Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Czujność to dynamiczne, wzajemne oddziaływanie serca i zmysłów

Z Ewangelii według Świętego Mateusza

Jezus opowiedział swoim uczniom tę przypowieść.

«Podobne będzie królestwo niebieskie do dziesięciu panien, które wzięły swoje lampy i wyszły na spotkanie pana młodego. Pięć z nich było nierozsądnych, a pięć roztropnych. Nierozsądne wzięły lampy, ale nie wzięły z sobą oliwy. Roztropne zaś razem z lampami zabrały również oliwę w swoich naczyniach. Gdy się pan młody opóźniał, senność ogarnęła wszystkie i posnęły.

Lecz o północy rozległo się wołanie: „Oto pan młody idzie, wyjdźcie mu na spotkanie!” Wtedy powstały wszystkie owe panny i opatrzyły swe lampy. A nierozsądne rzekły do roztropnych: „Użyczcie nam swej oliwy, bo nasze lampy gasną”. Odpowiedziały roztropne: „Mogłoby i nam, i wam nie wystarczyć. Idźcie raczej do sprzedających i kupcie sobie”.

Gdy one szły kupić, nadszedł pan młody. Te, które były gotowe, weszły z nim na ucztę weselną, i drzwi zamknięto. Nadchodzą w końcu i pozostałe panny, prosząc: „Panie, panie, otwórz nam!” Lecz on odpowiedział: „Zaprawdę, powiadam wam, nie znam was”.

Czuwajcie więc, bo nie znacie dnia ani godziny». (Mt 25, 1-13)

„Chrześcijanin to ktoś, kto powinien nosić w sobie nieustanną świadomość, że jego życie nieuchronnie zmierza do wieczności.” – pisała św. Teresa Benedykta od Krzyża (Edyta Stein). O tym mówi obraz panien z dzisiejszej przypowieści.

Chciałbym w dzisiejszym wprowadzeniu skupić się głównie na myśli dzisiejszej Patronki. Św. Teresa Benedykta od Krzyża, która w swoich pismach porusza temat uważności i czujności, do których zachęca nas dzisiejsza Ewangelia i którą to postawę wypracowujemy w praktyce medytacji.

Edyta Stein przeszła długą drogę duchową od urodzenia się w praktykującej żydowskiej rodzinie do niewiary, która rozpoczęła się głębokim kryzysem w wieku 14 lat po samobójczej śmierci jej wuja i stryja a następnie odejściem od wiary jej starszego rodzeństwa.  „Całkiem świadomie i z własnej woli przestała się modlić” – jak sama to relacjonuje w biografii swojej rodziny. Od tej pory Edyta czuła się naznaczona „grzechem radykalnego ateizmu”. Nie była w stanie wierzyć, ale rozpaczliwie tęskniła za prawdą. Pogoń za prawdą była motywem podjęcia studiów humanistycznych – filozofii. I to właśnie dzięki tym studiom a właściwie dzięki spotkaniu w ich trakcie ludzi którzy na nowo otworzyli ją na świat Boży – jak filozof Max Scheler – po raz pierwszy spotkała się z chrześcijaństwem. Od tej pory wiara była jak ziarno wrzucone w jej duszę, które czeka na odpowiednią chwilę, by wydać owoce. Ale od tego czasu odczuwała już nieprzerwanie coraz większy głód Boga.

Ale to postawa Anny Reinach młodej wdowy, po poległym w I wojnie światowej filozofie Adolfie Reinachu, filozofie i przyjacielu  była dla Edyty Stein świadectwem wiary wobec której jej niewiara się załamała (…) „a Chrystus zajaśniał: Chrystus w tajemnicy krzyża”[ Ofiara naszego czasu] – opisywała później. To było jej pierwsze spotkanie z Jezusem, które zostało dopełnione jej chrztem w 1922 r. Miała wówczas 30 lat. Natychmiast po przyjęciu chrztu Edyta Stein zapragnęła wstąpić do zakonu karmelitanek bosych.

