Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Święta Rodzina

Gdy upłynęły dni ich oczyszczenia według Prawa Mojżeszowego, Rodzice przynieśli Jezusa do Jerozolimy, aby przedstawić Go Panu.

A gdy wypełnili wszystko według Prawa Pańskiego, wrócili do Galilei, do swego miasta – Nazaretu. Dziecię zaś rosło i nabierało mocy, napełniając się mądrością, a łaska Boża spoczywała na Nim.  [Łk 2, 22.39-40)

„Było to ubiegłej zimy. Jak zwykle zostałem zaskoczony końcem kalendarza. Ostatnia oderwana kartka czekała na swoje miejsce w koszu. Jak to? Tak szybko przeminął, bez żadnego śladu? Jeszcze niedawno gruby plik mówił, że czasu jest bardzo dużo. Zły na siebie, a przede wszystkim na te setki dni, które minęły, trafiłem na opowieść o innych dniach, takich, które się wypełniły” – tyle fragment z powieści „W poszukiwaniu straconego czasu” Marcela Prousta

Gdy zestawimy fragment Ewangelii z kończącym się rokiem kalendarzowym, staniemy wobec pewnego wyboru. Od nas zależy, jak określimy nasze dni: czy „mijają”, czy też „się wypełniają”. Ewangelia nie jest bezstronna i daje trzy małe podpowiedzi. Oto one.

W historii Świętej Rodziny widzimy, że Maryja z Józefem przyjmują Syna Bożego i nie zatrzymują Go dla siebie. Postępują zgodnie ze zwyczajem, przynoszą Jezusa do świątyni, aby ofiarować swego Syna Bogu.

Tak często żyjemy w przekonaniu, że nasze życie należy do nas, tymczasem prawda jest taka, że nasze chwile życia, minuty, lata, cały „nasz czas” należy w ostateczności do Boga. To pierwsza nauka, przyjmowania i oddawania Panu tego, co najbliżej skóry, co się wydaje najbardziej „moje”.

Dalej spotykamy Symeona cierpliwie – bo kilkadziesiąt lat! – czekającego na Boże znaki, który się modli: „Teraz, o Panie, pozwól odejść słudze Twemu w pokoju, bo moje oczy ujrzały Twoje zbawienie”. To postawa i słowa kogoś, kto doświadcza „wypełniania się” obietnicy.

Ta druga nauka podpowiada, że konieczna jest cierpliwość w odkrywaniu naszego miejsca w większej, Bożej całości i sensu tego, co tworzymy.

Symeon, mówiąc o Dziecięciu: „Oto Ten będzie znakiem upadku i nawrócenia wielu w Izraelu”, zapowiada rodzicom, że dzieło Jezusa rozkwitnie później, wyda owoce, których nie ujrzą swoimi oczami.

To trzecia wskazówka, gdyż jak pokazuje historia dobre dzieła żyją i za 100 czy 500 lat wydadzą plony, które nie zawsze mogą zobaczyć ich autorzy.

Ewangelia kończy się zdaniem: „Wrócili do Galilei… Dziecię zaś rosło i nabierało mocy…”. Te słowa kończą Ewangelię, ale są dopiero preludium do życia świętej Rodziny.

Dzisiejsze święto daje nam szansę spojrzeć na wspólne życie Maryi, Józefa i Jezusa, po to, aby znaleźć w ich życiu inspirację dla naszych rodzin.

Zadaję więc sobie proste pytanie: Jacy oni byli na co dzień? W Nazarecie, w Egipcie, w Jerozolimie. Jak się do siebie odnosili? Jak wyglądała ich miłość? Czy może się sprzeczali? I jak sobie radzili ze świadomością, a może presją, która towarzyszyła im od poczęcia Jezusa, że Bóg ich wybrał i uczynił częścią swojego planu? Może się przyzwyczaili to tego nadzwyczajnego Bożego wyboru? A może wręcz przeciwnie?

