Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Trwali jednomyślenie we wspólnocie…

Czas spotkań ekumenicznych trwa. Z tego tytułu winien jestem co poniektórym osobom wyjaśnienie i pewnie też przeprosiny za to, że i rzadziej tu zaglądam i nie łatwo mogą mnie złapać ci, którzy by tego chcieli. 
Choć czas spotkań ekumenicznych rozpoczął się już w naszej diecezji 3 stycznia, to zasadniczy Tydzień Modlitw o Jedność Chrześcijan rozpoczyna się dzisiaj i trwać będzie nieprzerwanie do 25 stycznia.
Inauguracja Tygodnia miała dziś miejsce w parafii Kościoła Ewangelicko-Reformowanego a zatem Kościoła, który przechodził podwójną reformę za sprawą Kalwina, który to zreformował raz jeszcze już wcześniej zreformowany Kościół przez Lutra. Chyba tylko człowiek jest w stanie tak skomplikować dzieło Boże!
To akurat Kościół, który darzę szczególną sympatią a to za sprawą zarówno zacnego proboszcza parafii znajdującej si w Al. Solidarności jak i mojej byłej uczennicy, która będąc członkiem tego Kościoła dawała przez kilka lat piękne świadectwo chrześcijańskiej i ekumenicznej postawy uczęszczając nie tylko do katolickiej szkoły Przymierza Rodzin, co mogło by niektórym wydawać się dziwne, ale również na lekcje religii i Msze święte, które były odprawiane w szkole dosyć regularnie. Nie mówiąc już o znajomości Pisma Świętego, którą Matylda – bo tak rzeczona osoba ma na imię – zawstydzała większość katolickich dzieci! Dzisiaj Matylda jest studentką teologii na Chrześcijańskiej Akademii Teologicznej w Warszawie i jak Bóg da w przyszłości może zostanie nawet pastorałką:-)*
* [Dla wyjaśnienie pastorałka to rodzaj żeński od pastora]
Wracając do dzisiejszej inauguracji Tygodnia Modlitw o Jedność Chrześcijan, to poza zwykłymi już elementami liturgii uderzyły mnie słów homilii wygłoszonej przez o. Tomasza Dostaniego – dominikanina, który nawiązując do Jerozolimy, miasta, które mimo iż nosi miano miasta pokoju może spierać się o palmę pierwszeństwa wśród najbardziej niespokojnych miast na świecie nie tylko dzisiaj ale i w całej historii, a które pomimo tego jest i na zawsze pozostanie Matką całego chrześcijaństwa, gdyż to właśnie tam Duch Święty zstępując na Apostołów dał początek Kościołowi. Więcej nawet jest i pozostanie symbolem – choć może nie najbardziej chlubnym lub też nie zawsze chlubnym – współistnienia od wieków obok siebie trzech wielkich religii monoteistycznych i miejscem ich wspólnego, choć bez wątpienia niełatwego dialogu.
Kaznodzieja – będący wytrawnym ekumenoistą odniósł się także do hasła tegorocznego Tygodnia Modlitw o Jedność Chrześcijan, zaczerpniętego z Dziejów Apostolskich: Trwali oni w nauce Apostołów i we wspólnocie, w łamaniu chleba i w modlitwach [ Dz 2, 42], zaznaczając, że większość z tych cech poza „łamaniem chleba” rozumianego jako wspólne przeżywanie Eucharystii pozwala byśmy mogli przeżywać już swego rodzaju jedność. Oczywiście nie chodzi o jedność jako monolit, bo Kościół nigdy czymś takim nie był i to co go różniło za sprawą liturgii, kultury, języka, duchowości etc. zawsze stanowiło o jego bogactwie i wyjątkowości. Chodzi raczej o to, abyśmy odkrywali jedność jako tę, która ma swoje źródło w Chrystusie, w którego wszyscy wierzymy i który jest nierozerwalną więzią tej duchowej jedności. Może ekumenizm to właśnie przede wszystkim odkrywanie tej prawdy.
Zanim przejdę do tematu medytacji, pozwolę sobie na zamieszczenie pięknego wiersza Czesława Miłosza przywołanego także przez wspomnianego kaznodzieję:
Sanctificetur

Cóż jest człowiek bez Twego imienia na ustach?

Twoje imię jest jak pierwszy łyk powietrza
i pierwszy płacz niemowlęcia.

Wymawiam Twoje imię i wiem, że jesteś bezbronny,
ponieważ potęga należy do Księcia tego świata.

Rzeczy stworzone oddałeś we władzę konieczności,
dla siebie zachowując serce człowieka.

Uświęca Twoje imię człowiek dobry,
uświęca Twoje imię pożądający Ciebie.

Wysoko nas ziemią obojętności i bólu
jaśnieje Twoje imię.

z tomu „Wiersze ostatnie”, 2006

Myślę, że ten wiersz to także dobre wprowadzenie do rozważań na temat medytacji.


