Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Pozwolić przemienić się słowu

Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, i Bogiem było Słowo. Ono było na początku u Boga. Wszystko przez Nie się stało, a bez Niego nic się nie stało, z tego, co się stało.

W Nim było życie, a życie było światłością ludzi, a światłość w ciemności świeci i ciemność jej nie ogarnęła.

Była światłość prawdziwa, która oświeca każdego człowieka, gdy na świat przychodzi.

Na świecie było Słowo, a świat stał się przez Nie, lecz świat Go nie poznał. Przyszło do swojej własności, a swoi Go nie przyjęli. Wszystkim tym jednak, którzy Je przyjęli, dało moc, aby się stali dziećmi Bożymi, tym, którzy wierzą w imię Jego – którzy ani z krwi, ani z żądzy ciała, ani z woli męża, ale z Boga się narodzili.

A Słowo stało się ciałem i zamieszkało wśród nas. I oglądaliśmy Jego chwałę, chwałę, jaką Jednorodzony otrzymuje od Ojca, pełen łaski i prawdy. (J 1, 1-5. 9-14)

Chrystus – niemowlę i Bóg w jednej osobie, zapowiadany i przeczuwany – postanowił zamieszkać wśród nas (J 1, 14). Dosłownie: rozbił swój namiot między nami. I zaprasza, aby się schować w jego cieniu.

Można zapytać: co to daje, że Bóg zamieszkał pośród nas? Czy zło już nie będzie się wkradało do naszego życia? Czy przestaniemy się denerwować, kłócić, sądzić jeden drugiego? Czy wczorajsze kłopoty nie będą nas już martwić? Nie. I wcale nie o to chodzi. Kiedy Bóg jest z nami, jest po prostu jakoś inaczej.

Inaczej, to znaczy jak? Może tak, że wprawdzie dziś nie wszystko nam wyszło, ale Bóg daje kolejny dzień. Może dziś znowu pokłóciłem się z kimś, na kim bardzo mi zależy, albo wręcz przeciwnie: z kimś, kogo wprost znieść nie mogę, a z kim muszę żyć. Koniec świata?    Nie – bo Bóg jest hojny w swoim miłosierdziu: nie skąpi mi go i dodaje wiary w to, że i ja mogę nauczyć się przebaczać. Razem z Nim zacząć od nowa. Znamy zapewne wszyscy słynną piosenkę zespołu Dżem „Modlitwa”, rozpoczynającą się od słów: „Pozwól mi rozpocząć jeszcze raz…” I Bóg pozwala! Nie zraża się naszymi porażkami i błędami.

Gdy w Ewangelii pada słowo „początek”, warto jest wspomnieć swój własny chrzest. Chwila, gdy zostaliśmy zanurzeni w Chrystusie, to dla nas w wymiarze osobistym początek nowego stworzenia. Święty Augustyn nazywa chrzest „pocałunkiem Ojca”, bo przez Jego miłosierdzie na powrót staliśmy się dziećmi Bożymi. Prolog Ewangelii Jana, który dziś słyszymy w liturgii Mszy świętej, opowiada o tym, co jest na początku, czyli w Bogu. Opis tego, co w Bogu się dzieje, znosi perspektywę czasową. Boże życie trwa poza czasem. A my od momentu chrztu uczestniczymy w tym życiu, co oznacza jednocześnie, że to trwanie co prawda rozpoczęte konkretnym momentem chrztu nie ma już końca.

Gdy w Ewangelii pada słowo „ciało”, warto wspomnieć Eucharystię. W niej mamy dostęp do Słowa, które stało się Ciałem. Przyjęcie komunii to kolejny sposób wszczepienia nas w życie Boga a konkretnie przyjęcie w siebie Jego życia, mocą którego może dokonać się przemiana naszego ducha i życia. I znów święty Augustyn mówiąc o Eucharystii, nazwie ją „pocałunkiem Syna”, ponieważ przez jej przyjęcie stajemy się siostrami i braćmi Chrystusa. Mistycy, którzy mieli szczególny wgląd w tajemnicę Eucharystii (Catalina Rivas) mówili, że udział w liturgii znosi perspektywę miejsca. Kiedy spożywamy chleb, który stał się Ciałem, i pijemy wino, które stało się Krwią, przywracane jest w nas podobieństwo do samego Jezusa będącego Pierworodnym spośród całego stworzenia a także dla każdej i każdego z nas wzorem życia w zjednoczeniu z Bogiem.

