Medytacja – codzienne odniesienie do centrum naszego życia
Po opuszczeniu synagogi Jezus przyszedł do domu Szymona. A wysoka gorączka trawiła teściową Szymona.
I prosili Go za nią.
On, stanąwszy nad nią, rozkazał gorączce, i opuściła ją. Zaraz też wstała uzdrowiona i usługiwała im.
O zachodzie słońca wszyscy, którzy mieli cierpiących na rozmaite choroby, przynosili ich do Niego. On zaś na każdego z nich kładł ręce i uzdrawiał ich.
Także złe duchy wychodziły z wielu, wołając: «Ty jesteś Syn Boży!» Lecz On je gromił i nie pozwalał im mówić, ponieważ wiedziały, że On jest Mesjaszem.
Z nastaniem dnia wyszedł i udał się na miejsce pustynne. A tłumy szukały Go i przyszły aż do Niego; chciały Go zatrzymać, żeby nie odchodził od nich. (Łk 4, 38-44)
Ewangelia ukazuje Jezusa, który odwiedza Piotra w jego domu.
Warto skojarzyć ten obraz z codziennymi odwiedzinami Jezusa w moim domu. Więcej! W moim sercu! Jezus pragnie pobyć ze mną tam, gdzie jestem, gdzie żyję, zobaczyć to, czym żyję.
Jezus jednak nie przychodzi nieproszony. Jest Bogiem pokornym. Czeka na to aż Go zaproszę, aż otworzę mu drzwi. Przypomnijmy sobie słowa Pana Jezusa z Apokalipsy św. Jana: „Oto stoję u drzwi i kołaczę. Jeśli kto posłyszy mój głos i drzwi otworzy, wejdę do niego i będę z nim wieczerzał, a on ze Mną” (3,20). Zaproszeniem, otwarciem drzwi mojego serca przed Jezusem jest moja codzienna medytacja, modlitwa, zasłuchanie się w Jego słowo.
Stanę przy Jezusie, który zbliża się do chorej teściowej Piotra. On także nie boi się zbliżyć do tego, co w nas samych najbardziej potrzebuje uzdrowienia. My sami możemy nawet o tym nie wiedzieć. Dlatego modlitwa wewnętrzna jest zgodą na to, aby Bóg w moim sercu działał po swojemu. Jest zgodą na to, aby uzdrawiał we mnie przez dotyk słowa i dotyk łaski to wszystko, co musi być uzdrowione. „Zaufaj Mu a On sam będzie działał” – powie psalmista. [Ps 37,5] Medytacja jest modlitwą zaufania działaniu Boga i Jego słowa w nas, bez ograniczeń.
Medytacja, to nic innego, jak trwanie przy Jezusie, w Jego obecności, po to by doświadczyć Jego boskiej mocy. To pełne ufności oddanie Mu swojego serca, wszystkiego tego, co we mnie kruche, słabe, co potrzebuje uzdrowienia i wzmocnienia.
Ciekawe jest to, że Jezus spędza w domu Piotra tylko tyle czasu ile potrzeba. Działa, ale to nie działanie stanowi Jego centrum, miejsce Jego szczególnej uwagi. Gdy wykona to, co do niego należy oddala się na pustynię, po to by pobyć w samotności, by być tylko dla Ojca. To właśnie z tego doświadczenia czerpie On siły dla swojej codziennej działalności.
Medytacja zachęca nas, abyśmy naśladując Jezusa udawali się z Jezusem na pustynię. Aby być tylko dla Niego a przez Niego dla Ojca. A Tym, który wprowadza nas w relację z Ojcem jest Jezus.
Jezus swoją postawą uczy nas, że punktem centralnym naszego życia jest właśnie spotkanie z Ojcem, który mieszka w głębi człowieka, w jego sercu. Codzienna medytacja pozwala nam znajdować czas, który jest czasem wejścia w siebie. Jest odejściem od życia na peryferiach, życia zewnętrznego opartego na zmysłach, wrażeniach, instynktach po to, by wejść w przestrzeń życia duchowego, gdzie można doświadczyć bliskości Boga i skąd można zaczerpnąć sił do naszego codziennego działania, tak jak Jezus czerpał siły ze spotkania z Ojcem.
