Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Gdy się modlicie

Jezus powiedział do swoich uczniów:

«Strzeżcie się, żebyście uczynków pobożnych nie wykonywali przed ludźmi po to, aby was widzieli; inaczej bowiem nie będziecie mieli nagrody u Ojca waszego, który jest w niebie.

Kiedy więc dajesz jałmużnę, nie trąb przed sobą, jak obłudnicy czynią w synagogach i na ulicach, aby ich ludzie chwalili. Zaprawdę, powiadam wam: ci otrzymali już swoją nagrodę. Kiedy zaś ty dajesz jałmużnę, niech nie wie lewa twoja ręka, co czyni prawa, aby twoja jałmużna pozostała w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie.

Gdy się modlicie, nie bądźcie jak obłudnicy. Oni to lubią w synagogach i na rogach ulic wystawać i modlić się, żeby się ludziom pokazać. Zaprawdę, powiadam wam: otrzymali już swoją nagrodę. Ty zaś, gdy chcesz się modlić, wejdź do swej izdebki, zamknij drzwi i módl się do Ojca twego, który jest w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie.

Kiedy pościcie, nie bądźcie posępni jak obłudnicy. Przybierają oni wygląd ponury, aby pokazać ludziom, że poszczą. Zaprawdę, powiadam wam, już odebrali swoją nagrodę. Ty zaś, gdy pościsz, namaść sobie głowę i obmyj twarz, aby nie ludziom pokazać, że pościsz, ale Ojcu twemu, który jest w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie». (Mt 6, 1-6. 16-18)


Dzisiejsza medytacja wprowadza nas w czas Wielkiego Postu i uczy nas zawierzenia tego czasu, który po raz kolejny otrzymujemy w darze  od Pana Boga. Wielokrotnie w tym czasie usłyszymy wezwanie do nawrócenia.

Praktyka medytacji uczy wielkiej pokory wobec wezwania do nawrócenia. Niejednokrotnie gubi nas przekonanie, że nawrócenie, to przede wszystkim owoc naszego działania, tymczasem przychodzi ono zawsze jako dar od Pana Boga. Jedyne, co my możemy uczynić, to przygotować się i otworzyć na tę łaskę, która jako jedyna może nas przemieniać.

Jezus daje nam trzy punkty oparcia do dobrego przeżycia czasu przemiany: uczynki miłosierdzia, modlitwa i post.

Post. Trzeba przypomnieć, że nie polega on przede wszystkim na tym, że się nie je. Dzisiaj tę praktykę zastąpiła nam wstrzemięźliwość od mięsa, słodyczy, telewizji etc., ale z prawdziwym postem ma ona niewiele wspólnego. Post, który jest ograniczeniem naszych posiłków powinien pozwolić nam poczuć na własnej skórze, że naprawdę nie samym chlebem żyje człowiek.

Ojcowie Pustyni nauczali, że poszcząc, czyli odmawiając sobie pokarmów zyskujemy dwie cenne wartości: czas i określone środki finansowe. Co z nimi zrobić? Zaoszczędzony czas należy przeznaczyć na modlitwę, a tym, co materialnie zaoszczędziliśmy, trzeba podzielić się z najuboższymi. I to są właśnie dwa kolejne wymiary dopełniające praktykę postu: modlitwa i pomoc najuboższym (jałmużna). Bez nich poszczenie – i sam Wielki Post – wydając się tracić głębszy sens. Zwłaszcza, że sam post, bez kolejnych dwóch praktyk, na które wskazuje Chrystus byłby wypełnieniem Jego nakazu jedynie w jednej trzeciej.

Pan Jezus mówi nam też, że to wszystko ma odbywać się w ukryciu. Medytacja uczy nas takiego ukrytego działania. Uczy nas pokory, bo sprawia, że owoce naszej praktyki łatwiej przypisać Bożej łasce niż swojemu wysiłkowi. I tak powinno być z całym Wielkim Postem a w konsekwencji z całym naszym życiem.

Trzy wartości Wielkiego Postu powinny rozpalić w nas na nowo pragnienie odnowienia naszego życia.

Dyskretna dobroczynność uwrażliwia nasze serca na potrzeby drugiego człowieka, również te niewypowiedziane, które można dostrzec jedynie sercem.

Odnalezienie swojej izdebki do medytacji i modlitwy uwrażliwia nasze serca i daje możliwość zdiagnozowania i zapobieżenia temu wszystkiemu, co w naszym życiu próbuje zająć miejsce należne jedynie Bogu.

