Nie mogłem, bracia, przemawiać do was jako do ludzi duchowych, lecz jako do cielesnych, jako do niemowląt w Chrystusie.
Mleko wam dawałem, a nie pokarm stały, bo byliście słabi; zresztą i nadal nie jesteście mocni. Ciągle przecież jeszcze jesteście cieleśni. Jeżeli bowiem jest między wami zawiść i niezgoda, to czyż nie jesteście cieleśni i nie postępujecie tylko po ludzku? Skoro jeden mówi: «Ja jestem Pawła», a drugi: «Ja jestem Apollosa», to czyż nie postępujecie tylko po ludzku? Kimże jest Apollos? Albo kim jest Paweł? Sługami, przez których uwierzyliście według tego, co każdemu dał Pan. Ja siałem, Apollos podlewał, lecz Bóg dał wzrost. Otóż nic nie znaczy ten, który sieje, ani ten, który podlewa, tylko Ten, który daje wzrost – Bóg. (1 Kor 3, 1-9)
W naszym – zachodnim sposobie myślenia ciągle pokutuje jeszcze pewien dualizm, który odziedziczyliśmy po kulturze greckiej: przeciwstawienie cielesności i życia duchowego.
Jednak św. Paweł, który głosił Ewangelię Grekom – czyli w kulturze, w której dualizm był silnie obecny – sam nie rozdzielał duszy i ciała.
Kultura grecka była pod wpływem dość negatywnej wizji cielesności, która zakorzeniła się w naszej myśli filozoficznej na dłużej. Warto jednak uświadomić sobie, że ów podział nie znajduje uzasadnienia w Piśmie Świętym. Dlatego, gdy Paweł głosi Ewangelię określa człowieka parą terminów: soma psychikon – soma pneumatikon. Termin pierwszy najlepiej przetłumaczyć jako „ciało obdarzone duszą/psychiką”, ten drugi można oddać formułą: „ciało duchowe”.
Miało to szczególne znaczenie w pytaniach o to, w jakiej formie dokona się zmartwychwstanie, które św. Paweł głosił.
Apostoł poucza, że w obecnej naszej kondycji jesteśmy ciałami obdarzonymi psychikon (duszą), zaś zmartwychwstanie wiąże się z transformacją naszej obecnej kondycji w ciało duchowe.
Święty Paweł mówiąc, że jesteśmy cieleśni, nie używa tego określenia w sensie negatywnym, przeciwstawiając je duchowi. Mówi że jesteśmy ciałem obdarzonym życiem i całą gamą funkcji psychicznych, takich jak świadomość, zdolność przeżywania emocji, podejmowania decyzji, świadomego odnoszenia się do świata, do siebie oraz – co dla Pawła fundamentalne: do Boga.
Zadanie, które stoi przed człowiekiem, a które jest wyrazem dojrzałości jest to, aby dążyć do jak najgłębszego zintegrowania tych wszystkich wymiarów. Tym, co według św. Pawła ma zdolności integracyjne jest życie duchowe a dosłownie – ŁASKA! Święty Paweł podkreśla to mocno w zdaniu: TO BÓG DAJE WZROST.
Doświadczenie medytacji monologicznej, może stać się tym szczególnym wymiarem doświadczenia, gdzie ta prawda urzeczywistnia się w sposób bardzo wyraźny. Jako uczestnicy medytacji możemy odnaleźć się w roli tego, który sieje lub podlewa to ziarno słowa, które zostaje złożone w naszym sercu, kiedy się w nie wsłuchujemy w praktyce medytacji. Może się to wyrażać w trosce o to, że znajdujemy czas i przestrzeń na codzienną medytację, że potrafimy zawalczyć o ciszę, która jej sprzyja. Ale i tak koniec końców św. Paweł mówi: „nic nie znaczy ten, który sieje, ani ten, który podlewa, tylko Ten, który daje wzrost – Bóg”. Innymi słowy, bez działania łaski, bez otwarcia się na Ducha Świętego niewiele możemy osiągnąć.
