Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Relacja z Bogiem

W czasie Ostatniej Wieczerzy Jezus, podniósłszy oczy ku niebu, rzekł:

«Ojcze, nadeszła godzina. Otocz swego Syna chwałą, aby Syn Ciebie nią otoczył i aby mocą władzy udzielonej Mu przez Ciebie nad każdym człowiekiem dał życie wieczne wszystkim tym, których Mu dałeś. A to jest życie wieczne: aby znali Ciebie, jedynego prawdziwego Boga, oraz Tego, którego posłałeś, Jezusa Chrystusa.

Ja Ciebie otoczyłem chwałą na ziemi przez to, że wypełniłem dzieło, które Mi dałeś do wykonania. A teraz Ty, Ojcze, otocz Mnie u siebie tą chwałą, którą miałem u Ciebie wpierw, zanim świat powstał.

Objawiłem imię Twoje ludziom, których Mi dałeś ze świata. Twoimi byli i Ty Mi ich dałeś, a oni zachowali słowo Twoje. Teraz poznali, że wszystko, cokolwiek Mi dałeś, pochodzi od Ciebie. Słowa bowiem, które Mi powierzyłeś, im przekazałem, a oni je przyjęli i prawdziwie poznali, że od Ciebie wyszedłem, oraz uwierzyli, że Ty Mnie posłałeś. (J 17, 1-9)

„A to jest życie wieczne: aby znali Ciebie, jedynego prawdziwego Boga, oraz Tego, którego posłałeś, Jezusa Chrystusa.”. Życie wieczne to znajomość Jezusa. Chodzi tu jednak o znajomość w znaczeniu biblijnym, a więc nie tylko o zdobycie odpowiedniej ilości wiedzy czy informacji na Jego temat, ale o bardzo konkretną więź osobową. Jezus mówi nam, żeby osiągnąć życie wieczne to konieczne jest nasze zjednoczenie z Ojcem i Synem. To, co tworzy tę osobistą więź, relację z Jezusem, to świadomość tego, że nie ma mnie bez Niego. I to w sensie dosłownym, gdyż to On jest źródłem mojego życia. Święty Paweł w Liście do Kolosan pisze o tym wprost: „On jest przed wszystkim i wszystko w Nim ma istnienie” (Kol 1,15-17) a następnie doda: „On podtrzymuje wszystko słowem swej potęgi” (1,3).

Ale też – jak podkreślał to św. Jan Paweł II – nie mogę być sobą w prawdziwym tego słowa znaczeniu bez Chrystusa. Przypomnijmy te znane słowa z jego pierwszej pielgrzymki do Ojczyzny z 1979 roku, wypowiedziane w stolicy: „Bez Chrystusa człowiek nie może zrozumieć ani kim jest, ani jaka jest jego właściwa godność, ani jakie jest jego powołanie i ostateczne przeznaczenie”.

A zatem można powiedzieć, że jednym z fundamentów budowania osobistej więzi z Bogiem jest świadomość, że Go po prostu potrzebujemy. Brak tej świadomości sprawia, że zaczynamy tę wieź lekceważyć.

Nie da się budować głębokiej relacji żyjąc z kimś  na dystans czy jedynie mijając się z nim i wymieniając zdawkowe „Dzień dobry” i „Do widzenia”. Mamy relację z Jezusem wówczas, kiedy do Niego odnosimy nasze życie, gdy włączmy Go do naszej codzienności, gdy spędzamy z Nim czas. Medytacja jest doświadczeniem, które nie tylko tworzy przestrzeń spotkania, ale pozwala wsłuchiwać się w słowo i otwierać się na łaskę. Ale być w relacji z Jezusem, to także patrzeć na własne życie przez pryzmat Jego życia, Jego nauczania, Jego Osoby. Bez tego warunku trudno nam będzie rozpoznawać Jego obecność w naszym życiu.

Spoglądać na własne życie przez pryzmat Jezusa i Jego Ewangelii to nade wszystko uwierzyć, że możemy żyć inaczej i że to pragnienie nie jest jedynie w sferze naszych marzeń. Jezus całym swoim życiem i nauczaniem pragnie nas zaprosić do zajęcia postawa prostoty. Prostota z kolei rodzi w nas większą wrażliwość na znaki obecności Boga w świecie i w drugim człowieku. Jak również uzdalnia nas do większej radości dzielenia się z innymi w duchu miłości.