Jeszcze raz podkreślmy: To tu, w spotkaniu na modlitwie z Bogiem jest centrum naszego życia! To tu bije Źródło!
Jezus uczy nas swoją postawą, że bez tego duchowego odniesienia naszego życia do Boga, człowiek z łatwością się zagubi. Życie, które próbuje nas skupić na codziennej aktywności – choćby wydawała się ona konieczna i cenna – bez odniesienia do Boga będzie przynosiło mniej pożytku niż sądzimy a nawet więcej potrafi wyrządzić szkody naszej duszy.
Wejście w siebie w doświadczeniu medytacji jest drogą do poznania siebie i wewnętrznego doświadczenia Boga. „Pozwól Mi zabrać cię do najintymniejszego sanktuarium Mojego Serca, gdzie wychwalam Mojego Ojca, jako odwieczny Kapłan i gdzie ofiarowuję Mu siebie a wraz z e mną ciebie, jako nieustanna ofiara miłości. [In Sinu Jesu]
Serce – źródło dobra i zła
U Jezusa zebrali się faryzeusze i kilku uczonych w Piśmie, którzy przybyli z Jerozolimy. I zauważyli, że niektórzy z Jego uczniów brali posiłek nieczystymi, to znaczy nieobmytymi rękami. Faryzeusze bowiem, i w ogóle Żydzi, trzymając się tradycji starszych, nie jedzą, jeśli sobie rąk nie obmyją, rozluźniając pięść. I gdy wrócą z rynku, nie jedzą, dopóki się nie obmyją. Jest jeszcze wiele innych zwyczajów, które przejęli i których przestrzegają, jak obmywanie kubków, dzbanków, naczyń miedzianych.
Zapytali Go więc faryzeusze i uczeni w Piśmie: «Dlaczego Twoi uczniowie nie postępują według tradycji starszych, lecz jedzą nieczystymi rękami?»
Odpowiedział im: «Słusznie prorok Izajasz powiedział o was, obłudnikach, jak jest napisane: „Ten lud czci Mnie wargami, lecz sercem swym daleko jest ode Mnie. Ale czci Mnie na próżno, ucząc zasad podanych przez ludzi”. Uchyliliście przykazanie Boże, a trzymacie się ludzkiej tradycji».
Potem przywołał znowu tłum do siebie i rzekł do niego: «Słuchajcie Mnie, wszyscy, i zrozumcie! Nic nie wchodzi z zewnątrz w człowieka, co mogłoby uczynić go nieczystym; lecz to, co wychodzi z człowieka, to czyni człowieka nieczystym. Z wnętrza bowiem, z serca ludzkiego pochodzą złe myśli, nierząd, kradzieże, zabójstwa, cudzołóstwa, chciwość, przewrotność, podstęp, wyuzdanie, zazdrość, obelgi, pycha, głupota. Całe to zło z wnętrza pochodzi i czyni człowieka nieczystym». (Mk 7, 1-8a. 14-15. 21-23)
A gdyby tak dzisiejsze Słowo Boże potraktować dosłownie?
A gdyby zaopiekować się sierotami ze szkoły, do której chodzą twoje dzieci, czy pomagać wdowie, która mieszka w twojej kamienicy?
Albo gdyby z dzisiejszego psalmu uczynić prosty projekt na życie: „Ten, kto postępuje nienagannie, działa sprawiedliwie i mówi prawdę w swym sercu, kto swym językiem oszczerstw nie głosi. Kto nie czyni bliźniemu nic złego, nie ubliża swoim sąsiadom, kto za godnego wzgardy uważa złoczyńcę, ale szanuje tego, kto się boi Pana. Kto dotrzyma przysięgi dla siebie niekorzystnej, kto nie daje swych pieniędzy na lichwę i nie da się przekupić przeciw niewinnemu”.
Pomimo iż wierzymy, że to Prawo, które zostało nam przez Boga objawione w Piśmie Świętym, rzeczywiście jest sprawiedliwe i mądre, trudno nam je tak wprost przenieść na życie!