Nasza zdolność otwarcia się na to działanie łaski jest wyrazem „duchowego” charakteru człowieka, który pełnię swą osiągnie w zmartwychwstaniu, czyli w przekształceniu soma psychikon w soma pneumatikon.
Święty Paweł mówi o tym, że prawdziwa tożsamość naszego ciała jest określona przez związek z Duchem. Bez tego kontaktu do końca nie zrozumiemy swojej tożsamości. Przypominają się tu słynne słowa św. Jana Pawła II, że: „Człowieka nie można do końca zrozumieć bez Chrystusa. A raczej: człowiek nie może sam siebie do końca zrozumieć bez Chrystusa. Nie może zrozumieć, ani kim jest, ani jaka jest jego właściwa godność, ani jakie jest jego powołanie i ostateczne przeznaczenie. Nie może tego wszystkiego zrozumieć bez Chrystusa”.
Święty Tomasz z Akwinu określi to jeszcze inaczej: „człowiek jest ciałem – materią pierwszą, kształtowaną przez duszę. Innymi słowy: ciało ludzkie nie ma charakteru jedynie materialnego. W integralny sposób obejmuje funkcje i aspekty duchowe. Duchowy (a więc nie tylko biologiczny) wymiar posiadają wszystkie aspekty cielesnego funkcjonowania człowieka – np. gesty, wyraz twarzy albo nawet funkcja, nad którą prawie nie panujemy: oddech. „Duchowe” w tym kontekście znaczy: niedające się sprowadzić do wymiaru fizycznego czy biologicznego, lecz wprowadzające człowieka w całą sieć międzyosobowych relacji. Najważniejszym z tych duchowych aspektów cielesnego człowieka jest zdolność do relacji z Bogiem.
Niech zatem praktyka medytacji pozwala nam doświadczać tego integracyjnego wymiary łaski, na która się otwieramy powtarzając w rytmie oddechu wezwanie „Panie Jezu Chryste, Synu Boży, ulituj się nade mną grzesznikiem” i przez nie składając nasze życie z zaufaniem w ręce Boga.
Filip spotkał Natanaela i powiedział do niego: «Znaleźliśmy Tego, o którym pisał Mojżesz w Prawie i Prorocy, Jezusa, syna Józefa, z Nazaretu».
Rzekł do niego Natanael: «Czyż może być co dobrego z Nazaretu?»
Odpowiedział mu Filip: «Chodź i zobacz».
Jezus ujrzał, jak Natanael zbliżał się do Niego, i powiedział o nim: «Patrz, to prawdziwy Izraelita, w którym nie ma podstępu».
Powiedział do Niego Natanael: «Skąd mnie znasz?»
Odrzekł mu Jezus: «Widziałem cię, zanim cię zawołał Filip, gdy byłeś pod drzewem figowym».
Odpowiedział Mu Natanael: «Rabbi, Ty jesteś Synem Bożym, Ty jesteś Królem Izraela!»
Odparł mu Jezus: «Czy dlatego wierzysz, że powiedziałem ci: „Widziałem cię pod drzewem figowym?” Zobaczysz jeszcze więcej niż to».
Potem powiedział do niego: «Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Ujrzycie niebiosa otwarte i aniołów Bożych wstępujących i zstępujących na Syna Człowieczego». (J 1, 45-51)
Ta Ewangelia przypomina nam, że dobrze przeżywana religijność, czy jak kto woli wiara musi być oparta na szczerości. Na prawdzie!
Drogą do spotkania z Bogiem jest spotkanie z samym sobą. Paradoksalnie oba te spotkania dzieją się równocześnie, gdyż Bóg nie jest kimś, kogo winniśmy szukać na zewnątrz nas. Drzwi do spotkania Nim są w naszym sercu, gdyż Królestwo Boże jest w nas. Im głębsza i prawdziwsza jest relacja z samym sobą, tym większa szansa, że wejdziemy w prawdziwą relację z Panem Bogiem. Im bardziej jednak będziemy nosili w sobie nieprawdziwy obraz siebie, tym większa szansa, że rozminiemy sią z Bogiem, dlatego, że On nas zna prawdziwych i chce się z nami spotykać w prawdzie; z takimi, jakimi jesteśmy naprawdę. Tym, który jako zasłony do spotkania z nami używa kłamstwa jest szatan. Dlatego życie w prawdzie i dążenie do prawdy wyzwala nas skutecznie spod jego wpływu.
