Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Oczekiwania-rozczarowania

Gdy tłumy się gromadziły, Jezus zaczął mówić: To plemię jest plemieniem przewrotnym. Żąda znaku, ale żaden znak nie będzie mu dany, prócz znaku Jonasza. Jak bowiem Jonasz był znakiem dla mieszkańców Niniwy, tak będzie Syn Człowieczy dla tego plemienia. Królowa z Południa powstanie na sądzie przeciw ludziom tego plemienia i potępi ich; ponieważ ona przybyła z krańców ziemi słuchać mądrości Salomona, a oto tu jest coś więcej niż Salomon. Ludzie z Niniwy powstaną na sądzie przeciw temu plemieniu i potępią je; ponieważ oni dzięki nawoływaniu Jonasza się nawrócili, a oto tu jest coś więcej niż Jonasz. (Łk 11, 29-32)

Ktoś kiedyś napisał, że oczekiwania to rozczarowania.

Tłum idący za Jezusem ma także swoje oczekiwania, żąda znaku. Co mogę powiedzieć o moich duchowych pragnieniach?

Jezus surowo demaskuje rzeczywiste intencje tłumu. Są przywiązani do własnych oczekiwań, a nie do samego Jezusa.

Idąc za Jezusem warto wracać do pytania o nasze wewnętrzne intencje i motywacje tego podążania. Ojcowie Pustyni mówili o konieczności oczyszczania naszych intencji i motywacji, w czym pobyt na pustyni miał im pomagać.

„Każdy musi przejść przez pustynię i przebywać na niej, aby otrzymać łaskę Bożą. Tam człowiek ogołaca maleńkie mieszkanie swej duszy, by zrobić miejsce Bogu. To nieodzowne. To czas łaski, okres, przez który musi przejść każdy. Potrzeba ciszy, skupienia oraz zapomnienia o sobie i o wszystkim, co stworzone, by Bóg mógł założyć w człowieku swe królestwo.” (św. Karol de Foucauld)

Nie dalej jak w niedzielę Ewangelia przypominał nam, że Jezus także swoja drogę zaczął od pobytu na pustyni. Walka z pokusami, jakie podsuwa Mu szatan jest także swoistym oczyszczaniem motywacji podjętej przez Niego misji i potwierdzeniem, że dla Niego główną motywacją jest pełnienie woli Ojca.

Jezus nie chce, abyśmy poza Nim nie szukali dla siebie innych „znaków życia i zbawienia”. Czy medytacja, która jest szkołą ogołacania naszych pragnień i oczekiwań na rzecz bezinteresownego trwania przy Jezusie sprawia, że tych oczekiwań rzeczywiście mamy mniej a nasza więź z Jezusem jest rzeczywiście e e bezinteresowna? To wielkie wyzwanie dla naszego ego, które jest bardzo roszczeniowe.

Oczekiwania (również te duchowe) mogą stać się przeszkodą w spotkaniu z samym Jezusem, w naszej relacji do Niego.

Jezus nieustannie daje nam znaki. Takim znakiem jest Jego Słowo, takim znakiem jest Eucharystia, takim znakiem może być drugi człowiek, wydarzenia życia przez które nas przeprowadza, czy piękno świata…

Oczywiście jak pisze ojciec Richard Rohr w książce Tak, ale…medytacje codzienne: „Dostrzegani znaków, jakie daje nam Bóg wymaga w nas stałej czujności i uważności. Czujność i uważność, to dwie cechy w życiu duchowym, które uczą nas wyzbywania się naiwności, która usypia i rozleniwia. Czujność i uważność prowokują do myślenia i odkrywania na nowo tego, co się dzieje w naszym życiu i na całym świecie, jako miejsc obecności i działania Boga. Chrystus zatem do nas wszystkich mówi: Czuwajcie! Postawa czujności i uważności sprawia, że w zmiennych losach świata, potrafimy się cieszyć, ale też dziękować za każdy dzień, minutę i sekundę naszego życia. Nie wiemy bowiem, czy ta minuta nie jest dla nas tą ostatnią na tej ziemi. «Czuwajcie i módlcie się, bo nie znacie dnia, ani godziny »” – to wezwanie powróci do nas jeszcze w tym Wielkim Poście. Warto go nie lekceważyć!