Nie ma zbyt wielu źródeł, by znaleźć odpowiedzi na te pytania, dlatego tym uważniej się wczytuję w dzisiejszą Ewangelię. Święty Łukasz trzykrotnie powtarza, że rodzice Jezusa postępowali zgodnie z poleceniami Prawa Pańskiego. Wierność Prawu to wierność Bogu. Wierność Bogu to posłuszeństwo wobec Jego woli.

Tajemnica szczęścia członków Świętej Rodziny zawarta jest we wnętrzu ich serc, w ich wzajemnej miłości i odpowiedzialności za siebie, ale także w otwartości ich serc na Bożą wolę, która ma się realizować w ich życiu. Każde z nich wie, że jest potrzebne innym i że są dla siebie darem od Boga, są sobie potrzebni, by wzrastać w miłości i w nią wierzyć. I taka jest rola każdej rodziny!

Święta Rodzina jedynie przypomina nam, że każda z naszych rodzin ma być miejscem, w którym Bogu spodobało się zamieszkać.

W jaki sposób ma się to dzisiaj odbywać?

Przez autentyczną miłość, przez wiarę, że nie wszystko od nas zależy, więc warto być posłusznym Bogu i otwartym na Jego wolę, która pragnie realizować w nas i poprzez nas a także przez umiejętność nieustannego spoglądania na siebie nawzajem ze świadomością, że jesteśmy dla siebie darem od Pana Boga i jesteśmy sobie potrzebni by móc wzrastać w wierze, w miłości i w łasce.

 

 

Szczepan

Jezus powiedział do swoich Apostołów:

„Miejcie się na baczności przed ludźmi. Będą was wydawać sądom i w swych synagogach będą was biczować. Nawet przed namiestników i królów będą was wodzić z mego powodu, na świadectwo im i poganom. Kiedy was wydadzą, nie martwcie się o to, jak ani co macie mówić. W owej bowiem godzinie będzie wam poddane, co macie mówić.

Gdyż nie wy będziecie mówili, lecz Duch Ojca waszego będzie mówił przez was. Brat wyda brata na śmierć i ojciec syna; dzieci powstaną przeciw rodzicom i o śmierć ich przyprawią. Będziecie w nienawiści u wszystkich z powodu mego imienia. Lecz kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony”. (Mt 10, 17-22)

Może to było jedno wielkie nieporozumienie? Przecież Szczepan nie miał nikogo nauczać. Powierzono mu zupełnie inną misję w Kościele. Apostołowie ustanowili siedmiu diakonów (do których należał Szczepan), aby obsługiwali stoły – rozdzielali jałmużnę wdowom i opiekowali się ubogimi we wspólnocie. Dzięki temu dwunastu mogło bez reszty poświęcić się głoszeniu dobrej nowiny. Szczepan miał się zająć wszystkim, tylko nie kaznodziejstwem, zdejmując z apostołów każdy obowiązek, który by ich odciągał od nauczania. Dziś ktoś mógłby westchnąć: Nie miał odpowiedniego przygotowania, pchał się do czegoś, o co go nie proszono…

Historia Szczepana jest nie tylko wyzwaniem dla naszego sposobu planowania. Bóg przyjmuje ofiarę życia świętego i pokazuje, że Jego ścieżki niekoniecznie pokrywają się z naszymi kalkulacjami.

Po ludzku sądząc wystarczyłoby jedno słowo, żeby święty Szczepan ocalił życie, a nam przedłużył niezmąconą radość Bożego Narodzenia. Czego zatem chce nas nauczyć drugi dzień świąt naznaczony krwią pierwszego męczennika?

Największą wartością dla Szczepana była wierność Prawdzie, którą odnalazł w Chrystusie. Wiedział, po co żyje, i wiedział, dlaczego umiera. Był wierny Chrystusowi i na tej drodze spotkał śmierć. Człowiek wierzący czasem musi liczyć się z koniecznością zapłacenia za wiarę, za miłość, one nie są tanie, mają swoją cenę.