I wreszcie wartość postu, który uczy nas budowania naszego życia w oparciu o zaufanie Bogu bardziej niż własnym siłom a ponadto uczy nas tak potrzebnego dystansu do tego, bez czego wydaje nam się, że nie potrafimy żyć, poszerzając wolność naszego serca.

Czas dobrego przeżycia Wielkiego Postu to nic innego jak chęć naśladowania Jezusa w tym, jak On przeżył te czterdzieści dni na pustyni [Mt 4, 1-2]. Jezus zaprasza nas do wyjścia z Nim na pustynię, byśmy przy pomocy praktyk, które nam podpowiada pozbyli się przede wszystkim swoich wyobrażeń i ogołocili się wewnętrznie, gdyż tylko ogołoceni będziemy gotowi na przyjęcie łaski, którą Bóg pragnie nas napełnić.

Medytacja uczy nas takiej postawy, gdyż wytwarzając w nas wewnętrzną pustkę będącą następstwem wsłuchiwania się w słowo uczy nas wychodzić nieustannie poza nasze wyobrażenia a dzięki temu uzdalnia nas do spotkania Boga – nie Boga naszych wyobrażeń – ale takiego, jakim On naprawdę jest z Jego łaską i miłością, które przekraczają nasze wyobrażenia i które stają się prawdziwym źródłem naszej przemiany i nawrócenia.

Niech Boża łaska i miłość pozwolą nam jak najowocniej przeżyć ten czas łaski, którym po raz kolejny Bóg nas obdarowuje.

Jeśli chcesz…

Pewnego dnia przyszedł do Jezusa trędowaty i upadłszy Przed Nim na twarz, prosił Go: «Jeśli zechcesz, możesz mnie oczyścić ». A Jezus, zdjęty litością, wyciągnął rękę, dotknął go i rzekł do niego: «Chcę, bądź oczyszczony». Zaraz trąd go opuścił, i został oczyszczony.

Jezus surowo mu przykazał i zaraz go odprawił, mówiąc mu: «Bacz, abyś nikomu nic nie mówił, ale idź, pokaż się kapłanowi i złóż za swe oczyszczenie ofiarę, którą przepisał Mojżesz, na świadectwo dla nich».

Lecz on po wyjściu zaczął wiele opowiadać i rozgłaszać to, co zaszło, tak że Jezus nie mógł już jawnie wejść do miasta, lecz przebywał w miejscach pustynnych. A ludzie zewsząd schodzili się do Niego. (Mk 1, 40-45)

Trąd w Biblii nie jest jedynie nieznośną chorobą. To „rytualna definicja” wynikająca z przekonania, że przyczyną tej strasznej choroby prowadzącej do rozkładu ludzkiego ciała za życia był grzech. Z tego powodu chorego wyłączano ze wspólnoty żywych. Można powiedzieć, że była to podwójna kara dla takiego nieszczęśnika.

Pierwsze czytanie przywołało prawo dotyczące osób trędowatych w Izraelu: Trędowaty, który podlega tej chorobie, będzie miał rozerwane szaty, włosy w nieładzie, twarz zasłoniętą. Będzie wołał: „Nieczysty, nieczysty! Przez cały czas trwania tej choroby będzie mieszkał w odosobnieniu. (Kpł 13, 45-46).

Tak sobie myślę, że dzisiaj trochę łatwiej nam zrozumieć lęk przed trądem, który w czasach Chrystusa był zakaźną i śmiertelną chorobą, gdy wisi nad nami widmo koronawirusa, który także każe nam zasłaniać twarze a niektórych zmusza do odosobnienia na kwarantannie. Nie tak dawno jedne z moich znajomych ojców saletynów podzielił się swoim doświadczeniem sprzed kilku miesięcy. Trafił do szpitala z zapaleniem wyrostka robaczkowego a że był to już czas pandemii, pierwsze co zrobiono w szpitalu, to poddano go testom na Covid. Kiedy test okazał się pozytywny sanitariusze wieźli go na szpitalnym łóżku po korytarzach, krzycząc co chwila: „Pozytywne, pozytywny!” Mówi, że jadąc tak szpitalnymi korytarzami i widząc, jak lidzie rozstępują się przed nim poczuł się trochę jak ów trędowaty, o którym mówi dzisiejsza liturgia słowa.