Oczywiście są różne rodzaje prostoty. Istnieje prostota niebezpieczna – bezkrytyczna i oderwana od wszystkiego i druga prostota – spokojna, mądra, cierpliwa, niepamiętliwa innymi słowy święta. To właśnie tego rodzaju prostoty uczy nas Chrystus.

Prostota pozwala nam także wychodzić poza nasze wyobrażenia o Bogu, żeby dowiedzieć się naprawdę, kim jest Bóg. A nikt poza Jezusem nie nauczy nas prawdy o Bogu. I jak sam mówi czyni to najskuteczniej od strony wewnętrznej, do strony serca. Stąd modlitwa serca, choć pozornie jest ciszą, to jest to cisza przenikniętą obecnością i działaniem Ducha Świętego. Doskonale wiedzą o tym ludzie głębokiej modlitwy, którzy o Panu Bogu potrafią powiedzieć więcej niż wytrawni teologowie a już z pewnością potrafią Go lepiej zrozumieć. A przecież nikt inny poza Nim nie nauczy nas patrzeć na życie dalej i głębiej. A takie jest spojrzenie wiary. My jednak ulegamy często pokusie ograniczenia naszego patrzenia do tu i teraz, do jakichś naszych utylitarnych pragnień. A przecież święty Paweł mówi: „Jeśliście więc razem z Chrystusem powstali z martwych, szukajcie tego, co w górze, gdzie przebywa Chrystus zasiadając po prawicy Boga. Dążcie do tego, co w górze, nie do tego, co na ziemi. Umarliście bowiem i wasze życie jest ukryte z Chrystusem w Bogu”. [Kol 3, 1-3]

Życie ukryte w Bogu i świadomość takiego życia, to jeden z najpiękniejszych owoców zażyłej relacji z Chrystusem.

Doświadczenie medytacji pragnie nas nieustannie zanurzać w tę świadomość a im jest ona głębsza tym łatwiej wszystko, co się wydarza w naszym życiu również odnieść do Jezusa.

Jest jeszcze jeden aspekt, o którym nie wolno zapomnieć: Głęboka relacja z Jezusem uwalnia nas od nas samych, od zbytniego koncentrowania się na własnych sprawach. Nadmierne skupienie się na sobie jest owocem grzechu w nas.  Relacja z Jezusem uczy nas odpuszczania wszystko tego, co niekonieczne, co nas często wiąże w wymiarze tak duchowym, psychicznym czy materialnym. Jedynie przy Jezusie mamy szansę stać się naprawdę wolnymi ludźmi, co podkreśla sam Jezus w rozmowie z faryzeuszami: „Jeżeli więc Syn was wyzwoli, wówczas będziecie rzeczywiście wolni” [J 8,36]. Wolność jest w nas, choć tak trudno nam uwierzyć, że jeśli jest ona prawdziwa, to zawsze jest bardziej działaniem łaski niż owocem naszego poszukiwania wolności.

Jak już niejednokrotnie wspominaliśmy prawdziwe życie wiary to w dużej mierze sztuka odpuszczania. W życiu duchowym nie chodzi o to, abym więcej osiągnął, ale abym bardziej zaufał. Medytacja monologiczna, tak jak każda modlitwa kontemplacyjna uczy nas właśnie takiego odpuszczania sobie, by bardziej zaufać Bogu. Jak zachęca ojciec Franz Jalics SJ musimy uczyć się zgody na to, bo przekazywać ster naszego życia w ręce Boga a my winniśmy pozostać uważny na to, czego On pragnie cię nauczyć prowadząc nas przez życie. Im bardziej będziemy zgadzali się na to, żeby nasze życie podporządkować woli Bożej, tym bardziej nasze życie będzie stawało się kontemplacyjne i Jezusowe.

