Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Trzy góry

Jezus wziął z sobą Piotra, Jakuba i Jana i zaprowadził ich samych osobno na górę wysoką. Tam się przemienił wobec nich. Jego odzienie stało się lśniąco białe, tak jak żaden na ziemi folusznik wybielić nie zdoła. I ukazał się im Eliasz z Mojżeszem, którzy rozmawiali z Jezusem.

Wtedy Piotr rzekł do Jezusa: «Rabbi, dobrze, że tu jesteśmy; postawimy trzy namioty: jeden dla Ciebie, jeden dla Mojżesza i jeden dla Eliasza». Nie wiedział bowiem, co powiedzieć, tak byli przestraszeni.

I zjawił się obłok, osłaniający ich, a z obłoku odezwał się głos: «To jest mój Syn umiłowany, Jego słuchajcie!» I zaraz potem, gdy się rozejrzeli, nikogo już nie widzieli przy sobie, tylko samego Jezusa.

A gdy schodzili z góry, przykazał im, aby nikomu nie rozpowiadali o tym, co widzieli, zanim Syn Człowieczy nie powstanie z martwych. Zachowali to polecenie, rozprawiając tylko między sobą, co znaczy „powstać z martwych”. (Mk 9, 2-10)

Choć w centrum wydarzeń przywołanych przez dzisiejszą liturgię słowa stoi Góra Tabor – zwana Góra Przemienienia, to tak naprawdę Słowo Boże pokazuje nam dziś trzy góry.

Najpierw stajemy przed górą w krainie Moria. Bóg wystawia Abrahama na okrutną próbę. W słuchającym tej opowieści z Księgi Rodzaju rodzi się pytanie: Czy ktokolwiek – nawet sam Bóg – może żądać zabicia własnego dziecka? Dziecka jedynego, umiłowanego? Dzisiaj oczywiście inaczej patrzymy na tamto wydarzenie, znamy jego szczęśliwe zakończenie. Dzisiaj wiemy, że była to jedynie próba wiary Abrahama, próba która wydaje się konieczna na drodze duchowego dojrzewania, bo to dzięki próbie człowiek poznaje siebie, ale przede wszystkim poznaje Boga, który nie odwołuje danych obietnic. Abraham otrzymał dzięki temu doświadczeniu ostateczny dowód, że Pan nie jest okrutnikiem, który gra z człowiekiem w jakąś niezrozumiałą grę. Widzi Jego dobroć w baranku, którego przygotował na ofiarę, choć być może jeszcze nie dostrzega w nim zapowiedzi Baranka Bożego, który osiemnaście wieków później złoży swoje życie w darze dla zbawienia człowieka.

Jest taki żydowski midrasz Genesis Rabba, w którym znani rabini tłumaczą duchowy wymiar tej historii: „Rabbi Jonatan mówi: Garncarz nigdy nie próbuje uszkodzonych dzbanów. Nie mógłby bowiem nawet jeden raz w nie stuknąć, nie rozbijając ich. Co więc próbuje? Próbuje dzbany dobrej jakości, może w nie bowiem uderzać, nie niszcząc ich. Tak samo człowiek nie osiągnie świętości, nie będąc poddanym próbie przez Najwyższego, nie poddaje On próbie łotrów, lecz sprawiedliwych (…). Rabbi Josi bar Hanina mówi: Kiedy tkacz lnu jest pewny jakości swego płótna? Im więcej go uderza, tym lepszy len się staje. Im mocniej go tłucze, tym bardziej staje się błyszczący” (45, 2).

Następnie Ewangelista Marek zabiera nas na górę Przemienienia, gdzie spotykamy Piotra, Jakuba i Jana wraz z Jezusem. Trzej Apostołowie zaproszeni przez Pana do wspólnej wędrówki są świadkami Jego modlitwy, rozmowy z Mojżeszem i Eliaszem, widzą swojego Mistrza w chwale nieba i słyszą głos Boga skierowany bezpośrednio do nich: „To jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie, Jego słuchajcie!” (Mt 17, 5b).

Zatrzymajmy się chwilę na tej górze… Apostołowie już raz wypełnili polecenie pójścia za Jezusem, gdy zostawili sieci i zostali Jego uczniami. Teraz też są z Nim, bo sam ich zaprosił na wędrówkę. Idą w ciemno, bez zabezpieczeń, bez dokładnie wyznaczonego czasu dojścia do celu. Idą, bo idzie z nimi ich Mistrz. Idą, by po trudach wspinaczki widzieć Boga w świetle, by dotknąć tajemnicy, a potem zejść ze szczytu do pozostałych Apostołów i wraz z nimi wędrować dalej.