I na usprawiedliwienie mówimy: „Trzeba być rozsądnym! Nie można być fanatykiem religijnym!” Przecież Słowo Boże też trzeba mądrze interpretować i dostosować je do rzeczywistości, w której żyjemy…
Mówię o tym, bo faryzeusze, z którymi toczy już od kilku dni w Ewangelii spór Pan Jezus też postępowali podobnie.
Faryzeusze byli bardzo rozsądni. Precyzyjnie dopasowali Boże Prawo do swojej wizji życia. Skupili się na zewnętrznych gestach, na ludzkich tradycjach. Byli mistrzami życia religijnego – co nie przeszkadzało im gardzić bliźnimi. Przypomnijmy sobie choćby opowieść o modlitwie faryzeusza i celnika w Świątyni.
Jezus przestrzega dziś, że prawdziwe życie z Bogiem to coś o wiele więcej niż wykonywanie religijnych gestów i zachowywanie przepisów. Wymaga ono przemiany serca, którą zapowiadał Bóg już przez proroka Ezechiela: „Dam wam serce nowe i ducha nowego tchnę do waszego wnętrza, zabiorę wam serca kamienne, a dam wam serca z ciała”.
Co zatem winniśmy zrobić, żeby ustrzec się błędu faryzeuszy? Zaufajmy św. Jakubowi: „Przyjmijcie w duchu łagodności zaszczepione w was słowo, które ma moc zbawić dusze wasze. Wprowadzajcie zaś słowo w czyn, a nie bądźcie tylko słuchaczami oszukującymi samych siebie”. Wtedy doświadczymy, że przemiana serca a także naszego myślenia, które idzie w ślad za nim tak naprawdę nie jest naszym dziełem.
Często zdarza nam się tkwić w błędnym kole przekonań, że: Gdyby otaczający nas świat był lepszy, my też bylibyśmy lepsi. Tak myślimy często, próbując usprawiedliwić zło, którego się dopuszczamy.
Lubimy szukać winy i źródeł zła w ludziach wokół nas, mówiąc, że „takie mamy czasy”, albo „taki klimat”. Nasze małe ego broni się, jak tylko potrafi przed uznaniem winy. A samousprawiedliwienie umie się posłużyć wszystkim: społecznym przyzwoleniem, odwiecznymi zwyczajami, cechami wrodzonymi, znakiem zodiaku, a nawet religijnością.
Tymczasem, jak pisał Leszek Kołakowski w swoim eseju Jezus ośmieszony: „Zdolność poczucia winy jest warunkiem naszego człowieczeństwa. Ta zdolność czyni nas istotami ludzkimi, o czym przypomina nam już Księga Rodzaju. I dobrze! Jeśli bowiem nie umiemy czuć się winni – pisze dalej filozof – nie jesteśmy zdolni do odróżniania dobra od zła. A taka postawa byłaby dla nas samobójstwem. Mam na myśli takie odróżnianie, którego znaczenie, obiektywizm nie pochodzi od nas, którego nie możemy unieważnić, ani zmienić według naszej woli, czy kaprysu” a następnie z pewnym przerażeniem pisze: „Pomyślmy teraz o naszej europejskiej cywilizacji, o tym w jaki sposób odróżnienie dobra od zła w niej funkcjonuje, od kiedy wyzwoliła się – jeśli jeszcze nie całkowicie, to przynajmniej w dużym stopniu – od śmiesznych chrześcijańskich przesądów. Owo wielkie wyzwolenie, to ściśle rzec biorąc wyzwolenie od grzechu, od poczucia winy, czyli od osobistej odpowiedzialności. Jeżeli wyobrażam sobie, że grzeszę, współczesna filozofia podpowiada mi, że muszę po prostu pójść do psychoanalityka a on mnie wyleczy z moich urojeń. Jeśli zaś jestem zdrowy na umyśle, widzę jasno, że to „społeczeństwo”, „system” (cokolwiek miałoby to znaczyć) są odpowiedzialne za wszystko i są źródłem wszystkiego, co uważam za złe, czyli niezadowalające. Wyobrażenie, że zło jest we mnie, w tobie, w nim, w niej, jest wedle współczesnej filozofii godne pogardy i infantylne i trzeba się z niego jak najszybciej wyzwolić”
Jezus wywraca to myślenie do góry nogami i przypomina, że „nic nie wchodzi z zewnątrz w człowieka, co mogłoby uczynić go nieczystym; lecz co wychodzi z człowieka, to czyni człowieka nieczystym” (Mk 7, 15).