I w tej praktyce ma nas utwierdzać medytacja. Jest drogą w głąb. Jest drogą do spotkania z samym sobą i do spotkania z Bogiem. I podkreślmy to raz jeszcze: błędem byłoby te dwie rzeczywistości rozdzielać, gdyż one dzieją się jednocześnie, choć nie zawsze jesteśmy tego świadomi. Medytacja jest praktyką, która powinna nas w tej świadomości utwierdzać. Jeśli będzie stanowiła narzędzie poszerzania naszej świadomości w tym zakresie, to łatwiej nam będzie tę świadomość przenosić z czasu medytacji na całe nasze życie.
Przypomnijmy sobie raz jeszcze kwestię wielokrotnie tu poruszaną: Medytacja uczy nas odkrywania jednego z największych bogactw – roli chwili obecnej. Wszystko, co najważniejsze w naszym życiu dzieje się tu i teraz. Reszta jest przeszłością, która już minęła i na którą nie mamy wpływu, lub przyszłością, która nie wiemy czy w ogóle nadejdzie. Tej świadomości i wagi chwili obecnej musimy się nieustannie uczyć, w czym pomaga nam medytacja, gdyż niestety zostaliśmy tak uwarunkowani przez świat i jego tempo, które wywiera na nas nieustanną presję, że w normalnym stanie świadomości nie zauważamy tej najważniejszej rzeczy, jaką jest chwila obecna i często ją pomijamy żyjąc przeszłością lub przyszłością. Oczywiście ten wspomniany „normalny stan świadomości” należałoby wziąć w cudzysłów, gdyż w najwyższym stopniu nienormalne jest to, że lekceważymy w życiu to, z czego w sensie praktycznym ono się składa. A prawda jest taka, że składa się ono właśnie z chwili obecnej i tylko w niej możemy je naprawdę przeżywać. Praktyka medytacji ma nam pomóc przywrócić tę utraconą świadomość chwili obecnej a przez to lepiej przeżywać nasze życie.
Mówiąc o sobie, że „JESTEŚMY”, możemy powiedzieć to tylko o chwili obecnej, gdyż nigdy nie jesteśmy w przeszłości lub w przyszłości. Owszem możemy tam być za sprawą pamięci czy wyobraźni, ale nie jest to prawdziwe bycie.
Amerykański franciszkanin ojciec Richard Rohr w książce „Nagie teraz” określił współczesnego człowieka Zachodu, jako nieustannie żyjącego w konflikcie z chwilą obecną, co się niechybnie przekłada na płytkość, lub innymi słowy pogorszenie jakości życia, ale także kontaktu ze sobą a co za tym idzie – jak wspomnieliśmy wcześniej – także kontaktu z Bogiem, gdyż te dwie rzeczywistości są tożsame. Nasze życie bowiem realizuje się w teraz. Każda emocja, to, co myślisz, co czynisz jest nieodłącznie związane z chwilą obecną. Ta zasada dotyczy także życia duchowego, naszego spotkania z Bogiem. Ono może dokonać się jedynie teraz. Można by zatem powiedzieć, że medytacja uczy nas podróży w głąb chwili obecnej. Dosłownie chce nas nauczyć głębszego i bardziej świadomego przeżywania chwili obecnej a przez to głębszego i bardziej świadomego przeżywania życia w ogóle. To świadomość miejsca, w którym jesteśmy, świadomość tego, co odczuwamy w tej chwili, co robimy… Nieodzownym elementem świadomości chwili obecnej jest nasza uważność. Można powiedzieć, że medytacja staje się w tej chwili przestrzenią naszej teraźniejszości.