Dalej – to znaczy ku Jerozolimie, miejscu śmierci i zmartwychwstania Boga.

Ta scena uświadamia nam, że takie jest też moje (i Twoje) życie wiary. Z wiedzą sięgającą „dziś”, na jeden etap drogi, bo o kolejny zatroszczy się Pan. W swoim czasie wyznaczy szlak i zadanie, które trzeba podjąć. Przypomina to trochę harcerskie podchody, gdy ostateczny cel jest znany, ale o sposobie dojścia do niego dowiadujemy się wędrując i czytając zostawione wskazówki.

W doświadczeniu wiary ważne jest byśmy nie stracili ufności w to, że w wędrówce przez życie idzie z nami Pan, który doskonale zna naszą kondycję duchową. Mamy Go słuchać, a On tak zaplanuje wędrówkę, by tam gdzie się tego najmniej spodziewamy rozświetlić nasze „teraz” blaskiem swojego Oblicza.

Ale Góra Tabor nie jest miejscem, gdzie możemy się zatrzymać. Ona jest tylko przystankiem w drodze (podobnie jak wszelkiego rodzaju duchowe pocieszenia i doświadczenia mistyczne, których możemy doświadczyć w naszym życiu). Musimy z niej zejść by powrócić co świata naszej codzienności, ale na ten powrót zostaje nam dana ważna rada a jednocześnie warunek naszego powodzenia w wędrówce przez codzienność: „Jego słuchajcie!”

Na Górze Tabor Ten, który kiedyś obiecywał Abrahamowi błogosławione potomstwo, teraz objawia Potomka, w którym wypełni się całe błogosławieństwo i przez którego „wszystkie ludy ziemi będą sobie życzyć szczęścia”. Ale to, co widzimy i słyszymy na górze Przemienienia, jest nadal tylko zapowiedzią.

Wypełnienie obietnicy dokonało się dopiero na trzeciej górze. Gdzie ją znajdziemy? Odpowiedzi udziela nam św. Paweł: „On, który nawet własnego Syna nie oszczędził, ale Go za nas wszystkich wydał, jakże miałby nam wraz z Nim i wszystkiego nie darować?”.

Trzecia góra to góra Ukrzyżowania. Tam dokonuje się Wypełnienie. Bóg zatrzymał rękę Abrahama, gdy ten sięgnął po nóż, aby zabić swego syna. Śmierć Izaaka byłaby bezsensowna, na próżno by umarł. To dopiero ofiara Jedynego Syna, Syna Umiłowanego, przynosi usprawiedliwienie. Bóg, który mówił do Abrahama, nie jest Bogiem okrutnym, nieludzkim. On staje się jednym z nas, żeby za nas siebie samego ofiarować.

Ośmielony tą niewiarygodną miłością Boga św. Paweł napisze:

„Któż może wystąpić z oskarżeniem przeciw tym, których Bóg wybrał? Czyż Bóg, który usprawiedliwia? Któż może wydać wyrok potępienia? Czy Chrystus Jezus, który poniósł za nas śmierć, co więcej – zmartwychwstał, siedzi po prawicy Boga i przyczynia się za nami?”.

I tak się zrealizowało błogosławieństwo przez Potomka Abrahama. Błogosławieństwo, w którym my także mamy udział.

Jezusowa lekcja o modlitwie

Jezus powiedział do swoich uczniów:

«Modląc się, nie bądźcie gadatliwi jak poganie. Oni myślą, że przez wzgląd na swe wielomówstwo będą wysłuchani. Nie bądźcie podobni do nich! Albowiem wie Ojciec wasz, czego wam potrzeba, zanim jeszcze Go poprosicie.

Wy zatem tak się módlcie:

Ojcze nasz, który jesteś w niebie, niech się święci Twoje imię! Niech przyjdzie Twoje królestwo; niech Twoja wola się spełnia na ziemi, tak jak w niebie. Naszego chleba powszedniego daj nam dzisiaj; i przebacz nam nasze winy, tak jak i my przebaczamy tym, którzy przeciw nam zawinili; i nie dopuść, abyśmy ulegli pokusie, ale nas zachowaj od złego. (Mt 6, 7-13)

Wciąż dźwięczą mi w uszach i w sercu słowa lekcji o modlitwie, jakiej udzielił nam Jezus we wczorajszej Ewangelii. Dlatego pozwólcie, że powrócę do niej. Czy tym, co do nas mówi Jezus chce nas zniechęcić do długiej i wytrwałem modlitwy, jak sądzą niektórzy? Bynajmniej! Przecież On sam – jak opisują to Ewangeliści – spędzał na modlitwie całe noce. On także wielokrotnie motywuje swoich uczniów, aby na modlitwie byli wytrwali zachęcając do tego, że „zawsze powinni się modlić i nie ustawać” [Łk 18,1]

Dla mnie osobiście Jezusowa nauka o modlitwie z jej przykładem w formie Modlitwy Pańskiej jest tą, która pragnie porządkować nasze życie i to nie tylko duchowe.

