Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Wszystko jest miejscem Boga

Z Ewangelii według św. Mateusza(Mk 7,1-13)

U Jezusa zebrali się faryzeusze i kilku uczonych w Piśmie, którzy przybyli z Jerozolimy. I zauważyli, że niektórzy z Jego uczniów brali posiłek nieczystymi, to znaczy nie obmytymi rękami. Faryzeusze bowiem, i w ogóle Żydzi, trzymając się tradycji starszych, nie jedzą, jeśli sobie rąk nie obmyją, rozluźniając pięść. I /gdy wrócą/ z rynku, nie jedzą, dopóki się nie obmyją. Jest jeszcze wiele innych zwyczajów, które przejęli i których przestrzegają, jak obmywanie kubków, dzbanków, naczyń miedzianych. Zapytali Go więc faryzeusze i uczeni w Piśmie: Dlaczego Twoi uczniowie nie postępują według tradycji starszych, lecz jedzą nieczystymi rękami? Odpowiedział im: Słusznie prorok Izajasz powiedział o was, obłudnikach, jak jest napisane: Ten lud czci Mnie wargami, lecz sercem swym daleko jest ode Mnie. Ale czci Mnie na próżno, ucząc zasad podanych przez ludzi. Umiecie dobrze uchylać przykazanie Boże, aby swoją tradycję zachować.
Jednym z zarzutów jakie można by sformułować pod adresem współczesnych chrześcijan jest nierzadkie oderwanie życia religijnego, sfery sacrum od codzienności a więc od sfery profanum. Tymczasem te dwie rzeczywistości wzajemnie się przenikają – czego swoim sposobem życia chciał nas nauczyć Jezus – i rozdzielanie ich jest wielkim nieporozumieniem w życiu człowieka wierzącego.
Tak trudno nam niejednokrotnie uchwycić to, o czym tak pięknie pisał Carlo Carretto w swojej książce „listy z pustyni”, że wszystko jest miejscem Boga, środowiskiem Jego obecności.
Medytacja poprzez swoje niezwykłe działanie, które sprawia, że z czasem nasze słowo – mantra zaczyna rozbrzmiewać w nas także po zakończeniu medytacji wprowadza nas w doświadczenie zrozumienia i otwartości na ciągle przenikająca nasze życie Obecność Chrystusa, która jest zaproszeniem, by odkrywać Go działającego nie tylko w czasie Eucharystii czy modlitwy ale zawsze i wszędzie.
Pisząc o tym zaproszeniu do życia w obecności Boga, św. Paweł pisał: Wierny jest Bóg, który powołał was do współuczestnictwa z Synem  swoim Jezusem Chrystusem, Panem naszym [1 Kor 1,9]. To współuczestnictwo, to nic innego jak zaproszenie do życia w świadomości ciągłej obecności Boga i otwartości na Jego łaskę, która na towarzyszy zawsze i wszędzie, tak jak towarzyszyła Jezusowi. Oczywiście w życiu Chrystusa nie brakowało także chwil ciszy i bycia sam na sam z Ojcem. Ale były to chwile, które jeszcze bardziej otwierały Go na te ciągła łączność z Ojcem w jego codziennym działaniu. I taka tez ma być rola medytacji. Spotkanie w ciszy naszego serca z Bogiem ma nas otwierać i uwrażliwiać nasze serca na tę ciągłą obecność Boga w naszym życiu i uwrażliwiać nas na wsłuchiwanie się w ten Boży sposób mówienia, przez który Bóg mówi do nas w różnych sytuacjach naszego życia.
Naszym zadaniem jako chrześcijan i jako ludzi medytujących jest na nowo uwrażliwiać innych na obecność Ducha w nich samych i Ducha działającego nieustannie w świecie. Abym jednak mógł to pokazywać innym najpierw sam musze być wrażliwy na Jego działanie.
To nie tradycja przekazywana nam z przeszłości nadaje znaczenie teraźniejszości – zwykł mawiać o. John Main – lecz jest zupełnie odwrotnie: to teraźniejszość nadaje znaczenie tradycji.
Kościół a wraz z nim chrześcijanin, który jest jego cząstką nigdy nie jest świadkiem suchych doktryn, lecz obecności żywego i działającego Chrystusa najpierw w jego osobistym życiu a potem w Kościele i w świecie. Medytacja uczy nas odkrywać w sposób namacalny i bardzo praktyczny, że ta żyjąca Obecność Chrystusa i Jego Ducha działającego w nas jest rzeczywistością jak najbardziej realna i teraźniejszą,