Można powiedzieć bez przesady, że trędowaci byli „ludźmi marginesu”, wyrzutkami odłączonymi od wspólnoty, których wszyscy unikali. Los takich ludzi był w czasach Jezusa okrutny. W momencie ukazania się objawów choroby tracili oni prawo do życia w społeczności. Człowiek dotknięty przez trąd umierał w męczarniach. Najpierw tracił imię – musi opuścić ludzi. Potem traci twarz zniekształconą zmianami chorobowymi. Można powiedzieć, ż trąd był śmiercią na raty. Sama myśl o tej chorobie u większości Żydów budziła odrazę.

W tym świetle opowieść św. Marka o uzdrowieniu trędowatego jest szczególnie poruszająca. Jezus nie waha się wyciągnąć ręki do nieczystego i dotknąć go, choć według Prawa dotknięcie trędowatego oznaczało dla Chrystusa, że On sam stanie się nieczysty.

Dziwi mnie jednak, że przychodząc do Jezusa, chory nie prosi Go wprost o oczyszczenie, o zdrowie. Tak byłoby przecież najprościej, lecz mówi: „Jeśli chcesz, możesz mnie oczyścić”.

To wyznanie wiary w moc Jezusa. Trędowaty wyznaje wiarę i czeka na znak od Jezusa. Jest to obraz najtrudniejszej modlitwy na świecie — wyznać wiarę i oczekiwać. Nie prosić, nie skomleć, nie zatapiać się w słowach prośby. Mam ogromny szacunek dla człowieka, który w taki sposób się modli. Wierzy i czeka…

Słowa trędowatego z jednej strony podkreślają przekonanie o absolutnej wszechmocy Jezusa a z drugiej są pełne szacunku dla Jego absolutnej wolności.

Trędowaty wykazuje się wielką determinacją i odwagą. Wie, że nie ma prawa do niczego, dlatego prosi z pokorą: „Jeśli chcesz”. Przekonanie, że Jezus może wysłuchać, jeśli zechce, jest wyrazem pokornej i głębokiej wiary. Trędowaty prosi, ale wie, że uzdrowienie zależy od łaski Pana.  Tę wiarę, że Jezus jest kimś więcej niż tylko zwykłym człowiekiem potwierdza także postawa chorego, który podchodząc do Jezusa, pada na twarz. Był to właściwy sposób zbliżania się do Boga na modlitwie

Jego głęboka wiara podpowiada mu, że Bóg, który jest dobry nie może odpowiedzieć na Jego pełną wiary prośbę inaczej jak tylko miłosierdziem. I w odpowiedzi słyszy: „Chcę, bądź oczyszczony!”

Zauważmy jednak, że chwilę później nastrój radykalnie się zmienia.

Jezus mocą swego autorytetu daje trędowatemu polecenia: „Nikomu nic nie mów, pokaż się kapłanowi”. I co? I nic.

Trędowaty od razu zaczyna wiele mówić, wszystkim rozgłasza, co się stało, wszystkim pokazuje cud, którego doświadczył, wszystkim z wyjątkiem kapłana. I tak historia, która zaczyna się objawieniem wszechmocy Jezusa, kończy się opisem Jego niemocy. Jezus nie może jawnie wejść do miasta, musi przebywać w miejscach pustynnych.

Na pierwszy rzut oka jest to zaskakujące, ale jeśli się zastanowić, to schemat ten nieustannie się powtarza w Ewangelii. Od chwały do klęski.

Sprzeciw ludzkiej wolności wobec woli Bożej nie zawsze jest tak widowiskowy jak w raju czy na Golgocie. Czasem jest on zupełnie banalny, jak dziś w Ewangelii: trędowaty niekoniecznie świadomie sprzeciwił się Jezusowi. Po prostu po uzdrowieniu był zbyt zajęty sobą, żeby Jezus mógł się przebić do jego serca ze swoim poleceniem.

Ewangelia dzisiejsza chce nam uświadomić, że prawdziwa wiara jest zawsze pokorna! I że w doświadczeniu wiary zawsze ważniejsze jest posłuszeństwo Bogu niż nasza własna wizja tego, co wydaje się dla nas i dla innych dobre.

Uzdrowiony trędowaty uczy nas, że możemy Boga słuchać, ale Go nie usłyszeć, albo słyszeć Go tylko tam, gdzie jest to dla nas wygodne.

