Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Medytacja i cielesność

Udając się do Jerozolimy, Jezus wziął osobno Dwunastu i w drodze rzekł do nich: «Oto idziemy do Jerozolimy: a tam Syn Człowieczy zostanie wydany arcykapłanom i uczonym w Piśmie. Oni skażą Go na śmierć i wydadzą Go poganom, aby został wyszydzony, ubiczowany i ukrzyżowany; a trzeciego dnia zmartwychwstanie».

Wtedy podeszła do Niego matka synów Zebedeusza ze swoimi synami i oddawszy Mu pokłon, o coś Go prosiła.

On ją zapytał: «Czego pragniesz?»

Rzekła Mu: «Powiedz, żeby ci dwaj moi synowie zasiedli w Twoim królestwie jeden po prawej, a drugi po lewej Twej stronie».

Odpowiadając zaś, Jezus rzekł: «Nie wiecie, o co prosicie. Czy możecie pić kielich, który Ja mam pić?»

Odpowiedzieli Mu: «Możemy».

On rzekł do nich: «Kielich mój wprawdzie pić będziecie. Nie do Mnie jednak należy dać miejsce po mojej stronie prawej i lewej, ale dostanie się ono tym, dla których mój Ojciec je przygotował».

Gdy usłyszało to dziesięciu pozostałych, oburzyli się na tych dwóch braci. Lecz Jezus przywołał ich do siebie i rzekł: «Wiecie, że władcy narodów uciskają je, a wielcy dają im odczuć swą władzę.

Nie tak będzie u was. Lecz kto by między wami chciał stać się wielkim, niech będzie waszym sługą. A kto by chciał być pierwszy między wami, niech będzie niewolnikiem waszym, tak jak Syn Człowieczy, który nie przyszedł, aby Mu służono, lecz aby służyć i dać swoje życie jako okup za wielu». (Mt 20, 17-28)

Jezus będąc w drodze do Jerozolimy zapowiada swoje cierpienie i śmierć. Tymczasem odpowiedzią są słowa matki, które mocno kontrastują ze słowami Jezusa, bo są prośbą o dobre stanowiska dla jej synów.

A pozostałych dziesięciu oburzyło się na tych dwóch, za którymi wstawiła się mamusia tylko z tego powodu, że sami też mieli apetyt na karierę w Królestwie, które ma zaprowadzić Jezus. Na dziesięć dni przed męką Chrystusa uczniowie nie mogli jeszcze pojąć, że Jego Królestwo nie jest z tego świata. Choć słuchali Go przez trzy lata. Nic dziwnego, że kiedy przyszedł czas męki ich Mistrza, uczniowie pouciekali i rozproszyli się.

Trzeba było dopiero spotkania ze Zmartwychwstałym, aby wszystko w ich wierze uległo przemianie, ale na drodze tej wiary był Wielki Piątek, kiedy ich wiara miała doznać oczyszczenia a wszystko, co w tej wierze płynęło z czysto ludzkich wyobrażeń i ambicji, przemieniło się w rumowisko gruzów.

Jezus tłumacząc uczniom wydarzenia, które niedługo staną się Jego udziałem uświadamia im i nam, że towarzyszenie Jezusowi zakłada także drogę odrzucenia, drogę zaparcia się siebie.

W naszych rozważaniach medytacyjnych w czasie Wielkiego Postu chciałbym, abyśmy skupili się na aspektach medytacji, które można by określić „technicznymi”, albo towarzyszącymi. Ostatnio mówiliśmy o ciszy, jako o przestrzeni, w której realizuje się medytacja. Dzisiaj spróbujmy pokrótce zatrzymać się przy postawie ciała. Chrześcijaństwo jest religią wcielenia. I wbrew pozorom wymiar cielesny odgrywa w naszej religijności ważną rolę, choć przez długi czas – zwłaszcza w Kościele zachodnim traktowano ciało w duchowości po macoszemu na rzez uwypuklenia roli duszy. Dzisiejsze zabiegi apostołów o ich „karierę” w królestwie Jezusa są także aspektem tej cielesności, która lubi wygodę.

Tymczasem medytacja zachęca nas do porzucenia wygody na rzecz bezruchu, który jej towarzyszy. A ten nie zawsze bywa wygodny na dłuższą metę. Bezruch, który towarzyszy naszej medytacji jest drogą do skupienia. Nasze myśli, których ruchliwość także należy do naszej cielesności są jednym z wymiarów, w których pragniemy wprowadzić bezruch. Doświadczenie pokazuje, że unieruchomienie ciała sprzyja także „uziemieniu” naszych myśli (choć może nie od razu). Nieruchoma postaw ciała podczas medytacji uczy nas bowiem większej uważności. Nasza praktyka medytacji bazująca na nieruchomej pozycji ciała jest dla nas szkołą skupienia uwagi. Czas trwania w bezruchu jest także doświadczeniem odkrywania, jak wielka panuje w nas wewnętrzna ruchliwość, stąd też zatrzymując się w bezruchu będziemy odczuwali czasem „opór” materii. Stąd też ważny jest określony czas trwania w bezruchu, aby wytrwanie w danej pozycji było możliwe, ale jak uczą mistrzowie medytacji nie powinien on być także za krótki, aby ćwiczenie mogło przynosić owoce.