Błogosławieni, którzy medytują

Nadszedł czas, by z radością ogłosić koniec „kolędy i koniec „karnawału ekumeniczno-międzyreligijnego”!

Teraz doprawdy nie wiem, co będę robił z czasem, który mi zostanie. Mam nadzieję że z pomocą medytacji oraz życzliwych mi osób uda mi się go dobrze zagospodarować, choć po dwóch miesiącach notorycznego braku czasu może to być nie łatwym zadaniem :-) A tak na serio to dobra okazja, by docenić to, co się ma, również w wymiarze czasu. Tak często bowiem zagonieni codziennymi sprawami narzekamy, że brak nam czasu. Okazuje się jednak, że gdy trzeba można jeszcze wiele zeń wygospodarować na sprawy ważne i to bez uszczerbku dla innych ważniejszych. Doświadczenie ostatnich dwóch miesięcy jest tego dobrym przykładem.
To zupełnie tak jak w tej opowieści o Rabinie i kozie.

Przychodzi biedny Żyd do rabina i prosi o radę:

– Oj, mądry Rebe, pomóż mi. To moje życie takie ciężkie: mieszkam w niewielkiej chatce z żoną, czwórką dzieci, babcią, dziadkiem i jeszcze teściową. Już się zupełnie nie mieścimy w tej małej izdebce. Oj pomóż, mądry Rebe…


Na to Rabin powiada:


– Słyszałem, że masz w obórce kozę?…


– Tak Rebe, mam jedną kozę, co daje mleko, którym karmię dzieci.


– To ją teraz sprowadź do domu – mówi rabin. 


– Rebe, Rebe, co ty mówisz?… Ja, żona, czwórka dzieci, żona, teściowa i jeszcze koza?… To jak ja teraz będę mieszkał?…


Ale rabin był nieubłagany: – Musisz –
powiada – wprowadzić sobie kozę do domu!!

Za parę tygodni rabin spotyka tego Żyda i pyta się:


– A co tam Icek u ciebie?


– Oj Rebe. Teraz to już zupełnie nie da się żyć w domu. Ja, żona, czwórka dzieci, żona, teściowa, dziadek i jeszcze teraz ta koza. To już nie jest życie.


Na to rabin powiada:


– To zabierz kozę z powrotem do obórki.


Za niedługo rabin jeszcze raz spotyka Żyda i pyta się go:


– Jak tam Icek, w twoim domu?…


– Oj, Rebe. Jakiś ty mądry! Jak my teraz mamy w domu dużo miejsca. Świetnie mieścimy się w tej izdebce – ja, żona, czwórka dzieci, żona, teściowa i dziadek. Oj jakiś ty mądry, Rebe…

Mimo iż nie korzystam w tym względzie z mądrości rabina,  choć mógłbym to zrobić ze względu na spotkania międzyreligijne, które miały miejsce, to jednak mądrość, której uczy medytacja pozwala właśnie z wielką swobodą i wdzięcznością spoglądać na dar czasu i uczyć jego wykorzystania w taki sposób, aby zawsze znaleźć miejsce na to, co ważne a nieoczekiwane.

Ale to nie jedyna umiejętność, w którą wdraża nas praktyka medytacji. Mówiąc dzisiaj kazanie, którego kanwą był fragment Jezusowego kazania na górze a konkretnie przywołane przez Jezusa Osiem Błogosławieństw, mocno uświadamiam sobie, jak bardzo doświadczenie medytacji zmienia perspektywę naszego patrzenia i życia, kształtując je właśnie według wzoru, jaki Chrystus zostawił nam w tych niezwykłych ośmiu zdaniach zawartych w piątym rozdziale Ewangelii według św. Mateusza.