Kolejnym krokiem w przeżywaniu chwili obecnej jest umiejętność docenienia tego, co jest nam dane teraz. To doświadczenie, którego często nie doceniamy, a bez niego nie zrodzi się w nas radość, wdzięczność i poczucie szczęścia, które także muszą stać się doświadczeniem chwili obecnej, po to by ewentualnie móc przerodzić się w pewien stan, który nam towarzyszy na dłużej. Te wszystkie elementy składają się na coś, co Eckhart Tolle nazywa manifestacją życia. Być może też poniekąd o to chodziło Chrystusowi w Ewangelii, że ktoś, kto nie żyje świadomością chwili obecnej „nie ma życia w sobie”, bo nie będzie otwarty na łaskę chwili obecnej, przez którą Pan Bóg działa w naszym życiu.
Można zatem powiedzieć, że świadomość chwili obecnej przybliża nas do tajemnicy życia, które dzieje się tu i teraz. I w ten sposób następuje istotna zmiana naszej świadomości, która przenosi się z chęci osiągnięcia czegoś – także w medytacji – na postawę wejścia w Obecność, realizującą się tu i teraz i to z wdzięcznością za to, co otrzymujemy w tej chwili. A przecież łaska medytacji działa w nas właśnie w tej chwili, wraz ze słowem, które jej towarzyszy i które jest nośnikiem tej łaski.
To słowo, które towarzyszy medytacji uświadamia nam jeszcze jedną prawdę: że oto w naszym teraz zawiera się Boże teraz, które zstępuje w naszą codzienność łącząc w tym doświadczeniu transcendencję Boga i naszą immanencję.
Oczywiście owoce dobrego przeżycia chwili obecnej będą także widoczne w naszym życiu w przyszłości, ale zawsze, kiedy będziemy ich doświadczali będą one manifestowały się jako teraz, albo jak to pięknie nazywa ojciec John Main jako „Chrystusowe teraz”, czyli nasze otwarcie się na Jego łaskę, która przychodzi w chwili obecnej.
Jezus opowiedział swoim uczniom następującą przypowieść:
«Królestwo niebieskie podobne jest do gospodarza, który wyszedł wczesnym rankiem, aby nająć robotników do swej winnicy. Umówił się z robotnikami o denara za dzień i posłał ich do winnicy.
Gdy wyszedł około godziny trzeciej, zobaczył innych, stojących na rynku bezczynnie, i rzekł do nich: „Idźcie i wy do mojej winnicy, a co będzie słuszne, dam wam”. Oni poszli. Wyszedłszy ponownie około godziny szóstej i dziewiątej, tak samo uczynił.
Gdy wyszedł około godziny jedenastej, spotkał innych stojących i zapytał ich: „Czemu tu stoicie cały dzień bezczynnie?” Odpowiedzieli mu: „Bo nas nikt nie najął”. Rzekł im: „Idźcie i wy do winnicy”.
A gdy nadszedł wieczór, rzekł właściciel winnicy do swego rządcy: „Zwołaj robotników i wypłać im należność, począwszy od ostatnich aż do pierwszych”. Przyszli najęci około jedenastej godziny i otrzymali po denarze. Gdy więc przyszli pierwsi, myśleli, że więcej dostaną; lecz i oni otrzymali po denarze.
Wziąwszy go, szemrali przeciw gospodarzowi, mówiąc: „Ci ostatni jedną godzinę pracowali, a zrównałeś ich z nami, którzy znosiliśmy ciężar dnia i spiekotę”. Na to odrzekł jednemu z nich: „Przyjacielu, nie czynię ci krzywdy; czyż nie o denara umówiłeś się ze mną? Weź, co twoje, i odejdź. Chcę też i temu ostatniemu dać tak samo jak tobie. Czy mi nie wolno uczynić ze swoim, co chcę? Czy na to złym okiem patrzysz, że ja jestem dobry?” Tak ostatni będą pierwszymi, a pierwsi ostatnimi». (Mt 20, 1-16)
Piękna i dużo mówiąca przypowieść. Także o nas. O ile ktoś ma odwagę odnieść ją do swojego życia.