Bóg stał się człowiekiem, abyś w człowieku mógł ujrzeć Boga – pisał Thomas Merton.
Nadrzędnym celem nas chrześcijan nie jest przede wszystkim apostolstwo, życie wspólnotowe czy rodzinne, powołanie kapłańskie, zakonne czy małżeńskie, dzieła charytatywne. Naszym celem jest spotkać Boga w głębi mojego serca. Dopiero z tego ma wyrastać cała reszta naszego życia, jeśli ma być autentycznie chrześcijańska.
Bóg zaprasza nas, gdziekolwiek jesteśmy i w jakichkolwiek warunkach żyjemy, abyśmy podejmowali najlepszą tradycję świętych a więc życie skoncentrowane na Bogu. Dopiero z niego może wyrastać prawdziwe chrześcijaństwo. Całe życie chrześcijanina jest przede wszystkim szukaniem Boga, bezustannym dążeniem do spotkania z Nim. W przyrodzie, w wydarzeniach, w drugim człowieku, a nade wszystko w Słowie Bożym i modlitwie. Czy istnieje piękniejszy cel życia? Chrześcijanin, to ktoś, kto ma obowiązek zawsze o tym pamiętać. Chrześcijanin to ktoś, kto żyje w nieustannym oczekiwaniu spełnienia się obietnicy.
Być chrześcijaninem, to przede wszystkim naśladować Chrystusa, a ponieważ Jezus jest doskonałym obrazem człowieka dla Boga i doskonałym obrazem Boga dla człowieka – Boga miłującego człowieka aż do szaleństwa krzyża, toteż i ja jako chrześcijanin jestem wezwany by kochać Boga do szaleństwa, wezwany jestem do zjednoczenia się z Nim w miłości.
Drogą do tego jest modlitwa zwana medytacją, lub jak kto woli kontemplacją. Wejść na ścieżkę medytacji, to pozwolić, aby z naszej własnej głębi wynurzył się ów pierwotny obraz Boga, który uczyni ze nas ostateczne podobieństwo, jak to jest właściwe dla Pana, który jest Duchem. Otwarcie się na działanie Bożego Ducha w nas pozwala Bogu żyć i działać w nas i poprzez nas, stopniowo ucząc nas uległości, która daje niezmierzoną wolność ponad wszelką literą i wszelką instytucją. Dzięki temu na wzór Jezusa stając się wszystkim poddani staniemy się jednocześnie wobec wszystkich wolni, całkowicie owładnięci jednym Słowem Bożym, które będziemy głosili w milczeniu pełnym miłości.
Ta droga poddania się działaniu Ducha i Słowa Bożego jest drogą do obumarcia w każdym z nas starego człowieka, do obumarcia dla świata, dla grzechu, gdyż wszystko to przeszkadza nam widzieć, żyć i wzrastać. Jest to droga do zrozumienia, że choć sam nie mogę wznieść się do Boga, mogę Go jednak przyjąć w siebie, odnaleźć Go w głębi własnego serca. Jest to nowa droga, po której wraz z Jezusem mogę iść do nieba.
Miejsce, ku któremu zmierza cała przygoda świętości, streszcza się w jednym słowie: SERCE. Gdzież miałby być skarb chrześcijanina, jeśli nie w głębi własnego serca? To właśnie w moim sercu jest owo jedyne miejsce, bardziej mi bliskie niż ja sam sobie, gdzie nawet wejść nie można bez Bożej łaski i gdzie mieszka Bóg i do którego znajduję drogę tylko za cenę długotrwałego wysiłku, tylko w świetle, w czystości, tylko w całkowitym ogołoceniu. To właśnie tam – w sercu, Bóg złożył iskrę boskości, która noszę w sobie, obraz Oblicza Tego, który mnie stworzył na swoje podobieństwo, źródło wody żywej, która mam moc wytrysnąć ku życiu wiecznemu. Bóg uczynił moje serce tak wielkim, że może Go pomieścić. Dlatego jedynie serce potrafi objąć Tego, którego świat objąć nie może. Lecz paradoksalnie to właśnie na płaszczyźnie serca, w którym mieszka Bóg mam najlepszą i najgłębszą łączność ze światem. I dlatego nasza modlitwa tak naprawdę nigdy nie jest oddzielona od życia, lecz właśnie na płaszczyźnie serca posiada umiejętność jednoczenia z tym wszystkim, co niesie życie, aby następnie wszystko to oddać Bogu. Modlić się w głębi serca, to umieć włączyć w tę modlitwę całe moje życie z jego pracą, odpoczynkiem, z jego radościami i trudnościami, z drugim człowiekiem, którego spotykam na drodze mojego życia a którego także noszę w sercu po to, aby to wszystko ofiarować Bogu i aby to wszystko, co jest przeniknięte Jego obecnością przez modlitwę móc z kolei dawać światu już przemienione Jego mocą i jego miłością.
Przez Medytację każdy z nas staje się uczestnikiem najpiękniejszej liturgii świat, liturgii, która wraz z całym stworzeniem nieustannie oddaje chwałę Stwórcy. Jest to modlitwa, która nigdy się nie kończy, gdyż nie ma takiej chwili, w której w jakimkolwiek zakątku świata ktoś by się nie modlił. I w ten sposób najpełniej odpowiadamy na wezwanie Chrystusa: Nieustannie się módlcie.

Między teraźniejszością a nieuchwytnością

Sezon ekumeniczny zwany w stolicy żartobliwie „karnawałem ekumenicznym” wciągnął mnie na dobre. Wciąż jestem w rozjazdach, żeby zatem zaznaczyć swoją pamięć o tych, którzy tu zaglądają obiecałem sobie, że wreszcie dzisiaj tu będę.