Droga pobożności serca

Drodzy Medytujący, nie wiem, czy drogą mailową dotarło wprowadzenie do dzisiejszej medytacji, bo e-mail wraca do mnie z adnotacją, że nie można znaleźć adresu medytacje-jeruzalem…, ale tutaj także zawsze można je znaleźć. Pozdrawiam. M.

Jezus powiedział do swoich uczniów: „Strzeżcie się, żebyście uczynków pobożnych nie wykonywali przed ludźmi po to, aby was widzieli; inaczej bowiem nie będziecie mieli nagrody u Ojca waszego, który jest w niebie. Kiedy więc dajesz jałmużnę, nie trąb przed sobą, jak obłudnicy czynią w synagogach i na ulicach, aby ich ludzie chwalili. Zaprawdę, powiadam wam: ci otrzymali już swoją nagrodę. Kiedy zaś ty dajesz jałmużnę, niech nie wie lewa twoja ręka, co czyni prawa, aby twoja jałmużna pozostała w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie. Gdy się modlicie, nie bądźcie jak obłudnicy. Oni to lubią w synagogach i na rogach ulic wystawać i modlić się, żeby się ludziom pokazać. Zaprawdę, powiadam wam: otrzymali już swoją nagrodę. Ty zaś, gdy chcesz się modlić, wejdź do swej izdebki, zamknij drzwi i módl się do Ojca twego, który jest w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie. Kiedy pościcie, nie bądźcie posępni jak obłudnicy. Przybierają oni wygląd ponury, aby pokazać ludziom, że poszczą. Zaprawdę, powiadam wam, już odebrali swoją nagrodę. Ty zaś, gdy pościsz, namaść sobie głowę i obmyj twarz, aby nie ludziom pokazać, że pościsz, ale Ojcu twemu, który jest w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie”. (Mt 6, 1-6. 16-18)

Post pojawia się w Biblii wielokrotnie. Jest znany i ceniony jako praktyka duchowa także we wszystkich religiach.

Jezus zapewnia też swoich uczniów, że modlitwa, połączona z postem, mają wyjątkową siłę współdziałania. Kiedy uczniowie nie zdołali pomóc opętanemu, Pan Jezus powiedział im, że pewnego rodzaju demonów nie można się pozbyć jak tylko przez modlitwę i post [por. Mt. 17:21]

Skąd bierze się ta duchowa siła postu? Być może z tego, że kiedy pościmy, nasze zmysły się wyostrzają i stajemy się bardziej otwarci. Nasze ciało się oczyszcza i przez to łatwiej nam przyjąć to, co Pan Bóg pragnie nam przekazać. A medytacja wydaje sie być najlepszym sposobem nastawienie naszego serca na odbiór tego, co Bóg do nas mówi.

Post to nie tylko nie jedzenie lub nie picie. Postem może stać się każde wyrzeczenie się naszych doczesnych zwyczajów, kiedy ten czas wykorzystamy by poświęcić się bardziej praktykom duchowym: modlitwie, pomocy innym, dobrej lekturze…

Post jest samoograniczeniem własnych przyjemności, by ten czas wykorzystać także na introspekcję (głębsze poznanie siebie), gdyż jak nauczali już Ojcowie Pustyni nie sposób spotkać Boga nie spotkawszy się najpierw ze sobą samym. A do tego potrzeba przestrzeni, czasu i ciszy. Aby o nią zawalczyć być może potrzeba będzie zrezygnować ze zbyt częstego używaniu Internetu, albo nagminnego zaglądania do telefonu komórkowego, czy krótszego czasu poświęconego na oglądanie telewizji… Słowem z tego, co z tego czasu dla siebie i dla Boga, ale też dla innych najczęściej mnie okrada.