W swoich listach rozważa, co cechuje chrześcijanina? I stwierdza m. in., że powinien on „czuwać każdego dnia i o każdej godzinie”. Czujność to konieczny element uważności. To nie tylko ćwiczenie – to dynamiczne, wzajemne oddziaływanie serca i zmysłów; to przeciwieństwo obojętności. Prawdziwa chrześcijańska mistyka, która dostępna jest dla każdego nie skupia się na odległym Bogu, tylko opiera się na świadomości ciągłego przebywania w Jego obecności: „Gdzie się oddalę przed Twoim duchem? Gdzie ucieknę od Twojego oblicza?” – pyta Psalmista. W rzeczywistości jeśli czasem Boga nie widzimy – pisze św. Teresa Benedykta od Krzyża – to nie dlatego, że jest zbyt daleko, ale dlatego, że jest zbyt blisko, bo w Nim żyjemy, poruszamy się i jesteśmy. Ta świadomość sprawia, że potrafimy dostrzec, że cały świat jest skąpany w objęciach Boga i że mówi nam o Jego miłości. Dojrzałe chrześcijaństwo to nic innego jak miłości do Boga wyrażana przez miłość do Jego stworzenia. Najpoważniejszym kryzysem chrześcijaństwa – pisze Edyta Stein – jest dzisiaj rozdzielenie wiary i miłości w jej trzech aspektach do Boga, do siebie i do drugiego człowieka (w tym do innych stworzeń), co w rzeczywistości jest nierozdzielne. Wiara to wiedza dostępna przez miłość! Bez miłości nie można być nie tylko mistykiem, bez miłości nie można być prawdziwym chrześcijaninem. Prawdziwa wiara oparta na miłości to pewnego rodzaju gościnność, bo miłość jest wtedy, kiedy mieszkamy w sobie nawzajem ja w Bogu a Bóg we mnie. Dzięki temu zamieszkaniu możemy rozlewać tę miłość dalej, bez ograniczeń, bo jej źródłem jest Bóg obecny w nas. [por. św. Teresa Benedykta od Krzyża – Edyta Stein, Autoportret z listów]

W niezwykły sposób te rozważania pokrywają się z myślą o. Richarda Rohra z jego najnowszej książki „Uniwersalny Chrystus” i z tym czego poszukujemy w praktyce medytacji.

Wewnętrzny skarb

Jezus opowiedział tłumom taką przypowieść:

«Królestwo niebieskie podobne jest do skarbu ukrytego w roli. Znalazł go pewien człowiek i ukrył ponownie. Uradowany poszedł, sprzedał wszystko, co miał, i kupił tę rolę

Dalej, podobne jest królestwo niebieskie do kupca poszukującego pięknych pereł. Gdy znalazł jedną drogocenną perłę, poszedł, sprzedał wszystko, co miał, i kupił ją». (Mt 13, 44-46)

Jezus mówi o Królestwie Niebieskim w przypowieściach i porównaniach jasnych i prostych, bardzo obrazowych, które łatwo zapadają w pamięć, i które pozwalają nam ciągle do siebie powracać, aby wyciągać wnioski i podejmować konkretne postanowienia. Prostota tym obrazów – jak zauważył jeden z moich znajomych jezuitów – stanowi bardzo dobry materiał do medytacji z obrazem czy medytacji typu ignacjańskiego.

Bóg ma plan dla każdego człowieka, dla każdego z nas, abyśmy byli szczęśliwi w Jego Królestwie i pracując dla Jego Królestwa, co realizuje się poprzez nasze osobiste powołanie. To bardzo ważne, aby nie myśleć o tym Królestwie, o którym mówi Chrystus, jako o czymś zewnętrznym. Jesteśmy w nie bowiem zanurzeni, co lapidarnie stwierdza św. Paweł na Aeropagu mówiąc: „w Bogu żyjemy, poruszamy się i jesteśmy” [Dz 17,28]. Medytacja uczy nas odkrywania tej prawdy i tego, że jesteśmy nieustannie tą rzeczywistością Królestwa przeniknięci. Życie duchowe jest tylko jednym z jego aspektów. Nasze powołanie – jak wspomniano – to kolejny aspekt udziału w tym Królestwie. Przez całe nasze życie Bóg też na różne sposoby objawia nam swoje plany, jakie ma wobec nas. Dlatego tak ważna w życiu duchowym jest wrażliwość na te Boże znaki i bez wątpienia medytacja tę wrażliwość jak i uważność na to, co Bóg do nas mówi w nas wyrabia. W duchowości nazywamy to darem rozeznawania. Oczywiście jesteśmy wolni i jako tacy możemy ten Boży plan przyjąć lub odrzucić.