Przestroga przed gadatliwością jest dla mnie przypomnieniem o tym, że przede wszystkim powinienem słuchać. To zasada, która jest potrzebna zarówno w relacji z Bogiem jaki i relacji z drugim człowiekiem. Jak wiele nieporozumień rodzi się z barku słuchania zarówno w naszym patrzeniu na Pana Boga jak i  w naszym patrzeniu na drugiego człowieka.

Wezwanie Ojcze nasz przypomina mi, że Bóg jest Ojcem wszystkich: wierzących i niewierzących, ochrzczonych i nieochrzczonych, tych, którzy podzielają mój sposób myślenia i tych, którzy myślą inaczej… A skoro On jest Ojcem, to my winniśmy być dla siebie braćmi i siostrami.

Święć się imię Twoje, przyjdź królestwo Twoje, bądź wola Twoja… Uwalniają mnie od zbytniego skupienia się na sobie, kręcenia wokół siebie i przypominają, że to Jego wola a nie moja mas się spełniać, że to wokół Jego imienia – tego przywoływanego przeze mnie po tysiące razy w medytacji – ma się wszystko obracać a nie wokół mojego…

… i że to dotyczy zarówno nieba i ziemi, zarówno mojego życia jak i życia innych.

Słowa chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj przypominają mi o konieczności życia wdzięcznością, bo nieustannie otrzymuję od Boga więcej niż jest mi potrzebne i więcej niż na to zasługuję i przestrzegają, żeby tego nie zmarnować…

I odpuść nam nasze winy, które tak naprawdę nie są czymś, co dotyka jedynie chwili obecnej, ale że każdy grzech popełniony przeze mnie dzisiaj staje się ponadczasowy i sięga… dwa tysiąc lat wstecz, stając się kolejna raną na umęczonym ciele Jezusa w czasie Jego męki.

I przebacz nam, bo każda nieprzebaczona wina jest jak kolejny kolec w koronie cierniowej Chrystusa i decyzją przez którą sami siebie okradamy z łaski Jego przebaczenia.

I  nie wódź nas na pokuszenie, byśmy nie utonęli w świecie, lecz mogli dotrzeć do przystani, której na imię WIECZNOŚĆ Z BOGIEM.

Tak zatem szkoła Jezusowej modlitwy porządkuje moje życie. Często tak nieuporządkowane…

To o tym mówił także ojciec Jan Bereza OSB, którego dziesiątą rocznicę śmierci właśnie obchodzimy, więc nich będzie mi wolno przywołać dziś w komentarzu jego własne słowa:

„Dzisiejszemu człowiekowi brakuje uporządkowania, brakuje modlitwy, brakuje wewnętrznego pokoju… Brakuje mu samego siebie! W każdym z nas budzi się niejednokrotnie tęsknota za ciszą i oderwaniem od zgiełku świata. Z tym pragnieniem łączy się większe zrozumienie i większa otwartość dla praktyki medytacji i kontemplacji. Cisza medytacji pozwala nam dostrzec, że najbardziej prozaiczne czynności dnia codziennego mogą stać się dla nas okazją do uwielbienia Boga a zarazem ważnym duchowym ćwiczeniem uważności i wierności realizowanej w rzeczach małych. Medytacja wprowadzając doświadczenie jedności i pokoju w nasze serce uczy nas przezwyciężania podziału naszego życia na sacrum i profanum. Gdy św. Paweł zachęca nas, abyśmy we wszystkim, co czynimy wychwalali Pana chce uczyć nas, aby nasza modlitwa, tak jak i nasza praca, która może się stać modlitwą przy odpowiedniej motywacji angażowały całego człowieka tzn. jego umysł, serce i ciało. Taka postawa sprawia, że w tym, co robimy nie będzie w nas rozdwojenia a będzie wewnętrzna jedność cechująca ludzi modlitwy, ludzi Boga”. [z osobistych notatek z konferencji ojca Jana czerwiec AD 1996]

Praktyka medytacji uczy mnie, że Bóg mówi do mnie zawsze. Mówi przez swoje słowo i swoje milczenie, przez ciszę i przez liturgię a nade wszystko przez miłość, której oznaki można odnaleźć wszędzie. Trzeba mieć tylko szeroko otwarte oczy i serce…

Boże, nie daj nam nigdy zapomnieć,

że Ty mówisz do nas także i wtedy,

kiedy milczysz…

 

Przez miłość do nas milczysz,

Przez miłość do nas mówisz.