Jezus, widząc tłumy, wyszedł na górę. A gdy usiadł, przystąpili do Niego Jego uczniowie. Wtedy otworzył swoje usta i nauczał ich tymi słowami: Błogosławieni ubodzy w duchu, albowiem do nich należy królestwo niebieskie. Błogosławieni, którzy się smucą, albowiem oni będą pocieszeni. Błogosławieni cisi, albowiem oni na własność posiądą ziemię. Błogosławieni, którzy łakną i pragną sprawiedliwości, albowiem oni będą nasyceni. Błogosławieni miłosierni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią. Błogosławieni czystego serca, albowiem oni Boga oglądać będą. Błogosławieni, którzy wprowadzają pokój, albowiem oni będą nazwani synami Bożymi. Błogosławieni, którzy cierpią prześladowanie dla sprawiedliwości, albowiem do nich należy królestwo niebieskie. Błogosławieni jesteście, gdy /ludzie/ wam urągają i prześladują was, i gdy z mego powodu mówią kłamliwie wszystko złe na was. Cieszcie się i radujcie, albowiem wasza nagroda wielka jest w niebie. [Mt 5,1-12a]

Bo czyż doświadczenie medytacji nie uczy nas postawy ubóstwa, uwalniając skutecznie od poczucia samowystarczalności po to, by uczyć nas pełnego ufności polegania na Bogu i Jego działaniu?

Albo czy nie uczy nas smutku, który przeradza się w pocieszenie, uświadamiając nam za każdym razem gdy siadamy do medytacji jak wielki jest dar Bożej miłości, który zostaje w nas zaszczepiony i jak słabo na ten dar odpowiadamy? A jednak jest to Miłość pełna hojności i bezinteresowności, która nie daje się nam – na szczęście dla nas –  jedynie w takim wymiarze jak my odpowiadamy na jej dar.
Uświadomienie sobie tego wielkiego daru sprawia, że płyną z naszych oczu łzy, a są to łzy radości człowieka, który może doświadczyć miłości i bliskości Boga.

Lub czy medytacja nie uczy nas ciszy i tego, że to właśnie wówczas, gdy jesteśmy w stanie zamilknąć zewnętrznie i wewnętrznie, Bóg najmocniej do nas przemawia i najpełniej nas nasyca swoim słowem i łaską?

Czyż doświadczenie medytacji nie uczy nas sprawiedliwości i nie rozpala w naszych sercach jej głębokiego pragnienia, które pozwala właśnie na drodze życia duchowego i duchowego dialogu zasypywać podziały i uprzedzenia będące przyczyną tak wielu cierpień i niesprawiedliwości?

Albo czy medytacja nie uczy nas tego szczególnego sposobu patrzenia z miłosierną miłością na innych, patrzenia, które wypływa w zanurzeniu się w miłosierną miłość samego Boga, z której powinno wyrastać wszystko inne w naszym życiu?

Czy owocem medytacji nie jest czystość serca, które wolne od tego, co je próbuje zniewolić nie tylko wstępuje na drogę prawdziwej wolności tak różnej od źle pojętej samowoli, ale doświadcza tego, że oczyszczające działanie medytacji, będąc źródłem czystości myśli w nas samych przekłada się potem na czystość naszych intencji, naszych słów i naszych działań?

Albo czy owocem medytacji nie jest pokój? Ten prawdziwy, którego świat dać nie może, bo go nie posiada, ale ten który wypływa z Boga i wprowadzając go najpierw w nasze relacje z Bogiem uczy jak pozwolić na to, by tym pokojem zostały także przeniknięte relacje międzyludzkie.

