Odchodząc z Kafarnaum Jezus ujrzał człowieka siedzącego w komorze celnej, imieniem Mateusz, i rzekł do niego: „Pójdź za Mną”. On wstał i poszedł za Nim.
Gdy Jezus siedział w domu za stołem, przyszło wielu celników i grzeszników i siedzieli wraz z Jezusem i Jego uczniami. Widząc to faryzeusze, mówili do Jego uczniów: „Dlaczego wasz Nauczyciel jada wspólnie z celnikami i grzesznikami?”
On, usłyszawszy to, rzekł: „Nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz ci, którzy się źle mają. Idźcie i starajcie się zrozumieć, co znaczy: «Chcę raczej miłosierdzia niż ofiary». Bo nie przyszedłem powołać sprawiedliwych, ale grzeszników”. (Mt 9, 9-13)
Mateusz był celnikiem. Miał dosyć poukładane życie i priorytety. Związał się z pieniędzmi. Pobierał podatki dla okupanta. Zasada była prosta: z góry miał wypłacać rzymskiemu okupantowi należny haracz, później zaś zależało już od jego sprytu i zuchwalstwa, ile wpłynie do jego osobistej kasy. Nikt tego nie kontrolował. Ceną takiego życia a przy okazji łatwego bogacenia się było to, że w społeczeństwie nie cieszył się dobrą sławą. Ludzie wiedzieli, że Mateusz żyje kosztem innych. Życie Mateusza przed nawróceniem jest nauczką, że człowiek przyzwyczaja się do „mamony” (cokolwiek byśmy pod tym terminem umieścili: pieniądze, karierę, sławę, władzę…). Poświęca tej wartości najwięcej czasu i sił a ona w zamian wypełnia powoli całe wnętrze człowieka. Nic więc dziwnego, że to, co potrafi zawładnąć sercem człowieka staje się konkurencją wobec Boga – ten mechanizm tłumaczył Jezus w ostatniej niedzielnej Ewangelii. (por. Mt 6,24).
Mateusz nie spodziewał się, aby cokolwiek miało się zmienić w jego ustalonym rytmie dnia. Tymczasem wszystko się zmienia wraz z wezwaniem, które słyszy: „Pójdź za Mną”. Jest to głos tak mocny, że potrafi oderwać człowieka od każdego wykonywanego zajęcia, nawet od pieniędzy. Tak bardzo kojarzy mi się to wydarzenie z medytacją, która także wyrywa nas z naszych codziennych czynności. Po prostu siadamy do medytacji, żeby pójść za Jezusem; żeby dać się poprowadzić Jego słowu, które tej praktyce towarzyszy.
Mateusz nie oponował, ani nie dyskutował słysząc Jezusowe wezwanie. Tak dzieje się z każdym medytującym, bo każdy, kto ma za sobą pewne doświadczenie medytacji doskonale wie, że głos Boży brzmi inaczej aniżeli ludzki. Bardzo trudno go zagłuszyć, jest w nim nie tylko wołanie, ale przede wszystkim moc, aby można było pójść za Jezusem. A właśnie tym jest medytacja – pójściem za Jezusem. Ewangelista Łukasz, opisując powołanie Mateusza zaznacza, że zostawił on wszystko (por. Łk 5,28). Dokładnie to samo dzieje się w chwili, gdy przystępujemy do medytacji: zostawiamy za sobą wszystko – naszą codzienną rutynę, troski, przemyślenia, plany. Porzucamy to wszystko na rzecz pokornego trwania w obecności Boga, pragnąć by ta obecność wypełniła nas na wskroś: nasze serca, nasze umysły, nasze ciało…
Jedno jednak jest w opisie Mateusza szczególnie znamienne. Mianowicie relację o swoim własnym nawróceniu i powołaniu umieścił Mateusz w dziale cudów uczynionych przez Jezusa. Bo on wiedział najlepiej, jak wielkim cudem było jego nawrócenie. Czasem zastanawiam się, czy praktyki medytacji również nie można umieścić w dziale cudów, bo kiedy medytuje się codziennie od ponad trzydziestu lat i człowiek widzi, że ta praktyka dosłownie ustawia jego życie, ale też w wielu wymiarach przemienia i to jakąś niezwykła mocą, która działa od wewnątrz, od strony serca, w sposób delikatny ale stanowczy, to jak określić to inaczej niż cud?