Ważna jest jednak również motywacja naszego działania.

Kiedy weźmiemy na serio zalecenia Jezusa, aby nie działać na pokaz, to bardzo szybko zauważymy, że patrząc z ludzkiej perspektywy, wcale nie jest to takie łatwe. Nasza ludzka natura, co rusz domaga się „dowartościowania”. Do ilu pięknych czynów jesteśmy zdolni tylko dlatego, że usłyszeliśmy pochwałę, albo dzięki nim zyskaliśmy ludzkie uznanie? 

Syn Boży zaprasza nas, abyśmy stanęli w prawdzie wobec samych siebie. Chodzi o oczyszczenie motywacji naszego działania. Jeśli czynimy dobro, to czyńmy je z miłości. Ale nie tej egoistycznej, która ciągle krzyczy w nas, domagając się pochwał.  Zasada naszego działania powinna być prosta: czynię dobro, bo kocham. A jeśli kocham, to  bezwarunkowo i nie zniechęcam się, również wówczas, gdy nikt mnie nie pochwali, czy nie doceni. 

Owszem szukanie akceptacji i uznania innych jest ludzką cechą. Uznanie ze strony innych może mobilizować nas do dalszego czynienia dobra. Chcemy się podobać ludziom, ale jeszcze ważniejsze jest, abyśmy jako chrześcijanie podobali się Bogu. Życie nie jest teatrem, w którym nagrodą są oklaski publiczności.  Wśród ludzi możemy uchodzić za pobożnych i miłosiernych. Nasze usta mogą być wypełnione modlitwą, a ręce dobrymi uczynkami. Pan Bóg patrzy jednak na serce.

Jeśli praktyki pobożne: modlitwa, post, jałmużna, mają mieć sens, to muszą przemieniać nasze serce, tak aby stawało się bardziej wrażliwe i współczujące, łagodne i delikatne – słowem coraz bardziej podobne do serca Tego, który jest naszym wzorem – Jezusa.

Pan Bóg podarowując nam kolejny Wielki Post zaprasza nas przede wszystkim na drogę pobożności serca. A skoro medytacja monologiczna nazywana jest często modlitwą serca, to serce podpowiada nam, że to dla niego najlepsza duchowa terapia. Jeśli pozwolimy Bogu dzięki wielkopostnym praktykom przemienić nasze serca, zmieni się w konsekwencji całe nasze życie. 

W obronie serca

Z Ewangelii według św. Marka

Jezus przywołał znowu tłum do siebie i rzekł do niego: „Słuchajcie Mnie, wszyscy, i zrozumcie! Nic nie wchodzi z zewnątrz w człowieka, co mogłoby uczynić go nieczystym; lecz to, co wychodzi z człowieka, to czyni człowieka nieczystym. Kto ma uszy do słuchania, niechaj słucha!” Gdy się oddalił od tłumu i wszedł do domu, uczniowie pytali Go o tę przypowieść. Odpowiedział im: „I wy tak niepojętni jesteście? Nie rozumiecie, że nic z tego, co z zewnątrz wchodzi w człowieka, nie może uczynić go nieczystym; bo nie wchodzi do jego serca, lecz do żołądka, i zostaje wydalone na zewnątrz.” Tak uznał wszystkie potrawy za czyste. I mówił dalej: „Co wychodzi z człowieka, to czyni go nieczystym. Z wnętrza bowiem, z serca ludzkiego pochodzą złe myśli, nierząd, kradzieże, zabójstwa, cudzołóstwa, chciwość, przewrotność, podstęp, wyuzdanie, zazdrość, obelgi, pycha, głupota. Całe to zło z wnętrza pochodzi i czyni człowieka nieczystym. (Mk 7,14-23)

Jezus używa dzisiaj dwóch terminów na określenie czystości względnie nieczystości, ale niestety głębia znaczeń tych terminów ginie w polskim tłumaczeniu.