I wreszcie czy doświadczenie medytacji nie uczy nas odporności na prześladowania? Nie chodzi przy tym, abyśmy wyrzekali się tego, co ludzkie, ale abyśmy uczyli się poprzez doświadczenie medytacji prawdziwej wolności, która sprawia, że dla świętego spokoju lub akceptacji przez innych nigdy nie wyrzeknę się depozytu mojej wiary i przeżywania mojego życia w podporządkowaniu go woli Bożej. Więcej nawet, będę miał odwagę ukazywać ten duchowy wymiar mojego życia – oparty na posłuszeństwie Bogu i Jego słowu pomimo tego, że przez innych mogę być wyśmiany, niezrozumiany, czy też odrzucony i że nie zrezygnuję z mojej chrześcijańskiej tożsamości nawet wówczas, gdy moja postawa wierności prawdzie Ewangelii stanie się dla innych grudką soli w oku.

I dlatego błogosławieni są wszyscy, którzy medytują…

Dialog

Ostatnie dni przypadające po Tygodniu Modlitw o Jedność Chrześcijan należą już zgodnie z niedługą tradycją do wyznawców islamu. Wprawdzie nie mamy ich w Polsce za dużo, to jednak możemy się poszczycić naprawdę dobrymi relacjami, które pielęgnujemy od wielu lat. Szczególną formę przybierają one od jedenastu lat. Od tego bowiem czasu obchodzimy Dzień Islamu w Kościele Katolickim w Polsce. To niezwykła inicjatywa i pionierska w Europie. Początkowo wspólne świętowanie wyznawców dwóch religii monoteistycznych zaczęły się od spotkań z Tatarami – naszymi rodzimymi muzułmanami, by potem rozszerzyć się na innych przedstawicieli świata islamu mieszkających w Polsce. Ewenementem tego spotkania jest także to, że gromadzimy na nim zarówno przedstawicieli sunnitów jak i szyitów. To nie często się udaje! W tym roku na spotkaniu 26 stycznia – bo taka data została wybrana na obchody Dnia Islamu było obecnych ponad trzysta osób. Ale spotkanie to owocuje także innymi spotkaniami zarówno w środowiskach katolickich jaki i muzułmańskich. Ostatnie z nich przypada w niedzielę, kończąc definitywnie dialogiczny maraton, choć nie kończąc samego dialogu.

W tym roku spotkanie było wyjątkowo ciepłe ze względu na to, że Rada Wspólna Katolików i Muzułmanów uhonorowała tytułem „Człowieka Roku” panią Halimę Szachidewicz – przewodniczącą Gminy Muzułmańskiej w Białymstoku, kobiet wielkiego serca, u której w domu – gdzie chętnie bywamy zapraszani przez nią –  każdy z nas niezależnie czy jest muzułmaninem, katolikiem czy prawosławnym czuje się jak u cioci. TYm większą dla mnie radością było przeżywać wręczenie tej nagrody.

Niech mi będzie wolno przywołać fragment rozmowy z tą niezwykłą kobietą:

– Czuje się pani bardziej Polką czy Tatarką?

– Tu nie ma sprzeczności. W czasie wojny do walki szli Polacy i Tatarzy. Jeden w okopie odmawiał „Ojcze nasz”, a drugi „Al-Fatihę”. Jestem obywatelką Polski, patriotką. Ale jestem też Tatarką. Ci, którzy to różnicują, są chyba ludźmi złej woli. Bo to, że uszanuję swoją tożsamość, nie znaczy, że muszę nie szanować pani tożsamości. Nie lubię słowa tolerancja, bo to oznacza, że coś się toleruje, a między religiami musi być współżycie, współpraca i dialog. I to nie znaczy, że mamy się przekonywać, że czyjaś religia jest lepsza. Po prostu pani przedstawia swoje zasady, a ja swoje. I one najczęściej są podobne. Współpracujmy tam, gdzie są zbieżne, ale też pozostawmy dla każdej religii sferę sacrum.
– Porozumiewacie się państwo między sobą po polsku czy po tatarsku?

– Po polsku. W Białymstoku jest tylko jedna osoba – pani Klara Janglajew – która zna tatarski. Nie wiem, czy ktoś jeszcze mówi w tym języku.
Tatarzy przyjeżdżali tu sami, bez rodzin. Żenili się więc ze Słowiankami – Polkami lub Białorusinkami. Ale ponieważ byli wojskowymi i rzadko bywali w domu, nie miał kto uczyć ich żon i dzieci tatarskiego. I tak utracili swój język.

