Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Uczyć się tajemnicy życia

Po wyjściu z synagogi Jezus przyszedł z Jakubem i Janem do domu Szymona i Andrzeja. Teściowa zaś Szymona leżała w gorączce. Zaraz powiedzieli Mu o niej. On podszedł i podniósł ją, ująwszy za rękę, a opuściła ją gorączka. I usługiwała im.

Z nastaniem wieczora, gdy słońce zaszło, przynosili do Niego wszystkich chorych i opętanych; i całe miasto zebrało się u drzwi. Uzdrowił wielu dotkniętych rozmaitymi chorobami i wiele złych duchów wyrzucił, lecz nie pozwalał złym duchom mówić, ponieważ Go znały.

Nad ranem, kiedy jeszcze było ciemno, wstał, wyszedł i udał się na miejsce pustynne, i tam się modlił. Pośpieszył za Nim Szymon z towarzyszami, a gdy Go znaleźli, powiedzieli Mu: «Wszyscy Cię szukają». Lecz On rzekł do nich: «Pójdźmy gdzie indziej, do sąsiednich miejscowości, abym i tam mógł nauczać, bo po to wyszedłem».

I chodził po całej Galilei, nauczając w ich synagogach i wyrzucając złe duchy. (Mk 1, 29-39)

Czym jest chrześcijaństwo?  Oczywiście można udzielać różnych mniej lub bardziej ogólnych odpowiedzi… Mnie jednak zawsze w tak postawionym pytaniu chodzi nie o tę odpowiedź ogólną, wyuczoną, której definicję można przeczytać tu i ówdzie. Mnie zawsze interesowała odpowiedź osobista, jakiej na to pytanie może udzielić każda i każdy z nas będący chrześcijaninem. Jestem bowiem głęboko przekonany, że w życiu prawdziwego chrześcijanina o jego chrześcijaństwie winno mówić wszystko, nawet bez konieczności używania słów. Piszę te słowa oczywiście jako swego rodzaju samooskarżenie, bo wiem, że w moim życiu nie zawsze tak jest, ale dążę usilnie do tego, żeby tak było.

Jest taka historia, która od długiego czasu mnie porusza a dotyczy ona ucznia słynnego rabina Maggida z Międzyrzeca, który wśród wielu tekstów, które napisał pozostawił po sobie jedno inspirujące mnie nieustannie zdanie: „Nie poszedłem do Maggida, żeby studiować u niego Torę, tylko żeby popatrzeć jak sznuruje buty”. Wspomnianym uczniem wielkiego rabina Dow-Bera z Międzyrzeca (rzeczonego Wielkiego Maggida) był Szneur Zalman z Leżajska przedstawiciel ważnej rodziny chasydzkiej, który sam został następnie znanym rabinem. Sam Dow-Ber uznawany był jednak nie tylko za wybitnego nauczyciela rabinicznego, ale także za mistyka. I tu wracam do przywołanego zdania, które dla mnie jest także odpowiedzią na postawione przeze mnie na początku pytanie. Tak jak Sznuera nie interesuje w byciu uczniem Maggida abstrakcyjna nauka, ale konkretne życie jego nauczyciela, życie przepełnione tym, co głosi, tak nasze chrześcijaństwo jest nieustannie stawianym nam wyzwaniem, by nie interesować się jedynie abstrakcyjną nauka Ewangelii, ale wejść głębiej w życie samego Chrystusa, tak by dać się przesiąknąć Jego duchem, Jego sposobem myślenia, dosłownie: Jego stylem życia. I tak jak w przywołanym zdaniu Sznuer jest przekonany, że w zwykłym sznurowaniu butów swojego mistrza odkryje więcej z tajemnicy życia niż studiując święte pisma, tak my bądźmy przekonani, że w zwykłym kontemplowaniu Jezusa i Jego życia odkryjemy więcej z tajemnicy chrześcijaństwa niż w skupianiu się na samym słowie pisanym.

