Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Józef, człowiek milczenia i modlitwy

Jakub był ojcem Józefa, męża Maryi, z której narodził się Jezus, zwany Chrystusem.

Z narodzeniem Jezusa Chrystusa było tak. Po zaślubinach Matki Jego, Maryi, z Józefem, wpierw nim zamieszkali razem, znalazła się brzemienną za sprawą Ducha Świętego.

Mąż Jej, Józef, który był człowiekiem prawym i nie chciał narazić Jej na zniesławienie, zamierzał oddalić Ją potajemnie.

Gdy powziął tę myśl, oto anioł Pański ukazał mu się we śnie i rzekł: „Józefie, synu Dawida, nie bój się wziąć do siebie Maryi, twej Małżonki; albowiem z Ducha Świętego jest to, co się w Niej poczęło. Porodzi Syna, któremu nadasz imię Jezus, On bowiem zbawi swój lud od jego grzechów”.

Zbudziwszy się ze snu, Józef uczynił tak, jak mu polecił anioł Pański.  (Mt 1, 16. 18-21. 24a)

 

Cicha obecność św. Józefa przy Jezusie i Maryi jest dla nas wielką katechezą. Św. Józef uczy nas pokory, zaufania Bogu. „Esto humilis et pacificus, et erit tecum Jesus. “ (Bądź pokorny i pełen pokoju, a Jezus będzie z tobą). Te słowa Tomasza a Kempis z „O naśladowaniu Chrystusa” (Ks. II, rozdz. 8, 3) pokazują nam w pewien sposób życie św. Józefa.

Św. Józef reprezentuje postawę dobrego chrześcijanina: jest sprawiedliwy, dyskretny, głęboko wierzący, co sprawiało, że staje się otwarty na Bożą wolę, która przejawiała się w jego życiu. Ale by tak się mogło stać musiał być nade wszystko człowiekiem modlitwy. To nieodzowny warunek tego, aby najpierw umieć rozeznać co jest wolą Bożą (usłyszeć dyskretny głos Boga, który mówi do nas, ale aby mógł być usłyszany wymaga od nas otwartości serca i ciszy), a następnie ją wypełnić.

Często możemy niestety zobaczyć na twarzy innych – także chrześcijan – niewinny uśmieszek, gdy ktoś opowiada im, że Pan Bóg do niego przemówił…

Tymczasem Bóg mówi do nas nieustannie. Pozostaje pytanie: czy nowoczesny, współczesny chrześcijanin ze swoim racjonalistycznym sposobem myślenia, którego żąda od niego świat jest jeszcze w stanie w to uwierzyć?

Nie dalej niż wczoraj słyszeliśmy w Ewangelii wyrzut Jezusa: „Badacie Pisma (…) to one właśnie dają o Mnie świadectwo. A przecież nie chcecie przyjść do Mnie, aby mieć życie”.

Jak głębokim człowiekiem był św. Józef, jak mocne musiał mieć doświadczenie modlitwy, że spotkanie z aniołem i to we śnie – które racjonalista potraktowałby jako majak senny – nie zdziwiło go, że Bóg przemawia do niego właśnie w taki sposób.

Święty Józef, pełen pokory i milczenia, oraz Maryja, wpatrzona i wsłuchana w Boga, uczą nas iść za Chrystusem i słuchać Chrystusa. Idąc za Nimi mamy pewność, że nie pobłądzimy i nie stracimy z oczu Chrystusa. Zarówno Maryja jak i Józef – choć nie wypowiadający w Ewangelii żadnego słowa –  będący symbolem tak mało popularnego dziś w rozkrzyczanym i pełnym emocji świecie zasłuchania w Boga i w człowieka są dla nas wzorem wiary, nadziei i miłości i doskonałymi przewodnikami na dziś po splątanych ścieżkach ludzkiego życia.

 

Człowiek sięga tak daleko, jak sięga jego modlitwa

Lecz Jezus im odpowiedział: «Ojciec mój działa aż do tej chwili i Ja działam». Dlatego więc usiłowali Żydzi tym bardziej Go zabić, bo nie tylko nie zachowywał szabatu, ale nadto Boga nazywał swoim Ojcem, czyniąc się równym Bogu.