Pierwszy termin: katharos – oznacza kogoś czystego w znaczeniu pozbawionego wszelkich obcych domieszek. Jest tu tylko i wyłącznie dobro. I dlatego Jezus – jako Bóg-Stwórca – od początku widzi, że wszystko co uczynił jest DOBRE, a nawet BARDZO DOBRE. Wszystko, co jest dziełem Miłości Boga i wszystko, co jest darem tej Miłości dla człowieka może być tylko dobre. Bóg, który jest miłością  daje tylko DOBRE dary! Nie da np. dziecku kamienia, gdy prosi o chleb. To my na skutek działania w nas grzechu nauczyliśmy się, że z tych dobrych darów można czynić zły użytek.

Idąc tym tropem należy stwierdzić, że dary Boga nie są w stanie same z siebie – jako dobre – zanieczyścić człowieka, sprofanować go. Jezus mówiąc w dzisiejszej Ewangelii o tym, co może zanieczyścić człowieka używa innego terminu: koinos.  To jest nieczystość, która nie jest związana z domieszką czegoś – ale z utratą. Utratą godności, świętości, wartości w wyniku na przykład sprofanowania. I tylko człowiek – zgodnie z dzisiejszą wypowiedzią Jezusa – może sprofanować sam siebie. Nikt i nic nie jest w stanie mnie sprofanować, jeśli to ja sam siebie w moim sercu nie sprofanuję. I to jest właśnie nieczystość bardzo poważna i tragiczna… bo zanieczyszczająca serce.

Jezus przestrzega dziś, że przyzwyczailiśmy się pilnować tego, co na zewnątrz: ubrania, czystości w sensie higieny, makijażu, porządku na biurku, w szafach, w domu… Pilnować diety i mycia samochodu itd. itd. itd. A tak łatwo zaniedbujemy higienę wewnętrzną. To, co noszę w sercu, w myślach, we wspomnieniach…

Jezus w dzisiejszej Ewangelii upomina się o serce i o jego czystość! Upomina się o serce złączone z Sercem Boga. Właśnie tak jest skonstruowany człowiek: centrum człowieka jest serce, zdolne do relacji ze światem duchowym, z Bogiem. A potem jest psychika i ciało. I idealną sytuacją jest taka, kiedy moje serce jest w relacji z Bogiem, pogrążone w dialogu z Bogiem, do którego zostałem stworzony. Takiego dialogu uczy praktyka medytacji. W tym dialogu nieustannie dowiaduję się, że jestem kochany i w ten sposób uczę się Miłości. I stąd dopiero czerpana Miłość może przesiąkać przez moją psychikę i ciało – przejawiać się w moich działaniach zewnętrznych, relacjach, wyborach.

Jestem święty – czyli inny niż cały świat. Jestem święty, bo chcę być jak Bóg – żyć miłością. Chcę czynić dobry użytek ze wszystkiego, co biorę w swoje ręce – czyli czynić Miłość. Właśnie po to zostałem stworzony i po to dostałem wszystkie dary: by wyznawać Prawdę o Bogu, Prawdę o Miłości, czynić Miłość. Wszystko jest urządzone i stworzone idealnie do tego, by mi pomagać czynić Miłość Prawdziwą. Ale to wszystko funkcjonuje pod warunkiem, że moje serce jest zanurzone w Wielkim Dialogu Osób Trójcy, do którego to dialogu zostałem zaproszony.

Bieda, desakralizacja zaczyna się wtedy, gdy wyjdę sercem z tego dialogu. Gdy zdecyduję się bez Boga mierzyć się z ciemnością, z żalem, z bólem, z wątpliwościami, z lękiem, z grzechem, które są we mnie itd. Gdy zaczynam sam wchodzić w takie rzeczywistości – wówczas zawsze przegrywam. Moje Życie jest w Bogu a Bóg obecny  w Jezusie jest i we mnie. Jest we mnie przez dar Słowa, przez dar Komunii Świętej, bym miał możliwość nieustannego spożywania Owoców Życia. Nieustannego wracania do dialogu Miłości. Wracania sercem.