Nie rozsiadajmy się zazbytnio w pociągu życia

Jedenastu uczniów udało się do Galilei, na Górę Oliwną, tam gdzie Jezus im polecił. A gdy Go ujrzeli, oddali Mu pokłon. Niektórzy jednak wątpili. Wtedy Jezus podszedł do nich i przemówił tymi słowami:

«Dana Mi jest wszelka władza w niebie i na ziemi. Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody, udzielając im chrztu w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Uczcie je zachowywać wszystko, co wam przykazałem. A oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata». (Mt 28, 16-20)

Kiedyś jeden z moich współbraci w kapłaństwie mówiąc kazanie z okazji Uroczystości Wniebowstąpienia Pańskiego zaprosił zgromadzonych w kościele by pozwolili sobie na puszczenie wodzy fantazji i wyobrazili sobie, że jadą pociągiem. Do przedziału wchodzi pasażer. Siada. Otwiera walizkę. Wyciąga z niej obrus i kładzie na małym stoliku pod oknem. Następnie stawia tam wazonik z kwiatkiem. Myślimy sobie: „Może chce sobie umilić podroż!?” Kiedy zabiera się za wieszanie firanek w oknie zaczynamy czuć się niepewnie. Ale kiedy rozpoczyna przybijanie obrazków na ścianach wzywamy obsługę pociągu albo zmieniamy przedział obawiając się, że mamy do czynienia z wariatem.

Jest dla nas bowiem oczywiste, że w ten sposób nie zachowuje się człowiek podróżujący pociągiem, z którego wysiądzie za parę godzin.

A jednak ten obraz to nasze życie pokazane w krzywym zwierciadle. Bo nierzadko zachowujemy się podobnie, jak rzeczony pasażer, gdy przesadnie próbujemy się urządzić na tym świecie, w którym jesteśmy ledwie kilkadziesiąt. Jakbyśmy zapomnieli o tym, że nasz prawdziwy dom jest w Niebie.

Przypomina nam o tym właśnie tajemnica Wniebowstąpienia Pańskiego, w której Chrystus Pan jako pierwszy wyruszył w drogę do Domu Ojca. (Choć może nie jako pierwszy, bo w Starym Testamencie jest postać, która – jak sugeruje Pismo Święte – została wzięta do niema. Kto to?)

Pamięć o tym, że naszym celem jest Niebo nie zwalnia nas oczywiście z troski o ten świat, a zwłaszcza o współtowarzyszy drogi: Jesteśmy odpowiedzialni za to, by wskazywać sobie nawzajem drogę zbawienia i pomagać sobie tą drogą iść, choć przyznać musimy w pokorze, że moglibyśmy się nierzadko lepiej wywiązywać z tego zadania.

Uroczystość Wniebowstąpienia Pańskiego w 2006 roku spędzał w naszej ojczyźnie papież senior Benedykt XIV i komentując słowa z dzisiejszego pierwszego czytania skierowane przez anioła do Apostołów: „Dlaczego stoicie i wpatrujecie się w niebo?” (Dz 1, 1), w piękny sposób mówił o tych dwóch aspektach naszej egzystencji. Stoimy na ziemi, a więc tu tworzymy dobro, zarówno w sferze materialnej, jak i przede wszystkim w sferze duchowej. Jednocześnie jednak nie możemy sobie pozwolić na to, by stracić z pola widzenia Niebo, bo to jest właściwa perspektywa człowieka wierzącego, otwierająca przed nim najwspanialszy, nieskończony horyzont wiecznego życia i szczęścia. To z tej perspektywy, która przewartościowuje całe jego życie ma on także patrzeć na doczesność i codzienność.

Kiedy rozważałem dzisiejsze czytania, pomyślałem o różnicy między zakochaniem a miłością. Zakochanie to czas, kiedy nam się wydaje, że spotkaliśmy osobę, która uczyni nas szczęśliwym, miłość natomiast zaczyna się z chwilą podjęcia decyzji, że to ja chcę uczynić tę osobę szczęśliwą. W konsekwencji to już nie moje plany i wizje są najważniejsze. Gotowy jestem zrezygnować ze swoich marzeń na rzecz dobra innej osoby. Jest to droga nie tylko do dojrzałej relacji, ale także do osobistego wzrostu i szczęścia.

Przywołuję to doświadczenie, bo dzisiaj widzimy, jak zmienia się relacja uczniów do Pana Jezusa.