W odpowiedzi na to Jezus im mówił: «Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Syn nie może niczego czynić sam z siebie, jeśli nie widzi Ojca czyniącego. Albowiem to samo, co On czyni, podobnie i Syn czyni. Ojciec bowiem miłuje Syna i ukazuje Mu to wszystko, co sam czyni, i jeszcze większe dzieła ukaże Mu, abyście się dziwili. (J 5, 17-18.19-20)

Kto może rozpoznać prawdę o Jezusie? Ten kto słucha jego słowa i wierzy w Tego, który Go posłał.

Medytacja uczy nas zasłuchania w słowo i otwartości na prawdę o Bogu. Przez to w praktyce staje się miejscem i doświadczeniem działania samego Boga: «Ojciec mój działa aż do tej chwili i Ja działam».  

Jednak zgoda na to działanie Boga w doświadczeniu medytacji niesie ze sobą ryzyko tego, że zburzy nasz świat, świat naszych wyobrażeń i przekonań na temat Boga. Często możemy ulec pokusie Żydów z dzisiejszej Ewangelii, przekonanych, że dzięki swojej wierze i rozmyślaniu na temat Boga już rozumieją i wiedzą tyle, ile potrzeba, tymczasem konfrontacja ze słowem Jezusa uświadamiała im, że jest jeszcze wiele tajemnic, o których nie mieli pojęcia.

Wybór, jaki stał przed Żydami słuchającymi Jezusowego słowa i jaki stoi przed nami jest następujący: albo zabezpieczyć, to co już wiemy, okopać się w twierdzy swoich przekonań i bronić jej na wszelkie dostępne sposoby, łącznie z takim, który sprawi, że rozminiemy się z prawdziwym Bogiem. Albo przyjąć postawę uległości wobec słowa, a co za tym idzie zacząć patrzeć głębiej i zrozumieć, że w doświadczeniu wiary zawsze prawdą będzie ta wypowiedziana przez Sokratesa „wiem, że nic nie wiem”. Współczesnemu człowiekowi, dysponującemu dostępem do różnych źródeł poznania trudno jest przyznać, że nie wie, trudno zgodzić się na pewien rodzaj ignorancji, lecz w życiu duchowym to nieodzowne, gdyż o tyle o ile będziemy zdolni zgodzić się na opróżnienie naszej świadomości z naszej wiedzy a raczej niewiedzy o Bogu, o tyle będziemy otwarci na tę prawdę, którą On może w nas wlać jedynie mocą swojego Ducha i łaski.

„Człowiek nie jest w stanie poznać w pełni Boga. Wszystko, co wiemy o Bogu, nie jest Nim: jest jedynie Jego wyobrażeniem, symbolem, niedoskonałą Jego podobizną, ale to nie Bóg. Jedynie Bóg zna siebie i ta Jego znajomość siebie samego pozostaje dla nas tajemnicą” (Listy z pustyni, Carlo Carretto)

Nasza niewiara w to, że Bóg jest naprawdę wszechmocny wzrasta w sposób wprost proporcjonalny do przekonania, że Go znamy.

Jednakże Bóg w swojej miłości postanowił dać się poznać człowiekowi, objawić mu się; odbywa się to jednak w sposób nadprzyrodzony, w języku nieprzetłumaczalnym na ziemi. W języku miłości i wiary. Ten, kto jest pod działaniem tego objawienia, nie może o Nim powiedzieć prawie nic – czego przykładem są mistycy – i choć sam doświadcza Boga przez wiarę i miłość, nie potrafi tego oddać i nie potrafi o Nim opowiadać za pomocą słów, które wydają się zawsze tak nieadekwatne”. (Listy z pustyni, Carlo Carretto)

To jedna z tych prawd, na które winien się zgodzić ktoś, kto pragnie wejść na drogę medytacji i kontemplacji.

Bo jak pisze autor Obłoku Niewiedzy: „Bóg jest Niepoznawalny. Jedynie On, sobie jedynie znanymi środkami może objawić siebie – przez słowo nigdy dotąd niewypowiedziane, przez pojęcia, wykraczające poza nasz ludzki sposób rozumowania”.