Bo czy milczysz, czy mówisz,

Zawsze jesteś tym samym Ojcem…

 

Prowadzi nas Twój głos,

Wychowuje nas Twoje milczenie. [S. Kierkegaard]

Wyjść na pustynię

Duch wyprowadził Jezusa na pustynię. A przebywał na pustyni czterdzieści dni, kuszony przez Szatana, i był ze zwierzętami, aniołowie zaś Mu służyli.

Gdy Jan został uwięziony, Jezus przyszedł do Galilei i głosił Ewangelię Bożą. Mówił: «Czas się wypełnił i bliskie jest królestwo Boże. Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię!» (Mk 1, 12-15)

Ewangelista Marek nie należy do autorów zanudzających czytelnika niekończącymi się opisami przyrody lub drobiazgowym rejestrem wewnętrznych stanów ducha przedstawianych postaci. Jego styl jest prosty. Dlatego wymaga wolnej, skupionej lektury, bardziej medytacji niż takiego sposobu czytania, do którego przyzwyczaiły nas nagłówki w gazetach.

Na początku Wielkiego Postu dostajemy króciutki fragment Ewangelii, w którym w lapidarnym skrócie Marek opisuje pobyt Jezusa na pustyni.

Opis jest tak krótki, że słuchając go w kościele w czasie Mszy świętej, możemy w ogóle nie usłyszeć jego treści. Ledwo wstaliśmy, już trzeba siadać. Może umknąć naszej uwadze pustynia, na którą Duch wyprowadził Jezusa, podobnie jak wcześniej Mojżesza, Eliasza czy innych proroków. Możemy nie zauważyć pojednanego całego stworzenia, świata anielskiego, ludzkiego i zwierzęcego, gdy Jezus pokonał szatańskie pokusy. A już zupełnie może przejść nam mimo uszu, że jesteśmy świadkami momentu przełomowego nie tylko w życiu Jezusa, ale otwierającego nowy rozdział historii całego kosmosu, a Jego słowa o „bliskim Królestwie Bożym” są pierwszymi, które wypowiada w Ewangelii.

Myślę, że Wielki Post, to dobry czas na uczenie się takiego czytania naszego życia, które pozwoli nam odkryć, ile Boga w nim jest, a ile umknęło naszej uwadze.

Na pustyni Jezus przebywał czterdzieści dni. W ten sposób „kontynuował” tradycje liczby czterdzieści w historii zbawienia: czterdzieści dni trwał potop oczyszczający ludzkość z grzechu; czterdzieści lat wędrował Izrael przez pustynię do Ziemi Obiecanej; czterdzieści dni o chlebie i wodzie szedł Eliasz na spotkanie z Bogiem na górę Horeb. Liczba czterdzieści ma znaczenie symboliczne. Oznacza między innymi czas dojrzewania, oczyszczenia; czas nawrócenia, pokuty, powrotu.

Kościół rozpoczynając okres Wielkiego Postu zaprasza również nas niejako na pustynię. Czterdziestodniowy czas postu – o ile będzie dobrze wykorzystany – może stanowić swoiste rekolekcje, które przypominają wędrówkę Izraela przez pustynię.

Bóg chciał, aby ten czas był dla Ludu Wybranego czasem oczyszczenia, pogłębienia więzi, uświadomienia sobie szczególnego wybrania, głębszej miłości. Tymczasem okazał się czasem odejść, niewierności, szemrania, wątpliwości, niewiary i kuszenia Pana Boga.

W naszej wędrówce przez pustynię życia jest podobnie…

Nie zawsze chcemy iść drogą, którą prowadzi nas Bóg, wybieramy własny sposób na życie i szczęście. Niejednokrotnie brak nam odwagi, wytrwałości, cierpliwości; brak szczerości, ufności i wiary. Często idziemy przez pustynię życia samotnie, próbując uciec przed krzyżem, do którego zaprasza nas Pan Bóg a jednocześnie mnożąc i uginając się pod „krzyżami”, które sami na siebie nakładamy, niejednokrotnie naszymi niemądrymi wyborami.

Nie wiem, kto z Was miał okazję być na pustyni!? Moje osobiste doświadczenie jednak podpowiada mi, że pustynia ma coś wspólnego z pielgrzymką. Jeśli ktoś z Was był choć raz na pielgrzymce np. do Częstochowy, to z pewnością potwierdzi te intuicję.