Przypowieść tę często określa się mianem przypowieści o robotnikach ostatniej godziny. Warto ją jednak czytać w szerszym kontekście, gdyż jest ona zwieńczeniem nauczania, która zaczyna się dialogiem Jezusa z bogatym młodzieńcem, który pyta Jezusa o sposób na osiągnięcie zbawienia. Niestety wymagania, które Jezus mu postawił – jak pamiętamy – okazały się zbyt duże, dlatego odchodzi zasmucony i rozczarowany. Jezus komentując to wydarzenie mówi o niebezpieczeństwach uwikłania w bogactwa i przywołuje „przypowieść o wielbłądzie i uchu igielnym”. Jego słowa na tyle intrygują apostołów, że w konsekwencji i oni pytają o to, co otrzymają, skoro poszli za Jezusem zostawiając wszystko – innymi słowy będąc wolni od przywiązań, które cechowały bogatego młodzieńca. Bardzo logiczne wydaje się, że skoro są ubożsi, to łatwiej im będzie osiągnąć zbawienie.
I tu właśnie pojawia się przypowieść o robotnikach ostatniej godziny, której kontekstem jest pytanie o życie wieczne a właściwie o to, komu będzie łatwiej je osiągnąć. W nas samych często pokutuje takie myślenie, że skoro poszliśmy za Jezusem już dawno, bo żyjemy wiarą przez większość naszego życia „należy się” trochę większe docenienie przez Gospodarza, który symbolizuje w tej przypowieści Boga niż tym, którzy nawracają się w ostatnim momencie. Niestety Jezus – zresztą już nie pierwszy raz – burzy taki sposób myślenia swoją przypowieścią odwracając kolejność, która tworzy pewien porządek: „Tak ostatni będą pierwszymi, a pierwsi ostatnimi”.
Pięknie komentuje to Merton: „Jeśli działam dla Boga, gdyż chcę być nagrodzony, albo zauważony, jest to zawsze niewłaściwa motywacja z perspektywy życia duchowego. Ci, co oczekują nagrody wprawdzie bardziej się starają i dążą do osiągnięcia jakiejś cnoty, którą osiąga się przez ćwiczenie, powtarzalność – co może być też dla nas aluzją do praktyki medytacji (dopisek xMD) – lecz trzeba uważać, gdyż może się tu zrodzić perfekcjonizm, który nie tylko unika zła, ale każe robić więcej niż trzeba, prowadząc nas do fałszywych wniosków: im bardziej się postaram, tym większa będzie nagroda. I tu wpadamy w pułapkę robotników z winnicy z przypowieści Jezusa, którzy cały dzień pracowali sądząc, że więcej zarobią niż ci, co tylko godzinę. Niestety, otrzymali tyle samo. Dlatego nie warto w życiu duchowym pracować dla nagrody, bo się rozczarujemy…” [konferencje dla sióstr zakonnych]
Dlatego św. Paweł tak mocno będzie podkreślał: „Łaską bowiem jesteście zbawieni przez wiarę, i to nie jest z was, jest to dar Boga. Nie z uczynków, aby nikt się nie chlubił. Jesteśmy bowiem jego dziełem, stworzeni w Chrystusie Jezusie do dobrych uczynków, które Bóg wcześniej przygotował, abyśmy w nich postępowali” [Ef. 2,8-10]
Innymi słowy im większa będzie w nas świadomość, że wszystko jest łaską a więc darem danym nam przez Boga za darmo, z miłości a nie z powodu naszych zasług: zarówno zbawienie, wiara jak i – co stwierdza św. Paweł – nawet dobre uczynki, które jesteśmy w stanie zrobić a którymi tak często się chlubimy, tym mniej będzie w nas pretensji do Pana Boga i tym bardziej mamy szansę uniknąć niebezpiecznej dla życia duchowego postawy porównywania się z innymi, która w konsekwencji prowadzi jedynie do próżności lub zgorzknienia.
Medytacja monologiczna w tym względzie można się dla nas okazać „praktyką ratunku”, jak ją kiedyś ładnie nazwał jeden benedyktynów ojciec Jan Paweł Konobrodzki, bo jest dla nas bardzo konkretnym doświadczeniem, które pokazuje jak wiele zależy od łaski a jak niewiele od nas samych. W medytacji doświadczamy właśnie tego odwrócenia porządku, o którym mówi dzisiejsza przypowieść, ponieważ jest ona przestrzenią działania Boga, więc to, co osiągamy na drodze praktyki nie jest w naszych rękach.