Gdy apostołowie towarzyszyli Jezusowi przez trzy lata w Jego publicznej działalności mieli mnóstwo wyobrażeń na Jego temat i oczekiwań co do Niego. Jako dobrzy Żydzi marzyli o wyzwoleniu i pomyślności Izraela, jako zwykli ludzie pragnęli własnego szczęścia. Jezus Mesjasz i Król miał im to zapewnić. Jego śmierć pogrzebała te nadzieje, ale Jego zmartwychwstanie na nowo przywróciło oczekiwania.

Stąd zasadne wydaje się pytanie uczniów, które słyszymy w pierwszym czytaniu: „Czy to wtedy przywrócisz królestwo Izraela?”

Ale wszystko to zmienia się w uczniach, gdy otrzymują Ducha Świętego. Pogodzili się z myślą, że Jezus nie jest Mesjaszem z ich marzeń, który odnowi polityczny byt.

I kiedy w końcu porzucili swoje wizje, byli w stanie głosić Chrystusa nawet za cenę własnego życia.

I choć Jezusa nie było już pomiędzy nimi, nagle doświadczyli prawdziwej bliskości z Nim. W każdym miejscu współdziałał z nimi. Wcześniej jedynie mogli zobaczyć, jak uzdrawia i czyni cuda; teraz mogli doświadczyć, jak działa przez ich własne ręce.

Otwierając się na prawdziwego Jezusa, zaczęli żyć miłością, a nie złudzeniami. To jest także zadanie dla nas, które przenosi nas na zupełnie inny poziom wiary.

Na tym polega paradoks Wniebowstąpienia. Wydaje się, że aby zasiąść po prawicy Ojca, Jezus odszedł z tego świata. Ale to nieprawda.

W chwale niebieskiej Jezus jest jeszcze bliżej nas. Niebo nie jest daleko, jest rzeczywistością, którą możemy w pewnym wymiarze urzeczywistnić już tu i teraz przez wiarę i miłość.

Duch Święty, jeśli  się na Niego otworzymy, zstępuje właśnie po to, aby zanurzyć nas tę Bożą rzeczywistość i przekonać, że wszystko w naszym życiu jest miejscem Boga i  przestrzenią Jego obecności i działania.

On żyje w nas

Jezus powiedział do swoich uczniów:

«Teraz idę do Tego, który Mnie posłał, a nikt z was nie pyta Mnie: „Dokąd idziesz?” Ale ponieważ to wam powiedziałem, smutek napełnił wam serce. Jednakże mówię wam prawdę: Pożyteczne jest dla was moje odejście. Bo jeżeli nie odejdę, Paraklet nie przyjdzie do was. A jeżeli odejdę, to poślę Go do was.

On zaś, gdy przyjdzie, przekona świat o grzechu, o sprawiedliwości i o sądzie. O grzechu – bo nie wierzą we Mnie; o sprawiedliwości zaś – bo idę do Ojca i już Mnie nie ujrzycie; wreszcie o sądzie – bo władca tego świata został osądzony». (J 16, 5-11)

Jezus mówi, że smutek napełnił serca uczniów, gdy usłyszeli o Jego bliskim odejściu. Nie wyobrażają sobie życia bez Niego. Bez Boga człowiek nie wie dokąd zmierza i nie potrafi nawet zrozumieć kim jest, jak nauczał św. Jan Paweł II, którego stulecie urodzin wspominaliśmy wczoraj.

Czy możemy powiedzieć o sobie, że również nie wyobrażamy sobie życia bez Jezusa? Moim zdaniem to fenomenalna definicja chrześcijanina: „Człowiek, który nie wyobraża sobie życia bez Jezusa”. Dlatego szuka Go w Eucharystii, w modlitwie, w Słowie Bożym, w codzienności.

A jednak Jezus mówi, że „Pożyteczne jest dla was moje odejście”. Czasem możemy przeżywać takie chwile w swoim życiu, w których subiektywnie wydaje się nam, że Jezus jest nieobecny? Czasem jednak takie doświadczenie staje się owocem działania łaski. Mam na myśli doświadczenie ciemnej nocy zmysłów czy ciemnej nocy ducha, które są pewnymi etapami na drodze duchowego wzrostu i zjednoczenia z Bogiem. Choć są „trudną łaską”, to służą tak koniecznemu na naszej duchowej ścieżce oczyszczeniu i poszerzeniu wolności naszego serca, abyśmy jeszcze bardziej mogli oprzeć się tylko na łasce Bożej.