Często przypominamy też o wyprostowanym kręgosłupie a to dlatego, że dłuższe trwanie w postawie zgarbienia kręgosłupa staje się bolesne i bardziej obciążające fizycznie a przez to wpływające źle na medytacyjne skupienie. Sama postawa ciała, jaką przyjmujemy w medytacji (np. postawa klęczenia na pietach, siedzenia na stołku medytacyjnym, czy krześle) jest wspólna wszystkim niemal religiom i wypracowana przez wielowiekową praktykę. Uważność, która towarzyszy bezruchowi naszego ciała sprawia, że uczymy się iż medytacja jest modlitwą ogarniająca całego człowieka, które ma służyć przeżywaniu czegoś, co Johannes Lotz nazywa naszym „wcieleniem”, czyli bardziej świadomym przeżywaniem naszej cielesności a to z kolei ma nas prowadzić ku doświadczenia naszego ciała jako „naczynia”, które Bóg także wypełnia swoją łaską i które przeżywane tylko jako jedność z duszą ma udział w łasce uświęcenia, stając się kanałem tej łaski. Święty Paweł pyta retorycznie: „Czyż nie wiecie, że wasze ciało jest świątynią Ducha Świętego…?” [1 Kor 6,19] A zatem droga właściwego, świadomego przeżywania naszej cielesności jako daru mającego udział w naszym uświęceniu jest jak najbardziej drogą ducha.

Uzależnienie od… ciszy

Tak mówi Pan Bóg:

«Podobnie jak ulewa i śnieg spadają z nieba i tam nie powracają, dopóki nie nawodnią ziemi, nie użyźnią jej i nie zapewnią urodzaju, tak iż wydaje nasienie dla siewcy i chleb dla jedzącego, tak słowo, które wychodzi z ust moich, nie wraca do Mnie bezowocne, zanim wpierw nie dokona tego, co chciałem, i nie spełni pomyślnie swego posłannictwa». (Iz 55, 10-11)

Postanowiłem dzisiaj napisać w komentarzu do medytacji o… ciszy, choć początkowo miałem inne plany. Ale ostatnie tygodnie, rozmowy które prowadziłem i doświadczenie skłoniły mnie do zmiany tematu naszych rozważań. Przed laty podczas jednej z konferencji wygłoszonej przez ks. Krzysztofa Grzywocza mówił on o tym, że żyjemy dziś w kulturze hałasu. Potem papież Benedykt XVI wzmocnił to przesłanie mówiąc już o ”dyktaturze hałasu”. Natomiast papież Franciszek w jednej ze swoich ostatnich katechez mówił o uzależnieniu współczesnego człowieka od hałasu.

Żyjemy w hałaśliwym świecie. Jednak uważni obserwatorzy potrafią zauważyć zwiastuny tęsknoty człowieka za ciszą, chociażby w świecie kultury. Żyjemy w pokoleniu, które nie widzi jak bardzo wpadło w pułapkę nadmiernego hałasu.

Istnieje pewien nurt współczesnej filozofii, który można określić „filozofią ciszy” mówiący o tym, że w rzeczywistości jest więcej ciszy niż słów. To dopiero z ciszy mogą się zrodzić słowa, wielka kultura, czy poezja. Ralf Rothmann – współczesny pisarz niemiecki pisze wręcz, że tylko z ciszy jest w stanie zrodzić się wielka, twórcza sztuka, gdyż tam, gdzie źródłem kultury nie jest cisza powstanie jedynie bełkot nieprawomocnie określany mianem prawdziwej sztuki i kultury. [Ralf Rothmann, „Pochwała ciszy”]

Na pierwszy rzut oka wydawać się to może nieprawdą, bo żyjemy w świecie, który wydaje się nas przytłaczać hałasem, ale gdy się uważniej przyjrzymy dostrzeżemy, że w tej tezie, że w świecie jest więcej ciszy niż słów jest zawarta głęboka prawda, bo wystarczy wyjechać w góry, wypłynąć jachtem w morze, zanurkować pod wodę, pójść do lasu czy nawet do parku, żeby usłyszeć ciszę… Nie mówiąc już o medytacji, która potwierdza tę tezę w 100 %.

To, co istnieje jest owocem ciszy… Tak jest skonstruowany wszechświat.” [Yoko Ogawa „Muzeum ciszy”]. To wypowiedziana współczesnym językiem prawda, którą św. Jan od
Krzyża ujął w innych słowach: „Jedno Słowo wypowiedział Ojciec, którym jest Jego Syn i to Słowo wypowiada nieustannie w wieczystym milczeniu; w milczeniu też powinna słuchać go dusza.” [Św. Jan od Krzyża, Słowa światła i miłości, Sentencje, 99]. To co istnieje jest drugą stroną ciszy. Jest owocem ciszy. Jest darem ciszy. Tam, gdzie nie ma ciszy nie ma też realności a zastępują ja jedynie iluzje.