A jak dodaje św. Maksym Wyznawca: „Dla Boga nie ma nic bardziej przyjemnego, jak nawrócenie człowieka, przy udziale szczerej skruchy”. A właśnie to staramy się robić powtarzając w sercu wezwanie „Panie Jezu Chryste, ulituj się nade mną grzesznikiem”.
I przenosząc tę modlitwę z medytacji w naszą codzienność możemy doświadczyć – jak w przypowieści – że każda godzina dnia jest chwilą, w której Bóg wychodzi nam na spotkanie. Trzymając się tego punktu widzenia możemy się uczyć spędzania całego dnia z Panem Bogiem.
Ta przypowieść tak naprawdę ukazuje dobroć Gospodarza winnicy i Jego miłosierdzie. Wszyscy jesteśmy robotnikami ostatniej godziny. Bóg daje każdemu z nas możliwość uczestnictwa w swoim planie zbawienia. Każdego z nas zaprasza do siebie o właściwej sobie porze. Bylebyśmy tylko chcieli odpowiedzieć na Jego zaproszenie i nie przeoczyli chwili, w której przychodzi ze swoim zaproszeniem.
Jezus powiedział do swoich uczniów: «Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Jeżeli ziarno pszenicy wpadłszy w ziemię nie obumrze, zostanie tylko samo, ale jeżeli obumrze, przynosi plon obfity.
Ten, kto miłuje swoje życie, traci je, a kto nienawidzi swego życia na tym świecie, zachowa je na życie wieczne.
A kto by chciał Mi służyć, niech idzie za Mną, a gdzie Ja jestem, tam będzie i mój sługa. A jeśli ktoś Mi służy, uczci go mój Ojciec». (J 12, 24-26)
Medytacja jest doświadczeniem, w którym siadamy w gronie uczniów Jezusa, tak jak kiedyś czynili to Apostołowie, aby wsłuchiwać się w Jego słowo. Śmiem twierdzić, że poprzez doświadczenie medytacji stajemy się bliżsi Jezusa. Jezus mówi nam dzisiaj coś bardzo ważnego, co dotyczy najgłębszego sensu i kierunku naszej wiary i naszego życia.
Jezus mówi dziś o ziarnie, które wpadłszy w glebę obumiera, aby wydać plon. Spróbujmy najpierw to ziarno odnieść do medytacji a dosłownie do wezwania, które jej towarzyszy. Ono jest jak ziarno padające w głębię naszego serca. Nie zatrzymujemy się na mim. Pozwalamy, aby wypowiedziane zjednoczyło się z naszym sercem, dosłownie obumarło tam, po to by z niego mogła się zrodzić łaska, która to serce przemienia.
Wierzymy bowiem iż nie bez znaczenia jest wezwanie – słowo, które nam towarzyszy w medytacji. To, które ma odniesienie do imienia Jezus jest dla nas nośnikiem Jego obecności i łaski, dlatego ma moc przemieniać nasze serce, jeśli się na nie otworzymy.
Tych słów wezwania w trakcie jednej medytacji wypowiadamy wiele, ale to także symbol tego, że Bóg jest hojnym Siewcą. Chce w naszym sercu zasiać jak najwięcej swojej łaski, bo wówczas jest szansa, że będzie ona na nie bardziej oddziaływała. Taka zresztą była od samego początku idea Modlitwy Jezusowej, jako modlitwy nieustannej, aby jej wypowiadania nie ograniczać tylko do czasu ściśle poświęconego modlitwie, ale aby wracać do niej w każdej możliwej i okoliczności, bo jak czytamy w Opowieściach Pielgrzyma „Serce, które jest zajęte recytacją słów Modlitwy Jezusowej jest odporne na to, aby zaśmiecały je sprawy świata”.
Dlatego abp. Anthony Bloom – prawosławny metropolita Londynu i wielki nauczyciel modlitwy przyrównuje Modlitwę Jezusową do zbroi, która chroni nasze serce od ataków złego ducha.