Grzechy, które wylicza, pochodzą z wnętrza człowieka, z jego serca, a nie z zewnętrznych okoliczności.
Mówiąc to, Jezus chce nam przypomnieć o odpowiedzialności, z której nic nie może nas zwolnić.
Nie chce, byśmy byli zakładnikami głupoty otępiającej sumienie i umysł. Wszak to właśnie ona demonizuje rzeczywistość, której się boimy: Nie bierz, nie kosztuj, nie dotykaj (por. Kol 2, 21).
Zło rodzi się wtedy, gdy posługujemy się stworzonymi rzeczami w niewłaściwy sposób lub gdy używamy ich niezgodnie z celem, którym jest miłość Boga i bliźniego. Konsekwencje, dobre lub złe, mają źródło w naszych decyzjach.
Ewangelia to zasada wolności chrześcijańskiej wobec całej natury. To, co stworzone, jest dobre, gdyż jest dziełem Boga oddanym w nasze ręce.
Fundamentem dobra i zła jest zawsze nasze serce – oświecone miłością lub zaćmione egoizmem.
W każdym z nas jest wolność decyzji.
To skarb złożony przez Boga w naszym sumieniu.
Nie warto tego skarbu sprzedawać za kilka srebrników samousprawiedliwienia, czy szukania winy na zewnątrz nas, które i tak na dłuższa metę nie przyniosą prawdziwego pokoju naszemu sercu.
Bo może je dać jedynie Boża miłość i Boże przebaczenie.
Abba
Gdy nadeszła pełnia czasu, Bóg zesłał swojego Syna, zrodzonego z niewiasty, zrodzonego pod Prawem, aby wykupił tych, którzy podlegali Prawu, abyśmy mogli otrzymać przybrane synostwo. Na dowód tego, że jesteście synami, Bóg wysłał do serc naszych Ducha Syna swego, który woła: „Abba, Ojcze”. A zatem nie jesteś już niewolnikiem, lecz synem. Jeżeli zaś synem, to i dziedzicem z woli Bożej. (Ga 4, 4-7)
Te słowa, które rozbrzmiewają w Liście św. Pawła „Abba Ojcze” doskonale pasują do tego, aby stać się wezwaniem modlitwy monologicznej. Modlitwa monologiczna, to szczególna modlitwa, która swój początek bierze w naszych sercach i wznosi się do Boga, niczym dym kadzidła.
Szczególnie w tym – przywołanym przez św. Pawła wezwaniu – jak i za każdym razem staje się ona modlitwą dziecka, Bożego dziecka. A wołanie dziecka czyni z modlitwy monologicznej modlitwę szczególnej bliskości. O tej bliskości zapewnia nas także sam Bóg, który wraz z tchnieniem, jakiego nam udziela a którego synonimem jest oddech towarzyszący naszej medytacji posyła do naszych serc Ducha Syna swego. Mamy więc pewność płynącą z wiary, że tych słów, które towarzyszą nam w medytacji monologicznej nie wypowiadamy sami, ale właśnie pod natchnieniem Ducha Świętego. To przekonanie także uzasadnia św. Paweł, który mówi w innym miejscu: „Nikt nie może powiedzieć bez pomocy Ducha Świętego: «Panem jest Jezus»” [1 Kor 12, 3].
To wołanie „Abba Ojcze”, podobnie jak wołanie „Panie Jezu, Synu Boży, ulituj się nade mną grzesznikiem”, czy też wołanie „Jezu, ufam Tobie” kształtuje w naszych sercach właściwy obraz Boga. Często my – Jego dzieci – nosimy w naszych sercach na skutek różnych życiowych doświadczeń niewłaściwy obraz Boga. Powiem więcej: ten obraz potrafi być zły i zabójczy dla naszej relacji z Bogiem i naszego życia duchowego.