I taka mała dygresja: Nadmiar hałasu, nadmiar dźwięków niszczy człowieka. Doskonale wiedzą o tym psychologowie, którzy coraz głośniej mówią dziś o uzależnieniu od hałasu. Ale jest to uzależnienie równie destruktywne dla człowieka jak każdy inny nałóg. 25 kwietnia obchodzimy Międzynarodowy Dzień Świadomości Zagrożenia Hałasem (wprowadzony w 1995 roku). Poza wpływem na zdrowie, hałas powoduje również negatywne konsekwencje społeczne: obniżenie wydajności pracy oraz nauczania, trudności we wzajemnym porozumiewaniu się, zwiększoną liczbą wypadków, wzmożenie agresji oraz powstawanie napięć międzyludzkich. Dzisiaj mówi się wręcz, że większość społeczeństw rozwiniętych żyje na co dzień w tzw. smogu akustycznym, który otacza nas w biurach, szkołach, supermarketach i w budynkach użyteczności publicznej, ale niestety także w naszych domach. Powodując niepokój, nerwowość, zaburzenia snu, depresje, lęki oraz zaburzenia psychiczne, ale też przyczynia się do nadciśnienia tętniczego, zwiększa ryzyko udaru, zawału i niewydolności serca… [Wyniki badań eksperci z Uniwersyteckiego Centrum Medycznego w Moguncji (Niemcy) przeprowadzonych w 2021-22 r]

„Jeśli cisza jest tym co Cię przeraża i wywołuje niepokój, to oznacza, że tym bardziej jej potrzebujesz” – pisał amerykański psycholog Arthur  Janov.

Powyższe odniesienia potwierdzają, że człowiek jest mało odporny na hałas, dlatego, że jest częścią natury a natura jest wyciszona. Naturze obcy jest hałas. Gdy odpoczywamy na łonie natury doświadczamy, że dźwięki, które się na nią składają nie męczą, bo są harmonią. Nigdy nie przytłaczają. Dlatego hałas niszczy człowieka, bo sprzeciwia się jego naturze. Hałas niepokoi. Człowiek jest stworzony dla ciszy i przez ciszę. Chciałoby się powiedzieć używając słów św. Jana od Krzyża – przez Odwieczną Ciszę Boga.

Ks. Krzysztof Grzywocz w konferencji na temat ciszy wygłoszonej w marcu 2007 roku użył kiedyś niezwykłego porównania, gdy doświadczenie spłoszonego hałasem zwierzęcia, które biegnie na oślep porównał do stymulowanego hałasem współczesnego człowieka, który także biegnie przez życie, nieraz na oślep. Ten hałas sprawia, że nie ma on już świadomości, że ucieka od samego siebie, od własnej natury, która potrzebuje ciszy, by człowiek mógł odpocząć, zregenerować siły, usłyszeć samego siebie a nade wszystko Boga. Lęk i niepokój będące konsekwencją życia w hałasie są takim przejawem spłoszenia współczesnego człowieka, który nie wiedząc co z tym zrobić próbuje ukryć i zagłuszyć to spłoszenie jeszcze większym hałasem. Hałas stał się dziś zasłoną niespokojnego bytu człowieka. Sposobem zagłuszania jego niespokojnego serca. Dziś hałas służy za narzędzie tego, że człowiek ucieka przed sobą, przed Bogiem, często także przed światem. A im, bardziej hałasuje tym bardziej pogrąża się w lęku, bo większy hałas wywołuje w człowieku jeszcze większy niepokój i lęk. I w ten sposób tworzy się zamknięty krąg uzależnienia od hałasu stającego się przestrzenia ucieczki. Taki diabelski krąg – jak nazywał to ks. Grzywocz. Im życie człowieka staje się głośniejsze tym bardziej będzie płytkie i powierzchowne. A hałas jedynie ukrywa tę ludzka biedę.

Dlatego cisza jest ratunkiem! Gdyż tylko w ciszy jesteśmy w stanie spotkać się ze sobą, dostrzec to, co zagraża naszej egzystencji, co spłyca nasze życie; stanąć twarzą w twarz ze sobą także z naszymi lekami czy niepokojami, ale przede wszystkim z Bogiem.

W hałasie nie słychać siebie! Nie słychać drugiego człowieka! Nie słychać też Boga!

W hałasie nie ma kontaktu, nie ma prawdziwej relacji. Rozproszony umysł ciągle gdzieś ucieka, ciało jest jak lewitujący w przestrzeni przedmiot, na którym nikt nie ma kontroli.

„Cisza jest boską drogą do odkrycia prawdy o Bogu i o sobie” – pisał już Jan Kasjan.