Jak to pięknie pisze o. John Main OSB: „Medytacja jest krokiem w przebóstwienie człowieka przez Jezusa Chrystusa. Przez Niego stajemy się jedno z Ojcem. Z Nim całkowicie przekraczamy samych siebie, pozostawiając wszystko i stając się nowym stworzeniem w Nim. W Chrystusie medytacja jest procesem samo-transcendencji. W stopniu, w jakim przekraczamy siebie, stajemy się współuczestnikami boskiej natury, bo uczymy się stawać się jedno z potęgą Jezusowej miłości. Naszego wzrostu w medytacji nie widzimy jako akumulacji doznań, ale raczej jako przekraczanie ich wszystkich. Każdy z nas, dzięki otrzymanej przez Jezusa łasce działającej w medytacji otrzymuje prawo, aby stać się jedno z Bogiem. Nikt poza Jezusem nie jest w stanie nam ofiarować tego daru. O tym nigdy nie wolno zapomnieć.
Za każdym razem, kiedy siadamy do medytacji, wchodzimy w tę jedność Boga, który Jest teraz, jedność Boga, który jest Miłością. Nie możemy tego pojąć i wyrazić. To jest zbyt proste dla naszego umysłu. Ale możemy usiąść i pokornie powtarzać modlitewne wezwanie z wiarą i absolutnym zaufaniem Bogu, który powołuje nas ponad naszymi wszystkimi ograniczeniami. On nas powołuje – to jest najwspanialsza część chrześcijańskiego objawienia – aby wraz z Nim rozszerzać nasze serca w nieskończoność. Im intensywniej przeżywamy cud naszego powołania tym pokorniejsi i ubożsi w duchu się stajemy. Dzieje się tak dzięki naszej wierności słowu i miłości, na których opiera się praktyka codziennej medytacji. A im dalej jesteśmy na jej drodze, tym bardziej wzrasta nasza wiara” [John Main OSB, Cisza i trwanie, Wydawnictwo Benedyktynów TYNIEC].
«Nikt nie wstąpił do nieba, oprócz Tego, który z nieba zstąpił, Syna Człowieczego.
A jak Mojżesz wywyższył węża na pustyni, tak potrzeba, by wywyższono Syna Człowieczego, aby każdy, kto w Niego wierzy, miał życie wieczne.
Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne. Albowiem Bóg nie posłał swego Syna na świat po to, aby świat potępił, ale po to, by świat został przez Niego zbawiony». (J 3, 13-17)
Święto Podwyższenia Krzyża Świętego, które dziś obchodzimy, jak może się wydawać trochę mimochodem wrzucone w okres zwykły, jest tak naprawdę jednym z najstarszych świąt obchodzonych w Kościele jeszcze nie podzielonym, jako wotum wdzięczności za znalezienie przez św. Helenę relikwii Krzyża Świętego. I mimo podziałów jest obecne zarówno w chrześcijaństwie wschodnim, jak i zachodnim, także w u protestantów.
To ciekawe, że nie czytamy dziś Ewangelii o śmierci Jezusa na Krzyżu a jedynie jej zapowiedź i to w odwołaniu do epizodu wywyższenia węża na pustyni.