Rzeczone ziarno z dzisiejszej Ewangelii można też rozumieć, jako symbol naszego życia.
Jezus przypomina, że nasze życie może wydać obfity plon albo też zostać samo. Wszystko zależy od tego, czy gotowe jest obumierać. To obumieranie oczywiście dotyczy naszego ego a w praktyce jest nim nasza miłość – czyli życie dla innych. Jej brak i skupienie się jedynie na sobie i miłości własnej, do czego nieustannie kusi nas nasze ego skazuje nas na samotność. Tę samotność Merton w komentarzu do dzisiejszej Ewangelii określa: „usychaniem życia w skorupie egoizmu”.
Jezus uczy nas na własnym przykładzie, że nasza zdrowa miłość do własnego życia ujawnia się przez to, że nie będziemy się bali go tracić, co w języku semickim oznaczało znane powiedzenie: „jeśli wyzbędę się życia dla siebie zaowocuję tym, że oddam je dla innych”.
Jezus chce nas przekonać, że prawdziwa miłość jest wieczna, stąd jedynie życie nasycone miłością staje się wieczne a jednocześnie gotowe iść pod prąd egoistycznym trendom świata.
Można powiedzieć, że dobrze przeżyta medytacja uczy nas tracenia: tracimy czas; tracimy okazję by spełniać zachcianki naszego ego; tracimy też kontrolę nad naszą modlitwą pozwalając, aby przejął ją w pełni Jezus, któremu z całkowitym zawierzeniem oddajemy się wypowiadając słowa: „Panie Jezu, Synu Boży, ulituj się nade mną grzesznikiem”, lub „Jezu ufam Tobie”.
Jak to ładnie określił benedyktyn o. John Main, że dzięki medytacji stajemy się dla Jezusa jak słudzy: gdzie On jest, tam i my. Niech wezwanie modlitwy serca pomaga nam obumierać dla siebie aby bardziej żyć dla Jezusa i dla innych.
Jezus podążył w okolice Tyru i Sydonu. A oto kobieta kananejska, wyszedłszy z tamtych stron, wołała: «Ulituj się nade mną, Panie, Synu Dawida! Moja córka jest ciężko nękana przez złego ducha». Lecz On nie odezwał się do niej ani słowem.
Na to podeszli Jego uczniowie i prosili Go: «Odpraw ją, bo krzyczy za nami».
Lecz On odpowiedział: «Jestem posłany tylko do owiec, które poginęły z domu Izraela».
A ona przyszła, padła Mu do nóg i prosiła: «Panie, dopomóż mi».
On jednak odparł: «Niedobrze jest zabierać chleb dzieciom, a rzucać szczeniętom».
A ona odrzekła: «Tak, Panie, lecz i szczenięta jedzą okruchy, które spadają ze stołu ich panów».
Wtedy Jezus jej odpowiedział: «O niewiasto, wielka jest twoja wiara; niech ci się stanie, jak pragniesz!» Od tej chwili jej córka była zdrowa. (Mt 15, 21-28)
Mocna jest ta dzisiejsza Ewangelia i w pierwszym odruchu możemy zgorszyć się obcesowością Jezusa, który wydaje się lekceważyć Syrofenicjankę, która przychodzi do Niego z prośbą. W ten sposób Jezus wpisuje się w myślenie, które cechowało Izraelitów i zgodnie z którym zbawienie, które miał przynieść oczekiwany Mesjasz ograniczało się jedynie do Narodu Wybranego. Kobieta kananejska była poganką, z którą pobożny Żyd nie powinien nawet rozmawiać a cóż dopiero mówić o zgodzie na wyświadczenie przez Boga łaski takiej osobie. Dla samej kobiety to również trudna sytuacja. Aby dotrzeć do Jezusa, musi ona pokonać społeczno-kulturową barierę separacji. Prośba, którą kieruje pod adresem Jezusa jest dla niej zarówno próbą charakteru, jak i próbą ducha. Jezus wykorzystuje spotkanie z tą kobietą do tego, aby udzielić nam ważnej lekcji. Po pierwsze: że wiara musi być wytrwała, jeśli ma przynosić owoce w naszym życiu. Po drugie: ważne są uwarunkowania, ale jeszcze ważniejsze jest w doświadczeniu wiary serce. Po trzecie: można społecznie przynależeć do grupy ludzi wierzących, ale i tak mieć bardzo ograniczone wyobrażenie Boga i Jego działania. I po czwarte wreszcie: jak pięknie to ujmuje autor Listu do Hebrajczyków „Wiara zaś jest poręką tych dóbr, których się spodziewamy dowodem tych rzeczywistości, których nie widzimy” (Hbr 11, 1). Innymi słowy wiara, jeśli nie jest podtrzymywana przez nadzieję, może osłabnąć.