Istnieje cała teologia ciszy mająca swoje źródło w doświadczeniach Ojców Pustyni, którzy ukazują jej walor zarówno antropologiczny jak i teologiczny. Św. Jan w Prologu pisze, że na początku było Słowo…, ale inny Jan, św. Jan od Krzyża podkreśla, że to słowo zostało wypowiedziane w wielkiej ciszy. Stąd cała teologia modlitwy w ciszy, która znajdujemy u Jana Kasjana, Ewagiusza czy Efrema Syryjczyka. Współcześnie można znaleźć wiele osób, które utyskują, że tyle się modlą do Pana Boga a On milczy. Nie odpowiada! Św. Jan z Wałaamu odpowiada: „Bo Boga nie da się usłyszeć w zgiełku. Nasza modlitwa jest często skutecznym zagłuszaniem głosu Boga w naszych sercach. Jeśli bowiem nie ma w nas ciszy nie usłyszymy, że Bóg do nas mówi i co mówi. Przestrzenią, w której jesteśmy w stanie usłyszeć Boga jest cisza. Dlatego ludzie hałaśliwi tego nie rozumieją i stąd biorą się ich kłopoty z modlitwą” [Listy].

Spotkanie z Bogiem, to spotkanie z ciszą, z  której rodzi się Słowo. Wie o tym każdy, kto medytuje. I wie też dobrze, jak łatwo tę ciszę zagłuszyć. W naszej medytacji monologicznej wsłuchujemy się właśnie w to jedno – odwieczne Słowo Boga, które On wypowiedział w ciszy i wiemy z doświadczenia, że tylko wówczas, gdy słuchamy go w ciszy najpełniej jest ono w stanie nakarmić nasze dusze.

Można powiedzieć, że medytacja jest takim doświadczeniem, w którym Bóg pomaga nam najpierw ciszą – WYCISZ SIĘ! USPOKÓJ SWOJE SERCE! ZATRZYMAJ SIĘ W BIEGU! I DOPIERO WTEDY SŁUCHAJ A USŁYSZYSZ!

Reguły Postu czy reguły życia?

Jezus powiedział do swoich uczniów:

«Strzeżcie się, żebyście uczynków pobożnych nie wykonywali przed ludźmi po to, aby was widzieli; inaczej bowiem nie będziecie mieli nagrody u Ojca waszego, który jest w niebie.

Kiedy więc dajesz jałmużnę, nie trąb przed sobą, jak obłudnicy czynią w synagogach i na ulicach, aby ich ludzie chwalili. Zaprawdę, powiadam wam: ci otrzymali już swoją nagrodę. Kiedy zaś ty dajesz jałmużnę, niech nie wie lewa twoja ręka, co czyni prawa, aby twoja jałmużna pozostała w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie.

Gdy się modlicie, nie bądźcie jak obłudnicy. Oni to lubią w synagogach i na rogach ulic wystawać i modlić się, żeby się ludziom pokazać. Zaprawdę, powiadam wam: otrzymali już swoją nagrodę. Ty zaś, gdy chcesz się modlić, wejdź do swej izdebki, zamknij drzwi i módl się do Ojca twego, który jest w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie.

Kiedy pościcie, nie bądźcie posępni jak obłudnicy. Przybierają oni wygląd ponury, aby pokazać ludziom, że poszczą. Zaprawdę, powiadam wam, już odebrali swoją nagrodę. Ty zaś, gdy pościsz, namaść sobie głowę i obmyj twarz, aby nie ludziom pokazać, że pościsz, ale Ojcu twemu, który jest w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie». (Mt 6, 1-6. 16-18)

Ewangelia, którą słyszymy u progu Wielkiego Postu każdego roku tak naprawdę nie jest programem na te najbliższe 40 dni, które są przed nami. Jest programem na całe nasze życie. Jezus daje nam trzy punkty oparcia do dobrego przeżycia czasu przemiany naszych serc, dlatego całe nasze chrześcijańskie życie winno być czasem uczynków miłosierdzia, modlitwy i ascezy. Jak pisze prorok Joel przywoływany w dzisiejszym pierwszym czytaniu: „Nawróćcie się do Mnie całym swym sercem! Rozdzierajcie wasze serca, a nie szaty!” (Jl 2, 12) Czyż może być lepszy program praktyki modlitwy którą określamy modlitwą serca? To, co w praktyce medytacji rozdziera nasze serca uzdrawiając je z egoizmu jest słowo – wezwanie, które wspomaga naszą modlitwę i towarzysząca mu łaska. Trawestując znane powiedzenia, że kropla drąży skałę nie siłą, lecz wytrwałością, podobnie można powiedzieć, że wezwanie, które towarzyszy naszej medytacji drąży skałę naszego serca pragnąc wypełnić je łaską i miłością samego Boga, gdyż bez nich nie jesteśmy w stanie odpowiedzieć na wezwania dzisiejszej Ewangelii.