Właśnie dlatego medytacja niedyskursywna jest zaproszeniem bardziej do przyjęcia postawy biernej niż czynnej, bardziej milczeniem niż mówieniem, bardziej byciem niż działaniem, bardziej otwartością niż dociekaniem, bardziej uległością niż inicjatywą, bardziej trwaniem w nagiej wierze niż rozumowaniem. Bo tylko ktoś taki potrafi stanąć po drugiej stronie granicy życia i śmierci. Gdyż jeśli uwierzy, że Bóg mógł posłać na świat swojego Syna, a co więcej, że stało się to również ze względu na jego własne zbawienie, przekroczy próg, który oddziela Życie i śmierć, Wiedze i niewiedzę, oczywistość i Tajemnicę.

Wbrew pozorom życie nieustannie przekonuje nas o tym,  że wcale nie trudno nie docenić Boga. Ile razy nam się wydaje, że coś jest już niemożliwe, że sprawy pozamykały się na dobre i nie ma odwrotu. Gdybyśmy nieco bardziej poważnie traktowali Bożą moc, zobaczylibyśmy w naszym życiu rzeczy, o których nam się nie śniło („abyście się dziwili” – jak mówi dzisiaj Jezus). A przede wszystkim nie kisilibyśmy się w sosie własnych porażek i nieudanych prób rozwiązania naszych problemów. To przez bramę wiary przechodzimy do otwarcia na łaskę, która ma moc ożywić i przemienić każde życie i każdą życiową sytuację.

Często, podobnie jak Żydzi z dzisiejszej Ewangelii słuchamy słów Jezusa, ale nie do końca rozumiemy z Kim mamy do czynienia. Medytacja, w której godzimy się na to, aby umilkł nasz dyskursywny umysł a została naga wiara zasłuchana w słowo pozwala nam wejść za zasłonę Tajemnicy i doświadczyć na sobie samych, że jak Jezus – nasz Mistrz i Nauczyciel – nie możemy sami z siebie czynić nic zasługującego na zbawienie, jeśli nie widzimy Ojca czyniącego.

Tak Bóg umiłował świat

Jezus powiedział do Nikodema:

«Jak Mojżesz wywyższył węża na pustyni, tak trzeba, by wywyższono Syna Człowieczego, aby każdy, kto w Niego wierzy, miał życie wieczne. Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne. Albowiem Bóg nie posłał swego Syna na świat po to, aby świat potępił, ale po to, by świat został przez Niego zbawiony. Kto wierzy w Niego, nie podlega potępieniu; a kto nie wierzy, już został potępiony, bo nie uwierzył w imię Jednorodzonego Syna Bożego.

A sąd polega na tym, że światło przyszło na świat, lecz ludzie bardziej umiłowali ciemność aniżeli światło: bo złe były ich uczynki. Każdy bowiem, kto źle czyni, nienawidzi światła i nie zbliża się do światła, aby jego uczynki nie zostały ujawnione. Kto spełnia wymagania prawdy, zbliża się do światła, aby się okazało, że jego uczynki zostały dokonane w Bogu».(J 3, 14-21)

Słowa, które dziś słyszymy, ogniskują w sobie całą treść Ewangelii: Bóg tak umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne. Jeśli jesteśmy gotowi przyjąć i uwierzyć w to, co usłyszeliśmy, nie pozostaje nic innego, jak w uwielbieniu adorować tajemnicę zbawienia, która jest tak naprawdę niczym innym, jak tajemnicą miłości Boga wobec nas.

Chciałbym jednak się zatrzymać przy trzech prawdach zawartych w dzisiejszej Ewangelii:

Po pierwsze: przy prawdzie o wszechmocy i wolności Boga, które są podstawą Jego miłości. Bóg jest Tym, który stworzył świat, kocha ten świat i chce go zbawić. Jego działaniu nic nie może przeszkodzić ani diabeł, ani grzech. Czasami jest w nas pokusa dualistycznego myślenia, zgodnie z którym Bóg stworzył świat, ale diabeł pokrzyżował Mu plany i wobec tego Bóg walczy teraz z grzechem. Ale to nieprawda: Boże działanie nie zostało zakłócone: Bóg stwarza, Bóg kocha i Bóg zbawia zapraszając do jedności z sobą.

Z tą pierwszą prawdą związana jest kolejna: Bóg nie potępia! Potępienie jest odrzuceniem Boga, potępia się ten, kto nie chce Go przyjąć. Dla tego, kto jest w jedności z Synem, nie ma już potępienia. My niestety mamy czasem pokusę, aby kogoś potępić: zerwać wspólnotę z osobą, której postępki nam się nie podobają. Tyle że wtedy jest to zaprzeczenie misji Syna Człowieczego, misji którą jako Jego uczniowie i naśladowcy mamy za zadanie kontynuować.

