożeniu memu, Panie pospiesz ku ratunkowi memu”. Zalecał by powtarzał ją kiedy będzie mu ciężko w życiu, kiedy będzie chory, kiedy będą nękały go pokusy i wielu innych sytuacjach codziennego życia. Podobna forma modlitwy istnieje do dziś jako modlitwa Jezusowa, gdzie powtarza się wezwanie: „Panie Jezu Chryste zmiłuj się nade mną grzesznikiem”.
W XII w. pojawił się w Kościele zachodnim różaniec, na którym zaczęto odmawiać „Zdrowaś Mario”; jego korzenie są jednak na Wschodzie. W książce: „Różaniec – modlitwa Jezusowa Zachodu” autor ukazuje genezę różańca; przy czym podaje, że jeśli chodzi o metodę to jest ona jeszcze starsza i wywodzi się z buddyzmu i hinduizmu, a przez islam trafiła do chrześcijaństwa. Można więc powiedzieć, że różaniec jest modlitwą ekumeniczną, a nawet międzyreligijną. Św. Ignacy Loyola zalecał medytację polegającą na czytaniu Pisma Świętego i wyobrażaniu sobie tego, o czym się czyta, włącznie ze smakami, zapachami, by móc doświadczyć głębiej czytanego tekstu i rzeczywistości, której dotyczy. Zalecał także i tę formę medytacji, podobną do tej, o której wcześniej mówiliśmy – powtarzanie imienia Jezus w rytm oddechu.
M.M.: Kto może więc medytować? Trzeba być wierzącym, mieć specjalne predyspozycje?
J.B.: Medytować mogą również osoby niewierzące, powtarzając słowa niezwiązane tylko z religią, np. : „miłość”. Dziś stosuje się medytację w psychoterapii jako środek wyciszający. Ale dla człowieka wierzącego medytacja jest formą modlitwy; zaczynamy modlić się słowami, potem wystarcza jedno słowa, ale dochodzimy także do tego, że słowa stają się niepotrzebne. Zapytano pewnego starca, co on robi w sam w kościele. „Czasami siedzę i myślę, a czasami tylko siedzę” – odpowiedział. „Tylko siedzenie” można już nazwać kontemplacją (tak jak zakochani, którym wystarcza obecność drugiego).

M.M.: Jak Ojciec nauczył się medytować?

J.B.: Z medytacją jest podobnie jak sztuce Moliera „Mieszczanin szlachcicem”. Kiedy nauczyciel wyjaśniał bohaterowi, że mówi prozą, ten nie mógł się tym nadziwić. Medytacja jest czymś bardzo naturalnym i niektórzy chyba nie muszą się tego w sposób szczególny uczyć. Czasami widzę starszych ludzi przychodzących do kościoła pół godziny wcześniej przed mszą, siedzą i wydaje mi się, że medytują. Jest to jakby naturalny etap w rozwoju duchowym. Ale oczywiście dla wielu z nas potrzebna jest nauka. Moje przygotowanie rozpoczęło się na w czasie studiów, trzydzieści lat temu. Od tamtego czasu zmieniała się jej forma. Dziś chyba najbardziej przypomina formę modlitwy Jezusowej. Studiowałem też filozofię indyjską i poznałem jogę klasyczną; przerabiałem oryginalne teksty sanskryckie.
M.M.: Jak medytacja chrześcijańska ma się do medytacji Wchodu, do jogi?
J.B.: Joga jest bardzo szerokim pojęciem. Przede wszystkim odnosi się do jednego z najstarszych i największych systemów filozoficzno-mistycznych. Jego pochodzenie jest przedaryjskie; w późniejszym okresie został zaadoptowany przez hinduizm i najczęściej poprzez hinduizm jest poznawany w Europie. W Indiach słowo joga odnosi się potocznie do wielu form ascetycznych.
Jest wiele ścieżek jogi i w niektórych z nich medytacja odgrywa ważną rolę. Od strony technicznej medytacja chrześcijańska może nie różnić się od medytacji w innych religiach, różne religie mogą posługiwać się podobnymi metodami. Różnią się w kwestii odniesienia do Boga; joga klasyczna odwołuje się do „Iśwary”. Iśwara jest pojęciem filozoficznym, określeniem Boga osobowego (nie jest to imię Boga). Medytacja chrześcijańska prowadzi do zjednoczenia z Bogiem w Trójcyjedynym objawiającym się nam w Chrystusie. Ojciec J.M. Dechanet, benedyktyn z naszego klasztoru w Belgii napisał książkę „Joga chrześcijańska w dziesięciu lekcjach”. Ukazała się ona jeszcze w latach sześćdziesiątych wraz z imprimatur ojca Opata i miejscowego biskupa. Gdy ukazała się w Polsce, wzbudziła wiele kontrowersji.