A ona przypomina nam, że nie należy pokazywać ludziom, że jest się pobożnym i dobroczynnym. O naszej modlitwie powinien wiedzieć tylko Bóg. O naszej dobroczynności powinni wiedzieć co najwyżej adresaci tej pomocy. To wystarczy! Modlitwa powinna bowiem – podkreślmy to raz jeszcze – służyć tylko do przemiany serca, a nie do budowania pozytywnego wizerunku siebie u innych. Przemianę serca widać zaś tylko w bezinteresownej miłości. To właśnie po niej winniśmy być rozpoznawani w świecie, jako uczniowie Jezusa.

Jezus dzisiaj przypomina, że najważniejszym elementem uczynków pobożnych i dobrych jest cichość, skrytość i pokora.  To nie czyny na pokaz. To jest trudna praca wewnętrzna. I właśnie to pragnienie: modlitwy cichej, skrytej i pokornej niech nam towarzyszy, gdy każdego dnia, wytrwale siadamy do medytacji, wiedząc, że to Bóg jest tym, który w tym świętym czasie ofiarowanym w duchu miłości Jemu, ale też nam i  innym najlepiej potrafi uformować nasze serce.

Warto być wdzięcznym za dar ofiarowany nam przez Boga w praktyce medytacji monologicznej. To wielka łaska osobistej modlitwy podarowana nam w czasach, gdy wiele osób przeżywa wielkie problemy w modlitwie lub nie modli się w ogóle. Doceniajmy ten niezwykły czas, w którym Jezus zaprasza nas, abyśmy odnajdywali swoją izdebkę do medytacji i uczyli się modlitwy bez wielu słów.

Modlitwa uzdrowienia

Jezus i uczniowie przyszli do Betsaidy. Tam przyprowadzili Mu niewidomego i prosili, żeby się go dotknął. On ujął niewidomego za rękę i wyprowadził go poza wieś. Zwilżył mu oczy śliną, położył na niego ręce i zapytał: «Czy coś widzisz?» A gdy ten przejrzał, powiedział: «Widzę ludzi, bo gdy chodzą, dostrzegam ich niby drzewa».

Potem znowu położył ręce na jego oczy. I przejrzał on zupełnie, i został uzdrowiony; wszystko widział teraz jasno i wyraźnie.

Jezus odesłał go do domu ze słowami: «Tylko do wsi nie wstępuj!» (Mk 8, 22-26)

Ostatnimi czasy dosyć popularna stała się tzw. „modlitwa o uzdrowienie” i choć jest ona zakorzeniona w Biblii, to często próbuje się z tej formy modlitwy robić „odrębną” przestrzeń. Takie podejście wypływa z tego, że niejednokrotnie wpadamy dzisiaj w pułapkę zastawioną przez współczesny sposób myślenia – oczekiwanie szybkich efektów. Są osoby, które jeżdżą dzisiaj od Mszy o uzdrowienie do Mszy o uzdrowienie szukając szybkiego usunięcia problemów, z którymi się mierzą. Jednak jest to często magiczny sposób myślenia, który nie działa w duchowości.  Tymczasem każda modlitwa Słowem, która dotyka ludzkiego serca jest modlitwą uzdrowienia, choć niejednokrotnie trzeba poczekać na jej owoce. Często zresztą mylimy te owoce, bo dla nas – ludzi myślących kategoriami współczesności – najbardziej pożądane wydają się owoce uzdrowienia dotykające tego co zewnętrzne: naszego ciała, względnie psychiki a tym czasem dla Pana Boga najważniejsze jest uzdrowienie naszego wnętrza – serca, bo w zdrowej duchowości i idącej za nią zdrowej religijności to właśnie na nim się wszystko zasadza. Jest takie mądre zdanie, które pada w ostatniej – styczniowej rozmowie która miała miejsce w Lubiniu między Marcinem Gajdą a ojcem Maksymilianem Nawarą, która dotyka trochę istoty tego czym jest uzdrowienie o jakim tutaj mowa: „Religijność, która przygniata duchowość staje się jedynie fortyfikacją ego (z jego lękami, nawykami, chorobami – przypis autora), gdy tymczasem „zdrowa” duchowość winna być przestrzenią w której nasze ego rozpływa się, wygasa” (dając okazję przebudzić się naszemu prawdziwemu ja).  

Ewangelia dzisiejsza przywołuje postać niewidomego człowieka. Nie może oglądać świata ani ludzi. Żyje w ciemnościach. My oczywiście widzimy. Nasze oczy pozwalają nam oglądać ludzi, których kochamy i tych, których kochamy trochę mniej; możemy zachwycać się pięknem świata, przyrodą, czytać książki, spoglądać na ekrany smartfonów czy telewizorów. Ale to tylko połowa zdolności widzenia, jaką został obdarzony człowiek.

Tak naprawdę Ewangelia dzisiejsza – co łatwo przeoczyć – mówi o dużo głębszym sposobie widzenia: naszego wnętrza i życia w prawdzie.