Sądzę, że to zabieganie jest dobrym sprawdzianem dla uważności, w którą wdraża medytacja. I nie mam wątpliwości, że to właśnie codzienna praktyka medytacji pozwala mi przetrwać takie momenty zabiegania, stając się chwilą oddechu. Medytacja pozwala mi także zatrzymać się w tym zabieganiu i wniknąć głęboko w to, co dzieje się wokół. Myślę, że w doświadczeniu ekumenizmu ma to także niebagatelne znaczenie. Sprawia, że te spotkania są czymś więcej niż tylko formalnymi spotkaniami i pozwala doświadczyć prawdziwej jedności, która możliwa jest na głębszym poziomie. Ale medytacja powoduje coś jeszcze – uwalnia od wpływu różnych uwarunkowań płynących z naszego sposobu myślenia, od niedobrych uczuć, które w ciągu wieków ale także i dzisiaj stają się zarzewiem podziałów i daje siłę by przeciwstawić się im, gdy pojawiają się ze strony innych.

A że czas ekumenizmu łączy się także z dniami dialogu międzyreligijnego, to pozwolę sobie w duchu dialogu zaproponować coś z nauk jednego ze znanych i cenionych buddyjskich mistrzów medytacji:

Medytować, to być świadomym tego, co się dzieje – w naszych ciałach, uczuciach, umysłach, w świecie. Kiedy jesteśmy osadzeni w chwili obecnej, możemy dostrzec piękno i wspaniałości świata tuż przed naszymi oczami – noworodka, zachód Słońca. Możemy być bardzo szczęśliwi po prostu dlatego, że wiemy, co się wokół nas dzieje.

Thich Nhat Hanh, „Present Moment Wonderful Moment”

To, co jest nam naprawdę potrzebne, to łagodna, nieprzerwana medytacja, która nie przepuszcza żadnej okazji, żadnego wydarzenia, by wejrzeć w prawdziwą naturę życia – w tym również w nasze codzienne problemy. Praktykując w ten sposób pozostajemy w głębokiej komunii z życiem.
Gdy czujesz, że chcesz zwolnić i przyjść do siebie, wcale nie musisz pędzić do domu i rzucać się na poduszkę do medytacji ani biec do ośrodka medytacyjnego ćwiczyć świadomy oddech. Oddychać możesz wszędzie, siedząc zwyczajnie na swoim krześle w biurze czy też za kierownicą samochodu. Gdy poczujesz się wyjałowiony, gdy będzie ci brakować kontaktu z sobą samym, nawet w kolejce do kasy zatłoczonego supermarketu możesz ćwiczyć świadome oddychanie i uśmiech. 
Otwierajmy okna na cudowne widoki i przyglądajmy się im z pełną świadomością. W ten sposób, nawet siedząc przy czystym, szemrzącym strumieniu, słuchając pięknej muzyki czy oglądając znakomity film, nie musimy zatracać się całkowicie w strumieniu, muzyce czy filmie. Nadal pozostajemy świadomi siebie i naszego oddechu. Kiedy świeci w nas słońce świadomości, unikamy wielu niebezpieczeństw. Strumień staje się czystszy, muzyka bardziej harmonijna, a dusza filmowca unaocznia się z większą wyrazistością.

Thich Nhat Hanh, „Każdy krok niesie pokój”