Jezus pragnie dla nas zawsze więcej. Taka jest logika Ewangelii. Taka jest logika miłości.  Chwile naszej samotności i opuszczenia mogą stać się czasem szczególnej łaski. Nie mniej Jezus zapewnia nas, że Jego Duch jest zawsze z nami.

Jezus śpieszy z wyjaśnieniem tego dlaczego miałoby być pożyteczne Jego odejście: „Bo jeżeli nie odejdę Pocieszyciel nie przyjdzie do was, a jeżeli odejdę poślę Go do was”.

To wyjaśnienie bardzo intryguje. Bo dlaczego fizyczne odejście od nas Pana Jezusa było warunkiem obdarzenia nas Duchem Świętym? Ojcowie Kościoła na to pytanie odpowiadali bardzo prosto. Kiedy Pan Jezus był z nimi fizycznie, można Go było widzieć, słuchać, oglądać Jego cuda, można było stawiać Mu pytania. Niektórzy mieli nawet to szczęście, że się z Nim zaprzyjaźnili.

Istniała jednak pewna nieprzekraczalna granica, której nawet ludzie najbliżsi Panu Jezusowi nie mogli usunąć. Mianowicie jako widzialny człowiek, Pan Jezus nawet dla przyjaciół był kimś z zewnątrz. Dopiero kiedy odszedł do Ojca mógł posłać Ducha Świętego, który ostatecznie usuwa tę oddzielającą nas od Niego granicę, sprawiając, że On żyje w nas.

Zstępując w nasze serca, Duch Święty czyni nas jedno z Jezusem. Sprawia, że Chrystus jest w nas, a my w Nim. Dzięki Duchowi Świętemu z nami może stać się to samo, co z Apostołem Pawłem, który mógł prawdziwie powiedzieć: „Żyję ja, ale już nie ja żyję, żyje we mnie Chrystus”.

Tylko Duch Święty może nam pomóc poznać do końca prawdę o Bogu. Ale jest On też najlepszym naszym formatorem i duchowym Przewodnikiem.

Doświadczenie medytacji jest szczególną okazją by otworzyć się na działanie Ducha Świętego, którego Jezus posyła w swoim słowie na którym opieramy się w praktyce medytacji, ale pozwala nam również doświadczyć obecności i działania Ducha Bożego w nas. Duch Święty jest tym, który staje się przewodnikiem dla naszej medytacji, uczy nas posłuszeństwa i wiernego podążania za słowem w głąb tajemnicy spotkania, które dokonuje się w naszym sercu poprzez praktykę medytacji, pogłębiając naszą relację z Bogiem. Im głębsze staje się nasze życie duchowe, tym bardziej możemy dostrzec, że pogłębia się nasza wewnętrzna wrażliwość na działanie Ducha Świętego i Jego natchnienia. Duch Święty chroni nas też od zamieszania, które próbują wnieść w naszą praktykę różnego rodzaju rozproszenia. Medytacja, w której opieramy się bardziej na powierzeniu się działaniu Ducha niż na własnych wysiłkach umacnia w nas też świadomość Jego nieustannej obecności. Ta świadomość z kolei sprawia, że łatwiej odnajdywać nam obecność Boga w naszej codzienności, bo nie musimy Go już szukać na zewnątrz, ale wnosimy go nieustannie w nasze życie, we wszystko, co robimy, bo On zawsze jest w nas i przez nas działa.

WSPOMINAMY – DZIĘKUJEMY!!!

 

 

https://youtu.be/N6Mgy8Jxj8w

Uzasadnić nadzieję i miłość

Jezus powiedział do swoich uczniów:

«Jeżeli Mnie miłujecie, będziecie zachowywać moje przykazania. Ja zaś będę prosił Ojca, a innego Parakleta da wam, aby z wami był na zawsze – Ducha Prawdy, którego świat przyjąć nie może, ponieważ Go nie widzi ani nie zna. Ale wy Go znacie, ponieważ u was przebywa i w was będzie.