Zwłaszcza doświadczenie słabości i grzechu niszczy w nas prawdziwy obraz Boga. Szatan często rysuje w naszej wyobraźni zgoła inny obraz, obraz „mściwego boga”, którego wyobrażamy sobie, jako policjanta lub surowego sędziego, uciekamy przed nim, chowamy się, jak Adam i Ewa po grzechu pierworodnym. Wydaje nam się, iż Bóg nie chce słuchać grzesznika; że grzech pozbawia nas prawa przystępu do Boga.
I właśnie w takiej sytuacji, kiedy doświadczeni grzechem i sparaliżowani lękami nie potrafimy zwrócić się do Boga, z pomocą przychodzi nam Ona – Maryja, Święta Boża Rodzicielka, o której nie sposób nie wspomnieć dzisiaj w przededniu Jej uroczystości. Jest Matką miłosierdzia, jest Matką grzeszników, jest Matką medytacji monologicznej, bo przecież kto, jak nie Ona proponuje nam bardzo podobną modlitwę – Różaniec. I nawet, jeśli komuś nie po drodze z tą modlitwą, jeśli dla kogoś jest ona modlitwą trudną, to dla tych, którzy modlą się nią jest niemal oczywiste, że przynosi bardzo konkretne i tożsame owoce w życiu modlącego się, co medytacja monologiczna. Zresztą – to nie tylko moje własne doświadczenie – ale też wielu osób, które dzielą się podobnym, że medytacja monologiczna pozwoliła im na nowo odkryć wartość modlitwy różańcowej i dzięki skupieniu i uważności, jakiego uczy nas medytacja na nowo odkryć w różańcu „swoją modlitwę”.
Maryja, którą często nazywamy Mistrzynią życia duchowego, czy Przewodniczką na drodze wiary przekonuje mnie jak bardzo kochającego Ojca mamy w Bogu, skoro daje nam taką Matkę, Przewodniczkę i Opiekunkę.
Święty Paweł pisze dzisiaj, że dowodem na to, że rzeczywiście zostaliśmy przez Boga zaadoptowani jest obecność w naszych sercach Ducha Świętego, który jest Duchem Jezusa. Ta obecność Ducha łączy nas z Maryją, która jako pierwsza została Nim napełniona i dlatego uczy nas Ona nowej pobożności – pobożności płynącej prosto z serca przepełnionego miłością. W tę duchowość wpisuje się modlitwa serca – medytacja monologiczna. Duch Syna Bożego „krzyczy” w sercu Maryi wdzięcznością hymnu Magnificat. Niech będzie także w naszych sercach źródłem pełnego miłości i wdzięczności wołania płynącego w rytmie oddechu: „Panie Jezu, Synu Boży, ulituj się nade mną grzesznikiem”.
Modlitwa na rozpoczęcie medytacji:
Panie Boże,
prosimy Cię, aby ta prosta i cicha modlitwa była skierowana na większą chwałę Twojego Boskiego Majestatu i na Jego służbę.
Aby każdy oddech był doświadczeniem Twojej Boskiej Miłości i Twojego Miłosierdzia.
Aby każde słowo modlitwy było udziałem w życiu, śmierci i zmartwychwstania Jezusa.
Aby każdy powrót do modlitewnego wezwania był wyznaniem, że Jezus Chrystus jest naszym Panem i Bogiem.
Maryjo, przyjmij nasze myśli, uczucia i nasze ciała zaangażowane w tę modlitwę, tak jak przyjęłaś swojego Syna, Jezusa Chrystusa i powierz Mu je z ufnością. Amen
Trudne pytanie
W synagodze w Kafarnaum Jezus powiedział:
«Ciało moje jest prawdziwym pokarmem, a Krew moja jest prawdziwym napojem».
A wielu spośród Jego uczniów, którzy to usłyszeli, mówiło: «Trudna jest ta mowa. Któż jej może słuchać?»