Nasza niezdolność usłyszenia woli Boga bierze zazwyczaj z jednej z trzech przyczyn, przed którymi przestrzegali już Ojcowie Pustyni: pierwszą z nich jest zarażenie się trądem grzechu, który skutecznie zamyka nas na Bożą łaskę i zgodę na realizowanie się woli Bożej w naszym życiu;

drugą przyczyną bywa hałas, który jest w nas i wokół nas i przez który delikatne słowo Boga nie może się przebić do naszego serca;

trzecią zaś zbytnie zajmowanie się sobą samym, która sprawia, że łatwo przekroczyć delikatną granicę między życiem i służeniem Panu Bogu – co według słów św. Pawła winno być marką dobrego chrześcijanina – a życiem i służeniem samemu siebie.

O ile z koronawirusa i z trądu potrafią nas dziś wyleczyć lekarze, to jest jeszcze inny rodzaj trądu, którego choć nie znajdziemy w almanachach medycznych, to jest równie groźny: tym rodzajem trądu jest grzech.

Aby zostać z niego uleczonym potrzebujemy dotyku Bożego miłosierdzia i uzdrowienia płynącego z Jego łaski. Jeśli więc spostrzeżemy w naszym życiu symptomy grzechu nie czekajmy aż się rozleje i skazi całe nasze życie, lecz przychodźmy z wiara do Jezusa i prośmy z pokorą: „Jeśli chcesz możesz mnie uzdrowić!” 

Słuchać aby zrozumieć

Jezus przywołał znowu tłum do siebie i rzekł do niego:

«Słuchajcie Mnie, wszyscy, i zrozumcie! Nic nie wchodzi z zewnątrz w człowieka, co mogłoby uczynić go nieczystym; lecz to, co wychodzi z człowieka, to czyni człowieka nieczystym. Kto ma uszy do słuchania, niechaj słucha!»

Gdy się oddalił od tłumu i wszedł do domu, uczniowie pytali Go o tę przypowieść. Odpowiedział im: «I wy tak niepojętni jesteście? Nie rozumiecie, że nic z tego, co z zewnątrz wchodzi w człowieka, nie może uczynić go nieczystym; bo nie wchodzi do jego serca, lecz do żołądka, i zostaje wydalone na zewnątrz». Tak uznał wszystkie potrawy za czyste.

I mówił dalej: «Co wychodzi z człowieka, to czyni go nieczystym. Z wnętrza bowiem, z serca ludzkiego pochodzą złe myśli, nierząd, kradzieże, zabójstwa, cudzołóstwa, chciwość, przewrotność, podstęp, wyuzdanie, zazdrość, obelgi, pycha, głupota. Całe to zło z wnętrza pochodzi i czyni człowieka nieczystym». (Mk 7, 14-23)

Dzisiejsza perykopa ewangeliczna rozpoczyna się ważnym zdaniem. Aż dwukrotnie Jezus nalega, abyśmy Go słuchali: „Słuchajcie mnie wszyscy i zrozumiejcie”; „Kto ma uszy do słuchania, niechaj słucha” (ww. 14.16).

Medytacja, to przede wszystkim słuchanie.

Jezus nalega, abym słuchał Jego słowa. Czy potrafię słuchać? Co mogę powiedzieć o mojej medytacji? Czy jest we mnie pasja słuchania? Niejednokrotnie już przywoływaliśmy tutaj zdanie św. Pawła z listu do Rzymian, który przypomina, że z postawy słuchania słowa  rodzi się wiara. [por. Rz 10,17] Bez wątpienia tym, który udziela daru wiary jest Pan Bóg. Mógł wybrać inną drogę udzielania nam tej łaski. Jednak droga zasłuchania w słowo wydaje się drogą o tyle ważną, że uczy nas pokory, pozwala nie zapomnieć, że na drodze wiary zawsze pozostaniemy uczniami, gdzie jeden jest nasz Mistrz i Nauczyciel – Chrystus. [por. Mt 23,10]

Ostatnio po powrocie do lektury Listów Starca Jana z Wałaamu, jestem na etapie czytania historii mnichów z Monasteru Pskowsko-Pieczerskiego z jego ponad pięćsetletnimi dziejami naznaczonymi życiem świętych mnichów a zwłaszcza starców, których ukształtowało pełne pokory zasłuchanie w Słowo Boże i recytacji Modlitwy Jezusowej.

Prostota, która jest darem.

Prostota, którą odkrywamy w praktyce medytacji monologicznej.

Prostota zasłuchania w słowo, które przypomina mi o Tym, który jest pierwszy.