To nie przypadek, bo epizod z wężem na pustyni był wydarzeniem proroczym zapowiadającym, że Mesjasz dokona odwrotności tego, co stało się przy drzewie Znajomości Dobra i Zła w Raju. To tam bowiem człowiek po raz pierwszy doświadczył grzechu, do czego zresztą został namówiony przez szatana, któremu udało się zasiać w serce człowieka podejrzenie, że Bóg nie jest do końca nam życzliwy. Człowiekowi zaczęło się wydawać, że nie musi otwierać się na płynące od Boga zasady dobra i zła i że zasady te może ustalać sobie sam. Rzecz jasna musiało się to skończyć nieszczęściem… Świat budowany przez ludzi bez liczenia się z prawem Bożym musiał stać się światem nieludzkim. „Można to doświadczenie porównać – jak pisze św. Efrem Syryjczyk – do ukąszenia węża, które w historii nieustannie się powtarza zatruwając ludzkie serce toksyną nieufności wobec Boga i pokusą samowystarczalności. Każdy grzech, który popełniamy jest jak ukąszenie węża, dlatego, że uwierzyliśmy Wężowi w raju” – konkluduje św. Efrem.
Odwołanie się Jezusa do epizodu umieszczenia przez Mojżesza miedzianego węża na pustyni, na którego spojrzenie miało Izraelitów uchronić od śmierci jest – jak mówią Ojcowie Kościoła – zapowiedzią Ukrzyżowania Chrystusa, które wzywa nas do wiary, że On jest mocniejszy od złego ducha a prawdziwy sens naszego życia zależy od tego, czy uwierzymy w miłość i czy ona stanie się dla nas ostateczną regułą życia, do czego pragnie nas przekonać Chrystus. Jezus nazywa swoją śmierć na krzyżu wywyższeniem, dlatego że największym wywyższeniem człowieka jest miłość, zaś Krzyż jest jednym wielkim wyznaniem Jego miłości do nas.
A teraz spróbujmy odnieść to, co powiedzieliśmy do medytacji. Wszyscy bez wyjątku jesteśmy narażeni na ukąszenie przez złego ducha, innymi słowy na grzech.
I tak naprawdę mamy tylko jedną obronę przez tym ukąszeniem; jedną surowicę na ukąszenie jadem złego ducha – jest nią łaska, jakiej udziela nam Chrystus. Jedną z przestrzeni naszej otwartości na łaskę jest modlitwa, w której idąc tropem psalmisty możemy doświadczyć, że: „Bóg jest dla nas skałą schronienia, zamkiem warownym, aby nas ocalić” (por. Ps 71,3) i dlatego przez praktykę wytrwałej modlitwy pragniemy „Chronić się w cieniu Twych skrzydeł, Panie” (por. Ps 17,8;36,6; 57, 2)
Dla mnie doświadczenie medytacji, jest jak zanurzenie się w oceanie łaski (dlatego lubię porównywać praktykę medytacji z nurkowaniem, nie tylko ze względu na podobne doświadczenie ciszy, ale też dosłownie zanurzenia w Bożą obecność, która w medytacji nas otula). Ta praktyka – co potwierdza świadectwo wielu osób medytujących – odkrywa przed nami sekret prawdziwego szczęścia, które leży w tym, co jednym trafnym zdaniem wyraził święty Augustyn: „Niespokojne jest serce człowieka dopóki nie spocznie w Bogu”. Medytacja pozwala nam na to doświadczenie spoczynku w Bogu, przy zachowaniu całej naszej uważności a więc bardzo świadomie.
Zauważmy, że na pustyni Jezus też był kuszony, jak my wszyscy, obietnicą szczęścia oznaczającą spełnienie pragnień własnego ego. Odrzucił tę możliwość i pokazał, że prawdziwe szczęście nie zależy od okoliczności zewnętrznych.