Tuż po Bożym Narodzeniu święty Szczepan wyrywa nas z taniego sentymentalizmu i zamykania oczu na to, co trudne. Bóg stał się dzieckiem, a to znaczy, że przyjął cały nasz los: piękno życia i ból z nim związany. Z życiem przyjął śmierć. Śmierć, bo Jego słowa, cuda i znaki nie przekonywały wielu ludzi. Potrzebne było męczeństwo. „Męczeństwo jest tej ziemi potrzebne, bo wtedy, kiedy już nie przekonują ludzi żadne inne argumenty, pozostaje jeszcze ten jeden argument: argument męczeństwa” – pisał ksiądz Józef Tischner. Łatwo jest przyjąć nam Jezusa jako dziecko, które wczoraj narodziło się w Betlejem, znacznie trudniej jest przyjąć Jezusa krzyżem i jego wymaganiami. Wiarę, w którą wpisany jest krzyż, trudno podjąć, bo w takich momentach nasze życie może przypominać dywan odwrócony na lewą stronę: gmatwanina i plątanina nici. Dopiero, gdy go właściwie położymy, dostrzegamy kształty, kolory i sens.

Jednak śmierć Szczepana nie jest – jak sądzą niektórzy – przeciwstawiona narodzinom Zbawiciela. Święty Łukasz, autor Dziejów Apostolskich, celowo pisze w taki sposób, żeby w męczeństwie Szczepana pokazać kontynuację, prawie że doskonałe powtórzenie śmierci Jezusa, począwszy od oskarżenia o bluźnierstwo (Mt 26, 65; Dz 6, 11), przez przebaczenie prześladowcom (Łk 23, 34; Dz 7, 60), aż po powierzenie swojego ducha Bogu (Łk 23, 46; Dz 7, 59). Tak jakby męczeństwo Szczepana miało być wypełnieniem słów Jezusa: „Uczeń nie przewyższa nauczyciela (…). Wystarczy, jeśli uczeń będzie jak nauczyciel” (Mt 10, 24n).

Można by jednak powiedzieć: nikt nie przeczy temu, że śmierć Szczepana była naśladowaniem śmierci Chrystusa, dlaczego jednak świętujemy ją dziś? Odpowiedź podpowiada nam czytanie z Ewangelii. To fragment tzw. mowy misyjnej, czyli posłania apostołów do głoszenia królestwa niebieskiego (Mt 10, 5–16). Są to słowa skierowane do nas wszystkich, gdyż każdy z nas jest apostołem, czyli posłanym: aby świadczyć, aby być chodzącym dowodem, gotowym do obrony nadziei, która jest w nas (1 P 3, 15). Świadectwo (męczeństwo) nie jest bowiem dla nas, tylko „dla nich”, dla tych, którzy są „na zewnątrz”.

Tak było w przypadku św. Pawła, którego los Bóg związał z losem św. Szczepana. Zbrodnia, której się przyglądał i to, co usłyszał być może miały wpływ na jego nawrócenie. Po latach Szaweł – prześladowca chrześcijan, zmienił się w Pawła, przyjaciela Jezusa, także męczennika.

Warto też zwrócić uwagę na słowa: „Kto wytrwa do końca…”. Nie chodzi tu wyłącznie o czas. Greckie słowo telos oznacza także cel. Rzecz więc nie w tym, aby zacisnąć zęby i wytrzymać prześladowanie, ale żeby podprowadzić w kierunku wiary tych, dla których mamy być jej świadkami.

A może nauka dla nas, zawarta w dzisiejszych czytaniach, jest zupełnie innego rodzaju. Może to nie na Szczepana mamy patrzeć, tylko na jego prześladowców. Ich reakcja na słowa męczennika jest znamienna: zatkane uszy, krzyk, chwytanie za kamienie. Nietrudno kogoś oskarżyć, że ma złe zamiary, zakrzyczeć, zamiast słuchać, tyle tylko, że łatwo wówczas przeoczyć słowa, które mogą pomóc w naszym nawróceniu.

Jedyne w swoim rodzaju narodziny

Z narodzeniem Jezusa Chrystusa było tak.