Ale na czym polega ta misja? Na tym, aby pomóc innym otworzyć się na miłość Boga. Żeby jednak tak się stało musimy zgodzić się na to, aby Jezus zasiał najpierw w nas samych swoją miłość. Trzeba chcieć się na nią otworzyć. Tak jak w przypowieści o siewcy. Bóg sieje swoja miłość, ale ode mnie zależy, czy przyjmę to ziarno i czy wydam z niego owoc. Trzeba  zaryzykować życie w miłości. A to nie jest łatwe. I tak naprawdę ten zasiew miłości trwa nadal. Tyle tylko, że Jezus chce się dzisiaj posługiwać nami w mówieniu innym i świadczeniu o miłości Boga. Jezus zdaje się mówić dziś do Nikodema i do każdej i każdego z nas: Nie przybyłem, żeby żądać, ale przybyłem aby obdarować, aby was zaprosić do miłości.

I bywa tak, że czasem odpowiadamy na to wezwanie i z wielkim entuzjazmem, ale potem dzieje się coś, co sprawia, że gubimy dobre chęci, tracimy entuzjazm.

Zauważmy raz jeszcze – to pięknie wybrzmiewa w rozmowie z Nikodemem: Jezusowi nie zależy na tym, żebyś coś Mu obiecała, czy obiecał, albo dał. On chce żebyś przyjął, przyjęła! Żebyś otworzył się na Jego miłość. I nie raz na zawsze, ale żebyś ciągle zaczynał od nowa, dzień po dniu. To błogosławiony Karol de Focouald kazał na swoim grobie wyryć napis: Tu leży ten, który codziennie zaczynał od nowa.

Bo na tym polega sekret drogi świętości i zbawienia. Na tym polega to nowe narodzenie do którego wezwie Jezus Nikodema w dalszej części ich nocnej rozmowy. Trzeba nam się powtórnie narodzić z miłości, bo jeśli tego nie zrobimy nie będziemy w stanie kontynuować naszym życiem misji Jezusa.  W miłości nie chodzi o jakieś nieprawdopodobne rzeczy. Prawdziwa miłość składa się z drobiazgów, tylko trzeba odważyć się nią dzielić. I naprawdę w miłości nie trzeba wiele.

Aby zobrazować to o czym mówię pozwólcie, że przywołam pewne wydarzenie, które opowiadałem w tej parafii podczas rekolekcji, które miałem przywilej głosić tutaj przed 15 laty.

Jest ono związane z Woodstockiem, a właściwie z towarzyszącym mu Przystankiem Jezus, który przeplata się z tym wydarzeniem, bo tam naprawdę dzieje się tyle dobrych spraw. Otóż to o czym opowiem miało miejsce, gdy właśnie wyjeżdżaliśmy wiele lat temu z Woodstocku, gdzie z biskupem Edwardem Dajczakiem uczestniczyliśmy w Przystanku Jezus. I w pewnym momencie zatrzymaliśmy się, bo przy drodze siedziała bardzo smutna dziewczyna. Nawet nie zatrzymywała nikogo. Dlatego zatrzymaliśmy się i zaproponowaliśmy, że ją podwieziemy na dworzec. Mieszkała po drugiej stronie Polski. Wsiadła do auta popatrzyła na nas i zapytała: Księża są też z tych tam od Jezusa.  I nie czekając na odpowiedź  zaczęła mówić, że była tam przez tydzień że ćpała, piła, i że seksu tez nie brakowało, bo był z nią jej chłopak, ale pokłócili się, bo on traktował ja jak przedmiot, wiec gdzieś go tam zostawiła. Wtedy padło pytanie jednego z księży: Czy to nie boli? Takie traktowanie? A ona odparła, że alkohol i narkotyki służą jako dobry znieczulacz, naprawdę źle jest wtedy, kiedy przestają działać. I w pewnym momencie, w chwili trzeźwości przyszła do niej refleksja „Przecież nie można zapić ani zaćpać całego życia” i wtedy zobaczyła, że tam na Woodstocku chodzą młodzi ludzie w koszulkach z napisem Jesteś ważny w oczach Boga. I mówi dalej: Ja nigdy nie byłam ważna w niczyich oczach. Nie wiedziałam zatem, co to znaczy być ważnym w oczach Boga.