Życie duchowe sprawia, że uczymy się patrzeć na wiele sprawa inaczej. Z jednej strony dostrzegamy piękno perspektywy, która się przed nami otwiera. Piękno współpracy z samym Bogiem oraz perspektywę wieczności, której ludzie niewierzący i nie-duchowi często nie mają. Z drugiej strony ceną za życie w tym Królestwie jest uczenie się wyrzeczeń czyli porzuceniu wszystkiego tego, co może być niepotrzebnym balastem dla ducha i dla naszej wolności serca, aby móc w pełni poświęcić siły temu, co ważne. Jezus, przedstawiając nam reakcję tego, kto znalazł ukryty skarb lub drogocenną perłę, pokazuje nam właśnie znaczenie wyrzekania się czegoś dla sięgnięcia po większą wartość.

Święty Efrem Syryjczyk naucza, że „Spośród różnych wartości Boże wezwanie jest czymś najcenniejszym”. Po czym dodaje: „Jeśli byście mnie pytali, jak odczuwa się Boże wezwanie, jak się je uświadamia, odpowiem wam, że jest to nowa wizja życia. To tak, jakby zapaliło się w nas światło; to tajemniczy impuls, który skłania człowieka do poświęcenia najszlachetniejszych sił na działalność, która z czasem nabiera charakteru misji. Ta siła życiowa, która ma w sobie coś z przytłaczającej lawiny, jest tym, co inni nazywają powołaniem, czyli pójściem za Chrystusem bez względu na to w jakim stanie żyjesz i jaki zawód wykonujesz. Powołanie do życia w Królestwie Chrystusa jest powołaniem uniwersalnym, skierowanym do wszystkich. Jest to bowiem Królestwo wieczne i powszechne Królestwo prawdy i życia, królestwo świętości i łaski, królestwo sprawiedliwości, miłości i pokoju.” [Liber graduum]

Merton odnosząc się do powyższego tekstu Efrema pisze: „To zaproszenie jest ukrytym skarbem, który nie każdy znajduje. Znajdują je ci, którzy mają w sobie pewną Bożą wrażliwość.”[ Doświadczenie wewnętrzne. Zapiski o kontemplacji] To, co wyrabia w nas tę wrażliwość to właśnie medytacja, w której uczymy się otwartości i uważności na słowo, które Jezus do nas kieruje.

Siadając do medytacji warto uświadomić sobie – może po raz kolejny – jak cenne jest to, co Bóg nam ofiarowuje, gdy nas powołuje do tej modlitwy, i zaprasza, byśmy zagłębiając się coraz bardziej w siebie przez jej praktykę doszli do ukrytego skarbu, który jest w nas.

Stojąc na straży serca

Z Ewangelii według Świętego Mateusza

Owego dnia Jezus wyszedł z domu i usiadł nad jeziorem. Wnet zebrały się koło Niego tłumy tak wielkie, że wszedł do łodzi i usiadł, a cały lud stał na brzegu. I mówił im wiele w przypowieściach tymi słowami:

«Oto siewca wyszedł siać. A gdy siał, jedne ziarna padły na drogę, nadleciały ptaki i wydziobały je. Inne padły na grunt skalisty, gdzie niewiele miały ziemi; i wnet powschodziły, bo gleba nie była głęboka. Lecz gdy słońce wzeszło, przypaliły się i uschły, bo nie miały korzenia. Inne znowu padły między ciernie, a ciernie wybujały i zagłuszyły je. Inne wreszcie padły na ziemię żyzną i plon wydały, jedno stokrotny, drugie sześćdziesięciokrotny, a inne trzydziestokrotny.

Kto ma uszy, niechaj słucha!» (Mt 13, 1-9)

Jezus mówi dziś o swoim Słowie, które daje nam codziennie. Dla nas takim codzienną przestrzenią otwartości na to słowo jest medytacja.

Jezus porównuje słowo do ziarna. Kryje ono w sobie ogromną moc życia. Jest jednak bardzo delikatne i kruche. Od nas w dużej mierze zależy, co stanie się z Jego Słowem w naszym życiu. Decyduje o tym serce. Wbrew pozorom to ono jest najważniejszym „organem słuchu” w życiu duchowym.

Medytacja jest przestrzenią formacji serca. Z czasem dostrzegamy, że z tego serca, które na początku było twarde, bo mało wrażliwe na słowo, lub usłane cierniami, gdyż było pełne rozproszeń staje się żyzne jak dobra ziemia.