Thomas Merton w wielu swoich książkach i konferencjach, w tym w „Zapiskach współwinnego widza” pisze, że nagląca potrzebą współczesnego człowieka jest uzdrowienie w patrzeniu na siebie samych. Zdarza się nam iść w dwóch skrajnych kierunkach: malować autoportret w barwach tylko różowych lub przeciwnie – w kolorach najciemniejszych. Potrzebujemy uzdrowienia patrzenia na siebie; może  zaakceptowania siebie z własnymi słabościami; może dostrzeżenia, że nie do końca z nas jest to dobro, które potrafimy uczynić; na pewno spojrzenia na siebie oczami Boga – prawdziwie, uczciwie, z miłością.

To uzdrowienie naszego patrzenia ma swoje źródło w prawdzie wyrażonej już w Księdze Rodzaju: „Bóg rzekł: «Uczyńmy człowieka na Nasz obraz, podobnego Nam». Stworzył więc Bóg człowieka na swój obraz, na obraz Boży go stworzył: stworzył mężczyznę i niewiastę” (Rdz 1,  26a. 27). Jak często jednak patrzymy na siebie w ten sposób – że nosimy w sobie podobieństwo do Boga, Jego życie i Jego łaskę, która to życie podtrzymuje i przenika o czym przypomina Psalmista: „Panie, przenikasz i znasz mnie, Ty wiesz, kiedy siadam i wstaję. Ty bowiem utworzyłeś moje nerki, Ty utkałeś mnie w łonie mej matki. Dziękuję Ci, że mnie stworzyłeś tak cudownie, Godne podziwu są Twoje dzieła” (Ps 139, 1n. 13n).

Niewątpliwie szczególnego leczenia wymaga nasza duchowa słabość, która nam doskwiera, ale wbrew pozorom to uzdrowienie zaczyna się także od sposobu w jaki na nią patrzymy. My najczęściej chcielibyśmy pozbyć się naszych słabości, bo nosimy w sobie jakiś fałszywy, wyidealizowany obraz człowieka pełnego mocy i samowystarczalności, tymczasem Ewangelia ciągle zachęca nas, abyśmy do naszej słabości zapraszali nade wszystko Jezusa z Jego mocą, która rodzi się właśnie w doświadczeniu naszej słabości. Z perspektywy życia duchowego dużo byśmy stracili, gdyby nie nasze słabości i możliwość doświadczenia w nich mocy Jezusa. Doskonale uczy tego podejścia św. Paweł, który stworzył coś, co możemy określić mianem „teologii słabości” i który napisał „Hymn do słabości” w 2 Liście do Koryntian 12,1-11.

Diagnoza i nadzieja, zrozumienie siebie samych i lekarstwo dla nas są ukryte nie w braku słabości i doskonałości, ale w Słowie. Jedną z przestrzeni doświadczania tej słabości i objawiającej się w niej mocy Boga jest nasza modlitwa. A szczególnie medytacja monologiczna, gdzie wiemy doskonale – a zwłaszcza ci, którzy tą ścieżką podążają już jakiś czas –  że nie możemy polegać na sobie a jedynie na łasce działającej w tej modlitwie przez moc Słowa, które jej towarzyszy.  To tu doświadczamy najmocniej prawdy o tym, że „Duch przychodzi z pomocą naszej słabości. Gdy bowiem nie umiemy się modlić tak, jak trzeba, sam Duch przyczynia się za nami w błaganiach, których nie można wyrazić słowami. Ten zaś, który przenika serca, zna zamiar Ducha, wie, że przyczynia się za świętymi zgodnie z wolą Bożą” (Rz 8, 20n. 26n).

Również w przekonaniu Świętego Jana nigdy nie może zabraknąć w naszej codziennej modlitwie ufności: „Jeśli nasze serce oskarża nas, to Bóg jest większy od naszego serca i zna wszystko.” (1 J 3, 20).

Każde doświadczenie medytacji, to doświadczenie Jezusa, który przychodzi do nas przez swoje Słowo i łaskę, bierze nas za rękę, patrzy na nas z miłością i widzi więcej niż my sami, bo zawsze spogląda w nasze serca i takiego sposobu patrzenia pragnie nauczyć także nas.

Jezus pyta nas dzisiaj: „Czy widzisz coś?” To pytanie o naszą wewnętrzną wrażliwość, o zdolność widzenia przez pryzmat serca. My przywykliśmy w życiu bardziej skupiać się i ufać naszemu wzrokowi fizycznemu a tym czasem dla Boga ważniejsza jest zdolność posługiwania się spojrzeniem wewnętrznym – spojrzeniem serca; podobnie jak zwykliśmy opierać się na osądach naszego rozumu a w życiu duchowym, choć rozum jest ważny, to jednak ważniejsze od niego jest serce.