Ale codzienna praktyka medytacji jest także najlepszym sposobem demaskowania tego, co najbardziej przeszkadza mi w słuchać słowa.

Medytacja stawia nas w prawdzie zrodzonej ze Słowa. To jednak jest prawda, która nie jest naszym oskarżycielem, ale miejscem naszego uzdrowienia, zgodnie ze słowami Jezusa: „poznacie prawdę a prawda was wyzwoli” [J 8,32] Ta prawda domaga się od nas cierpliwego wsłuchiwania się w słowo i zgody na to, aby dotykało ono naszego wnętrza na coraz to głębszych pokładach naszego jestestwa. A słowo, które jest „żywe i skuteczne, ostrzejsze niż wszelki miecz obosieczny, przenikające aż do rozdzielenia duszy i ducha, stawów i szpiku, zdolne osądzić zamiary i myśli serca” [Hbr 4,12] powoli, ale stopniowo będzie nas prowadziło do całej prawdy o nas i do pełni wolności, którą tylko dlatego jesteśmy gotowi przyjąć, że jest nam podarowana w miłości.

Jezus zwraca w dzisiejszej Ewangelii uwagę na wnętrze. Przestrzega przed nieczystością, która może zrodzić się w sercu i potrafi zabrudzić całego człowieka. Na szczęście Słowo Boże skutecznie chroni nasze serca przed tym, co chce je zainfekować nieczystością.

W tym miejscu przychodzi mi na myśl słynne zdanie: „Stój na straży swojego serca, bo to, co tam wpuścisz zapuści korzenie, wyrośnie i wyda owoce”. To zdanie po raz pierwszy usłyszałem z ust prawosławnego mnicha na górze Athos, który jednak czerpał z doświadczenia całych pokoleń Ojców Kościoła. A przywoływany już wielokrotnie przeze mnie prawosławny Metropolita Londynu abp Anthony Bloom zwykł udzielać swoim duchowym dzieciom takiego oto błogosławieństwa:

Niech Pan stoi na straży twojego serca, niech zachowa twoją duszę wrażliwą na Jego natchnienia, niech umacnia i chroni twoją wiarę, aby ta prowadziła cię prostymi ścieżkami do coraz głębszego poznania Boga, zrozumienia Jego nauki i doskonałego z Nim zjednoczenia.

Z tym błogosławieństwem Was pozostawiam, życząc pięknych owoców medytacji. Niech zasłuchanie w Słowo pozwoli Wam przylgnąć całym sercem do serca Jezusa.

Modlitwa, to dar dla tego, kto się modli

Po wyjściu z synagogi Jezus przyszedł z Jakubem i Janem do domu Szymona i Andrzeja. Teściowa zaś Szymona leżała w gorączce. Zaraz powiedzieli Mu o niej. On podszedł i podniósł ją, ująwszy za rękę, a opuściła ją gorączka. I usługiwała im.

Z nastaniem wieczora, gdy słońce zaszło, przynosili do Niego wszystkich chorych i opętanych; i całe miasto zebrało się u drzwi. Uzdrowił wielu dotkniętych rozmaitymi chorobami i wiele złych duchów wyrzucił, lecz nie pozwalał złym duchom mówić, ponieważ Go znały.

Nad ranem, kiedy jeszcze było ciemno, wstał, wyszedł i udał się na miejsce pustynne, i tam się modlił. Pośpieszył za Nim Szymon z towarzyszami, a gdy Go znaleźli, powiedzieli Mu: «Wszyscy Cię szukają». Lecz On rzekł do nich: «Pójdźmy gdzie indziej, do sąsiednich miejscowości, abym i tam mógł nauczać, bo po to wyszedłem».

I chodził po całej Galilei, nauczając w ich synagogach i wyrzucając złe duchy. (Mk 1, 29-39)

 

Myślenie wielu współczesnych ludzi jest przeniknięte przekonaniem, że w życiu nie będzie problemów, nie będzie cierpienia, kłopotów i trudu. Świat reklam pokazuje, jak wiele jest rzeczy, które mogłyby nas uszczęśliwić. Zaczynamy gonić za coraz wyższym standardem życia, szukamy przyjemności i wygody, przekonani, że będzie coraz lepiej.

To wszystko wydaje się normalne i ludzkie, ale niewiele ma wspólnego z Ewangelią a Ewangelia ma niewiele wspólnego z marketingiem i reklamą.