W codziennym życiu zazwyczaj Panu Bogu poświęcamy jedynie dłuższe lub krótsze chwile. Podczas pielgrzymki całe nasze życie, 24 godziny na dobę, jest dla Pana Boga. Dla Niego jest nasza modlitwa, a także nasz wysiłek, zmęczenie, odciski na stopach.     W czasie pielgrzymki nasza codzienność jest przeżywana w Bożej obecności i tego między innymi możemy się tam nauczyć, próbując tak żyć już po powrocie do domu. Pielgrzymka uczy nas również stawiania sobie wymagań i zmagania się z trudnościami. Ma to wymiar ofiary, ale również jest czymś, co się przydaje potem w codziennym wzrastaniu w wierze i ludzkiej dojrzałości.

Nie każdy z nas może wyjść na pustynię lub pójść na pielgrzymkę. Na szczęście dla nas znalazł się w ciągu roku okres zwany Wielkim Postem, abyśmy spróbowali, trwając w codzienności, przeżyć czas pustyni, czas pielgrzymki. Będzie to oczywiście trudniejsze, bo sprawy domowe i zawodowe nie sprzyjają pozostawaniu na duchowej pustyni. Ale z całą pewnością możemy spróbować powalczyć o więcej czasu dla Pana Boga, np. przez uczestnictwo w drodze krzyżowej lub gorzkich żalach. Możemy postanowić, że będziemy uczestniczyć w Eucharystii częściej niż tylko w niedziele, możemy zatroszczyć się, by znaleźć więcej czasu na codzienną modlitwę lub czytanie Pisma Świętego, albo też dobrą lekturę. (Szczególnie polecam na ten czas np. „Listy z pustyni” Carlo Carretto – duchowego syna błogosławionego Karola de Foucauld, książkę wyjątkową, która ułatwia przeżycie takiego doświadczenia także na pustyni wielkiego miasta).

Warto również podejmować wielkopostne umartwienia, pamiętając jednak, że – jak napisała św. Teresa od Jezusa – cenniejsze od wymyślanych przez nas umartwień jest przyjmowanie w duchu umartwienia trudności, które przynosi nam codzienne życie. Umartwienia wielkopostne wedle św. Teresy winny uczyć nas zgody na nasze życie a jedocześnie pokonywania pokusy ucieczki od niego – a to bywa niełatwą sztuką.

Bo jak pisał kilka stuleci temu Tomasz à Kempis w swoim dziele O naśladowaniu Chrystusa: „wielu ludzi zostało zwiedzionych przez ciągłe przenosiny, wynikające z błędnych wyobrażeń o innych miejscach”. Średniowieczny autor kierował je do zakonników, którzy rozczarowani swoimi współbraćmi, ciągle zmieniali wspólnoty w poszukiwaniu tej najdoskonalszej bo, jak twierdzili, ich rodzime wspólnoty nie pozwalały im w pełni się rozwijać. Jak łatwo się domyślić, mimo licznych wysiłków i ciągłych przenosin idealnego miejsca do swego rozwoju nigdy nie znajdowali.

Czy my nie ulegamy dziś pokusie ucieczki od sytuacji, relacji i ludzi, z którymi przyszło nam żyć, przekonani o tym, że gdybyśmy tylko byli w innym miejscu i z innymi osobami, to na pewno byłoby nam łatwiej a może osiągnęlibyśmy więcej?

Jezus przebywał na pustyni. Nie uciekł, od niej mimo, że była trudnym doświadczeniem. Z tego właśnie doświadczenia wyszedł umocniony, pokonując Szatana… Może więc czas Wielkiego Postu jest dobrą okazją do tego, abyśmy przestali narzekać na otaczającą nas rzeczywistość a uczyli się ją od Jezusa przyjmować, taką jaka jest, pamiętając, że właśnie to miejsce, gdzie Bóg stawia nas na co dzień jest miejscem naszego uświęcenia i dojrzewania w wierze i miłości.

Gdy się modlicie

Jezus powiedział do swoich uczniów:

«Strzeżcie się, żebyście uczynków pobożnych nie wykonywali przed ludźmi po to, aby was widzieli; inaczej bowiem nie będziecie mieli nagrody u Ojca waszego, który jest w niebie.

Kiedy więc dajesz jałmużnę, nie trąb przed sobą, jak obłudnicy czynią w synagogach i na ulicach, aby ich ludzie chwalili. Zaprawdę, powiadam wam: ci otrzymali już swoją nagrodę. Kiedy zaś ty dajesz jałmużnę, niech nie wie lewa twoja ręka, co czyni prawa, aby twoja jałmużna pozostała w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie.