Chrzest i medytacja

Obchodzimy dzisiaj Święto Chrztu Pańskiego. Może zatem na początku Quiz. Czy pamiętasz datę swojego chrztu?
To ciekawe, że większość chrześcijan nie pamięta daty, która z punktu widzenia wiary jest wydarzeniem niezwykłe ważnym. Przecież to tak naprawdę nasze drugie urodziny. I spoglądając na nie z perspektywy wieczności nie wiem czy nie ważniejsze?…
Wielu mistrzów medytacji mówi o niej jako o zanurzeniu się w miłującą obecność Boga. Tymczasem nasza – chrześcijańska – medytacji nie była by tym czym jest, nie byłaby zanurzeniem w tak dosłownym i pełnym wymiarze, gdyby nie właśnie chrzest. To, że dzisiaj możemy tak skutecznie zanurzać się w Bożą miłość i obecność jest owocem tego, że Bóg zechciał nas sam wcześniej w nią zanurzyć przez sakrament chrztu. Sakrament, który jest najpełniejszym zanurzeniem w Tajemnicę Chrystusa Zbawiciela jakie możemy osiągnąć. To zanurzenie w Tajemnicę Jego śmierci i zmartwychwstania.
Ojca nikt nie zna, tylko Syn i ten, komu Syn zechce objawić (Mt 11,27). To nie my za pomocą wyuczonych technik zmuszamy Absolut do odsłonięcia się; sam Bóg w sposób całkowicie wolny objawia się, ukazuje nam siebie w Synu, daje nam słowo zaspokajające głód naszej duszy. Jezus jest Drogą prowadzącą w obu kierunkach: od Boga do człowieka i od człowieka do Boga. Medytacja chrześcijańska zatem, w samym swoim rdzeniu, może być tylko miłującym, posłusznym przypatrywaniem się temu Człowiekowi, który jest samowyrażeniem się Boga. Jest zanurzeniem w Jego obecność, w Jego życie.
Jezus jest wykładnią Boga i skierowanym do nas pouczeniem. „Każdy, kto wybiega zbytnio naprzód, a nie trwa w nauce Chrystusa, ten nie ma Boga. Kto trwa w nauce [Chrystusa], ten ma i Ojca, i Syna” (2 J 9). To trwanie zwie się wiarą, a wierze tej dane są oczy, które poprzez Jezusowe człowieczeństwo widzą to, co Boskie. „Kto Mnie widzi, widzi także i Ojca” (J 14,9). Chrześcijańskiej medytacji dane jest oglądać postawę i zachowanie się Ojca nie tylko w Jezusowych słowach, ale w całym Jego zachowaniu i we wszystkich czynach. Gdy Jezus się gniewa (zwłaszcza w Ewangelii Marka), gdy chwyta za bicz, dowiadujemy się przez to, jak i dlaczego rozgniewał się Jahwe, Bóg zapalczywy.
Gdy płacze nad Jerozolimą, która „nie chciała”, objawia w ten sposób żal Pana Przymierza, że wzgardzono Jego miłością. Gdy każe się prosić (swojej Matce w Kanie, rzymskiemu setnikowi w Kafarnaum, pogance w Syrii) i na skutek prośby „zmienia usposobienie”, ukazuje przez to, jak wytrwała modlitwa w końcu wyrywa sercu Bożemu upragnione dobro (Łk 18,1-7). Gdy w Betanii nie lęka się odmówić odpowiedzi obu umiłowanym niewiastom i pozornie pozostawia je ich własnemu losowi, stanowi to zapowiedź tego, że na krzyżu będzie się czuł opuszczony przez Ojca — a przecież już przedtem wiedział, że „nadchodzi godzina, a nawet już nadeszła, że (…) Mnie zostawicie samego. Ale Ja nie jestem sam, bo Ojciec jest ze Mną” (J 16,32; por.8,29). Bóg nie opuszcza także — a nawet przede wszystkim — wtedy, gdy tak w odczuciu świata się wydaje.(Hans Urs von Balthazar, Modlitwa i kontemplacja)
U Jezusa wszystko jest słowem. Również Jego milczenie na modlitwie, podczas burzy na jeziorze, przed ludzkimi trybunałami, w czasie Jego męki. A nade wszystko Jego śmierć — po donośnym, niewyartykułowanym zawołaniu, po którym nastąpi głuche milczenie. MILCZENIE BOGA.
Żadne inne słowo Boga nie jest bardziej wymowne niż ten ostateczny stan śmiertelnego człowieka. Gdybyśmy bowiem nie mieli tego słowa — owego samowyrażenia się Boga, nie wiedzielibyśmy, że mimo najczarniejszych ciemności „Bóg jest miłością” — to zdanie, jakiego nie odważyła się wypowiedzieć żadna inna religia świata. To zdanie, bardziej niż którekolwiek inne, domagało się poświadczenia, choć może w nie zawsze dla nas zrozumiały sposób. Może właśnie dlatego przez wieli przewija się od czasu do czasu to pytanie: „Czy Bóg nie mógł odkupić człowieka inaczej”. Może mógł, ale czy może być inny sposób bardziej uwidaczniający Jego miłość do człowieka, jak również konsekwencje grzechu.
Późniejsze relacje o Zmartwychwstałym jeszcze wyraźniej wskazują na Boga, Jego miłość i troskę o człowieka, o jego duchowe dojrzewanie, o jego wiarę. I dlatego właśnie najbardziej czułe i delikatne w całej Ewangelii są słowa rozmowy z Magdaleną przy grobie, z uczniami w Wieczerniku, pełna miłości nagana udzielona Tomaszowi i spełnienie jego prośby, scena w drodze do Emaus, gest błogosławienia przed wstąpieniem do nieba — aż po ukazywanie się Wywyższonego Pawłowi w celu pocieszenia go i umocnienia w najtrudniejszych dla niego chwilach (Dz 18,9-10; 23,11; 27-24). Również w Przemienieniu wszystko okazuje się żywe i konkretne; nic ze świata stworzonego nie zostaje odrzucone w świecie odkupionym. Abyśmy nie wątpili, że to wszystko jest jedynie jakąś bajką, wymysłem naoczni świadkowie jak Jan potwierdzają to: Zaświadczył to ten, który widział, a świadectwo jego jest prawdziwe. On wie, że mówi prawdę, abyście i wy wierzyli (J 19,35).
W Jezusowe przypowieści zostanie włączona cała natura, by przybliżyć nam istotę Królestwa Bożego: skarb znaleziony na roli, odkryta bezcenna perła, dla której się wszystko sprzedaje, ziarna wysiane przez rolnika, z których wiele się zmarnuje i pomiędzy które nieprzyjaciel wsiewa chwast. Łaska okazuje się tryskającym źródłem, miłość — pożarem mającym ogarnąć cały świat. A potem znowu się pojawia sam z siebie, „nie wiadomo jak”, wyrastający zasiew. Zjawiska w przyrodzie, a więc: cudownie kwitnąca łąka, ptaki podniebne, które nie sieją ani nie zbierają, służą obrazowemu pouczaniu słuchaczy, ale też temu, abyśmy uczyli się spoglądać na rzeczywistość oczami Jezusa – to co nas otacza to prawdziwa przestrzeń działania i obecności Boga.
Stosunek krzewu winnego do latorośli unaocznia nam, że bez Jezusa niczego nie możemy dokonać, razem z Nim natomiast przynieść możemy owoc obfity. Jezusowe cuda mówią, po pierwsze, że uzdrowienie ciała i nakarmienie go wskazują na troskę Boga o uzdrowienie i nakarmienie duszy — ale również i na to, że rzeczywistości cielesne stanowią autentyczny obraz i przejaw rzeczywistości duchowych. Cóż bowiem łatwiej jest powiedzieć: »Odpuszczone są ci twoje grzechy«, czy też powiedzieć: »Wstań i chodź!« (Mt 9,5)
Podobne przykłady można by wyliczać bez końca; cała Ewangelia składa się z obrazów i symboli. Widziany w perspektywie ziemskiej, każdy z nich ma swoje granice, ale jest zarazem otwarty na nieskończoność Boga i objawia Jego niestworzoną, transcendentną istotę. To otwarcie się skończonego na Boga jest zawsze widoczne w Jezusie Chrystusie. Każde słowo, które jako człowiek kierował do świata, było równocześnie modlitwą do Ojca. W medytacji często się o tym zapomina. Człowiek nie musi dawać swej własnej odpowiedzi na pochodzące od Boga słowo objawienia (jakże często byłaby to odpowiedź chybiona i nie na miarę wymagań słowa!), ponieważ już w samym tym słowie został mu dany wzorzec odpowiedzi.
Pielgrzymujący do Pana ma udział w Jego rozmowie z Ojcem i Jego modlitwie. Każda forma Jego cierpienia i branie na siebie grzechu dokonują się wewnątrz Jego rozmowy z Ojcem.
A to samo dotyczy naszych zachowań. Kto przychodzi do Niego, ten przychodzi do Ojca, On bowiem wszystkich prowadzi do Ojca. Słuchający Go uczniowie doznają dwojakiego
doświadczenia: słyszą Jego wypowiadane na głos, kierowane do nich i do świata słowo, ale równocześnie słyszą w nim Jego modlitwę do Ojca (Adrienne von Speyr, Bergpredigt)
Medytacja jest nad wszystko zaproszeniem do wsłuchiwania się. Słuchający otrzymuje dar wiary, gdyż wiara rodzi się ze słuchania. Nie jest to tylko jego własny, całkowicie immanentny akt; jest to raczej jego otwarcie się na Boga, a tym samym — modlitwa. Człowiek wsłuchujący się w Boga nie otrzymuje czegoś gotowego, co by mógł i powinien w niezmienionej postaci zwrócić Ojcu. Zawarte w Słowie otwarcie się zostaje mu darowane raczej jako zdolność otwierania się; łaska jest tu dawana jako wolność. Ta darowana wolność to Duch Święty, Duch samego Boga, który swoją mocą zanurza nas w odwieczną modlitwę Jezusa. Dzięki temu każda moja medytacja staje się modlitwą samego Jezusa. Jezus Chrystus, jako Słowo i doskonałe Przymierze Boga z ludźmi, jest ze swej istoty dialogiem — z tym jednak, że ten Bosko-ludzki dialog, którego On jest w samym swoim jestestwie zapośredniczeniem, oznacza coś daleko więcej niż zwykłą rozmowę dwóch różnych osób (Hans Urs von Balthazar, Modlitwa i kontemplacja).