Tylko wówczas, gdy jestem wewnętrznie wpatrzony w Światłość, która przychodzi do mnie w Jego Słowie, w Eucharystii sam będę światłem dla innych. Będę dawał Życie, Miłość. A wszystko zaczyna się – od serca. Od tego, czy wpuszczam tam Światło czy nie.  A stąd przenika do myśli, pragnień, wspomnień…

Wielką pokusa jest przeświadczenie, że powinienem sobie z wszystkimi kłopotami poradzić sam, bo przecież nie mogę taki się pokazać Bogu… Przecież On musi wejść do serca pełnego światła… Tylko skąd wziąć światło, nie wpuszczając uprzednio Boga, który przychodzi w Jezusie Chrystusie jako Światłość? Ja nie jestem w stanie stworzyć światła – On jest Światłością. I decyduje się przychodzić i wchodzić w moją ciemność, rozświetlać ją swoją miłością i łaską – bo ja sam sobie z nią nie poradzę…

Ale to ja decyduję, czy pozwolę Światłości przeniknąć całe moje serce, czy też za wszelką cenę będę bronił mojej ciemności: moich żali, bólów, nie-przebaczeń, lęków, udręk…  Dlatego ciemność podsunie usłużnie miliony racji za tym, żeby tego wszystkiego nie puścić, nie oddać, nie pozwolić się ogarnąć Światłości, którą chce mi podarować Jezus.

Niech codzienna praktyka medytacji otwiera w nas drogę do serca dla światła Jego miłości i łaski.

Aby wątpliwości umacniały wiarę…

Z Ewangelii według św. Marka

Jezus Wyszedł stamtąd i przyszedł do swego rodzinnego miasta. A towarzyszyli Mu Jego uczniowie. Gdy nadszedł szabat, zaczął nauczać w synagodze; a wielu, przysłuchując się, pytało ze zdziwieniem: «Skąd On to ma? I co za mądrość, która Mu jest dana? I takie cuda dzieją się przez Jego ręce! Czy nie jest to cieśla, syn Maryi, a brat Jakuba, Józefa, Judy i Szymona? Czyż nie żyją tu u nas także Jego siostry?» I powątpiewali o Nim. A Jezus mówił im: «Tylko w swojej ojczyźnie, wśród swoich krewnych i w swoim domu może być prorok tak lekceważony». I nie mógł tam zdziałać żadnego cudu, jedynie na kilku chorych położył ręce i uzdrowił ich. Dziwił się też ich niedowiarstwu. Potem obchodził okoliczne wsie i nauczał. (Mk 6,1-6)

Dzisiaj Ewangelia ukazuje nam, jak Jezus idzie do synagogi w Nazarecie, mieście, w którym się wychował. Sobota to dzień poświęcony Panu i Żydzi zbierają się, aby słuchać Słowa Bożego.

Bóg przemawia do nas dzisiaj przez Słowo. Świętemu Augustynowi przypisuje się następującą myśl: «Tak jak w modlitwie my rozmawiamy z Bogiem, tak w słowie, w które się wsłuchujemy to Bóg mówi do nas. I w ten sposób trwa odwieczny dialog Boga z człowiekiem».

Dzisiejsza Ewangelia w doskonały sposób pokazuje nam jednak, że można patrząc na Jezusa i słuchając go rozczarować się Nim. Mieszkańcy rodzinnego miasta Jezusa rozczarowali się tym co zobaczyli i usłyszeli. Znali Jezusa, syn cieśli i przez trzydzieści lat był to jeden z nich. Kiedy odszedł pewnie nikt tego szczególnie nie zauważył. Ale kiedy wrócił był już znany i sława o nim dotarła do Nazaretu na długo przed nim. Ludzie czekali na sensację. Tymczasem Jezus zaczął mówić prawdę o nich a tej nie byli gotowi przyjąć, choć mogła stać się pierwszym krokiem do cudu ich nawrócenia.