Nie zostawię was sierotami. Przyjdę do was. Jeszcze chwila, a świat nie będzie już Mnie widział. Ale wy Mnie widzicie; ponieważ Ja żyję, i wy żyć będziecie. W owym dniu poznacie, że Ja jestem w Ojcu moim, a wy we Mnie i Ja w was.

Kto ma przykazania moje i je zachowuje, ten Mnie miłuje. Kto zaś Mnie miłuje, ten będzie umiłowany przez Ojca mego, a również Ja będę go miłował i objawię mu siebie». (J 14, 15-21)

Dzisiejszą Ewangelię Jezus zaczyna od słów: „Jeżeli Mnie miłujecie…” I to pierwsze pytanie, które trzeba sobie postawić. Czy kocham?… Bo jeśli nie ma we mnie i w Tobie miłości do Chrystusa, jeśli nie napędza ona naszego życia duchowego, naszego sposobu myślenia, wreszcie naszego działania, to mówienie czegokolwiek dalej nie ma sensu… „Gdyż to miłość jest miarą wiary” (papież Franciszek).

Miłość, którą pozostawił światu zmartwychwstały Jezus, jest niesamowitym darem. Ale musimy przyjąć ten dar, musimy pozwolić się jej przeniknąć, jeśli mamy mówić o sensie i prawdziwości naszego chrześcijaństwa. To ona uczy nas patrzeć ciągle z nadzieją w przyszłość, to ona uczy nas przebaczenia, to ona uczy nas zaufania do Pana Boga a jednocześnie odkrywania tego, co najwspanialsze i najpiękniejsze w człowieku a nie zatrzymywania się jedynie na tym, co w nim słabe i grzeszne.

Dla nas wzorem miłości jest Chrystus. To Jego miłość jest tą do której mamy dorastać. To Jego miłość ostatecznie zwycięża, choć czasem wydaje się taka krucha i bezbronna – gdy patrzymy na krzyż – ale waśnie wtedy, gdy Bóg wydaje się pokonany, odnosi największe zwycięstwo.

Zawsze, gdy słucham apelu świętego Piotra z pierwszego czytania: „Bądźcie gotowi do obrony wobec każdego, kto domaga się od was uzasadnienia tej nadziei, która w was jest”, czuję dreszcz emocji. Z jednej strony wiąże się on z fascynacją chrześcijaństwem i Ewangelią. Z drugiej jednak strony są w nim odcienie lęku, bo nieustannie doświadczam, że moje wysiłki prezentowania i uzasadniania sensu wiary okazują się często tak mało przekonujące dla innych.

Niezależnie jednak od emocji, które towarzyszą apelowi Piotra, dostrzegam, że są w nim zawarte co najmniej trzy niepodlegające dyskusji prawdy.

Po pierwsze, chrześcijanin musi być reprezentantem nadziei. Bez względu bowiem na to jak wielu próbowało by ośmieszać sens życia opartego na wierze w Boga, to właśnie życie wiarą jest najpewniejszą, najbardziej trwałą i najbardziej bezpieczną przystanią nadziei, do której może przybić człowiek w swym życiu. To właśnie niewiara w Boga odbiera często nadzieję, której człowiek tak bardzo potrzebuje, choć nie umniejsza cierpienia i przeciwności, z którymi przychodzi się człowiekowi mierzyć.

Po drugie, chrześcijańska nadzieja nie jest czymś mglistym, ale  jest konkretna. Można ją zrozumieć, opisać, uargumentować, udowodnić i opowiedzieć innym o czym zaświadcza dzisiejsze pierwsze czytanie.

Po trzecie wreszcie, możemy być pewni, że zawsze znajdą się tacy, którzy, kierowani szczerym poszukiwaniem, ciekawością, a innym razem ironią, będą się domagać od nas zdania sprawy z naszej chrześcijańskiej nadziei.

Rzecz wydaje się poważna i trudna: Jak dać świadectwo nadziei? Jak dobrać słowa, by ją opisać, i jak sformułować jej dowód, skoro wydaje się, że nadzieja, która mamy tak często jest podkopywana przez nasze lęki i wątpliwości?