I mówi: „wreszcie się odważyłam. Szedł jakiś chłopak. Wyglądał na dobrego człowieka. Miał na sobie te koszulkę z napisem o tym, że jesteś ważny w oczach Boga. Stanęłam przed nim i pokazałam mu brzydki gest, środkowym palcem. Wtedy on, odstawił kubek z kawą, który miał w ręku, popatrzył na mnie i po chwili, w której nie wiem czy myślał, czy się modlił, podszedł i mocno mnie przytulił. I mówi dalej ta dziewczyna: „Wiedzą księża, po raz pierwszy w życiu przytulił mnie i to z taką czułością mężczyzna, o którym wiedziałam, że nic ode mnie nie chce. Nigdy mnie nawet własny ojciec tak nie przytulił. Po czym ten chłopak cofnął się i powiedział: „Widzisz, to jest to, tylko Bóg to robi nieskończenie piękniej. I wtedy się rozpłakałam. I wtedy też mówi ta dziewczyna uświadomiłam sobie, że coś z życiem trzeba zrobić i że może Bóg rzeczywiście nie spisał mnie jeszcze na straty. Myślę sobie, że gdyby ten młody chłopak zaczął jej mówić o miłości Boga, pewnie nic by z tego nie wyszło. Ale on miał serce, które zostało dotknięte miłością Pana Boga i nie potrzeba było slow, wystarczyło przytulenie, które było niepodobne do innych. I ta dziewczyna doskonale odczytała jego znaczenie. Bo komuś, kto w głębi tęskni za miłością nie potrzeba wiele, aby się na nią otworzyć, gdy jej doświadczy.

I Wielki Post jest takim czasem szczególnego zaproszenia do tego, aby się znaleźć w przestrzeni tej ogarniającej każdego z osobna i bardzo indywidualnie miłości Boga.

Tak Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy nie zginął, nie zmarnował życia, ale mógł się nim cieszyć zarówno tu jak i w wieczności.

Owszem trzeba było, aby Jezus został ukrzyżowany, bo Jego krzyż wytrąca ostatecznie argumenty tym, którzy nie wierzą, że Bóg jest miłością.

Pan Jezus przywołuje obraz miedzianego węża na pustyni. Gdy w konsekwencji grzechu na lud przyszła śmierć, ten, kto spojrzał na miedzianego węża, którego Bóg polecił wykonać Mojżeszowi, odzyskiwał zdrowie. Wąż na pustyni był obrazem Bożego miłosierdzia. Skoro Boże miłosierdzie objawiało się w kawałku metalu, to tym bardziej może się objawić w naszych, nawet najdrobniejszych gestach miłości.

Tamto wydarzenie z Woodstoku ciągle mi przypomina o tym dlaczego Jezus na Krzyżu ma rozpostarte ramiona. Bo chce każda i każdego z nas przytulić, tak mocno, abyśmy mogli usłyszeć bicie Jego Serca bijącego dla nas z miłością i byśmy już nigdy w tę miłość nie zwątpili.

Iść na spotkanie do Tego, który czeka

Jezus powiedział do swoich uczniów:

«Nie sądźcie, że przyszedłem znieść Prawo albo Proroków. Nie przyszedłem znieść, ale wypełnić. Zaprawdę bowiem, powiadam wam: Dopóki niebo i ziemia nie przeminą, ani jedna jota, ani jedna kreska nie zmieni się w Prawie, aż się wszystko spełni.

Ktokolwiek więc zniósłby jedno z tych przykazań, choćby najmniejszych, i uczyłby tak ludzi, ten będzie najmniejszy w królestwie niebieskim. A kto je wypełnia i uczy wypełniać, ten będzie wielki w królestwie niebieskim». (Mt 5, 17-19)

Dzisiejsza Ewangelia chce nas uwrażliwić na Boże Prawo i na wierność w życiu Słowem.

Słowo zostało dane po to, aby je wypełniać. Najpełniej słowo wypełnia się w Jezusie – w Jego osobie, będącej uobecnieniem słowa Bożego, ale też w Jego życiu, które jest wzorem posłuszeństwa temu słowu.  To posłuszeństwo było owocem wewnętrznego zjednoczenia Jezusa z Ojcem. Jeśli przylgniemy do Chrystusa, On nauczy nas tak wiernego wypełniania Bożego słowa. Drogą do tego przylgnięcia jest medytacja. Ona przez zasłuchanie i podążanie za słowem kształtuje w nas zdolność zlewania się z nim naszej woli.