Niestety my często nie bierzemy Ewangelii na serio i gdy Jezus, że  będzie gorzej nie dowierzamy Mu.

Prawdą obiektywną jest fakt, że każda i każdy z nas się starzeje (i zwykle dzieje się to szybciej niż byśmy chcieli), wcześniej czy później dopadnie każda i każdego z nas choroba i wcześniej czy później każda i każdy z nas będzie musiał przekroczyć granicę śmierci, choć świat nie lubi poruszać tego tematu, jednocześnie na każdym kroku epatując śmiercią. Jednym słowem każda i każdy z nas – czy chce, czy nie – będzie miał taki czas, o którym mówi pierwsze czytanie.

Otóż cierpiący mędrzec Hiob wskazuje na powszechny los człowieka, który nie uniknie takiego czy innego cierpienia. „Czyż nie do bojowania podobny jest byt człowieka?” – pyta retorycznie.

O co jednak wojuje człowiek? Pierwsze czytanie pragnie nam uświadomić, że człowiek wiary nade wszystko wojuje o mądrość, ale nie tę, która jest mądrością świata, lecz tę, która staje się jego udziałem jako owoc osobowej więzi z Bogiem. Drogą do tego zjednoczenia jest przyjęcie realizmu ludzkiej codzienności, innymi słowy zgoda na nasze życie ze wszystkimi jego aspektami, także z wymiarem cierpienia, przed którym najczęściej uciekamy. Życie Hioba pokazuje, że cierpienie może stać się ni tylko próbą wiary, czy mieć – jak chce święty Paweł – walor zadośćuczynienia, czy wręcz dopełnienia cierpień Chrystusa, ale nade wszystko można wyjść z tego doświadczenie umocnionym.

Lektura Księgo Hioba zostawia nam cenną naukę: Bez mądrości zdrowie na nic się nie zda – człowiek i tak będzie nieszczęśliwy. Natomiast dysponując Bożą mądrością nawet pośród cierpienia człowiek zachowuje pokój i nie przestaje być szczęśliwy.

Ewangelia z kolei ukazuje Jezusa, który uwalnia z chorób i choć liczne uzdrowienia są znakiem potwierdzającym Jego naukę, to jednak nadzieja, którą głosi Jezus nie jest w żadnym razie  gwarancją uzdrowienia ze wszystkich chorób. Nadzieja, którą głosi Jezus nie dotyczy doczesności. Jezus uzdrawia wielu chorych, lecz Ewangelia nie mówi, że uzdrowił całe miasto. Zresztą niewykluczone, że uzdrowieni powtórnie zachorowali, tak jak wskrzeszony Łazarz – umarł.

Czasem nasze zabieganie o życie lekkie, łatwe i przyjemne jest pierwszą gorączką, która trawi współczesnego człowieka i z której to nade wszystko warto prosić, aby Jezus nas zdrowiał, tak jak uzdrowił teściową Piotra.

Nie o to więc chodzi w chrześcijaństwie, by życie było bezproblemowe. Życie jest jak podróż przez bezdroża – pełne przeszkód, pułapek, w dodatku czasem poruszamy się jak w ciemności, nie wiedząc, co będzie za następnym zakrętem. Wiara i towarzysząca jej modlitwa jest jak światła reflektorów w naszym pojeździe. Dopóki świecą reflektory, damy radę – pomimo trudności i przeszkód. Jeżeli jednak światła zgasną, dalsze poruszanie się będzie trudne i bardzo ryzykowne.

Ewangelia ukazuje dziś także Jezusa, który „nad ranem, gdy jeszcze było ciemno, wstał, wyszedł i udał się na miejsce pustynne i tam się modlił”. Myślę sobie, że skoro Jezus, który nieustannie był zjednoczony z Ojcem potrzebował przestrzeni modlitwy, bycia sam na sam z Bogiem, to tym bardziej my jej potrzebujemy.

Postawa Jezusa,  który często mimo zmęczenia znajduje zawsze czas na modlitwę chce nam przypomnieć o tak ważnej w naszym życiu hierarchii ważności. Jeśli na pierwszym miejscu w naszym życiu postawimy to, co na to miejsce nie zasługuje, nie dziwmy się, że inne rzeczy zaczynają nam się sypać…

Jezus nieustannie przypomina nam jak ważny i bezcenny jest czas, dla siebie i dla Boga. Ileż to razy wśród natłoku codziennych obowiązków i towarzyszącego im zmęczenia potrafimy modlitwę odłożyć na później. Bez jednej modlitwy świat się nie zawali – mówimy. Owszem, ale jak wspomniałem życie człowieka wierzącego bez modlitwy i bez Słowa Bożego jest jak jazda w nocy przy zgaszonych światłach. Czasem dostrzegamy to w chwili, gdy zatrzymamy się już na ścianie. A Bóg chce nas przed tym chronić.