W praktyce medytacji monologicznej redukujemy naszą modlitwę do milczenia i prostego bycia obecnymi przed Bogiem, aby uzmysłowić, że jest to wszystko, co nam jest potrzebne, co potrafi wypełnić pustkę naszych serc, która często wyrasta z rozczarowania, że to, co uznawaliśmy często za źródło szczęście, wcale nim nie jest. Nikt poza Bogiem tej pustki i tęsknoty ludzkiego serca nie jest w stanie wypełnić i dlatego medytacja jest zaproszeniem by otworzyć się w niej na Słowo, na Jezusa, w którym Bóg wypowiedział samego siebie, w którym wypowiedział całą miłość do nas i chce nas tą miłością wypełnić i uszczęśliwić.
«Błogosławieni jesteście, ubodzy, albowiem do was należy królestwo Boże.
Błogosławieni, którzy teraz głodujecie, albowiem będziecie nasyceni.
Błogosławieni, którzy teraz płaczecie, albowiem śmiać się będziecie.
Błogosławieni jesteście, gdy ludzie was znienawidzą i gdy was wyłączą spośród siebie, gdy zelżą was i z powodu Syna Człowieczego odrzucą z pogardą wasze imię jako niecne: cieszcie się i radujcie, bo wielka jest wasza nagroda w niebie.
Natomiast biada wam, bogaczom, bo odebraliście już pociechę waszą.
Biada wam, którzy teraz jesteście syci, albowiem głód cierpieć będziecie.
Biada wam, którzy się teraz śmiejecie, albowiem smucić się i płakać będziecie.
Biada wam, gdy wszyscy ludzie chwalić was będą. Tak samo bowiem przodkowie ich czynili fałszywym prorokom». (Łk 6, 20-26)
W dzisiejszej Ewangelii Pan Jezus cztery razy mówi: „błogosławieni jesteście” i cztery razy mówi: „biada wam”. Ale to nie jest tak, że On dzieli ludzkość na dwie przeciwstawne grupy i do jednej grupy mówi: „błogosławieni jesteście”, a do drugiej: „biada wam”. Jedno i drugie odnosi się do każdej i każdego z nas. Bo w każdym z nas jest człowiek Boży, tęskniący za Bogiem i pragnący Boga kochać. I w każdym z nas jest stary człowiek, zbuntowany przeciwko Bogu. To prawda, że jeśli jestem w łasce uświęcającej, to ten człowiek Boży we mnie dominuje, a jeśli nie jestem w łasce uświęcającej, to dominuje we mnie stary człowiek, człowiek grzechu.
Ale dopóki jestem na tym świecie, wciąż jest we mnie i ten pierwszy, i ten drugi – dlatego odnosi się do mnie i „błogosławieni”, i „biada”.
„Błogosławieni jesteście, wy ubodzy…”. Jezus oczywiście „nie konsekruje ubóstwa materialnego” (A. Pronzato). W terminie „ubóstwo”, chodzi o coś więcej niż sam brak materialny. Chodzi o to, że pomimo jakiegoś braku, który mi doskwiera nadal jestem wewnętrznie scalony i ufny. Bez wątpienie medytacja, jako forma duchowej formacja to scalenie wzmacnia. Ostatnio mówiliśmy właśnie o tej integrującej roli medytacji… To o co chodzi Chrystusowi szczególnie widać w określeniu „ubodzy w duchu”, gdyż oparciem i pewnością takich ludzi jest Bóg, Jego dobroć i miłosierdzie. Innymi słowy Jezus mówi: Błogosławieni jesteście, jeżeli żadnych dóbr tego świata nie stawiacie ponad Boga. A zarazem biada, jeżeli różne marności tego świata stają się podstawą określania waszej wartości i bytu.
„Błogosławieni wy, którzy teraz głodujecie, albowiem będziecie nasyceni”. I znowu warto to zdanie rozumieć głębiej, czyli nie tylko w wymiarze głodu fizycznego: Błogosławieni, którzy jesteście głodni Boga… Medytacja staje się konkretną odpowiedzią Boga na ten głód, który tylko On może zaspokoić.