Fragment Ewangelii kończy się słowami Jezusa «I nie mógł tam zdziałać żadnego cudu (…). Dziwił się też ich niedowiarstwu» (Mk 6:5-6).

Powątpiewać to nic innego jak niedowierzać, nie ufać czy też po prostu wątpić. Ta cecha jest czasem przydatna przy podejmowanej decyzji, aby nie okazać się naiwnym i nie dać się oszukać. Jest natomiast złą cechą jeśli zatrzymuje nas w podejmowaniu konkretnych kroków, zwłaszcza w wyborze konkretnej drogi życia, albo w kroczeniu drogą wiary.

Jezus spotkał się z powątpiewaniem ze strony mieszkańców Nazaretu co do mocy i misji z którą przyszedł na świat. Ludzie nie wierzyli, że to “Ten właśnie” został wybrany przez Boga. Te wątpliwości nie pozwoliły im wyjść poza swoje ograniczenia i schematy myślenia. Nie uwierzyli i dlatego przegrali ze swoim niedowiarstwem…

«Wiara nie usuwa wątpliwości, wręcz przeciwnie, zakłada je» – pisał ks. prof. Dajczer w książce p. t. „Rozważania o wierze”. Jeśli jednak wątpliwości nie będą dla nas motywacją do głębszych duchowych poszukiwań, do stawiania pytań i szukania odpowiedzi, to również może zdarzyć się tak, że nasza wiara z nimi przegra i zostanie mała i krucha.

Jezus słowami dzisiejszej Ewangelii prosi także nas o większą wiarę w Niego, aby mógł dokonywać w nas tego, co przewyższa nasze ludzkie możliwości. Choć wbrew pozorom nie o jakieś spektakularne cuda (jakich oczekiwali mieszkańcy Nazaretu) tu chodzi, bo jak pisze Merton: „Kto jest blisko Boga, zawsze znajdzie w swoim życiu wiele wydarzeń, które będą się dla niego jawić jak cudowne znaki interwencji Boga zapisanych w Biblii. Naszego Stwórcę musimy odkrywać w każdym dniu naszego życia. Nasze życie nie jest przypadkiem, jest nieustannym zaproszeniem do odkrywa cudów jakich wokół nas każdego dnia dokonuje Bóg”.[Thomas Merton, Myśli w samotności] 

Zakończmy nasze rozważania myślą dzisiejszego patrona św. Jana Bosko, który zwykł mawiać: „Jeśli każdego dnia będziemy karmić naszą wiarę, to wątpliwości umrą z głodu”. Dbajmy o to, aby medytacja była codziennym pokarmem dla naszej wiary, która jak przypomina św. Paweł rodzi się i dojrzewa w obecności Słowa, w które się wsłuchujemy [por Rz 10,17].

Słuchajcie…

Słowa Ewangelii według Świętego Marka

Jezus znowu zaczął nauczać nad jeziorem i bardzo wielki tłum ludzi zebrał się przy Nim. Dlatego wszedł do łodzi i usiadł w niej, na jeziorze, a cały tłum stał na brzegu jeziora. Nauczał ich wiele w przypowieściach i mówił im w swojej nauce:

«Słuchajcie: Oto siewca wyszedł siać. A gdy siał, jedno ziarno padło na drogę; i przyleciały ptaki, i wydziobały je. Inne padło na grunt skalisty, gdzie nie miało wiele ziemi, i wnet wzeszło, bo nie było głęboko w glebie. Lecz po wschodzie słońca przypaliło się i uschło, bo nie miało korzenia. Inne padło między ciernie, a ciernie wybujały i zagłuszyły je, tak że nie wydało owocu. Inne wreszcie padły na ziemię żyzną i wydawały plon, wschodząc i rosnąc; a przynosiły plon trzydziestokrotny, sześćdziesięciokrotny i stokrotny». I dodał: «Kto ma uszy do słuchania, niechaj słucha!» (Mk 4, 1-20)