Objawianie i medytacja…

Trochę mnie tu nie było. Ale w końcu mamy karnawał. Nie można siedzieć ciągle przed komputerem. Niemniej na prośbę pewnej miłej osoby jestem.

Z tym karnawałem to nie do końca tak jak niektórzy myślą. Właśnie próbuję całkiem karnawałowo rozgryźć jednego z ważniejszych teologów katolickich, który wśród swoich wszechstronnych zainteresowań nie przeoczył także zagadnienia medytacji chrześcijańskiej próbując odpowiedzieć na pytanie nie tylko o sposób i treść, ale nad wszystko o jej przyczynę (punkt wyjścia) i cel (punkt dojścia). Mam na myśli niejakiego H. U. von Balthasara – nieżyjącego już szwajcarskiego teologa i duchownego, którego książki nadal pozostają wielką inspiracją do głębokich przemyśleń.Wśród ważniejszych tytułów, które wyszły spod jego ręki i które z całego serca polecam (choć to nie zawsze łatwa teologia i chyba nie zawsze nadaje się do czytania do poduszki):
Teologia misterium paschalnego, Burzenie bastionów, Chrześcijanin i lęk, Modlitwa i kontemplacja. To tylko niektóre z dziewięćdziesięciu książek jakie napisał. Dodam tylko, że bardzo je lubię, choć oczywiście czytałem jedynie nieliczne.