– Jak wygląda islam tatarski? Czy tak samo jak w innych krajach muzułmańskich?

– Islam jest ten sam, bo Koran jest dla wszystkich jednakowy. Jedynie czas między modlitwami wygląda u nas inaczej niż u muzułmanów z krajów arabskich. Ale kraje arabskie też różnią się między sobą tradycją, zwyczajami, kuchnią itd. W Polsce jest prawie 40 mln ludzi, z czego 4 tys. to Tatarzy. Kropla w morzu. Przez wzgląd na otoczenie dostosowujemy się. Wprawdzie na święta wielkanocne nic nie przygotowuję, ale też tego dnia nic nie robię. Odpoczywam. I to nie tylko ze względu na sąsiadów, ale w ogóle na szacunek wobec innej religii. W Boże Narodzenie zaś w niektórych domach, jeśli są małe dzieci, stawia się choinkę, aby dziecko nie biegało do sąsiadów i nie pytało, dlaczego oni mają, a u nas nie ma. Zresztą to w pewnym sensie i dla nas są święta, z tego względu, że są to dni wolne od pracy, odwiedza się krewnych, wyjeżdża gdzieś. I to jest święto dlatego, że wszyscy są razem.
Faktem jest jednak, że my, tu w Polsce, przez wiele lat nie mieliśmy raczej łączności z krajami muzułmańskimi, w związku z czym powstały pewne naleciałości.

– Jakie to były naleciałości?

– Chodzi o zwyczaje. W latach 80. do Polski przybyli studenci z krajów arabskich. Uważali, że lepiej od nas znają zasady wiary. Np. jednostką czasu modlitwy jest rekjat, czyli taki odstęp, w jakim powtarzają się kolejne modlitwy. Tatarzy modlili się dość długo, bo około siedmiu, ośmiu rekjatów. Ci studenci natomiast często już po dwóch rekjatach wychodzili, bo uważali, że tyle wystarczy. To tak samo jak w kościele – jeden przyjdzie, odmówi „Ojcze nasz” i wyjdzie, inny zaś zostaje na całą mszę albo jeszcze dłużej.
Unormowaliśmy te sprawy w taki sposób, że po pewnej części modlitwy była przerwa – oni mogli wówczas wyjść, a myśmy zostawali dłużej.
Poza tym zarzucano nam, że nie odmawiamy w ciągu dnia wszystkich modlitw. Tymczasem myśmy pracowali, więc nie zawsze były warunki do tego, by się pomodlić. Zresztą w ciągu dnia jest taki przedział czasowy, kiedy można odrobić zaległą modlitwę. A jeśli z jakichś przyczyn jest to niemożliwe, też nic się nie stanie. Bo to nie modlitwa stanowi o religii. Najważniejszy jest styl życia. Ten, kto modlitwy nie popiera czynem, nie jest prawdziwym muzułmaninem.
Miano też nam, kobietom, za złe, że chodzimy bez chustek, podczas gdy jest powiedziane, że kobiety mogą się ubierać dowolnie, byle ich ubiór był skromny. Większość naszych pań chodzi w spodniach i tunikach albo długich spódnicach. Ale młode osoby chodzą już w krótszych spódniczkach, czasem też w bluzkach z krótkim rękawkiem. Jednak do modlitwy wszyscy stawiają się przepisowo ubrani. Gościliśmy muftich różnych krajów – Libanu, Bośni, Rosji – i nikt nie stwierdził, że nasze praktyki odbiegają w jakiś sposób od tego, co jest w innych krajach.
Tak naprawdę to Polki, które przeszły na islam, stały się ortodoksyjnym odłamem tej religii. Chodzą ubrane jak typowe Arabki. A przecież islam to nie tylko Bliski Wschód.
Tak pięknie zarówno w tym co mówi, jak i w jej całym życiu wybrzmiewa zdanie wypowiedziane kiedyś prze Khalila Gibrana: Stworzenia bez kręgosłupa mają najtwardszą skorupę. Zatem ci, który mają dobrze uformowany kręgosłup wiary nie muszą przywdziewać skorupy, gdyż wysoka świadomość swojej wiary i jej wartości sprawia, że człowiek nie lęka się słuchać ludzi wierzących inaczej. Tylko ludzie małej wiary boją się dialogu.
Słuchanie innych z szacunkiem dla ich wiary i przekonań to wielka sztuka. I ciągle się jej uczę. Również dzięki takim osobom jak pani Halima. 
Mam nadzieję, że tym, którzy medytują łatwiej to zrozumieć. Gdyż medytacja nie tylko uczy słuchania, ale również otwartości serca, cechy bez której jakikolwiek dialog byłby niemożliwy.