„Błogosławieni wy, którzy teraz płaczecie”. Również ten płacz możemy rozumieć w sensie duchowym: którzy płaczecie nad swoimi grzechami, bo jak mówi św. Paweł jest to smutek ku na wróceniu, który podoba się Bogu (por. 2 Kor 7,9). Ale też błogosławieni którzy płaczecie nad królowaniem zła i grzechu oraz niesprawiedliwością w świecie – gdyż z tego może się zrodzić choćby promień Bożej prawdy i Bożej miłości, który możemy przynieść światu.
Ta Ewangelia mówi o wrażliwości naszych serc. Bo serca wrażliwe i otwarte na drugiego człowieka, otwarte są także na Boga, zaś serca niewrażliwe na drugiego przestają być też wrażliwe na Boga a w konsekwencji zamykają się na Jego łaskę i powoli obumierają.
Istotą człowieczeństwa powinno być widzenie i pojmowanie tego świata przez pryzmat serca. Tylko ono może dostrzec to, co dla ludzkiego oka jest niedostrzegalne. Tylko serce bowiem jest w stanie zobaczyć głębię naszej ludzkiej egzystencji. Serce bowiem widzi „inaczej” niż to, co podpowiadają rozum, słowa, czy oczy…
Dlatego medytację monologiczną określamy często mianem Modlitwy Serca.
Jezus w tej praktyce, przez słowo, które jej towarzyszy i jest nośnikiem Jego łaski pragnie formować nasze serca a przez nie całego człowieka. Nasz rozum, duch, wola, ale też serce i emocje powinny stanowić jedną wielką całość, tak jak wżyciu Jezusa. Tylko w ten sposób możemy naśladować Tego, który jest źródłem naszej wiary, nadziei i miłości…
Nie mogłem, bracia, przemawiać do was jako do ludzi duchowych, lecz jako do cielesnych, jako do niemowląt w Chrystusie.
Mleko wam dawałem, a nie pokarm stały, bo byliście słabi; zresztą i nadal nie jesteście mocni. Ciągle przecież jeszcze jesteście cieleśni. Jeżeli bowiem jest między wami zawiść i niezgoda, to czyż nie jesteście cieleśni i nie postępujecie tylko po ludzku? Skoro jeden mówi: «Ja jestem Pawła», a drugi: «Ja jestem Apollosa», to czyż nie postępujecie tylko po ludzku? Kimże jest Apollos? Albo kim jest Paweł? Sługami, przez których uwierzyliście według tego, co każdemu dał Pan. Ja siałem, Apollos podlewał, lecz Bóg dał wzrost. Otóż nic nie znaczy ten, który sieje, ani ten, który podlewa, tylko Ten, który daje wzrost – Bóg. (1 Kor 3, 1-9)
W naszym – zachodnim sposobie myślenia ciągle pokutuje jeszcze pewien dualizm, który odziedziczyliśmy po kulturze greckiej: przeciwstawienie cielesności i życia duchowego.
Jednak św. Paweł, który głosił Ewangelię Grekom – czyli w kulturze, w której dualizm był silnie obecny – sam nie rozdzielał duszy i ciała.
Kultura grecka była pod wpływem dość negatywnej wizji cielesności, która zakorzeniła się w naszej myśli filozoficznej na dłużej. Warto jednak uświadomić sobie, że ów podział nie znajduje uzasadnienia w Piśmie Świętym. Dlatego, gdy Paweł głosi Ewangelię określa człowieka parą terminów: soma psychikon – soma pneumatikon. Termin pierwszy najlepiej przetłumaczyć jako „ciało obdarzone duszą/psychiką”, ten drugi można oddać formułą: „ciało duchowe”.
Miało to szczególne znaczenie w pytaniach o to, w jakiej formie dokona się zmartwychwstanie, które św. Paweł głosił.
Apostoł poucza, że w obecnej naszej kondycji jesteśmy ciałami obdarzonymi psychikon (duszą), zaś zmartwychwstanie wiąże się z transformacją naszej obecnej kondycji w ciało duchowe.