Po zaślubinach Matki Jego, Maryi, z Józefem, wpierw nim zamieszkali razem, znalazła się brzemienną za sprawą Ducha Świętego. Mąż Jej, Józef, który był człowiekiem sprawiedliwym i nie chciał narazić Jej na zniesławienie, zamierzał oddalić Ją potajemnie.

Gdy powziął tę myśl, oto Anioł Pański ukazał mu się we śnie i rzekł: «Józefie, synu Dawida, nie bój się wziąć do Siebie Maryi, twej Małżonki; albowiem z ducha Świętego jest to, co się w Niej poczęło. Porodzi Syna, któremu nadasz imię Jezus, on bowiem zbawi swój lud od jego grzechów». A stało się to wszystko, aby się wypełniło słowo Pańskie powiedziane przez Proroka: «oto dziewica pocznie i porodzi Syna, któremu nadadzą imię Emmanuel», to znaczy Bóg z nami.

Zbudziwszy się ze snu, Józef uczynił tak, jak mu polecił Anioł Pański: wziął swoją Małżonkę do siebie, lecz nie zbliżał się do Niej, aż porodziła Syna, któremu nadał imię Jezus.  (Mt 1, 18-25)

Czytając dzisiejszą Ewangelię, możemy sobie wyobrazić, że to początek filmu… Ewangelista wymienia najważniejsze osoby – Jezusa, Maryję, Józefa i Ducha Świętego. Gdyby któraś z nich nie wypowiedziała swojej kwestii, cała opowieść zmieniłaby znaczenie.

Bóg zechciał, by ludzie wszystkich czasów poznali Emmanuela i opowiadali Jego historię. Wszystko się wydarzyło w konkretnym czasie i miejscu. Dla nas jest to przestrzeń bardzo odległa, ale sprawy Boże przekraczają czas i przestrzeń.

Naszym zadaniem jest zaangażowanie się w tę opowieść o Bożym Narodzeniu – nie po to, aby powspominać, by ją oglądać jak film. Święta są po to, żeby przyjąć zaproszenie Boga i aktywnie uczestniczyć w tej wyjątkowej narracji.

A zatem spróbujmy:

Zgodnie z relacją św. Mateusza wszystkie najważniejsze zwroty akcji w historii Świętej Rodziny dokonują się dzięki snom Józefa. We śnie Józef dowiaduje się, że ma przyjąć do swego domu Maryję (Mt 1, 20), we śnie dowie się, że ma wyruszyć do Egiptu by chronić św. Rodzinę przed gniewem Heroda (Mt 2, 13), a potem – także we śnie – otrzyma polecenie powrotu po śmierci Heroda (Mt 2, 19), a nawet, że ma osiedlić się w Galilei (Mt 2, 22). Ewangelista kreśli obraz człowieka prowadzonego w sposób nadprzyrodzony, niezwykle otwartego na Boże kierownictwo.

Oczywiście to, co w Piśmie Świętym ex post zostało zrelacjonowane w formie wyrazistych scen i tworzy dziś równe szeregi ładnie poskładanych w całość liter, niekoniecznie było takie łatwe wówczas, gdy się dokonywało. Przecież gdy nastanie dzień, zwykle niewiele pamiętamy z nocnych wizji. A nawet jeśli pamiętamy, to czy łatwo na nich budować? Czy łatwo w imię jakiegoś snu zrezygnować ze swych planów i pomysłów? Ba, wręcz zaryzykować życie swoje i najbliższych?

Józef to zrobił… Józef zdał bardzo trudny egzamin! Życie Świętej Rodziny nie było sielanką. Madonny Rafaela z błękitnym niebem i anielskim pejzażem wprowadzają nas często w błąd.