Kobieta kananejska pokłada swą ufność i nadzieję w Jezusie, którego nazywa Panem i Synem Dawida. Tym samym uznaje w Jezusie oczekiwanego Mesjasza. Prawdopodobnie wie, że misja Mesjasza kieruje się najpierw do domu Izraela. A mimo to jest wytrwała, nie zniechęca się. Jej wyobraźnia o otwartości Boga na każdego człowieka okazuje się większa niż ograniczona przez stereotypy wiary wyobraźnia Izraelitów. W dzisiejszej Ewangelii otrzymujemy odpowiedź na pytanie dlaczego nasza wiara nie przynosi oczekiwanych owoców? Dlatego, że łatwo się zniechęcamy.
Kobieta kananejska zostaje sprawdzona jeszcze w jednym, delikatnym punkcie – własnej wartości. Jezus, stawiając ostatnią trudność, odwołuje się do obiegowego przekonania Izraelitów widzących w poganach „niewierne psy”. To określenie, które dotkliwie uderza w miłość własną, ale też odsłania istnienie w kobiecie innej miłości, która jest większa niż własne znaczenie. Jest to miłość do własnego dziecka. Nawet okruchy ze stołu Pana wystarczą, aby pomóc jej córce. W ten sposób Jezus uczy nas, że miłość, która wszystko zniesie, wygrywa! Taka zresztą jest miłość Jezusa.
Wsłuchując się w to słowo możemy także odrobić lekcję, która pod obrazem dzisiejszej Ewangelii odnosi się do naszej medytacji:
Po pierwsze: praktyka medytacji także jest próbą charakteru, gdyż wymaga od nas codziennej dyscypliny i wytrwałości, w przeciwnym razie nie przyniesie owoców w naszym życiu.
Po drugie: jest próbą ducha, gdyż w swojej prostocie, w której odwołuje się do jednego wezwania, które towarzyszy tej modlitwie wymaga od nas głębokiego zakorzenienia w wierze i nadziei. Sprawia też, że zawieszając działanie wyobraźni w praktyce medytacji monologicznej uczymy się ufać bardziej w działanie łaski niż naszych władz umysłowych.
Po trzecie: praktyka medytacji uświadamia nam, że dla tej modlitwy ważne są uwarunkowania, ale jeszcze ważniejsze w doświadczeniu owoców tej praktyki jest serce. Stąd często określa się ją mianem modlitwy serca.
Po czwarte wreszcie: dla naszej praktyki medytacji ważna jest społeczna przynależeć do grupy wierzących chrześcijan, ale jednocześnie jest to praktyka, która ma moc pokonywać społeczno-kulturowe bariery i odnajdywać jedność i sens medytacji z przedstawicielami innych kultur i religii, czyniąc nasze serca bardziej otwartymi na innych, jak chociażby doświadczamy tego w comiesięcznej medytacji w intencji pokoju.
I na koniec wreszcie wołanie kobiety kananejskiej do złudzenia przypomina treść Modlitwy Jezusowej. To zapewne nie przypadek, bo jak mówią mnisi Kościoła wschodniego: „Najważniejszą modlitwą jest wołanie o miłosierdzie. Gdy będziemy to robić Bóg wraz z nim udzieli nam wszelkich innych potrzebnych łask” [św. Jan z Wałaamu]