Piszę o tym w kontekście doświadczenia medytacji, która dla mnie od lat jest właśnie takim przyglądaniem się Jezusowi w całej Jego zwyczajności i prostocie. Dzisiejsza Ewangelia pokazuje Jezusa nawiązującego bliskie relacje z rybakami. Odwiedza ich w domu, uzdrawia teściową Piotra. I to jest to, co pozwala mi odkryć czym jest chrześcijaństwo: Jezus pragnie ze mną zwyczajnych, prostych relacji. Jest ze mną tam, gdzie mieszkam, gdzie prowadzę codzienne życie. Pragnie mnie ująć za rękę, być ze mną w czasie Eucharystii, medytacji, ale też wtedy, gdy piję herbatę, czy gdy odpoczywam. Wszystko jest miejscem Boga, środowiskiem Jego obecności. Wszystko jest miejscem objawienia się Jego łaski.

Nie mam wątpliwości, że takiego spojrzenia nauczyła mnie i wciąż uczy medytacja. Uczy, że całe moje życie jest przesiąknięte Jego obecnością. Przypomina mi o tym każde wezwanie, które wraz z oddechem przywołuję w praktyce medytacji: „Panie Jezu, Synu Boży, ulituj się nade mną grzesznikiem” i to samo wezwanie, które rozbrzmiewa w moim sercu zaraz po przebudzeniu z nocnego snu.

Taka świadomość Jego obecności daje w życiu dużo wolności, uwalnia od niepotrzebnych przywiązań i prób szukania zabezpieczeń na naszą ludzką rękę.

Niezwykłe dla mnie są te ramy życia Jezusa, które ukazuje dzisiejsza Ewangelia: synagoga – dom – modlitwa – znów synagoga. Jezus porusza się w swoim życiu w ramach naznaczonych obecnością Ojca i nas też tego uczy. Te przystanki jakimi w naszym życiu są modlitwa, Eucharystia, adoracja mają nam ciągle przypominać, że „w Bogu żyjemy poruszamy się i jesteśmy” i nic tego nie zmieni i tak jest dobrze, bo tak ma być! Bo On stworzył nas z miłości i niespokojne będzie nasze serce dopóki nie spocznie w Nim. Każdy zatem, kto próbuje uciec przed życiem w Jego obecności, co najwyżej może pogłębić swoje frustracje, bo nie jest to możliwe.

Medytacja to szukanie spoczynku dla mojego serca w Bogu. Bez względu na to czy aktualnie jest ono przepełnione radością, czy smutkiem, rozkołatane, czy spokojne, pełne pytań i wątpliwości czy ufne i pełne nadziej zawsze ma przystęp do Boga. Praktyka medytacji przypomina mi, że mogę się do Niego zbliżyć w każdych okolicznościach i każdym miejscu i trwać z Nim na modlitwie, tak jak On trwał na modlitwie przed Ojcem. Medytacja jest przestrzenią, gdzie pozwalam, by Jezus przelał na mnie swego ducha modlitwy.

„Wszyscy Cię szukają” – mówią uczniowie do Jezusa w dzisiejszej Ewangelii. Nie wiem czy tak jest. Chciałbym, żeby tak było i ufam, że nawet Ci, którym dziś nie do końca z nami – chrześcijanami – po drodze, to jednak czasem po omacku, ale szukają, choć nie do końca są świadomi, że ostatecznie szukają Jego.  

Może jeśli we mnie – chrześcijaninie – będzie pasja szukania Jezusa, to zainspiruję tą pasją innych. Oby tak było! Od ponad trzydziestu lat medytacja jest dla mnie tym, co rozpala tę pasję. Czasami myślę sobie, że fajnie byłoby gdzieś dotrzeć, ale od mistyków uczę się, że każda chwila, każdy krok w tej duchowej podróży jest ważny i ma swoje znaczenie, tak że sama droga w pewnym sensie jest celem. Bo to przecież On jest Drogą!

A codzienna praktyka medytacji przypomina mi jedynie, że TO, czego szuka moje niespokojne serce jest mi bliższe niż ja sam.