Jezus jednak, świadom tego, że uczniowie Jego na to szemrali, rzekł do nich: «To was gorszy? A gdy ujrzycie Syna Człowieczego wstępującego tam, gdzie był przedtem? To Duch daje życie; ciało na nic się nie zda. Słowa, które Ja wam powiedziałem, są duchem i są życiem. Lecz pośród was są tacy, którzy nie wierzą».
Jezus bowiem od początku wiedział, którzy nie wierzą, i kto ma Go wydać. Rzekł więc: «Oto dlaczego wam powiedziałem: Nikt nie może przyjść do Mnie, jeżeli nie zostało mu to dane przez Ojca». Od tego czasu wielu uczniów Jego odeszło i już z Nim nie chodziło. Rzekł więc Jezus do Dwunastu: «Czyż i wy chcecie odejść?»
Odpowiedział Mu Szymon Piotr: «Panie, do kogo pójdziemy? Ty masz słowa życia wiecznego. A my uwierzyliśmy i poznaliśmy, że Ty jesteś Świętym Bożym».(J 6, 55. 60-69)
„Trudna jest ta mowa”…
Te słowa zaskakują, bo przecież mówią o Ewangelii. O dobrej nowinie! O radosnej nowinie!
Być chrześcijaninem to również chodzić za Chrystusem. Naśladować Go.
Ewangelia jest dla nas drogą prowadzącą do szczęścia. Kiedy jednak zrozumiemy, że ta droga niekoniecznie i nie zawsze pokrywa się a naszymi pragnieniami i wizjami szczęścia, że droga do zmartwychwstania prowadzi przez krzyż, choć my wolelibyśmy, aby nasze życie było lekkie i przyjemne, wówczas okazuje się, że pokusa odejścia czy też porzucenia Ewangelii jest ciągle realna.
A pytanie Jezusa: „Czy i wy chcecie odejść?” – wciąż aktualne.
Wielu dzisiaj usprawiedliwia swoje odejście z Kościoła słowami: „Chrystus tak, kościół nie!” Lecz Jezus przestrzega przed taką prostą konstatacją mówiąc, że ten, kto nie będzie spożywał Ciała Syna Człowieczego i nie będzie pił Krwi Jego – a te można otrzymać jedynie w Kościele – nie będzie miał życia w sobie… I dopowie: że karmienie się Eucharystią jest koniecznym warunkiem wskrzeszenia człowieka i dostąpienia życia wiecznego. [por. J 6, 53 nn]
Kto zatem ma rację? Ci którzy twierdzą, że do realizowania swojego życia wiary nie potrzebują Kościoła? Czy też Jezus, który mówi, że bez karmienia się Nim, nie możliwe jest też trwanie w Nim, co można by określić najprostszą definicją tego, czym jest wiara.
Chrystus chce nas przekonać, że tak jak jedzenie chleba jest czymś normalnym i codziennym, tak samo powinno być z przyjmowaniem Komunii Świętej dla człowieka wierzącego. Każdorazowe spożywanie Ciała Chrystusa to zapraszanie Go do swojego życia, to otwieranie przed Nim serca.
Choć to właśnie ta nauka skłoniła słuchaczy Jezusa do stwierdzenia: „Trudna jest ta mowa. Któż jej może słuchać…”
Zdanie Jezusa: „Ciało moje jest prawdziwym pokarmem, a Krew moja jest prawdziwym napojem” powoduje konflikt, kiedy człowiek trzeźwo analizuje słowa Jezusa… W słuchaczach pojawiają się wątpliwości…
Jak to? Spożywać Jego Ciało… pić Jego Krew? Może tu chodzi o jakiś symbol? I kiedy człowiek próbuje do tego podejść wyłącznie racjonalnie, wówczas „wymięka”… i mówi: trudna jest ta mowa… Owszem jest trudna…
Bo tu trzeba czegoś więcej niż rozumu, trzeba wiary… i zaufania… że Jego Słowo jest prawdą… skoro On tak powiedział…
„Lecz pośród was są tacy, którzy nie wierzą”.