Sukces w wymiarze duchowym???

Podstawy nauczania o. Johna Maina  można by zawrzeć w czterech punktach:
* Współczesny człowiek jest wyalienowany ze swojego wnętrza. Dzięki medytacji może skoncentrować się na sobie i powrócić do swojego centrum.
* W tym centrum, stajemy się prawdziwie obecni i świadomi nieustannej modlitwy zamieszkującego w nas Ducha Świętego.
* To ustawia nas w łączności z potężną mocą i prowadzi do przemiany i pełni życia.
* Medytacji uczymy się wyłącznie przez praktykę. Zbyt częste rozmawianie i czytanie na jej temat wprowadza tylko opóźnienie. Tylko osobiste doświadczenie może przekonać nas do medytacji.
Zanim zaczniemy medytować, warto poświęcić trochę czasu na uświadomienie sobie uczuć w swoim ciele. Nauczyciele medytacji zachęcają byśmy byli świadomi tych odczuć, ale nie próbowali tego zmieniać. Taka postawa uczy nas uważności – nie tylko ważnego elementu medytacji, ale również niezbędnej cechy do świadomego przeżywania swojego życia dzień po dniu, godzina po godzinie.
Dzięki medytacji chrześcijańskiej, nauczanej przez o. Johna Maina, staramy się „zaprzyjaźnić” z Bogiem, obecnym w naszym najgłębszym centrum. Aby tam być, musimy najpierw „zaprzyjaźnić” się z naszym ciałem, akceptując je takim, jakim jest z tym wszystkim czego ono doświadcza.
John Main podkreślał w swoim nauczaniu tylko jedną zasadniczą rzecz: abyśmy przez cały czas trwania medytacji nie przestawali powtarzać naszego modlitewnego wezwania, naszej mantry. Wszystko inne — to jak siedzisz, ubierasz się i co jesz, jest jedynie POMOCNE. W medytacji staramy się być obecni tu i teraz. Próbujemy uwolnić się od tego wszystkiego, co nie jest Bogiem, tak, by być z Nim całkowicie, bez żadnych przeszkód.
Jednym z największych ograniczeń na drodze modlitwy jest nasza obsesja sukcesu. Wszędzie jesteśmy pod presją sukcesu. Podobnie zachowujemy się na modlitwie.
Osądzamy, czy odnosimy sukces, czy doświadczamy porażki na podstawie obecności lub nieobecności myśli, które potocznie nazywamy rozproszeniami lub jakichś innych doznań lub doświadczeń. Nie modlimy się jednak po to, by odnieść sukces. Modlimy się po to, by zachować wierność! Im częściej, w wierności, powracamy do naszej modlitwy, tym wierniejsi się stajemy.
Więcej – jak zwykł mawiać mistrz Tokuda – jeden z nauczycieli zen. Nie ma potrzeby szukać czegoś innego niż samej medytacji, nie ma potrzeby szukanie jakiegoś szczególnego stanu, lub określać jakiś konkretny cel praktyki. Niektórzy bowiem zaczynają praktykować medytację w jakimś celu, ale nigdy nie odnajdują spokoju w swojej praktyce medytacyjnej. Nie wiedzą bowiem, że pragnienie, które nimi powoduje, jest źródłem ich problemu. Tym samym wciąż wypełniają beczkę, która nie ma dna. Jeśli zatem wciąż myślimy lub szukamy owoców medytacji, taje się to przyczyną naszych niepowodzeń i frustracji a nawet chorób. Medytacja to zaproszenie do pozostania w tym stanie obecności i otwartości „bez powodu” i „bez określonego z góry celu”. Nie oczekuj niczego. Nie wyglądaj nachalnie, że coś się wydarzy. Jedyne, co jest konieczne, to to, żebyś był. Po prostu tyle i aż tyle.
John Main na nowo odkrył drogę medytacji chrześcijańskiej i w prosty sposób wyjaśnił nam, jak mamy ją praktykować. Nie możemy jednak założyć, że to co jest proste, jest jednocześnie łatwe. Medytacja jest tak prosta, że nawet najbardziej niewykształcona osoba może ją praktykować. Po latach praktyki doświadczamy jednak, że wciąż jesteśmy początkującymi.
W medytacji staramy się stworzyć przestrzeń dla samego Boga. Myśli i wyobrażenia przychodzą. Poprosimy je zatem grzecznie, aby sobie poszły, a następnie wróć do powtarzania mantry. Myśli i wyobrażenia nie są złe same w sobie, ale to nie jest właściwy dla nich czas. Nie chodzi jednak o to, aby wpadać we frustrację, gdy się pojawiają. Stara zasada zen mówi, że im więcej wysiłku i energii wkładamy w walkę z myślami tym trudniej się ich pozbyć.
Jedne z mistrzów medytacji używa do wyjaśnienie procesu walki z myślami porównania do starego gramofonu odtwarzającego winylowe płyty. Na płycie trzeba było umieścić igłę, ale czasami gramofon ją „odrzucał”, i konieczne było ustawienie jej na nowo. Bez względu na to, jak bardzo poirytowani byliśmy tym faktem, musieliśmy na powrót, delikatnie, umieścić igłę na płycie, ponieważ wykonując zbyt niedbały ruch mogliśmy uszkodzić igłę lub samą płytę. W podobny sposób, wytrwale, ale i z delikatnością, kiedy doświadczasz rozproszeń umysłu, po prostu „wyłącz” te wszystkie filmy i obrazy i wróć do powtarzania swojego modlitewnego wezwania. Rób to z wytrwałą delikatnością.
To wszystko, co robimy podczas 20-30 minut medytacji — powracamy z uwagą, pokorą i prostotą do powtarzania swojego słowa przez cały czas trwania medytacji – naucza o. John. Bez oczekiwania, bez stawiania sobie celów, bez oceniania lecz z otwartością i miłością.