Pozwólmy aby medytacja monologiczna – Modlitwa serca uczyła nas patrzeć przez serce. Otwierajmy się w tym doświadczeniu na dotyk Jezusa, który daje wolność, daje prawdziwe przejrzenie. Jezus jest dla nas Światłem. Bliskość Jezusa sprawia, że lepiej widzimy nasze życie. Bez Jezusa, bez wiary i Ewangelii jesteśmy duchowo niewidomi. Chodzimy jakby po omacku i zagubieni w mroku naszego egoizmu, naszych słabości, które tylko wówczas mogą stać się dla nas przeszkodą a nawet przekleństwem, jeśli nie pozwolimy, aby zostały przeniknięte mocą Jezusa. Pozwólmy, aby Słowo w które się wsłuchujemy w medytacji uzdrawiało nas tak jak chce a nie wedle naszych wyobrażeń i oczekiwań. Niech medytacja, w której zdajemy się całkowicie na moc Bożej łaski staje się dla nas miejscem uzdrowienia i błogosławionym otrzeźwieniem.

Czynić miłość

Jezus przywołał znowu tłum do siebie i rzekł do niego:

«Słuchajcie Mnie, wszyscy, i zrozumcie! Nic nie wchodzi z zewnątrz w człowieka, co mogłoby uczynić go nieczystym; lecz to, co wychodzi z człowieka, to czyni człowieka nieczystym. Kto ma uszy do słuchania, niechaj słucha!»

Gdy się oddalił od tłumu i wszedł do domu, uczniowie pytali Go o tę przypowieść. Odpowiedział im: «I wy tak niepojętni jesteście? Nie rozumiecie, że nic z tego, co z zewnątrz wchodzi w człowieka, nie może uczynić go nieczystym; bo nie wchodzi do jego serca, lecz do żołądka, i zostaje wydalone na zewnątrz». Tak uznał wszystkie potrawy za czyste.

I mówił dalej: «Co wychodzi z człowieka, to czyni go nieczystym. Z wnętrza bowiem, z serca ludzkiego pochodzą złe myśli, nierząd, kradzieże, zabójstwa, cudzołóstwa, chciwość, przewrotność, podstęp, wyuzdanie, zazdrość, obelgi, pycha, głupota. Całe to zło z wnętrza pochodzi i czyni człowieka nieczystym». (Mk 7, 14-23)

Jezus używa dzisiaj dwóch terminów na określenie czystości – i ta różnica w terminologii niestety ginie w polskim tłumaczeniu. Jeden z tych terminów dotyczy pokarmów: z greckiego: katharos = czyste. Drugi z tych terminów dotyczy człowieka: z greckiego: koinos = nieczysty. Jezus dokonuje rozróżnienia między nieczystością człowieka, a czystością bądź nieczystością pokarmów rozumianych w wymiarze sakralnym.

I od razu zaznaczmy, że nie chodzi tutaj o czystość w rozumieniu higienicznym. Pierwszy z terminów (katharos) – dotyczący pokarmów oznacza coś czystego w znaczeniu pozbawionego wszelkich obcych domieszek. Jest tu tylko i wyłącznie dobro. I dlatego Jezus – jako Bóg-Stwórca – od początku widzi, że wszystko co uczynił jest DOBRE, a nawet BARDZO DOBRE. W tym, co stworzył Pan Bóg nie ma zła, bo wszystko to jest dziełem Miłości Boga i wszystko jest darem tej Miłości dla człowieka. Bóg – jak zaznacza w innym miejscu sam Jezus – daje swoim dzieciom  DOBRE dary. To dopiero człowiek skażony grzechem nauczył się, że z tych dobrych darów można czynić zły użytek. I to jest właśnie władza człowieka: władza korzystania, używania dobrych darów Boga. I niestety ta władza nasza została skrzywiona – nauczyliśmy się, że można czynić zło posługując się dobrymi darami.

Z kolei drugi termin (koinos) –  dotyczy czystości człowieka – i nie jest związany, jak zaznacza sam Jezus, z domieszkami i dodatkami pochodzącymi z zewnątrz. I znowu argument Jezusa jest ten sam: dary Boga nie są w stanie same z siebie – jako dobre – zanieczyścić człowieka, sprofanować go. Bo ten właśnie grecki termin – koinos – mówi dosłownie o sprofanowaniu człowieka, o jakimś zredukowaniu go, pozbawieniu czegoś, co go wyróżnia wśród innych stworzeń. To jest nieczystość, która nie jest związana z domieszką czegoś – ale z utratą. Utratą godności, świętości, wartości w wyniku na przykład sprofanowania. I tylko człowiek – zgodnie z dzisiejszą wypowiedzią Jezusa – może sprofanować sam siebie. Innymi słowy nikt i nic nie jest w stanie mnie sprofanować – jeśli to ja sam siebie w moim sercu nie sprofanuję. I to jest właśnie ten rodzaj nieczystości, który dotyczy życia duchowego i pociąga za sobą bardzo poważne konsekwencje. To jest nieczystość, którą człowiek nosi w sobie, w swoim sercu, które sam pozwolił, żeby zostało zanieczyszczone tymi wszystkimi brudami, które wylicza Jezus Ewangelii. Złymi myślami, nierządem, kradzieżami, zabójstwami, cudzołóstwem, chciwością, przewrotnością, podstępem, zazdrością, obelgami, pychą, głupotą człowiek profanuję siebie samego, czyniąc tak naprawdę zły użytek z daru wolności, jakim zostaliśmy obdarowani i jaki winien cechować nasze serca.