M.M.: Medytacja jest jednym z elementów jogi. Czym zatem jeszcze jest joga?
J.B.: Definicja mówi, że „joga jest powściągnięciem zjawisk świadomościowych”. Chodzi o dotarcie do prawdziwego „ja”, czyli o dotarcie do prawdziwego podmiotu, żeby odkryć także prawdziwy przedmiot. Thomas Merton wyraził to tak: „Bóg to moje drugie i prawdziwe ja”, to znaczy, że docierając do swojej istoty, jednocześnie odkrywamy obecność Boga. Wyrażając tę myśl bardziej teologicznie można powiedzieć, że odkrywamy obraz i podobieństwo Boże, na które zostaliśmy stworzeni.
Joga klasyczna nie jest związana z żadnym systemem religijnym, posługuje się językiem filozoficzno-mistycznym. Do celu jaki sobie wyznacza, dotarcia do prawdziwego „ja” ukazuje wiele ścieżek. W Polsce to, co nazywa się jogą to właściwie hatha joga, jedna ze ścieżek jogi, która akcentuje rolę ciała i ćwiczeń psychofizycznych. Ale trudno ograniczyć ją tylko do tych ćwiczeń. Joga najpierw mówi stosowaniu pewnych nakazów i zakazów moralnych, które trzeba wypełnić, aby móc rozpocząć wspomniane ćwiczenia. W nich znajduje się również iśvarapranidhana czyli oddaniu się w opiekę Bogu. Dopiero potem możemy ćwiczyć hatha jogę. Myślę, że to pewien problem dla ludzi na Zachodzie, którzy chcą praktykować jogę, a nie są do tego duchowo i moralnie przygotowani.

M.M.: Dlaczego niektórym joga źle się kojarzy?

J.B.: Podstawowym problemem jest brak elementarnej wiedzy na jej temat. To, co czytamy w popularnych pismach niewiele ma wspólnego z jogą. Nawet w Indiach organizuje się komercyjne kilkutygodniowe kursy jogi i rozdaje po ich ukończeniu dyplomy. Niektórzy po tych kilku tygodniach nauki próbują uczyć innych. Jednak, aby opanować niektóre ćwiczenia z hatha jogi potrzeba wielu lat.
Z drugiej strony, jeśli ktoś praktykuje jogę, a nie jest do tego duchowo i moralnie przygotowany może zrobić z jogi zły użytek albo joga może mu „zaszkodzić”. Zdarza się też, że jogę próbuje się wykorzystać do złych rzeczy, np. do osiągnięcia nadnaturalnych mocy i panowania nad innymi (przed czym joga wyraźnie przestrzega). Jeśli pacjent bierze lekarstwo niezgodnie z zaleceniami lekarza, to nie powinien mieć pretensji, że zastosowano złe leczenie; przykład jest tym bardziej trafny, że klasyczny traktat jogi ułożony jest na wzór traktatu medycznego. Dlatego zaleca się, by ćwiczenia jogi przebiegały pod okiem nauczyciela, do którego mamy całkowite zaufanie i który potrafi dostosować rodzaj praktyki do naszej wiary, naszych duchowych możliwości i predyspozycji. Joga to nie jest tylko gimnastyka, choć wiele z asanów z jogi znamy z ćwiczeń wychowania fizycznego. Często pod przykrywką nauki jogi czy medytacji działają sekty, które w ten sposób chcą przyciągnąć do siebie ludzi. Znam przypadki organizowania kursów jogi dla werbowania osób ze zdolnościami parapsychicznymi do zadań policyjnych czy wywiadu.
Jeden z indyjskich nauczycieli powiedział: „Kiedy widzę jak ludzie na Zachodzie podchodzą do medytacji to mam ochotę im doradzić, aby się tym nie zajmowali”. Często też o jodze piszą ludzie, którzy zrażeni trudnościami zawrócili w połowie drogi; przyczyny mogą być różne, ale nie są to wiarogodni świadkowie jogi.
M.M.: Zajmuje się Ojciec dialogiem międzyreligijnym. Czy joga, jako element wspólny dla wielu religii, sprawia, że posuwa się on naprzód?
J.B.: Benedyktyni byli zachęcani zaraz po Soborze Watykańskim II do podjęcia dialogu z mnichami innych religii. Istniało już wówczas głębokie przeświadczenie, że na poziomie kontemplacji (a więc poza słowami) łatwiej będzie nawiązać między sobą kontakt. Znajduje to potwierdzenie również w fakcie, że monastycyzm jest jakby z natury pomostem między religiami. Pisał o tym do benedyktynów jeszcze w 1974 roku Kardynał Sergio Pinedolli, Przewodniczący ówczesnego Sekretariatu dla niechrześcijan, przekształconego później w Papieską Radę do Dialogu Między Religiami. Życie w klasztorach wszędzie bowiem opiera się na tych samych zasadach: na modlitwach, pracy, ascezie, życiu w prostocie, ubóstwie itp. Można mówić też o dialogu życia, dialogu dzieł, kiedy przedstawiciele różnych religii działają wspólnie dla dobra innych ludzi. W dokumencie Vademecum Dialogu Międzyreligijnego praktyka jogi uznana jest za jeden ze sposobów prowadzenia międzyreligijnego dialogu. Jeszcze w 1993 roku w ramach naszej Federacji Benedyktyńskiej wydano dokument „Kontemplacja i Dialog Międzyreligijny”, był on konsultowany z Papieską Radą do Dialogu Międzyreligijnego i stanowi wielką pomoc dla tych, którzy pragną dzielić się duchowym doświadczeniem z przedstawicielami innych religii. Musimy jednak pamiętać, że spotkanie religii jakie obserwujemy nie ma swego odpowiednika w historii chrześcijaństwa, ale z drugiej strony dopiero się rozpoczyna, dlatego narażeni jesteśmy na trudności i nieporozumienia.
Dobrze jest wtedy pamiętać o tym, co powiedział Jan Paweł II przy okazji Dnia Modlitw o Pokój w Asyżu w 1986 roku: „każda autentyczna modlitwa jest poruszana działaniem Ducha Świętego, który w tajemniczy sposób jest obecny w sercu każdego człowieka”. To przekonanie usprawiedliwia więc fundamentalną ufność, że formy modlitwy wypracowane poza tradycją chrześcijańską nie są a priori zagrożeniem dla wiary chrześcijańskiej a autentyczna modlitwa chrześcijańska nie tyle zależy od metody, co od daru Duchem, który dany jest nam przez Jezusa Chrystusa.