Na szczęście Pan Bóg daje nam takich nauczycieli, którzy uczą tego, jak być świadkami nadziei. Dzisiaj okoliczności każą przywołać nam jedną z takich postaci: św. Jana Pawła II, którego setną rocznicę urodzin świętujemy. To nauczyciel, który uczy nas jak budować w swoim życiu most, który połączy naszą codzienność z najgłębszymi tajemnicami Boga.

Życie Karola Wojtyły a potem Jana Pawła II jest i pozostanie dla nas świadectwem nadziei. Pisze o tym w swoim liście z okazji setnej rocznicy urodzin swojego świętego poprzednika papież senior Benedykt XVI, uzasadniając dlaczego winniśmy Jana Pawła II nazwać nie tylko świętym, ale i „Wielkim”. Kilka zdań tego listu chciałbym tutaj przywołać: „Niezaprzeczalnym świadectwem jego wielkości było orędzie nadziei, które niósł na wszystkie kontynenty, jako wytrwały pielgrzym Ewangelii a nade wszystko świadek Bożego miłosierdzia. To właśnie on swoim nauczaniem i życiem kierował spojrzenie świata i człowieka w stronę Bożej Miłości i Miłosierdzia, które przebacza i kocha człowieka. Wskazał to, co jest sensem istnienia Kościoła. Całym sobą zachęcał wszystkich ludzi na całej ziemi, by poszli drogą Jezusa i Jego Miłosiernego Serca. Jego przesłanie o olbrzymiej miłości Boga do człowieka, nawet tego najbardziej oddalonego jest przesłaniem – którego zdaniem papieża seniora – nikomu nie uda się wyrwać z naszych serc, także tym, którzy dzisiaj próbują podkopać autorytet świętego Jan Pawła II. Prawda o miłosierdziu Boga, jako istotnym centrum całej chrześcijańskiej wiary od młodości przyświecała Karolowi Wojtyle i jego myśleniu.

„Gdy Jan Paweł II wydał ostatnie tchnienie na tym świecie, było akurat po pierwszych nieszporach święta Miłosierdzia Bożego – pisze Benedykt XVI. Rozjaśniło to godzinę jego śmierci: światło miłosierdzia Bożego rozbłysło nad jego konaniem jako krzepiące orędzie. Orędzie, które rozszerzał bez broni, bez władzy wojskowej czy politycznej a jedynie świadectwem przekonania do wiary w Chrystusa i jej niezwykłą moc. Bo w odwiecznej walce Ducha Bożego z mentalnością świata, duch okazuje się zawsze silniejszy. Janowi Pawłowi II przez całe życie chodziło o to, aby żaden człowiek nie zwątpił, o tym, że „Zło nie odnosi ostatecznego zwycięstwa! Tajemnica paschalna potwierdza, że ostatecznie zwycięskie jest dobro; że życie odnosi zwycięstwo nad śmiercią; że nad nienawiścią tryumfuje miłość” – jak napisał o tym w swojej książce <<Pamięć i tożsamość>>.”

Jezus zaprasza nas byśmy byli świadkami miłości i nadziei.

Św. Augustyn powiedział „Kochaj i rób, co chcesz”. Czy można powiedzieć, że ten, kto kocha, może robić wszystko? Tak, jeśli właściwie rozumiemy miłość, gdyż prawdziwa miłość kieruje się zawsze dobrem i tego dobra szuka. Tak jak miłość Boga, kieruje się zawsze dobrem człowieka, czego największym dowodem jest Krzyż Chrystusa  – będący konsekwencją niezmiennej logiki Miłości Boga do człowieka.

W tej misji bycia świadkami miłości i nadziei Jezus obiecuje, że – nie zostawi nas sierotami – będzie pomagał nam Pocieszyciel, obiecany przez Jezusa. Ważne jest tylko to byśmy nigdy nie zwątpili w to, że Duch Święty nam towarzyszy i potrafi nas poprowadzić do życia w Prawdzie, Nadziei i Miłości.

Bóg ukochał człowieka, ale nie wolno nam sądzić, że „miłość jest skarbem, który już się posiadło, lecz obustronnym zobowiązaniem” – jak napisał Antoine de Saint–Exupéry.

Prośmy, abyśmy na wzór św. Jana Pawła II byli do końca wierni temu zobowiązaniu miłości.