Do przeczytanie pierwszej z nich zachęciła mnie pewna opowieść o autorze, która jednocześnie mnie urzekła. Mianowicie  w dniu 29 maja 1988 papież Jan Paweł II ogłosił nominację kardynalską Balthasara. Tradycją, która pojawiła się od czasów papieża Pawła VI było, że nominowani do godności kardynalskiej powinni przyjąć wcześniej święcenia biskupie, jeśli w chwili nominacji nie byli biskupami. Ze względu na podeszły wiek ks. Balthasar został zwolniony przez Ojca Świętego z obowiązku przyjęcia sakry biskupiej. Warto dodać, że sam nominacji przyjąć nie chciał – odmówił wcześniej kilkakrotnie. Zgoda, którą wyraził w 1988 miała być wyrazem posłuszeństwa wobec papieża. Kiedy już zgodził się kapelusz kardynalski przyjąć, był z tego bardzo niezadowolony, uważał, że niczym sobie na niego nie zasłużył. Powiedział wtedy, że liczy na rychłą śmierć, która pozwoli mu uniknąć przyjęcia kapelusza kardynalskiego. Jak można się domyślić zmarł na dwa dni przed konsystorzem nie doczekawszy uroczystości.



Jak wspomniałem czytam a raczej medytuję nad jedną z jego książek Modlitwa i kontemplacja. Moim skromnym zdaniem dobrze współgra ona z przeżywanym obecnie okresem Bożego Narodzenia i Uroczystości Objawienia Pańskiego. Balthazar słynie z tego, że nie udziela prostych odpowiedzi a raczej zanim spróbuje ich udzielić potrafi nieźle skomplikować sprawę. Może nie do końca rozumie on medytację (przynajmniej w jej formie, choć ta dla niego wydaje się mniej ważna) jak tę, której praktykę przybliżamy sobie na tych stronach, ale nie ma wątpliwości, że jego rozważania są nieocenione dla kogoś, kto chce swoją medytację przeżywać naprawdę głęboko i zrozumieć czym ona w swej istocie jest i czemu służy.Wszystko zależy od odpowiedzi na następujące pytanie: Czy Bóg przemówił do człowieka i powiedział mu o sobie samym oraz swoim zamiarze stworzenia człowieka i świata, czy też przeciwnie — Absolut pozostaje całkowicie niedostępnym dla naszej mowy milczeniem i żadne nasze słowo Go nie dosięga?
Mam nadzieję, że będę potrafił choć w części przybliżyć sposób jego myślenia i wierzenia.



Wszystko zależy od odpowiedzi na następujące pytanie: Czy Bóg przemówił do człowieka i powiedział mu o sobie samym oraz swoim zamiarze stworzenia człowieka i świata, czy też przeciwnie — Absolut pozostaje całkowicie niedostępnym dla naszej mowy milczeniem i żadne nasze słowo Go nie dosięga?

Jeśli prawdą jest to drugie, wtedy wszystkie drogi pozostają otwarte. Więcej nawet: człowiek, w pełni świadom tego, że przemijający i zwodniczy świat nie może być prawdą, w swym dążeniu do Niewypowiadalnego musi przemierzyć aż do końca wszystkie drogi, pokonać strome ścieżki, na których pozostawia za sobą znikomość i wielość, po to, by — z pomocą heroicznej ascezy oraz przez mistyczne zatopienie — na chwilę choćby, a może nawet definitywnie, obalić więzienne mury swego nazbyt ciasnego i zamkniętego ,ja”. Wszystkie formy medytacji człowieka szukającego Najwyższego w nadziei, że Go może znajdzie „niejako po omacku” (Dz 17,27), są do siebie podobne i to tym bardziej, im radykalniej staje się ona transcendującym wszelką doczesność poszukiwaniem. Widoczne jest to wszędzie — od Dalekiego Wschodu aż po schyłkowe formy śródziemnomorskiej starożytności u Plotyna, którego drogą do mistycznej ekstazy bezowocnie próbował iść nawet młody Augustyn.

Jeśli natomiast prawdą jest, że Bóg przemówił, to wkraczamy na teren Biblii, w obszar trzech religii monoteistycznych, jako że również islam pełen jest staro- i nowotestamentowych wątków. A wówczas poprawnie rozumiana medytacja może być tylko rozważaniem słowa Bożego — o samym Bogu i świecie — oraz coraz głębszym jego przyswajaniem.

Pozostaje wtedy jedynie pytanie, gdzie to słowo Boże realizuje się w całej swej pełni, stanowiącej transcendentną jedność wszystkich szczegółowych treści. Czy było to możliwe na drodze Koranu, którą anioł Gabriel miał ukazać Prorokowi — a więc na drodze ukazanej w strofach, których pobożny muzułmanin wyuczył się na pamięć i codziennie je powtarza w adoracyjnej postawie? Czy mowa anioła może odsłonić głębię Boga? „Tego, co Boskie, nie zna nikt, tylko Duch Boży” (1 Kor 2,11). Podobne, choć nieidentyczne pytanie należy zadać w odniesieniu do Starego Testamentu; również jego Prawo zostało przekazane przez anioła (Ga 3,19; Dz 7,38), także jego pouczenia przeszły przez usta proroka („Tak mówi Pan”) w postaci rozmaitych „przepisów, wyroków, obietnic, rozporządzeń, nakazów” (Ps 119), które wierzący Izraelici nieustannie rozważali, recytowali, nad którymi medytowali — a mimo to niektóre głębokie pytania pozostały bez odpowiedzi i na płaszczyźnie Starego Testamentu musiały takimi pozostać (zob. Hiob, Kohelet). Ich rozwiązanie wymagało owego wypełnienia Przymierza Boga z ludźmi, które osiąga kres równocześnie na dwa sposoby. Po pierwsze, przemawia sam Bóg. Po drugie, mówi On jako człowiek, który rzuca światło również na egzystencjalne problemy człowieka: sens cierpienia, przemijania i śmierci oraz wartość całego ciężaru śmiertelnego życia, ukazywaną w Bogu i w zmartwychwstaniu do życia wiecznego. Pełną dynamizmu syntezę tego objawieniazawiera początek Listu do Hebrajczyków:

Wielokrotnie i na różne sposoby przemawiał niegdyś Bóg do ojców [naszych] przez proroków, a w tych ostatecznych dniach przemówił do nas przez Syna. Jego to ustanowił dziedzicem wszystkich rzeczy, przez Niego też stworzył wszechświat. Ten [Syn], który jest odblaskiem Jego chwały i odbiciem Jego istoty, podtrzymuje wszystko słowem swej potęgi, a dokonawszy oczyszczenia z grzechów, zasiadł po prawicy Majestatu na wysokościach. On o tyle stał się większy od aniołów, o ile odziedziczył dostojniejsze od nich imię (1,1—4).

Ostateczna pełnia samoobjawienia się Boga ma więc dwa wymiary: Bóg wypowiada słowo wychodzące z Jego własnej głębi, a przez to, że mówi jako człowiek, odsłania zarazem głębię człowieka. I w ten właśnie sposób jednoznacznie ukazują się wymiary chrześcijańskiej medytacji.

Możliwa jest ona tam tylko, gdzie Bóg objawia się jako człowiek — tam zatem, gdzie ten Człowiek objawia całą głębię Boga. I dlatego nie istnieje wyższy punkt wyjścia. A pełną doskonałość może ona osiągnąć jedynie tam, gdzie objawiający Człowiek, Syn Boży, Jezus Chrystus, objawia Boga jako swego Ojca: w Świętym Duchu Bożym, którego On nam rzeczywiście udziela po to, byśmy tę przenikaną tylko przez Ducha głębię Boga (por. 1 Kor 2,10) również mogli przenikać w darowanym nam Duchu Bożym.

Otóż nie otrzymaliśmy ducha świata, lecz Ducha, który jest z Boga, dla poznania dobra, jakim Bóg nas obdarzył (1 Kor 2,12).

Zatem chrześcijańska medytacja jest na wskroś trynitarna, a zarazem w pełni ludzka. W poszukiwaniu Boga nikt nie potrzebuje odrzucać osobowego i wspólnotowego wymiaru człowieczej egzystencji; przeciwnie, każdy musi, w Duchu Świętym, widzieć świat i siebie samego tak, jak widzi Bóg.