Gdy się modlicie, nie bądźcie jak obłudnicy. Oni to lubią w synagogach i na rogach ulic wystawać i modlić się, żeby się ludziom pokazać. Zaprawdę, powiadam wam: otrzymali już swoją nagrodę. Ty zaś, gdy chcesz się modlić, wejdź do swej izdebki, zamknij drzwi i módl się do Ojca twego, który jest w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie.

Kiedy pościcie, nie bądźcie posępni jak obłudnicy. Przybierają oni wygląd ponury, aby pokazać ludziom, że poszczą. Zaprawdę, powiadam wam, już odebrali swoją nagrodę. Ty zaś, gdy pościsz, namaść sobie głowę i obmyj twarz, aby nie ludziom pokazać, że pościsz, ale Ojcu twemu, który jest w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie». (Mt 6, 1-6. 16-18)


Dzisiejsza medytacja wprowadza nas w czas Wielkiego Postu i uczy nas zawierzenia tego czasu, który po raz kolejny otrzymujemy w darze  od Pana Boga. Wielokrotnie w tym czasie usłyszymy wezwanie do nawrócenia.

Praktyka medytacji uczy wielkiej pokory wobec wezwania do nawrócenia. Niejednokrotnie gubi nas przekonanie, że nawrócenie, to przede wszystkim owoc naszego działania, tymczasem przychodzi ono zawsze jako dar od Pana Boga. Jedyne, co my możemy uczynić, to przygotować się i otworzyć na tę łaskę, która jako jedyna może nas przemieniać.

Jezus daje nam trzy punkty oparcia do dobrego przeżycia czasu przemiany: uczynki miłosierdzia, modlitwa i post.

Post. Trzeba przypomnieć, że nie polega on przede wszystkim na tym, że się nie je. Dzisiaj tę praktykę zastąpiła nam wstrzemięźliwość od mięsa, słodyczy, telewizji etc., ale z prawdziwym postem ma ona niewiele wspólnego. Post, który jest ograniczeniem naszych posiłków powinien pozwolić nam poczuć na własnej skórze, że naprawdę nie samym chlebem żyje człowiek.

Ojcowie Pustyni nauczali, że poszcząc, czyli odmawiając sobie pokarmów zyskujemy dwie cenne wartości: czas i określone środki finansowe. Co z nimi zrobić? Zaoszczędzony czas należy przeznaczyć na modlitwę, a tym, co materialnie zaoszczędziliśmy, trzeba podzielić się z najuboższymi. I to są właśnie dwa kolejne wymiary dopełniające praktykę postu: modlitwa i pomoc najuboższym (jałmużna). Bez nich poszczenie – i sam Wielki Post – wydając się tracić głębszy sens. Zwłaszcza, że sam post, bez kolejnych dwóch praktyk, na które wskazuje Chrystus byłby wypełnieniem Jego nakazu jedynie w jednej trzeciej.

Pan Jezus mówi nam też, że to wszystko ma odbywać się w ukryciu. Medytacja uczy nas takiego ukrytego działania. Uczy nas pokory, bo sprawia, że owoce naszej praktyki łatwiej przypisać Bożej łasce niż swojemu wysiłkowi. I tak powinno być z całym Wielkim Postem a w konsekwencji z całym naszym życiem.

Trzy wartości Wielkiego Postu powinny rozpalić w nas na nowo pragnienie odnowienia naszego życia.

Dyskretna dobroczynność uwrażliwia nasze serca na potrzeby drugiego człowieka, również te niewypowiedziane, które można dostrzec jedynie sercem.

Odnalezienie swojej izdebki do medytacji i modlitwy uwrażliwia nasze serca i daje możliwość zdiagnozowania i zapobieżenia temu wszystkiemu, co w naszym życiu próbuje zająć miejsce należne jedynie Bogu.

I wreszcie wartość postu, który uczy nas budowania naszego życia w oparciu o zaufanie Bogu bardziej niż własnym siłom a ponadto uczy nas tak potrzebnego dystansu do tego, bez czego wydaje nam się, że nie potrafimy żyć, poszerzając wolność naszego serca.

Czas dobrego przeżycia Wielkiego Postu to nic innego jak chęć naśladowania Jezusa w tym, jak On przeżył te czterdzieści dni na pustyni [Mt 4, 1-2]. Jezus zaprasza nas do wyjścia z Nim na pustynię, byśmy przy pomocy praktyk, które nam podpowiada pozbyli się przede wszystkim swoich wyobrażeń i ogołocili się wewnętrznie, gdyż tylko ogołoceni będziemy gotowi na przyjęcie łaski, którą Bóg pragnie nas napełnić.