Jezus widzi niewiarę i mówi o tym wprost. Widzi zapewne i dzisiejszą niewiarę w świecie, który dawniej był przeniknięty wiarą. Smutny i bolesny jest widok pustych kościołów i seminariów, przypominających o uczniach, którzy odeszli i już nie chodzą z Jezusem. Tyle ołtarzy, przy których nie jest już sprawowana Eucharystia. Coraz mocniejsze są dziś głosy „postępowych” teologów i pasterzy, że nie należy się użalać nad zjawiskiem sekularyzacji, że trzeba pogodzić się z upadkiem kultury przenikniętej wiarą, bo w gruncie rzeczy sekularyzacja daje wspaniałą szansę na nową, bardziej dojrzałą formę chrześcijaństwa.
Czy pośród nas nie ma również takich, którzy nie wierzą?… Którzy chodzą do kościoła z przyzwyczajenia… bo rodzice chodzili… dziadkowie chodzili, więc tradycję trzeba podtrzymać…
Warto czasem zatrzymać się i zapytać: dlaczego próbuję chodzić za Jezusem? Co mnie powstrzymuje przed odejściem, jaki dzisiaj wielu czyni?
Jezus pozwala by każdy chodził z Nim… Nawet ten, który dzisiaj ma słabą wiarę, który przeżywa jej kryzys. Nikogo nie odrzuca! Nawet tych, którzy przestają wierzyć, o których wie, że… odejdą.
W doświadczenie wiary zawsze wpisany jest pewien rodzaj próby… Dobrze jest chodzić z Jezusem, kiedy rozmnaża chleb… kiedy uzdrawia chorych… i robi wiele innych ciekawych rzeczy… Dobrze jest być w Jego towarzystwie, gdy przemienia wodę w wino… albo wskrzesza umarłych…albo gdy na Jego wezwanie ucichnie jakaś życiowa burza…, albo gdy pobłogosławi naszym planom…
Ale gdy Jego nauka staje się dla nas ciężka, wymagająca, nie do pogodzenia ze współczesnym rozwojem człowieka a jeszcze bardziej, gdy wymaga od nas zgody na jakiś rodzaj krzyża w naszym życiu… Wówczas rodzi się pokusa, żeby odejść.
Tak zrobiło wielu Jego uczniów…
Stąd pytanie Jezusa: „Czyż i wy chcecie odejść?”
Dramatycznie brzmi to pytanie Pana w chwili obecnego kryzysu Kościoła. Jest tyle powodów, aby go porzucić. Media, uniwersytety, polityka, prawo, kultura robią wszystko, by zachęcić do apostazji. Jezus nie robi wiele na swoją obronę. Nie wzywa do podjęcia twórczego dialogu z niewiarą.
„Czyż i wy chcecie odejść?”
To pytanie jest oznaką pełnego zaufania do człowieka. Do ciebie i do mnie!
Każdy ma wolną wolę i choć Bóg wie, co zrobimy, zanim pomyślimy o tym, to jednak ciągle wierzy, że podejmiemy słuszną decyzję…
Poniekąd każda chwila próby zawiera w sobie pytanie: „Czy chcesz odejść?”
Możesz to zrobić… Ja nie mogę Cię zatrzymać na siłę… Nie mogę Cię przywiązać do siebie złotym łańcuchem… To byłoby nie fair wobec Ciebie…
Dałem Ci wolną wolę, więc możesz decydować… Możesz zostać… i możesz odejść…
Znamienna jest odpowiedź Piotra: „Panie, do kogóż pójdziemy? Ty masz słowa życia wiecznego. A myśmy uwierzyli i poznali, że Ty jesteś Świętym Boga”. To wyznanie Piotra jest aktem wiary… Potwierdzeniem, że gdybyśmy nie wierzyli, już dawno by nas tutaj nie było.
Prawdziwa wiara jest zawsze wyborem, jest ryzykiem postawienia wszystkiego na jedną kartę… Jest przekonaniem silniejszym niż nasze wątpliwości, że Jezus ma słowa życia wiecznego…
Więc gdybyśmy odeszli to dokąd?
Módlmy się o taką wiarę… o to byśmy w pełni świadomie i w wolności potrafili powtórzyć za Piotrem, że „Słowa, które Jezus mówi do nas, są dla nas duchem i są życiem”.
I że to właśnie z tego powodu warto przy Nim trwać bez względu na wszystko.