I właśnie tu jest cały problem na który wskazuje dzisiejsza Ewangelia: w sercu, we wnętrzu człowieka. Przyzwyczailiśmy się pilnować tego, co na zewnątrz: ubrania, wyglądu, porządku na biurku, w szafach, w domu… Pilnować diety i mycia samochodu itd. A tak często potrafimy odpuścić sobie porządek wewnętrzny: higienę tego co nosimy w myślach, we wspomnieniach, w sercu…

Jezus w dzisiejszej Ewangelii upomina się o serce. Podobnie jak medytacja, modlitwa serca upomina się o nasze serce. Staje się praktyką jego codziennej pielęgnacji, higieny wnętrza.

Jest takie fenomenalne porównanie, które czyni o. Raniero Cantalamessa – biblista komentując scenę rozmowy Ewy z wężem w Raju. „Wyobrażamy sobie często– pisze ojciec Cantalamessa – stojącą Ewę i węża owiniętego wokół drzewa – na zewnątrz Ewy. Tymczasem w sensie duchowym wszystko dokonuje się wewnątrz – w sercu Ewy, tak jak każdy dialog ze złem, z pokusą ma miejsce w sercu każdej i każdego z nas. Wszystko jest wewnątrz, w nas. To my nosimy w sobie świat duchowy. Drzewo Życia i drzewo poznania dobra i zła są w środku ogrodu – a centrum ogrodu jestem ja, człowiek. To wszystko odbywa się we mnie, w moim wnętrzu. Myśli, uczucia, pragnienia… To wszytko jest we mnie. I spożywam na oślep, na chybił-trafił, jak leci – co przyjdzie… Dlaczego? Bo oderwałem serce od Boga” [rekolekcje dla kurii rzymskiej 2009 r].

I właśnie o to upomina się Jezus: o serce. Serce złączone z Sercem Boga. Właśnie tak jest skonstruowany człowiek: na dnie jest serce, centrum człowieka, zdolne do relacji ze światem duchowym, z Bogiem. A potem jest psychika i ciało. I model idealny jest taki, że moje serce jest w relacji z Bogiem, pogrążone w dialogu z Bogiem, do którego zostałem stworzony. W tym dialogu nieustannie dowiaduję się jak jestem kochany – uczę się Miłości. I Miłość wtedy może przesiąkać przez moją psychikę i ciało – przejawiać się w moich działaniach zewnętrznych. Jestem święty – czyli inny niż cały świat. Jestem jak Bóg – zdolny kochać. Czynić dobry użytek ze wszystkiego, co biorę w swoje ręce – czyli czynić Miłość. Właśnie po to zostałem stworzony i po to dostałem wszystkie dary: by wyznawać Prawdę o Bogu, Prawdę o Miłości, czynić Miłość. Wszystko jest urządzone i stworzone idealnie do tego, by mi pomagać czynić Miłość Prawdziwą. Ale to wszystko funkcjonuje pod warunkiem, że moje serce jest zanurzone w Wielkim Dialogu Osób Trójcy, do którego to dialogu zostałem zaproszony. Prawdziwa bieda, moja desakralizacja i profanacja zaczyna się wtedy, gdy wyjdę sercem z tego dialogu. Gdy zdecyduję się na jakąkolwiek formę wewnętrznej dezercji od relacji z Bogiem. Ponieważ życie duchowe nie znosi pustki nie trzeba długo czekać aż pojawi się ktoś, kto za wszelką cenę będzie chciał nas wypełnić ciemnością, żalem, bólem, wątpliwościami, lękiem, czy pretensjami, które będąc w nas będą burzyły nasza relację z Bogiem – Miłością. Strategia złego ducha od czasów Edenu jest niezmienna.

Praktyka medytacji jest praktyką trwania w dialogu z Bogiem. Jest walką o serce człowieka o to, by skupiając się na słowie – wezwaniu przestać zajmować się tym, co często próbuje zaśmiecać ludzkie serce i zagłuszyć głos Boga, który w tym sercu wybrzmiewa. Medytacja to doświadczenie w którym Bóg-Stwórca, zakochany w nas do szaleństwa, wybiega nam naprzeciw – w swoim Słowie. A od nas oczekuje tylko jednego: abyśmy chcieli rzucić się całym sercem na oślep w ramiona Boga, który jest Miłością – i dali się kochać. Dali się kochać w sercu! Nie w emocjach, nie w uczuciach, nie w namiętnościach – ale w sercu. Tam, gdzie najgłębiej. Po to, abyśmy sami z tego doświadczenia zaczerpnęli umiejętność dojrzałego kochania. Abyśmy zdecydowali się kochać – tak, jak jesteśmy kochani. Praktyka medytacji pozwala nam po prostu ucinać to wszystko, co chce sprofanować nasze serce – przestać dyskutować i słuchać tego, co ciemność usłużnie podsuwa nam w sercach a skupić się na Tym, który te serca karmi, uzdrawia, odnawia i rozświetla.