Medytacja uczy nas takiej postawy, gdyż wytwarzając w nas wewnętrzną pustkę będącą następstwem wsłuchiwania się w słowo uczy nas wychodzić nieustannie poza nasze wyobrażenia a dzięki temu uzdalnia nas do spotkania Boga – nie Boga naszych wyobrażeń – ale takiego, jakim On naprawdę jest z Jego łaską i miłością, które przekraczają nasze wyobrażenia i które stają się prawdziwym źródłem naszej przemiany i nawrócenia.

Niech Boża łaska i miłość pozwolą nam jak najowocniej przeżyć ten czas łaski, którym po raz kolejny Bóg nas obdarowuje.

Jeśli chcesz…

Pewnego dnia przyszedł do Jezusa trędowaty i upadłszy Przed Nim na twarz, prosił Go: «Jeśli zechcesz, możesz mnie oczyścić ». A Jezus, zdjęty litością, wyciągnął rękę, dotknął go i rzekł do niego: «Chcę, bądź oczyszczony». Zaraz trąd go opuścił, i został oczyszczony.

Jezus surowo mu przykazał i zaraz go odprawił, mówiąc mu: «Bacz, abyś nikomu nic nie mówił, ale idź, pokaż się kapłanowi i złóż za swe oczyszczenie ofiarę, którą przepisał Mojżesz, na świadectwo dla nich».

Lecz on po wyjściu zaczął wiele opowiadać i rozgłaszać to, co zaszło, tak że Jezus nie mógł już jawnie wejść do miasta, lecz przebywał w miejscach pustynnych. A ludzie zewsząd schodzili się do Niego. (Mk 1, 40-45)

Trąd w Biblii nie jest jedynie nieznośną chorobą. To „rytualna definicja” wynikająca z przekonania, że przyczyną tej strasznej choroby prowadzącej do rozkładu ludzkiego ciała za życia był grzech. Z tego powodu chorego wyłączano ze wspólnoty żywych. Można powiedzieć, że była to podwójna kara dla takiego nieszczęśnika.

Pierwsze czytanie przywołało prawo dotyczące osób trędowatych w Izraelu: Trędowaty, który podlega tej chorobie, będzie miał rozerwane szaty, włosy w nieładzie, twarz zasłoniętą. Będzie wołał: „Nieczysty, nieczysty! Przez cały czas trwania tej choroby będzie mieszkał w odosobnieniu. (Kpł 13, 45-46).

Tak sobie myślę, że dzisiaj trochę łatwiej nam zrozumieć lęk przed trądem, który w czasach Chrystusa był zakaźną i śmiertelną chorobą, gdy wisi nad nami widmo koronawirusa, który także każe nam zasłaniać twarze a niektórych zmusza do odosobnienia na kwarantannie. Nie tak dawno jedne z moich znajomych ojców saletynów podzielił się swoim doświadczeniem sprzed kilku miesięcy. Trafił do szpitala z zapaleniem wyrostka robaczkowego a że był to już czas pandemii, pierwsze co zrobiono w szpitalu, to poddano go testom na Covid. Kiedy test okazał się pozytywny sanitariusze wieźli go na szpitalnym łóżku po korytarzach, krzycząc co chwila: „Pozytywne, pozytywny!” Mówi, że jadąc tak szpitalnymi korytarzami i widząc, jak lidzie rozstępują się przed nim poczuł się trochę jak ów trędowaty, o którym mówi dzisiejsza liturgia słowa.

Można powiedzieć bez przesady, że trędowaci byli „ludźmi marginesu”, wyrzutkami odłączonymi od wspólnoty, których wszyscy unikali. Los takich ludzi był w czasach Jezusa okrutny. W momencie ukazania się objawów choroby tracili oni prawo do życia w społeczności. Człowiek dotknięty przez trąd umierał w męczarniach. Najpierw tracił imię – musi opuścić ludzi. Potem traci twarz zniekształconą zmianami chorobowymi. Można powiedzieć, ż trąd był śmiercią na raty. Sama myśl o tej chorobie u większości Żydów budziła odrazę.

W tym świetle opowieść św. Marka o uzdrowieniu trędowatego jest szczególnie poruszająca. Jezus nie waha się wyciągnąć ręki do nieczystego i dotknąć go, choć według Prawa dotknięcie trędowatego oznaczało dla Chrystusa, że On sam stanie się nieczysty.

Dziwi mnie jednak, że przychodząc do Jezusa, chory nie prosi Go wprost o oczyszczenie, o zdrowie. Tak byłoby przecież najprościej, lecz mówi: „Jeśli chcesz, możesz mnie oczyścić”.

