Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Mów, bo sługa Twój słucha

Maraton ekumeniczny trwa…






Rozpoczął się na dobre w niedzielę, w katedrze warszawsko-praskiej. Lubie tam jeździć, bo abp. Henryk Hoser słynie z gościnności. Może to cecha wszystkich misjonarzy. 
Na chwilę przed mszą, która miała zainaugurować Tydzień Modlitw o Jedność Chrześcijan, gdy staliśmy w katedralnej zakrystii, nowy proboszcz katedry – ks. Bogusław – znany ze swojego poczucia humoru, ale może mniej wrażliwy na ducha ekumenizmu mówi:
– A ten cały ekumenizm, to jak mycie Murzyna!
Goście z bratnich kościołów udali, że tego nie słyszą, robiąc dobrą minę.


Ale pomyślałem sobie, że może coś w tym jest, choć spostrzeżenia niektórych bywają zbyt mocno wyartykułowane.


Nikt bowiem nie ma wątpliwości, że jedność, jakiej chcieliby niektórzy, a wiec całkowita, przy jednym ołtarzu, pod zwierzchnictwem jednego papieża (nawet li tylko honorowym) jest nieosiągalna. podkreślił to zresztą sam papież Benedykt XVI, który w swoich nadziejach ekumenicznych jest dużo bardziej realistycznie i chłodno myślący – jak przystało na rasowego teologa – niźli jego błogosławiony poprzednik. Co zresztą niejednokrotnie podkreślał zarówno w swoich dokumentach jak i przemówieniach, że nie jest możliwe dążenie do jedności tam, gdzie nie istnieją istotne elementy tworzące kościół a wiec ważna eucharystia i sukcesja apostolska a sam chrzest, to jeszcze za mało…


Tak sobie pomyślałem słuchając mojego zacnego kolegi – proboszcza katedry warszawsko-praskiej, że może to, co wydaje się postronnym obserwatorom przysłowiowym „myciem Murzyna” wynika z naszego ludzkiego błędu. Może warto przyjąć jako szczególny dar słowo, które zostało podarowane w liturgii właśnie na tę II niedzielę zwykłą i zadać sobie pytanie, które Chrystus stawia swoim uczniom: „Kogo szukacie?” Bo jeśli w tych wszystkich, choćby najbardziej aktywnych poczynaniach ekumenicznych będziemy szukali jedynie siebie, spełnienia naszych ambicji, pokonania naszych kompleksów i zbudowania jedności wedle naszej wizji, to i tak nic z tego nie wyjdzie. I rzeczywiście lata prób i błędów w szukaniu porozumienie mogą stać się rzeczonym „myciem Murzyna”. Nie zmienia to oczywiście faktu , że wiele na tym polu zrobiono: osiągnęliśmy porozumienie tam, gdzie było to możliwe (kwestia uznania wzajemnego ważności chrztu, czy małżeństw mieszanych); podejmujemy wspólnie wiele dziel charytatywnych , społecznych, kulturalnych czy ewangelizacyjnych; nawiązało się wiele ludzkich przyjaźni. Ale każdy, kto choć trochę zna problemy ekumenizmu dobrze wie, że w niektórych kwestiach teologicznych doszliśmy do granic i dalej nie pójdziemy bez konieczności rezygnacji z czegoś konstytutywnego, dla danego kościoła a przy tym z konieczności rezygnacji z własnej tożsamości. Bo o ile z prawosławiem, czy jednym z kościołów anglikańskich czy starokatolickich dzieli nas niewiele  lub prawie nic (jak w przypadku kościoła prawosławnego), no może poza uznaniem prymatu biskupa Rzymu, to większe zbliżenie ze wspólnotami ewangelickimi na dzisiejszym etapie jest niemożliwe, bo wyklucza je to, co fundamentalne w wierze i teologii ale i wizji kościoła ( m. in. odrzucenie 5 sakramentów przez protestantów).
Powstaje zatem pytanie: Czego szukamy? I może warto znów po wielu latach od soboru Watykańskiego II zadać sobie to pytanie. Czego szukamy, a czego naprawdę powinniśmy szukać? Jak realizować ekumenizm, żeby wydawał się on prawdziwy i szczery, także dla postronnych obserwatorów? Może odpowiedź znajdujemy także w niedzielnej liturgii słowa. Odpowiedź najlepsza i jedyną prawdziwą: „mów, Panie, bo sługa Twój słucha”. Może tu leży sukces wszelkiego dialogu nie tylko ekumenicznego, ale i społecznego i wspólnotowego i rodzinnego. Słuchać Boga bardziej niż siebie, gdyż słuchanie siebie już nie raz doprowadziło do podziałów (i to nie tylko w łonie chrześcijaństwa). Może gdybyśmy bardziej słuchali Boga niż siebie i własnych egoizmów mnie było by dotkliwych i bolesnych podziałów nie tylko między chrześcijanami, ale też w świecie, w społeczeństwie, we wspólnotach czy w rodzinach.


Tak więc nauka słuchania Boga bardziej niż siebie pozostaje nadal lekcja do odrobienia dla nas wszystkich …



Przyszła.

Na kamieniu usiadła.

A przed nią pole!

Jakie tam pole? – rzekł chłop uczony ziemią.

To ugór, zaciągnięty chwastem.

W dwa pługi go nie przeorzesz.

Tyle na nim słów wyrosło!

Ona urodą miejsca zwabiona

Pogróżki uczonego odrzuca.

Choć bywa, waha się.

Bo słów, co żywiołem jej są

W glebie nie znajduje.

Dłonie jej w ziemi trafiają na milczenie,

Skąd biorą się w człowieku?

Słowa spieszne jak wiatr.

Słowa parzące jak ogień,

Czasem płynące jak woda…

Jedne z trudu mięśni zrodzone,

drugie lotem umysłu natchnione,

Inne głosem serca niesione.

Ludzkie dusze zasiedlają.

Wyłaniają się z przeszłości,

splatają z przyszłością.

Zawieszone w głosie człowieka,

Znaczeń tysiące przydają istnieniu.

Kiedyś myśl przenosiła sens

od człowieka do człowieka:

gestem, dźwiękiem, sylabą.

Słowa były nićmi porozumienia

Teraz świat zatłoczony słowami.

Jeden do drugiego nimi strzela, zabija

Ona jego – ani on jej nie rozumie,

choć tym samym mówią językiem.

Znowu przyszła,

Na kamieniu siadła,

Dłonie zagłębia w milczeniu ziemi,

Uwolniona z gwaru słów mnogich,

Już wie:

że słowa ruskie, pruskie, jankeskie

Jedność ludzką na wieży Babel rozbiły.

Miliony słów, racji,

tysiące wież nieustannie wznoszonych

a pożytek nijaki.

Już rozumie:

że wieża Babel w oceanie spokoju zatonie

Jako że sens jest w prostocie ukryty.