Nie znaczy to oczywiście, że na nasze serca nie czyha dziś wiele zagrożeń. Nasze uszy są bardzo podatne na słuchanie innych wiadomości, niż te ewangeliczne wydarzenia; oczy wychwytują wiele bodźców, które bombardują naszą wyobraźnię. A wszystko to również odbija się na naszym sercu. Zresztą im bardziej wrażliwe jest ludzkie serce, tym bardziej podatne na oddziaływanie nie tylko tego, co je odżywia, ale także tego, co je rani. Dlatego dzisiaj szczególnie aktualna wydaje się rada Ewargiusza z Pontu, że musimy stać na straży swojego serca, bo to, co tam wpuścimy zapuści korzenie i wyda owoc.

Ewargiusz przestrzega nas, że tajemnica serca obejmuje również jego ciemną stronę. Wyraża to przerażony prorok: „Serce jest zdradliwsze niż wszystko inne i niepoprawne – któż je zgłębi?” (Jer 17,9).

Duchowość Wschodu bardzo poważnie traktuje te wersety z Pisma Świętego, które mówią o sercu wyniosłym, o błądzeniu w sercu (Hbr 3,10), co wiąże się z ryzykiem rozminięcia się w życiu z Bożymi drogami. Przypomina też słowa Chrystusa o tym, że „przychodzi Zły i porywa to, co zasiane jest w… sercu” (Mt 13,19) i dlatego proponuje praktykę straży serca, by nie wpuszczać tam „obcych”.

A w innym miejscu przestrzega: „Uważajcie na siebie, aby wasze serca nie były ociężałe wskutek obżarstwa, pijaństwa i trosk doczesnych, żeby ten dzień (dzień Pański) nie przypadł na was znienacka” (Łk 21,34).

Pseudo-Dionizy Areopagita mówi o ruchu kolistym umysłu w doświadczeniu medytacji Imieniem: „Dusza porusza się ruchem kolistym wtedy, gdy wchodząc w samą siebie, opuszcza świat rzeczy zewnętrznych i zbiera wszystkie moce intelektualne w jedność. W tym ruchu kolistym, który zabezpiecza ją przed zbłądzeniem, odwraca się od wielości rzeczy, które są na zewnątrz i skupia się najpierw w sobie. Ten dośrodkowy ruch umysłu (w odróżnieniu od „liniowego” który zwraca ją ku rzeczom zewnętrznym) skupiający w jedno jest przedmiotem istotnego wysiłku duchowego. W ten sposób serce człowieka modlącego się powraca do siebie i przez siebie samego wznosi się do Boga. Ideałem hezychazmu jest czujność połączona z modlitwą nieustanną, polegającą na wzywaniu imienia Jezus. Modlitwa ma miejsce wtedy, kiedy oddala od rozproszeń i gdy widzisz, że umysł raduje się oświecony w Panu. Znakiem, że ktoś osiągnął taki stan, jest to, że nie ulega zamętom i rozproszeniom, choćby kusił go cały świat. Skupienie prowadzi do tajemnej myśli człowieka, która nie podlega żadnym zewnętrznym powiązaniom, jest sama w sobie całkowicie wolna, w każdym czasie może być ona odczuwana i przemieniana w modlitwę.”[Pseudo-Dionizy Areopagita, Pisma teologiczne, t. I, tłum. M. Dzielska, Kraków 1997]

Prośmy Jezusa za Pseudo-Dionizym, aby przez medytację kształtował w nas serca głębokie, otwarte na Jego słowo.

Zanurzeni w Bożej obecności

Z Ewangelii według Świętego Mateusza

W owym czasie Jezus przemówił tymi słowami: «Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom. Tak, Ojcze, gdyż takie było Twoje upodobanie.

Wszystko przekazał Mi Ojciec mój. Nikt też nie zna Syna, tylko Ojciec, ani Ojca nikt nie zna, tylko Syn i ten, komu Syn zechce objawić». (Mt 11, 25-27)

Dziś wiele osób skarży się, że nie mamy czasu, aby zatrzymać się na głębszą refleksję i rozmowę z Bogiem.

Tymczasem Jezus chce nam uświadomić, że spotkanie z Ojcem to nie jakaś wielka mądrość, filozofia i wiedza, ale to prostota, przez którą Bóg pragnie wejść i poszerzyć naszą świadomość Jego nieustannej obecności, przenikającej naszą codzienność. Miłość Boga jest prosta. I taka też powinna być nasza miłość do Niego. Medytacja zwłaszcza w jej formie monologicznej, czyli najprostszej z możliwych uczy nas tej prostoty.