Gdy wreszcie w Ewangelii pada słowo „światłość”, warto wspomnieć sakrament bierzmowania. Zgoda na to, aby nasze życie wypełnił  Duch Święty oczyszcza świątynię, którą jesteśmy my sami. Uwalnia On – jeśli otworzymy się na Jego łaskę – z tego, co odbiera nam wolność i co sprawia, że karlejemy duchowo, zamiast się rozwijać. Dlatego święty Augustyn nazwie bierzmowanie „pocałunkiem Ducha”, bo wówczas Duch przychodzi, by uczynić nas przyjaciółmi Boga. Jego mocą rozbita zostaje perspektywa wszelkich ograniczeń.

Trzy słowa, trzy sakramenty, trzy sposoby, w których Wcielenie Syna staje się obecne w naszym życiu. Sakramenty jednak to nie magia. Działają w tych, którzy je przyjęli nie jedynie na mocy tradycji, czy pod wpływem impulsu, lub przymuszeni przez innych, lecz w wolności serca, które pragnie współdziałać z udzieloną mu przez nie łaską. Bóg dając nam siebie w sakramentach nie niszczy i nie przestaje szanować naszej wolności, ale jak pisze papież senior Benedykt XVI „wypełnia ją i przenosi na wyższy poziom”. Sakramenty nam udzielone, zostały niejako złożone w nasze ręce, ale od nas zależy, co z nimi zrobimy. Możemy przyjąć ich moc lub ją odrzucić. Jednak św. Paweł przestrzega, abyśmy Bożej łaski nie przyjmowali na próżno… [por. 2 Kor 6, 1]

Jest jeszcze jeden szczególny moment, który przychodzi mi na myśl, gdy czytam dzisiejsze czytania. To czas Adoracji Najświętszego Sakramentu.

Pamiętam go jako najważniejszy punkt dnia w czasie studiów. Każdy z nas był zabiegany: tysiąc spraw, tysiąc historii napotkanych ludzi, problemów, kłótni – również między nami. I na koniec godzina, kiedy to wszystko mogę zostawić. Sprowadzić do właściwych rozmiarów… Oddać Bogu! Jak zwykła mawiać św. Matka Teresa z Kalkuty wpisując do reguły powołanego przez siebie zgromadzenia Sióstr Misjonarek-Miłosierdzia godzinę adoracji dziennie: Trwanie przez godzinę przed Panem obecnym w Najświętszym Sakramencie zobowiązuje i radykalnie przemienia nasze życie czyniąc je bardziej eucharystycznym, czyli ofiarnym wobec Boga i ludzi.

Niestety żyjemy w czasach, w których dar życia nie jest szczególnie szanowany przez świat. A jednak Bóg zdecydował, by Słowo stało się ciałem. W ten sposób rozpoczął nowy rozdział w historii świata, by poprowadzić człowieka z powrotem do radości, pokoju i braterstwa. Przez Jezusa, Syna Bożego, Bóg staje się obecny w naszym życiu. Otwiera nam drzwi do swojego życia. Od nas zależy czy przez nie wejdziemy…

Pamiętam film Andrzeja Tarkowskiego Zwierciadło, który opowiada o jąkającym się chłopcu, leczonym hipnozą. Kiedy terapeuta wybudza chłopaka, ten wstaje i donośnym głosem oznajmia: „Ja umiem mówić!”. Historia, którą oglądamy w Zwierciadle, to symboliczna opowieść o odzyskiwaniu wolności, uwalnianiu się z tego, co nas ogranicza, przygniata. Odnosząc ją do słów Ewangelii, moglibyśmy powiedzieć: Słowo stało się ciałem, aby mogło do nas przemówić. Do nas, zamkniętych w niemocy wypowiadania słów, które tak często dziś ranią zamiast budować; niosą hejt, zamiast miłości.

Dziś słowami Ewangelii Bóg zaprasza nas do wsłuchania się w milczenie świata poranionego grzechem i egoizmem i mówi, żebyśmy tak jak On pozwalając się przemieniać Jego słowu i Jego miłości przekonywali tych, którzy żyją bez Boga, którzy Go jeszcze nie przyjęli, że ich prawdziwe życie jeszcze się tak naprawdę nie zaczęło.