Święty Paweł mówiąc, że jesteśmy cieleśni, nie używa tego określenia w sensie negatywnym, przeciwstawiając je duchowi. Mówi że jesteśmy ciałem obdarzonym życiem i całą gamą funkcji psychicznych, takich jak świadomość, zdolność przeżywania emocji, podejmowania decyzji, świadomego odnoszenia się do świata, do siebie oraz – co dla Pawła fundamentalne: do Boga.
Zadanie, które stoi przed człowiekiem, a które jest wyrazem dojrzałości jest to, aby dążyć do jak najgłębszego zintegrowania tych wszystkich wymiarów. Tym, co według św. Pawła ma zdolności integracyjne jest życie duchowe a dosłownie – ŁASKA! Święty Paweł podkreśla to mocno w zdaniu: TO BÓG DAJE WZROST.
Doświadczenie medytacji monologicznej, może stać się tym szczególnym wymiarem doświadczenia, gdzie ta prawda urzeczywistnia się w sposób bardzo wyraźny. Jako uczestnicy medytacji możemy odnaleźć się w roli tego, który sieje lub podlewa to ziarno słowa, które zostaje złożone w naszym sercu, kiedy się w nie wsłuchujemy w praktyce medytacji. Może się to wyrażać w trosce o to, że znajdujemy czas i przestrzeń na codzienną medytację, że potrafimy zawalczyć o ciszę, która jej sprzyja. Ale i tak koniec końców św. Paweł mówi: „nic nie znaczy ten, który sieje, ani ten, który podlewa, tylko Ten, który daje wzrost – Bóg”. Innymi słowy, bez działania łaski, bez otwarcia się na Ducha Świętego niewiele możemy osiągnąć.
Nasza zdolność otwarcia się na to działanie łaski jest wyrazem „duchowego” charakteru człowieka, który pełnię swą osiągnie w zmartwychwstaniu, czyli w przekształceniu soma psychikon w soma pneumatikon.
Święty Paweł mówi o tym, że prawdziwa tożsamość naszego ciała jest określona przez związek z Duchem. Bez tego kontaktu do końca nie zrozumiemy swojej tożsamości. Przypominają się tu słynne słowa św. Jana Pawła II, że: „Człowieka nie można do końca zrozumieć bez Chrystusa. A raczej: człowiek nie może sam siebie do końca zrozumieć bez Chrystusa. Nie może zrozumieć, ani kim jest, ani jaka jest jego właściwa godność, ani jakie jest jego powołanie i ostateczne przeznaczenie. Nie może tego wszystkiego zrozumieć bez Chrystusa”.
Święty Tomasz z Akwinu określi to jeszcze inaczej: „człowiek jest ciałem – materią pierwszą, kształtowaną przez duszę. Innymi słowy: ciało ludzkie nie ma charakteru jedynie materialnego. W integralny sposób obejmuje funkcje i aspekty duchowe. Duchowy (a więc nie tylko biologiczny) wymiar posiadają wszystkie aspekty cielesnego funkcjonowania człowieka – np. gesty, wyraz twarzy albo nawet funkcja, nad którą prawie nie panujemy: oddech. „Duchowe” w tym kontekście znaczy: niedające się sprowadzić do wymiaru fizycznego czy biologicznego, lecz wprowadzające człowieka w całą sieć międzyosobowych relacji. Najważniejszym z tych duchowych aspektów cielesnego człowieka jest zdolność do relacji z Bogiem.
Niech zatem praktyka medytacji pozwala nam doświadczać tego integracyjnego wymiary łaski, na która się otwieramy powtarzając w rytmie oddechu wezwanie „Panie Jezu Chryste, Synu Boży, ulituj się nade mną grzesznikiem” i przez nie składając nasze życie z zaufaniem w ręce Boga.
Filip spotkał Natanaela i powiedział do niego: «Znaleźliśmy Tego, o którym pisał Mojżesz w Prawie i Prorocy, Jezusa, syna Józefa, z Nazaretu».