Bóg nie patrzy na naszą inteligencję, ani na to jaką pozycję zajmujemy w społeczeństwie. On patrzy, jak ustawione jest nasze serce. Kiedy czytamy w Ewangelii o spotkaniach Jezusa z ludźmi, widzimy, że najbliżej Niego byli ludzie prości, choć nie brakowało też uczonych. Ale paradoksalnie im mniej w nas tzw. „uczoności”, tym większa szansa otwarcia na tajemnicę Boga.

Jezus zaprasza nas do intymnej relacji z samym Bogiem. Chce aby ta relacja była – jak w Jego przypadku – relacją miłości, bo tylko taka relacja potrafi ukształtować w nas serce dziecka. Serce, które ufa, bo wie, że jest otoczone ciągle obecną przez miłość i łaskę troską Ojca. W ciszy medytacji pozwalamy właśnie na to, aby łaska, która przychodzi przez słowo i jest darem miłości Boga kształtowała nasze serca.

Wewnętrzne usposobienie, które kształtujemy w sobie przez troskę o pogłębione życie duchowe a dosłownie, które jest w nas kształtowane przez łaskę, której kanałem staje się dla nas pogłębiona modlitwa stwarza w nas pewną gotowość na tę Bożą obecność i w konsekwencji otwiera nas na głębsze doświadczanie Boga w codzienności.

A wtedy zaczynamy odkrywać, że to nie „gdzieś tam, daleko, wysoko”, ale że Bóg jest tym, który jest bliższy nam niż możemy to sobie wyobrazić, troszczy się o nas i o nasze sprawy, bo one także są zanurzone w Jego miłującej obecności. W sposób niezwykły tę prawdę ukazuje św. Paweł w jednym prostym zdaniu: „W Bogu żyjemy, poruszamy się i jesteśmy” [Dz 17,28]. Gdybyśmy bardziej żyli świadomością tej prawdy, tej niezwykłej tajemnicy nieustannego zanurzenia w Bogu, jakże inaczej wyglądałoby często nasze życie. Także to duchowe.

Medytacja uczy nas, że przed Bogiem trzeba zwyczajnie i szczerze otworzyć serce. Możesz być najuboższym człowiekiem świata, ale przyjmując z prostotą Bożą miłość i łaskę, jesteś najbogatszy. Jesteś wygrany.

Medytacja uczy nas poddania się władzy Boga, który działa przez Słowo

Z Ewangelii według Świętego Mateusza

Jezus przywołał do siebie dwunastu swoich uczniów i udzielił im władzy nad duchami nieczystymi, aby je wypędzali i leczyli wszystkie choroby i wszelkie słabości.

A oto imiona dwunastu apostołów: pierwszy – Szymon, zwany Piotrem, i brat jego Andrzej, potem Jakub, syn Zebedeusza, i brat jego Jan, Filip i Bartłomiej, Tomasz i celnik Mateusz, Jakub, syn Alfeusza, i Tadeusz, Szymon Gorliwy i Judasz Iskariota, ten, który Go zdradził.

Tych to Dwunastu wysłał Jezus i dał im takie wskazania: «Nie idźcie do pogan i nie wstępujcie do żadnego miasta samarytańskiego. Idźcie raczej do owiec, które poginęły z domu Izraela. Idźcie i głoście: Bliskie już jest królestwo niebieskie». (Mt 10, 1-7)

Słowa, które apostołowie mieli wypowiadać: „Bliskie już jest królestwo niebieskie”, stanowią dla Jezusa podstawę głoszenia Ewangelii. W medytacji monologicznej jednym z wezwań, którym się posługujemy jest wezwanie MARANATHA – Przyjdź Panie Jezu, będące jedną z najstarszych modlitw chrześcijan. Między tymi dwiema rzeczywistościami a więc głoszeniem bliskości Królestwa Bożego i modlitwą Maranatha winna zachodzić jakaś równowaga. Innymi słowy można powiedzieć, że nie jesteśmy w stanie wiarygodnie głosić, czyli być wiarygodnymi świadkami prawdy, której wcześniej nie przyjmiemy sercem i w którą sami całym sercem nie uwierzymy. A wiara, jak o tym przypomina św. Paweł rodzi się ze słuchania. Tym zaś co się słyszy jest słowo… [Rz 10,17]  