Wysiłek medytacji, jeśli będzie systematyczny będzie prowadził do znajdowania w słowie źródła mądrości i ukojenia. A to z kolei będzie rodziło w naszym sercu ład i ciszę, będące owocem zgody na działanie w naszym wnętrzu łaski. Następnie praktyka medytacji pozwala nam to samo doświadczenie przenosić na życie zewnętrzne. Ład, pogoda ducha i pokój w życiu zewnętrznym są obrazem zgody na to, by w życiu realizowało się Boże Prawo i Boża wola.  Są także potwierdzeniem głębokiej jedności między życiem wewnętrznym i zewnętrznym.

Fenomen Słowa Bożego polega na tym, że ilekroć się w nie wsłuchujemy, tylekroć dotyczy ono bezpośrednio osoby, która się w nie wsłuchuje. Ono pragnie wypełnić i przemienić życie konkretnej osoby, ale owoce tej przemiany są zależne od osobistej otwartości na to słowo.

To działanie słowa doskonale obrazuje doświadczenie medytacji. Nawet jeśli w praktyce medytacji posługujemy się jednym słowem (Jezus, Marana-tha), czy jednym wezwaniem (Panie Jezu, Synu Boży ulituj się nade mną grzesznikiem), to zawsze będzie ono wyrażane w różnoraki sposób. To słowo jest zawsze inne, zawsze świeże, zawsze pełne łaski, choćby było powtarzane w nieskończoność. Jak pisze o tym jeden ze współczesnych mistyków: „Modlitwa, wyrażona jednym słowem potrafi być bardziej zróżnicowana i osobista, niż można to sobie wyobrazić a to dlatego, że pod osłoną tego jednego słowa wyraża się cały Duch Jezusa, który jest także Duchem Ojca”. (Carlo Carretto, Listy z pustyni)

Modlitwę nazywamy Jezusową nie dlatego, że jest nieustannym przywoływaniem Imienia Jezus, ale dlatego, że to właśnie Duch Jezusa wypełnia tę modlitwę i to On jest źródłem natchnienia do tej modlitwy. To, co należy do nas to jedynie przygotować usta i serce, aby stały się w tej modlitwie narzędziem Ducha i aby mogło nim zawładnąć Boskie natchnienie.

To doświadczenie uświadamia nam, że modlitwa jest przede wszystkim darem, który bardziej przyjmujemy niż dajemy. Gdyż jak pisze przywołany przeze mnie Carlo Carretto:

„W tym tkwi pierwsza wielkość i pierwsza niespodzianka modlitwy, że tak wielki Bóg, zechciał rozmawiać ze mną, tak małym; On – Stwórca, ze mną stworzeniem. To nie ja pragnąłem modlitwy; to On jej chciał. To nie ja Go szukałem; to On pierwszy mnie szukał. Nadaremne byłoby moje poszukiwanie Jego, gdyby przed wszystkimi czasami On nie zechciał mnie szukać.

Nadzieja, na której opiera się moja modlitwa, wiąże się z faktem, że to właśnie On pragnie mojej modlitwy. A jeżeli idę na spotkanie z Nim, to dlatego, że On mnie już oczekuje.

Jeśliby On pozostał w milczeniu i ukryciu, ja nie mógłbym przerwać mojego milczenia. Nikt przecież nie wdał się nigdy w dłuższą rozmowę ze ścianą, z drzewem, z gwiazdą. Jeśli nawet ją zaczął, to przerwał bardzo szybko, nie otrzymawszy odpowiedzi.

Z Bogiem rozmawiam przez cale życie; ale to ledwie początek rozmowy. Nasza modlitwa miała kiedyś swój początek, ponieważ i my mieliśmy swój początek, ale nie będzie miała końca i towarzyszyć nam będzie w wieczności. Będzie przejawem naszej kontemplacji Boga”. (tamże)

Pamiętając o Kobietach

Wszystkim Drogim Paniom, a szczególnie Tym, z którymi dane jest mi podążać drogą medytacyjnej pasji.

Dziękuję, że jesteście!

Z modlitwą!