Historia napisana przez Ewangelistów zaczyna się dla świętego Józefa jak dramat. Jak się zachować, kiedy ukochana kobieta, którą się kocha czystą miłością, nagle informuje, że jest w ciąży? Józef wiedział przecież, że dziecko Maryi nie może być jego dzieckiem. Józef znał Maryję. Można zatem założyć, że hipotezę cudzołóstwa wykluczał absolutnie. Niczego nie rozumiał…

Jeszcze zanim przyśni mu się anioł zachowuje się w sposób w jaki przystało na świętego: w mroku niezrozumienia i ciemności postanawia wziąć winę na siebie. Dlaczego? Nie wiadomo. Chciałoby się powiedzieć, że z miłości! Dla nas jednak ważne pozostanie pytanie, czy istnieją granice ludzkiego zaufania? Czy można ślepo wierzyć drugiemu człowiekowi, nawet jeśli tak bardzo się go kocha, jak Józef kochał Maryję? Po ludzku wydaje się to niemożliwe. Gdyby nie interwencja anioła, Józef zapewne pozostałby zraniony jako mężczyzna i człowiek nie potrafiąc ogarnąć tajemnicy.

Jednak Ewangelia będąc Dobrą Nowiną pragnie nas nauczyć czegoś jeszcze: że mrok i cierpienie ludzkiej duszy mają moc przyciągania Bożej interwencji. Kiedy jesteśmy najbardziej pogrążeni w ciemności i niezrozumieniu, Bóg przychodzi, by nas wybawić. Okazuje się wtedy, że cały czas był przy nas – takie jest przecież Jego imię: Emmanuel – Bóg z nami.

Mnie najbardziej w biblijnej historii Józefa przeraża fakt, że do czasu interwencji anioła był on całkiem sam ze swoim dramatem, niepewnością… Nie ma śladu jego rozmów z przyjaciółmi, wzmianki o kimś, komu by się zwierzył. Gdyby Józef opowiedział komuś swoją historię, siedząc w barze, przy kubku wina, zapewne usłyszałby: „Stary, daj sobie spokój, znajdziesz inną kobietę, odpuść sobie!”. Często mówimy innym ludziom to, co myślimy, w dobrej intencji, z troski o nich, ale ileż można zepsuć poprzez dawanie dobrych rad! Ta łechcząca nasze ego pewność, że jest tak, jak mówimy, że nie możemy się mylić… Całe szczęście, że święty Józef spotkał anioła, a nie mnie lub ciebie, bo nie daj Boże, jeszcze byśmy go przekonali, że powinien postąpić inaczej. Warto więc i tę naukę zapamiętać z dzisiejszej Ewangelii: Dawanie rad może zabić Boże plany, dlatego bądźmy ostrożni gdy ich udzielamy, nawet w słusznej sprawie!

Raz jeszcze wrócę do tego, że dla nas, ta historia poukładana przez czas i Ewangelistów wydaje się taka piękna i sielankowa, ale prawda jest taka, że historia Maryi i Józefa, która wyłania się z decyzji inspirowanych Józefowymi snami, była – jak to określił kiedyś jeden z uczonych przeze mnie maturzystów – nieustanną „jazdą po bandzie”, działaniem na granicy ludzkich możliwości.

Dla mnie opowieść ta rodzi zasadnicze pytanie, które warto sobie postawić przy okazji świąt Bożego Narodzenia: czy słuchając historii Świętej Rodziny sami bylibyśmy gotowi pozwolić Bogu, by tak nas poprowadził? Czy bylibyśmy w stanie, podobnie jak Józef, ryzykować i zbudować swoje życie na Bożym słowie, którego usłyszenie i przyjęcie nie dla wszystkich będzie oczywiste? Pytanie jest istotne. Bo bez gotowości oparcia się na Bożym słowie ryzykujemy, że to my a nie On będzie pisał historie naszego życia. A dla człowieka wiary, to spore ryzyko!

W centrum Bożego Narodzenia Ewangelia stawia nam Świętą Rodzinę, może tak podobną do wielu naszych rodzin, ale to, co ją wyróżnia, to fakt, że w każdych okolicznościach daje się prowadzić Bogu. To nam uświadamia, że świętości naszych rodzin nie budujemy o własnych siłach, na własnych pomysłach na życie, ale budujemy ją w oparciu o wierność i ufność, że Bóg jest i przychodzi do nas nieustannie. Święta Rodzina to nie taka, która jest wolna od ludzkich dramatów, kryzysów, niepewności, ale taka, w której uczymy się odkrywać tajemnicę bliskości Boga i tą tajemnicą się dzielić.