Żal za o. Janem

Śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą…

W niedzielę w leszczyńskim szpitalu zmarł ojciec Jan Bereza OSB, mnich z Klasztoru Benedyktynów w Lubiniu – twórca centrum medytacji i dialogu międzyreligijnego w lubińskim klasztorze. Autor licznych publikacji na temat medytacji i cyklu programów telewizyjnych pt. ,,Sztuka codziennego życia”
Ojciec Jan (Mirosław) Bereza
Warszawiak z urodzenia i wychowania, benedyktyn z powołania, obywatel świata z wyboru. Z wykształcenia fotograf (technikum), filozof (Akademia Teologii Katolickiej) i teolog (Papieski Wydział Teologiczny w Poznaniu). U legendarnego doktora Leona Cyborana studiował filozofię jogi i był jednym z pierwszych w Polsce uczniów nauczyciela zen Philipa Kappleau. Potem wybrał życie mnicha.

Zapomnianą przez kulturę chrześcijańską praktykę medytacyjną praktykował najpierw z gronem przyjaciół i znajomych (pierwsza sesja medytacyjna odbyła się we wrześniu 1988 roku). Dziś jest to część światowego ruchu.

Związany był z Benedyktyńską Komisją do Dialogu Międzyreligijnego na płaszczyźnie Monastycznej DIM-MID (Commissions Pour Le Dialogue Interreligieux Monastique – Monastic Interreligious Dialogue Commissions). Przez 10 lat był członkiem Komitetu Episkopatu Polski ds. Dialogu z Religiami Niechrześcijańskimi.
Jest autorem takich książek jak „Sztuka codziennego życia” (Poznań 1997) i programów telewizyjnych o tym samym tytule, poświęconych medytacji i dialogowi międzyreligijnemu (realizował je z Poznańskim Ośrodkiem Telewizyjnym, a pokazał także II program TVP i Telewizja Polonia). Wydał też „Myśli codziennego umysłu” (Poznań 2007). W ubiegłym roku ukazała się ostatnia książka współautorstwa Ojca Jana – ,,Posty i tosty”.

Współpracował między innymi z takimi czasopismami, jak „Charaktery”, ,,Zdrowie psychiczne”, „Życie duchowe”, „Albo-Albo” ,„Z pomocą” oraz z pismami regionalnymi  „Wiadomości Kościańskie”, „Panorama Leszczyńska”, „ABC.”  W 1991 r. został laureatem nagrody Wiadomości Kościańskich za całokształt twórczości na rzecz ekumenicznego rozumienia współczesności.

Ojciec Jan zmarł w wieku 56 lat.

Dziękując za czas, który spędził wśród na – po ludzku patrząc zbyt krótki – prosimy Boga, aby owoce Jego życia, dobro, które zasiał wśród nas i które nie mam co do tego wątpliwości jeszcze długo będzie owocowało wśród Jego duchowych synów i córek dobry Bóg wynagrodził radością życia wiecznego.