Bóg chce, żaby nasza modlitwa stawała się szkołą tak bardzo potrzebnej wolności od presji terminów, różnych spraw do załatwienia i wnosiła w nasze codzienne życie tak bardzo potrzebną równowagę między aktywnością a oderwaniem od niej, uwalniała nas od nadmiernego przywiązania i nabrania dystansu do tego, co próbuje stać się bożkiem w naszym życiu.

Jezus udając się na miejsce pustynne i ciche chce nam też dać pewną cenną wskazówkę: Jeśli chcemy spotkać Boga osobiście, to powinniśmy Go szukać „na miejscu pustynnym”, a więc w odosobnieniu, w ciszy, z dala od zgiełku. Nie znaczy to oczywiście, że Boga nie ma wśród codziennego życia, ale najłatwiej Go spotkać poza zgiełkiem i zabieganiem codzienności.

Wiemy, że tłumie w ogóle trudno jest kogokolwiek znaleźć. Jeśli ktoś zgubi nam się w tłumie, to mamy problem, by go zobaczyć. Tłum przeszkadza w spotkaniu z człowiekiem, a także w spotkaniu z Bogiem. Tym bardziej, że tłum swoją presją skutecznie potrafi  zdominować nasze myślenia i działanie i to niekoniecznie w Bożym tego słowa znaczeniu.

Dlatego jeśli chcemy spotkać prawdziwego Boga, powinniśmy Go szukać „na miejscu pustynnym”, jakkolwiek ono będzie faktycznie wyglądać – czy będzie to cisza świątyni, czy odosobnienie jakiegoś domu rekolekcyjnego, czy po prostu zacisze własnego pokoju.

Codzienna modlitwa jest spotkaniem z Panem, który przychodzi, by podnieść nas z grzechu i zniechęcenia, wyrwać z rutyny, aby uczynić z nas żywych świadków spotkania, które nieustannie nas odnawia, i czyni nas prawdziwie wolnymi w Jezusie Chrystusie.

Modlitw, to tak naprawdę czas, który jest darem bardziej dla nas, niż dla Pana Boga.

Nie odkładajmy jej na potem!

Serce człowieka – miejsce odpoczynku Boga

Jezus przyszedł do swego rodzinnego miasta. A towarzyszyli Mu Jego uczniowie. Gdy zaś nadszedł szabat, zaczął nauczać w synagodze; a wielu, przysłuchując się, pytało ze zdziwieniem: «Skąd to u Niego? I co to za mądrość, która Mu jest dana? I takie cuda dzieją się przez Jego ręce! Czy nie jest to cieśla, syn Maryi, a brat Jakuba, Józefa, Judy i Szymona? Czyż nie żyją tu u nas także Jego siostry?» I powątpiewali o Nim.

A Jezus mówił im: «Tylko w swojej ojczyźnie, wśród swoich krewnych i w swoim domu może być prorok tak lekceważony».

I nie mógł tam zdziałać żadnego cudu, jedynie na kilku chorych położył ręce i uzdrowił ich. Dziwił się też ich niedowiarstwu. Potem obchodził okoliczne wsie i nauczał. (Mk 6, 1-6)

Pierwsze skojarzenie, które przyszło mi do głowy, kiedy dziś rano przed poranną medytacją po raz pierwszy przeczytałem tę perykopę ewangeliczną, to to, że ojczyzną, w której Bóg chciałby się czuć jak w swoim domu jest ludzkie serce. I w tym sensie dzisiejsza Ewangelia jest nader aktualna.

Jezus dokonując wielu cudów podsumowywał je często lapidarnym stwierdzeniem: „Twoja wiara cię uzdrowiła”. I to nie był przejaw jakiejś niezwykłej pokory Jezusa, ale stwierdzenie faktu – niejednokrotnie dramatycznego – że to, co może ograniczać działanie Boga w życiu człowieka to jego wiara lub nie wiara, lub mówiąc innymi słowami to ludzkie serce, które albo odrzuci, albo przyjmie dar Bożej łaski.