Bycie przed Bogiem

Wpadłem zobaczyć czy mnie tu przypadkiem nie ma.
Choć jak widać nie tylko ja tu zaglądam z tą samą nadzieją :-) 
Żeby jednak nikt nie składał reklamacji co do prawdziwości słów zawartych w Liście świętego Pawła Apostoła do Rzymian [por. Rz 5,5], to postanowiłem, że jednak tu zajrzę.

Oczywiście nie zaglądałem tu od jakiegoś czasu nie dlatego, że nie chcę, ale dlatego, że wciąż jestem w podróży ekumenicznej, która dodana do innych obowiązków wyczerpuje limit czynności duchowych możliwych do wykonania w tym szczególnym okresie. Na szczęście na horyzoncie widać już kres tej podróży. 
Nie znaczy to bynajmniej, że nie lubię tych spotkań. Niemniej przypadają one w trudnym czasowo okresie dla przeciętnego duszpasterza, do grona których należę, gdy trzeba połączyć zwykłą, codzienną pracę duszpasterską z chodzeniem po „kolędzie”, końcem semestru w szkole, końcem semestru na uczelni i wspomnianym już czasem spotkań ekumenicznych, które w moim przypadku przeplatane są spotkaniami międzyreligijnymi. Ten cały miszmasz styczniowy sprawia, że czasem do medytacji, która staje się niejednokrotnie jedynym wytchnieniem w ciągu dnia przystępuję podobnie jak ten pan na obrazku :-)
Dzisiaj podczas spotkania ekumenicznego w kościele ewangelicko-augsburskim pod wezwaniem św. Trójcy w Warszawie modliliśmy się pięknym tekstem, w którym ze względu na słowa dało się odkryć ducha medytacji:

…Prosimy Cię Boże, ucz nas z Chrystusem uniżać się do aż śmierci, po to by z Nim także móc radować się powstaniem do nowego życia.A jak ziarno z pól w chleb łączymy, a grona winne tłoczymy, aby wino wydały, tak przetwórz nasze serca i zgromadź nas w jedno z Twoimi wybranymi, prorokami, apostołami, męczennikami, przewodnikami wiary, którzy w ciągu wieków Tobie służyli w Duchu i w Prawdzie. Ochraniaj Kościół Chrystusowy, wzmacniaj go i wspieraj. Wysłuchaj nas Ojcze miłosierny, gdy z całym Twoim Kościołem rozproszonym po całej ziemi o powtórne przyjście Twojego syna błagamy wołając: MARANATHA – Przyjdź rychło, Panie! Przyjdź Panie Jezu! Amen.


Doświadczenie ekumenizmu czy też dialogu międzyreligijnego pokazuje, że Pan Bóg prowadzi ludzi różnymi drogami. Wielość wyznań czy religii to znak, że każdy człowiek odpowiada Bogu zgodnie z postanowieniem swojego serca i każda z tych odpowiedzi jest dobra, pod warunkiem, że jest szczera i autentyczna. Jest jednak pewna ważna cecha, którą znajdujemy wszędzie, którą wypracowały niemal wszystkie systemy religijne i która świadczy w dużej mierze o głębi i skuteczności tej odpowiedzi. Mam na myśli to, co Katechizm Kościoła Katolickiego w odniesieniu do modlitwy nazywa skupieniem serca [KKK 2699] . Ta czujność w trwaniu w obecności Boga jest charakterystyczna dla intensywnego życia modlitwą. Jest to modlitwa, która otwiera człowieka na obecność Boga w głębi jego jestestwa, będąc odkryciem prawdy wyrażonej przez św. Pawła w innym miejscu: Czyż nie wiecie, że jesteście świątynią Boga i że Duch Boży w was mieszka [1 Kor 3,16] Modlitwa a zwłaszcza ta, która idzie w kierunku skupienia, kontemplacji jest sposobem by tej prawdy doświadczać w sposób namacalny. Więcej jest to doświadczenie, które uczy nas troski o trwanie w obecności Boga tu i teraz. W ten sposób chwila po chwili możemy przeżywać nasze życie jako przestrzeń obecności Boga a także przestrzeń rozwoju duchowego i naszego człowieczeństwa w jego najgłębszym wymiarze. Możemy to uczynić właśnie i tylko dlatego, że nasze  życie wyrasta z tej łączności z Bogiem. Jest ona przestrzenią odkrywania w nas tego, co najistotniejsze a więc głębokiej prawdy o nas samych, o naszej wartości i oryginalności jako jedynych w swoim rodzaju stworzeń i dzieci Bożych.

Co więcej, medytacja jest najprostszą i najbardziej skuteczną formą modlitwy, dostępną dla każdego, gdyż w prosty i zarazem praktyczny sposób wprowadza nas w stan trwania przed Bogiem, bez konieczności budowanie obrazu w wyobraźni i uczy czujności, która potrafi tę obecność dostrzegać nawet w najbardziej subtelnych przejawach codziennego życia.
Owo trwanie przed Bogiem jest tym, co św. Jan od Krzyża określał mianem „modlitwy milczącej miłości”. Jest to spojrzenie wiary utkwione w Jezusie. Jak mówił pewien prosty wieśniak: „On patrzy się na mnie a ja na Niego i to nam wystarczy”. Taka jest miłość. Jej nie potrzeba wiele.