To wyznanie wiary w moc Jezusa. Trędowaty wyznaje wiarę i czeka na znak od Jezusa. Jest to obraz najtrudniejszej modlitwy na świecie — wyznać wiarę i oczekiwać. Nie prosić, nie skomleć, nie zatapiać się w słowach prośby. Mam ogromny szacunek dla człowieka, który w taki sposób się modli. Wierzy i czeka…

Słowa trędowatego z jednej strony podkreślają przekonanie o absolutnej wszechmocy Jezusa a z drugiej są pełne szacunku dla Jego absolutnej wolności.

Trędowaty wykazuje się wielką determinacją i odwagą. Wie, że nie ma prawa do niczego, dlatego prosi z pokorą: „Jeśli chcesz”. Przekonanie, że Jezus może wysłuchać, jeśli zechce, jest wyrazem pokornej i głębokiej wiary. Trędowaty prosi, ale wie, że uzdrowienie zależy od łaski Pana.  Tę wiarę, że Jezus jest kimś więcej niż tylko zwykłym człowiekiem potwierdza także postawa chorego, który podchodząc do Jezusa, pada na twarz. Był to właściwy sposób zbliżania się do Boga na modlitwie

Jego głęboka wiara podpowiada mu, że Bóg, który jest dobry nie może odpowiedzieć na Jego pełną wiary prośbę inaczej jak tylko miłosierdziem. I w odpowiedzi słyszy: „Chcę, bądź oczyszczony!”

Zauważmy jednak, że chwilę później nastrój radykalnie się zmienia.

Jezus mocą swego autorytetu daje trędowatemu polecenia: „Nikomu nic nie mów, pokaż się kapłanowi”. I co? I nic.

Trędowaty od razu zaczyna wiele mówić, wszystkim rozgłasza, co się stało, wszystkim pokazuje cud, którego doświadczył, wszystkim z wyjątkiem kapłana. I tak historia, która zaczyna się objawieniem wszechmocy Jezusa, kończy się opisem Jego niemocy. Jezus nie może jawnie wejść do miasta, musi przebywać w miejscach pustynnych.

Na pierwszy rzut oka jest to zaskakujące, ale jeśli się zastanowić, to schemat ten nieustannie się powtarza w Ewangelii. Od chwały do klęski.

Sprzeciw ludzkiej wolności wobec woli Bożej nie zawsze jest tak widowiskowy jak w raju czy na Golgocie. Czasem jest on zupełnie banalny, jak dziś w Ewangelii: trędowaty niekoniecznie świadomie sprzeciwił się Jezusowi. Po prostu po uzdrowieniu był zbyt zajęty sobą, żeby Jezus mógł się przebić do jego serca ze swoim poleceniem.

Ewangelia dzisiejsza chce nam uświadomić, że prawdziwa wiara jest zawsze pokorna! I że w doświadczeniu wiary zawsze ważniejsze jest posłuszeństwo Bogu niż nasza własna wizja tego, co wydaje się dla nas i dla innych dobre.

Uzdrowiony trędowaty uczy nas, że możemy Boga słuchać, ale Go nie usłyszeć, albo słyszeć Go tylko tam, gdzie jest to dla nas wygodne.

Nasza niezdolność usłyszenia woli Boga bierze zazwyczaj z jednej z trzech przyczyn, przed którymi przestrzegali już Ojcowie Pustyni: pierwszą z nich jest zarażenie się trądem grzechu, który skutecznie zamyka nas na Bożą łaskę i zgodę na realizowanie się woli Bożej w naszym życiu;

drugą przyczyną bywa hałas, który jest w nas i wokół nas i przez który delikatne słowo Boga nie może się przebić do naszego serca;

trzecią zaś zbytnie zajmowanie się sobą samym, która sprawia, że łatwo przekroczyć delikatną granicę między życiem i służeniem Panu Bogu – co według słów św. Pawła winno być marką dobrego chrześcijanina – a życiem i służeniem samemu siebie.

O ile z koronawirusa i z trądu potrafią nas dziś wyleczyć lekarze, to jest jeszcze inny rodzaj trądu, którego choć nie znajdziemy w almanachach medycznych, to jest równie groźny: tym rodzajem trądu jest grzech.

Aby zostać z niego uleczonym potrzebujemy dotyku Bożego miłosierdzia i uzdrowienia płynącego z Jego łaski. Jeśli więc spostrzeżemy w naszym życiu symptomy grzechu nie czekajmy aż się rozleje i skazi całe nasze życie, lecz przychodźmy z wiara do Jezusa i prośmy z pokorą: „Jeśli chcesz możesz mnie uzdrowić!”