Jezus zaczyna dzisiaj swoją naukę od wezwania „Słuchajcie…”. To jedno z wezwań, które jak refren powtarza się w Biblii. W Starym Testamencie także często wybrzmiewa wezwanie: „Słuchaj Izraelu”. Jezus chce zwrócić naszą uwagę na Słowo, które do nas wypowiada. Słowo, które nie jest słuchane, nie może wybrzmieć w moim sercu, o czym opowiada Jezusowa przypowieść.

W sercu twardym, lub zimnym, ale też mało uważnym, żyjącym jedynie na powierzchni zmysłowych wrażeń Słowo nie może się zakorzenić. Jezusowa nauka jest wyrazem troski o głębię życia duchowego Jego uczniów. W życiu duchowym potrzebna jest konsekwencja w pogłębianiu relacji ze Słowem. Taką konsekwentną praktyką jest codzienna medytacja. Ona uczy dawania pierwszeństwa Słowu w naszym słuchaniu, co w konsekwencji będzie się przenosiło na sposób naszego myślenia.

O tej zmianie naszego myślenia, którego źródłem jest wsłuchiwanie się w Słowo pisze w swojej najnowszej książce p. t. „Uniwersalny Chrystus” franciszkanin, ojciec Richard Rohr: Perspektywa tego nowego myślenia „jest to perspektywa mówiąca nam, że ludzkość nigdy nie była oddzielona od Boga – chyba że z własnego negatywnego wyboru. Wszyscy bez wyjątku żyjemy wewnątrz już istniejącej kosmicznej współzależności, która napędza i prowadzi nas do przodu. Wszyscy jesteśmy zanurzeni w Chrystusie. (…) O tym pisze też św. Paweł, który poznając bycie w Chrystusie, odkrywa możliwość nadania uniwersalnej historii Boga imienia, punktu skupienia, przestrzeni miłości i możliwości wyznaczenia pewnego zwycięskiego kierunku, aby kolejne pokolenia mogły ufnie dołączyć do tej kosmicznej i wspólnej podróży”. [str 54]

Można powiedzieć w lapidarnym skrócie, że medytacja jest poprzez zanurzenie w odwieczne Słowo, jakim jest Jezus i Jego miłującą obecność jest podążaniem we właściwym kierunku ze świadomością, że w tej podróży nigdy nie jesteśmy sami. Bo jak pisze Rohr: „Pojedynczy człowiek jest zdecydowania za mały, niepewny i zbyt krótko żyjący, aby udźwignąć zarówno potęgę chwały (jaką został obdarowany przez Boga), jak i ciężar grzechu. Tylko wspólnie można udźwignąć tę kosmiczną tajemnicę…” (tamże)

Jedną z największych prawd, jakie możemy odkrywać w medytacji jest, jak pisze Rohr filozoficzna podstawa wszystkich rzeczy, do której pragnie nas przekonać zarówno Jezus jak i św. Paweł, że wszystko jest zanurzone w Chrystusie. Oznacza to, że „Nigdy nie byliśmy oddzieleni od Boga i nigdy nie będziemy, chyba że w swoim umyśle”, którego to ograniczenia medytacja pragnie przezwyciężać.

I na koniec jeszcze jedna myśl inspirowana przemyśleniami Rohra: Medytacja uczy nas „jak odpowiadać Boskiej obecności naszą obecnością. Uczy nas ufać naszemu własnemu najgłębszemu doświadczeniu i z niego czerpać, po to by móc poznawać Chrystusa przez cały dzień i to każdego dnia.”