Rzekł do niego Natanael: «Czyż może być co dobrego z Nazaretu?»
Odpowiedział mu Filip: «Chodź i zobacz».
Jezus ujrzał, jak Natanael zbliżał się do Niego, i powiedział o nim: «Patrz, to prawdziwy Izraelita, w którym nie ma podstępu».
Powiedział do Niego Natanael: «Skąd mnie znasz?»
Odrzekł mu Jezus: «Widziałem cię, zanim cię zawołał Filip, gdy byłeś pod drzewem figowym».
Odpowiedział Mu Natanael: «Rabbi, Ty jesteś Synem Bożym, Ty jesteś Królem Izraela!»
Odparł mu Jezus: «Czy dlatego wierzysz, że powiedziałem ci: „Widziałem cię pod drzewem figowym?” Zobaczysz jeszcze więcej niż to».
Potem powiedział do niego: «Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Ujrzycie niebiosa otwarte i aniołów Bożych wstępujących i zstępujących na Syna Człowieczego». (J 1, 45-51)
Ta Ewangelia przypomina nam, że dobrze przeżywana religijność, czy jak kto woli wiara musi być oparta na szczerości. Na prawdzie!
Drogą do spotkania z Bogiem jest spotkanie z samym sobą. Paradoksalnie oba te spotkania dzieją się równocześnie, gdyż Bóg nie jest kimś, kogo winniśmy szukać na zewnątrz nas. Drzwi do spotkania Nim są w naszym sercu, gdyż Królestwo Boże jest w nas. Im głębsza i prawdziwsza jest relacja z samym sobą, tym większa szansa, że wejdziemy w prawdziwą relację z Panem Bogiem. Im bardziej jednak będziemy nosili w sobie nieprawdziwy obraz siebie, tym większa szansa, że rozminiemy sią z Bogiem, dlatego, że On nas zna prawdziwych i chce się z nami spotykać w prawdzie; z takimi, jakimi jesteśmy naprawdę. Tym, który jako zasłony do spotkania z nami używa kłamstwa jest szatan. Dlatego życie w prawdzie i dążenie do prawdy wyzwala nas skutecznie spod jego wpływu.
I w tej praktyce ma nas utwierdzać medytacja. Jest drogą w głąb. Jest drogą do spotkania z samym sobą i do spotkania z Bogiem. I podkreślmy to raz jeszcze: błędem byłoby te dwie rzeczywistości rozdzielać, gdyż one dzieją się jednocześnie, choć nie zawsze jesteśmy tego świadomi. Medytacja jest praktyką, która powinna nas w tej świadomości utwierdzać. Jeśli będzie stanowiła narzędzie poszerzania naszej świadomości w tym zakresie, to łatwiej nam będzie tę świadomość przenosić z czasu medytacji na całe nasze życie.
Przypomnijmy sobie raz jeszcze kwestię wielokrotnie tu poruszaną: Medytacja uczy nas odkrywania jednego z największych bogactw – roli chwili obecnej. Wszystko, co najważniejsze w naszym życiu dzieje się tu i teraz. Reszta jest przeszłością, która już minęła i na którą nie mamy wpływu, lub przyszłością, która nie wiemy czy w ogóle nadejdzie. Tej świadomości i wagi chwili obecnej musimy się nieustannie uczyć, w czym pomaga nam medytacja, gdyż niestety zostaliśmy tak uwarunkowani przez świat i jego tempo, które wywiera na nas nieustanną presję, że w normalnym stanie świadomości nie zauważamy tej najważniejszej rzeczy, jaką jest chwila obecna i często ją pomijamy żyjąc przeszłością lub przyszłością. Oczywiście ten wspomniany „normalny stan świadomości” należałoby wziąć w cudzysłów, gdyż w najwyższym stopniu nienormalne jest to, że lekceważymy w życiu to, z czego w sensie praktycznym ono się składa. A prawda jest taka, że składa się ono właśnie z chwili obecnej i tylko w niej możemy je naprawdę przeżywać. Praktyka medytacji ma nam pomóc przywrócić tę utraconą świadomość chwili obecnej a przez to lepiej przeżywać nasze życie.