Dla nas – medytujących praktyka codziennej medytacji będącej wsłuchiwaniem się w Słowo jest fundamentem kształtowania się naszej wiary, która wbrew temu, jak spogląda na to świat zachodni rodzi się najpierw w sercu a potem w głowie (umyśle). Na Zachodzie często odwracamy tę kolejność, co nas nierzadko gubi, bo próbujemy najpierw naszym umysłem ogarnąć prawdy wiary a jak o tym zaświadczał już św. Augustyn szybciej stracimy zmysły niż poznamy tajemnicę Boga naszym umysłem. Nie znaczy to, że nie mamy się uczyć rozumienia tej tajemnicy, ale paradoks w wierze polega na tym, że to zrozumienie przychodzi przez serce. Dla Wschodu i Kościoła wschodniego ta prawda jest bardziej oczywista i zapewne dlatego właśnie tam narodziła się Modlitwa Serca, jaką hezychia, do której należy też Modlitwa Jezusowa. 

Podobnego zdanie zresztą wydaje się być autor „Obłoku Niewiedzy”, który zachęca nas pisząc: „Wznieś serce do Boga z pokorną miłością i pragnij Boga samego, a nie tego, co możesz odeń uzyskać.” Ten sam autor uświadomi nam, że w naszym rozumowym dążeniu do poznania Boga napotkamy szybciej ciemności, jakby obłok niewiedzy. Cokolwiek czynimy, ta ciemność i obłok pozostają między nami a Bogiem i nie dozwalają nam widzieć Go w jasnym świetle rozumnego pojmowania ani doświadczać słodyczy Jego miłości w naszym przywiązaniu do Niego. Wzywa nas jednak do wytrwałości, do gotowości czekania w tej ciemności, tak długo, jak długo będzie to konieczne, wciąż wzbudzając w sobie tęsknotę z Bogiem. Tęsknota jest jednak bardziej sprawą serca niż intelektu. W doświadczeniu medytacji możemy niejednokrotnie doświadczyć takiej ciemności, ale trwanie przy Słowie, w które się wsłuchujemy uczy nas cierpliwości, która wcześniej czy później zostaje wynagrodzona tym, że łaska niesiona przez Słowo, w które się wsłuchujemy zapali światło poznania w naszych sercach.

Praktyka medytacji uczy nas poddania się władzy Boga, który działa przez Słowo. Niestety nasz rozum, który niejednokrotnie nie rozumie Boga i Jego działania jest skłonny częściej buntować się przeciwko Niemu (dosłownie przeciwko temu czego nie rozumie). Podstawowym i niezbędnym warunkiem stania się uczestnikiem Królestwa Bożego, o którym mówi dzisiejsza Ewangelia jest to, że pozwolimy Jezusowi nawrócić nas. Bo jak pisze ojciec Rohr w książce „Prosta sztuka odpuszczania” nawrócenie to coś, co raczej nam się przytrafia niźli jest owocem naszego wysiłku. Termin „przytrafia” należy tu rozumieć jako skutek działania łaski na którą się otwieramy.  

Prawdziwe nawrócenie składa się ze zmiany naszego podejścia do Boga (czyli pokonania tej trudnej nieraz drogi z umysłu, który pragnie Go zrozumieć do serca, które jest otwarte na Tajemnicę i nie musi wszystkiego rozumieć by kochać i wierzyć). Dalej nawrócenie wymaga też odwrócenia od własnych ścieżek i poddania się Bogu, Jego woli i planom, zamiast dążenia do życia według własnego planu. Jak mamy bowiem działać w imieniu Jezusa jako Jego świadkowie, skoro najpierw sami nie będziemy chcieli podporządkować Mu swojego życia, tak aby stało się ono miejscem Jego działania i objawiania się Jego mocy i łaski?

Niech wsłuchiwanie się w Słowo w praktyce medytacji sprawi, że pozwolimy mocy tego Słowa przełamywać opory, które są w nas, gdy Jezus chce zaangażować każdą i każdego z nas w Jego działo na świecie, co zawsze jest kwestia naszej otwartości i poświęcenia. Niech praktyka medytacji wyrabia w nas dyspozycyjność uczniów Chrystusa a więc gotowość poświęcenia swojego czasu, darów i talentów Bogu i człowiekowi, którego On stawia na drogach naszego życia.