Jak często zdarza nam się myśleć o naszym sercu jak o ojczyźnie Boga? Przecież to On je stworzył, czy więc nie powinien się tam czuć jak u siebie? Tymczasem w tak wielu sercach Bóg jest wciąż lekceważony, poniżany, prześladowany, wręcz jest wygnańcem z tych Jego małych ojczyzn…

Każdy pierwszy piątek miesiąca (a ten już za dwa dni) przypomina mi o tym, gdy sprawuję Eucharystię – która zgodnie z objawieniem danym św. Małgorzacie Marii Alacoque – winna być Mszą wynagradzającą właśnie za to lekceważenie Jezusa w naszych sercach. Jezus prosił wówczas tę mistyczkę, aby przynajmniej jej miłość i modlitwa była dla Niego zadośćuczynieniem. W podobnym tonie brzmi prośba Jezusa skierowana do innej mistyczki – tym razem współczesnej i polskiej – Kunegundy Siwiec. Na pytanie tej prostej kobiety, której rozmowy z Jezusem zostały zawarte w pięknej i chwytającej za serce książce „Miejsce mojego miłosierdzia i odpoczynku” Jezus zapytany przez nią: „Gdzie lubi odpoczywać?”, odpowiada: „W twoim sercu!”

To cudowna lektura, którą czyta się ze łzami w oczach. Kiedyś już o niej wspominałem. Ponieważ sama Kunegunda nie potrafiła pisać, ks. Bronisław – jej spowiednik i kierownik duchowy notował skrupulatnie słowo po słowie. Książka „Miejsce mojego miłosierdzia i odpoczynku” to nieprawdopodobny dziennik zapisujący rozmowy dwojga zakochanych osób: Jezusa i Kunegundy.

Często, gdy myślę o medytacji, o modlitwie, w centrum której stoi Jezus, o modlitwie, którą wprost nazywamy Modlitwą Jezusową lub Modlitwą Serca myślę o niej jako o modlitwie, dzięki której możemy pozwolić Jezusowi, aby odpoczął w naszym sercu, aby czuł się tam dobrze, aby czuł się tam chciany, kochany i adorowany.

Historia medytacji każdej i każdego z nas, to także pisany dzień po dniu dziennik duchowy dwojga zakochanych osób: Jezusa i Ciebie, Jezusa i mnie… Piszę go od ponad trzydziestu lat a raczej – używając słów św. Pawła – muszę powiedzieć: Nie ja co prawda, lecz łaska Boża ze mną.

Dzięki temu prostemu doświadczeniu mogę kontemplować Jezusa w mojej zwykłej codzienności, która – jak ufam – jest też Jego zwykłą codziennością. Dzięki medytacji mogę doświadczać Jego obecności przy sobie i przy prostych zajęciach dnia: podczas sprawowanej Eucharystii, która jest tak naprawdę moim jedynym bogactwem, na modlitwie, w rozmowach, kiedy się smucę i kiedy jestem szczęśliwy, gdy odpoczywam i gdy śpię. Przypomina mi o tym wezwanie „Panie Jezu, Synu Boży, ulituj się nade mną grzesznikiem” , który pojawia się w moim sercu i umyśle zawsze po przebudzeniu.

Praktyka medytacja uświadamia mi, że Jezus kocha moją codzienność, moje życie i składające się na nie zajęcia. Jest ze mną wszędzie i wszystko, co mnie otacza jest środowiskiem Jego obecności a każde doświadczenie medytacji pozwala mi Go odnajdywać w moim sercu.

Codzienna praktyka medytacji sprawia, że przyzwyczajam się do Jezusa. Trzeba jednak zachować czujność, bo przyzwyczajenie może zrodzić rutynę a ta z kolei może sprawić, że Jezus i Jego słowa spowszednieją. Wiem jednak, że moc Jego słowa jest silniejsza od moich słabości a powtarzane w rytmie oddechu wezwanie: „Panie Jezu, Synu Boży, ulituj się nade mną grzesznikiem” ma moc ciągle na nowo rozpalać w moim sercu miłość do Niego.

Jezus nie oczekuje od nas wiele. Pragnie być przez nas chciany. Pragnie byśmy go kochali i wierzyli Mu. Pragnie mieć swoje miejsce w naszych sercach i czuć się tam jak w swojej ojczyźnie.

Myślę, że medytacja daje nam możliwość odpowiedzi na to Jezusowe pragnienie.