Mówiąc o sobie, że „JESTEŚMY”, możemy powiedzieć to tylko o chwili obecnej, gdyż nigdy nie jesteśmy w przeszłości lub w przyszłości. Owszem możemy tam być za sprawą pamięci czy wyobraźni, ale nie jest to prawdziwe bycie.
Amerykański franciszkanin ojciec Richard Rohr w książce „Nagie teraz” określił współczesnego człowieka Zachodu, jako nieustannie żyjącego w konflikcie z chwilą obecną, co się niechybnie przekłada na płytkość, lub innymi słowy pogorszenie jakości życia, ale także kontaktu ze sobą a co za tym idzie – jak wspomnieliśmy wcześniej – także kontaktu z Bogiem, gdyż te dwie rzeczywistości są tożsame. Nasze życie bowiem realizuje się w teraz. Każda emocja, to, co myślisz, co czynisz jest nieodłącznie związane z chwilą obecną. Ta zasada dotyczy także życia duchowego, naszego spotkania z Bogiem. Ono może dokonać się jedynie teraz. Można by zatem powiedzieć, że medytacja uczy nas podróży w głąb chwili obecnej. Dosłownie chce nas nauczyć głębszego i bardziej świadomego przeżywania chwili obecnej a przez to głębszego i bardziej świadomego przeżywania życia w ogóle. To świadomość miejsca, w którym jesteśmy, świadomość tego, co odczuwamy w tej chwili, co robimy… Nieodzownym elementem świadomości chwili obecnej jest nasza uważność. Można powiedzieć, że medytacja staje się w tej chwili przestrzenią naszej teraźniejszości.
Kolejnym krokiem w przeżywaniu chwili obecnej jest umiejętność docenienia tego, co jest nam dane teraz. To doświadczenie, którego często nie doceniamy, a bez niego nie zrodzi się w nas radość, wdzięczność i poczucie szczęścia, które także muszą stać się doświadczeniem chwili obecnej, po to by ewentualnie móc przerodzić się w pewien stan, który nam towarzyszy na dłużej. Te wszystkie elementy składają się na coś, co Eckhart Tolle nazywa manifestacją życia. Być może też poniekąd o to chodziło Chrystusowi w Ewangelii, że ktoś, kto nie żyje świadomością chwili obecnej „nie ma życia w sobie”, bo nie będzie otwarty na łaskę chwili obecnej, przez którą Pan Bóg działa w naszym życiu.
Można zatem powiedzieć, że świadomość chwili obecnej przybliża nas do tajemnicy życia, które dzieje się tu i teraz. I w ten sposób następuje istotna zmiana naszej świadomości, która przenosi się z chęci osiągnięcia czegoś – także w medytacji – na postawę wejścia w Obecność, realizującą się tu i teraz i to z wdzięcznością za to, co otrzymujemy w tej chwili. A przecież łaska medytacji działa w nas właśnie w tej chwili, wraz ze słowem, które jej towarzyszy i które jest nośnikiem tej łaski.
To słowo, które towarzyszy medytacji uświadamia nam jeszcze jedną prawdę: że oto w naszym teraz zawiera się Boże teraz, które zstępuje w naszą codzienność łącząc w tym doświadczeniu transcendencję Boga i naszą immanencję.
Oczywiście owoce dobrego przeżycia chwili obecnej będą także widoczne w naszym życiu w przyszłości, ale zawsze, kiedy będziemy ich doświadczali będą one manifestowały się jako teraz, albo jak to pięknie nazywa ojciec John Main jako „Chrystusowe teraz”, czyli nasze otwarcie się na Jego łaskę, która przychodzi w chwili obecnej.