Modlitwa jak skała…

Ewangelia, którą przywołują dzisiejsze czytania mszalne opowiada o tym jak pierwsi zwolennicy Chrystusa, wcześniej uczniowie Jana Chrzciciela zainteresowali się Jego osobą i jak rozpoznali w Nim oczekiwanego Mesjasza.
Nie mam wątpliwości co do tego, że każdy, kto prowadzi życie duchowe na pewnym poziomie wpisuje się w ów szereg osób mniej lub bardziej zainteresowanych Chrystusem. To czy owo zainteresowanie jest mniejsze czy większe pokazuje właśnie poziom życia duchowego, będący dla mnie najlepszym obrazem i miernikiem zażyłości z Jezusem. Ale z tej dzisiejszej Ewangelii [por. J 1,35-42] płynie jeszcze jedna ważna nauka. Jest nią uświadomienie sobie, że poznawanie Chrystusa nigdy się nie kończy. Powiedział ktoś, że poznanie Boga rodzi pychę, poznanie zaś człowieka rodzi rozpacz. Tymczasem nie mam wątpliwości, że w pychę wbijają się jedynie ci, którzy twierdzą, że poznali już wystarczająco Boga i że wiedzą czego się mogą po Nim spodziewać. Wbrew pozorom takich ludzi nie brakuje. Ale są też inni, dla których świadomość ludzkiej nędzy i słabości człowieka, najczęściej osobiście doświadczanej staje się powodem rozpaczy.
I tu właśnie pojawia się problem. Bowiem prawdziwa i głęboka relacja z Chrystusem broni zarówno przed jednym jak i drugim niebezpieczeństwem życia duchowego. Bowiem tylko poznanie Chrystusa, jakiego uczą nas Jego pierwsi uczniowie i głęboka zażyłość z Nim z jednej strony uczy właściwego spojrzenia na Boga i człowieka, z drugiej zaś skutecznie podnosi na duchu. Jezus Chrystus przyszedł bowiem na świat po to, aby objawić nam miłość Boga i Jego wspaniałomyślność, która zawsze będzie dla człowieka zaskakująca i do końca nie zgłębiona (przynajmniej na tym świecie), ale również przyszedł po to, aby nam ukazać naszą wartość i wielkość i to bez względu na słabość jakiej człowiek doświadcza. Jak wielka musi być wielkość człowieka, skoro dla jego ocalenia sam Bóg zgadza się przyjąć ludzką postać. I nie mam wątpliwości, że dzisiaj do Boga mogą przyprowadzać innych jedynie ci, którzy te prawdy sami dostrzegają i na nich opierają swoje życie. Są to bowiem ci, dla których Bóg ciągle jest Tajemnicą i Niespodzianką, którą będą pragnęli z tęsknotą zgłębiać coraz bardziej i bardziej i który zawsze będzie dla nich zaskakujący a jednocześnie będą umieli spoglądać na człowieka widząc w nim tę niezwykłą godność i wartość, której nie jest w stanie przysłonić nawet największe zło, do którego ten jest zdolny a dzięki temu nigdy nikogo nie przekreślą.
Gdy Andrzej przyprowadził do Jezusa swojego brata – Piotra, ten usłyszał od Jezusa ciekawe słowa:
Ty jesteś Szymon, syn Jana, ty będziesz nazywał się Kefas – to znaczy: Skała. Pierwsze spotkanie i Chrystus dotyka sedna, czegoś, co jest tak ważne dla Piotra i całego jego dalszego życia i powołania.
Jezus odkrywa przed Piotrem jego prawdziwą tożsamość. Otóż jedynie Chrystus, może „rodzić nas z Boga” do nowego życia. On składa w nas „nasienie Boże”, które może wydać w nas plon sprawiedliwości i miłości bliźniego. Pod warunkiem, że będziemy dbali o to złożone w nas ziarno i będziemy je rozwijać przez życie duchowe. I Tylko On „niszczy w nas dzieła diabła”, abyśmy oświeceni Jego światłem i zanurzeni w Jego łasce, owocującej w naszym życiu począwszy od naszych serc, mogli już nie grzeszyć – jak chce tego św. Jan. Jezus dokonuje tego w bardzo prosty i ludzki sposób, nawiązując z nami relację przyjaźni – rozmawia z nami, oczyszcza nasze intencje, pozwala ze sobą przebywać. Patrząc nam w oczy, objawia, kim jesteśmy – objawia nasze nasze prawdziwe imię, odkrywając przed nami prawdę o naszej tożsamości. Jak zwykł mawiać B. Pascal: Bez Chrystusa nie wiemy tak naprawdę ani czym jest nasze życie, ani nasza śmierć, ani Bóg ani nawet my sami.
To właśnie dlatego modlitwa i jej głębia, jej „jakość” jest tak ważna w naszym życiu. Ona bowiem jest tą przestrzenią przyjaźni z Jezusem od której zaczyna się nasza przemiana i zrozumienie zarówno Boga jak i nas samych. Zrozumie jednak to o czym piszę jedynie ten, kto tego doświadczył, kto traktuje modlitwę bardzo serio. Bardziej jak relację niż jako obowiązek który trzeba wypełniać by czuć się w porządku przed Bogiem i przed samym sobą.
Przyzwyczajeni jesteśmy do myślenia o modlitwie w kategoriach „moja modlitwa” i bez wątpienia każda modlitwa ma pewne cechy indywidualności, o ile staje się modlitwą, którą możemy określić mianem bardzo osobistego spotkania z Bogiem, spotkania w miłości które angażuje nie tylko nasz czas i umysł, ale także nasze serce. Owo zaangażowanie serca wydaje się mieć najbardziej istotne znaczenie dla owoców naszej modlitwy i jej wpływu na nasze życie.
Niemniej warto pamiętać też o tym, że osobista modlitwa każdej i każdego z nas jest zaproszeniem do włączenia w odwieczną modlitwę Jezusa Chrystusa. Jest to ten wymiar, który czyni naszą modlitwę, modlitwę każdego wierzącego, modlitwę Kościoła naprawdę skuteczną.
A to spojrzenie na modlitwę, jako na rzeczywistość, która nigdy nie była i nie będzie już tylko moja, skoro jest włączona w nurt modlitwy Jezusowej chroni nas przed egoistycznym patrzeniem na rzeczywistość naszego życia duchowego. W rzeczywistości bowiem moje życie duchowe (nawet gdy mówimy o modlitwie, która jest realizowana za drzwiami naszej izdebki) tak jak i moja wiara nigdy nie jest sprawą prywatną. Nigdy nie jest tylko moja. Jesteśmy zaproszeni – jak naucza ojciec John Main – by uczyć się spoglądać oczami Chrystusa i kochać sercem Chrystusa, a aby odpowiedzieć na to wezwanie musimy wyjść poza swój egoizm. Zadaniem dobrej modlitwy jest uczenie człowieka otwartości w miłości zaczynając od otwartości na działanie samego Ducha Bożego w nas, przez otwartość na samych siebie, która wyrasta z doświadczenia i dotknięcie Bożą miłością a skończywszy na otwartości na drugiego.
Jednym z doświadczeń, które uczą nas takiej otwartości jest medytacja, która zapraszając nas do wytrwałego trwania w bezruchu (zarówno postawy jak i myśli), do trwania w milczeniu uczy nas odrywania się od ciągłego myślenia o sobie tak dominującego w naszym codziennym życiu. A to ma decydujące znaczenie w wyzwalaniu nas z postawy egoizmu. Musimy być – jak naucza o. John Main – otwarci na Ojca poprzez Jezusa by poprzez modlitwę stawać się jak oko, które widzi, ale jest to patrzenie, które wynika z włączenia się w sposób patrzenia samego Boga, sposób patrzenia Jezusa.
Powtarzanie słowa, które w doświadczeniu medytacji jest narzędziem odwrócenia naszej uwagi od naszego „ego” które chciałoby ją skupić na samym sobie pozwala nam widzieć szerzej i głębiej, uwalniając nas od naszych trosk i myśli po to by umieć dostrzec także potrzeby innych.