Ktoś zadał mi kiedyś pytanie: dlaczego Ewangelista przykłada tak wielką wagę do tej prawdy, że Jezus narodził się z Dziewicy? Przecież miłość małżeńska, z której poczynają się dzieci, jest pobłogosławiona przez samego Stwórcę! Nie zapominajmy, że Jezus nie potrzebował ziemskiego ojca, bo miał już Ojca! Był nim przedwieczny Bóg.

Jezus Chrystus jest absolutnie jedynym człowiekiem ze wszystkich ludzi, którego istnienie nie zaczęło się w momencie Jego ludzkiego poczęcia. Istniał od zawsze, będąc przedwiecznym Synem Bożym. A fakt, że narodził się w ludzkiej postaci było aktem Jego wielkiego miłosierdzia w stosunku do nas, że zechciał się do tego stopnia uniżyć i stać się jednym z nas. On stał się bezbronnym dzieckiem, aby nas, bezbronnych umocnić. Aby powiedzieć nam o miłości Boga i aby dać nam miłość, która przetrwa wszystkie próby.

To nie magia, to prawda! Prawda tych świąt! I doświadczenia tej prawdy życzę Wam kochani zarówno w te święta jak i w całym nadchodzącym roku poświęconym nomen omen postaci św. Józefa.

Wigilia wigilii

Dla Elżbiety nadszedł czas rozwiązania i urodziła syna.

Gdy jej sąsiedzi i krewni usłyszeli, że Pan okazał jej tak wielkie miłosierdzie, cieszyli się z nią razem. Ósmego dnia przyszli, aby obrzezać dziecię, i chcieli mu dać imię ojca jego, Zachariasza. Ale matka jego odpowiedziała: «Nie, natomiast ma otrzymać imię Jan». Odrzekli jej: «Nie ma nikogo w twoim rodzie, kto by nosił to imię».

Pytali więc na migi jego ojca, jak by chciał go nazwać. On zażądał tabliczki i napisał: «Jan będzie mu na imię». I zdumieli się wszyscy.

A natychmiast otworzyły się jego usta i rozwiązał się jego język, i mówił, błogosławiąc Boga. Wtedy strach padł na wszystkich ich sąsiadów. W całej górskiej krainie Judei rozpowiadano o tym wszystkim, co się zdarzyło. A wszyscy, którzy o tym słyszeli, brali to sobie do serca i pytali: «Kimże będzie to dziecię?» Bo istotnie ręka Pańska była z nim. (Łk 1, 57-66)

Wigilia wigilii.

Ewangelia  udziela nam dzisiaj bardzo ważnej lekcji w osobie Zachariasza: milczy do chwili narodzin Jana, aby nie przeszkadzać realizacji się dzieł Bożych, aby jego milczenie stało się tłem dla wypełnienia się słowa, które Bóg skierował do niego przez archanioła Gabriela. Przypomnijmy, że było to długie, dziewięciomiesięczne milczenie oczekiwania i nadziei… 

Dobiega końca także czas adwentu, czas wyciszenia, kontemplacji, oczekiwania… Czy rzeczywiście ten adwent był inny? Czy pandemia, która zmusiła nas do siedzenia w domach sprawiała, że więcej czasu poświęciliśmy skupieniu, milczeniu, kontemplacji?

„Człowiek modlitwy nie myśli o owocach swojego trwania przed Bogiem, nie nastawia się na nadzwyczajne doświadczenia, nie myśli o mistycznych łaskach, nie zakłada, że jego prośby zostaną wysłuchane, nie kojarzy modlitwy tylko z dobrym samopoczuciem. Człowiek modlitwy jest człowiekiem wiary, a ta daje tylko jedną obietnicę: ON BĘDZIE BLISKO! A skoro On będzie blisko, to czego więcej nam potrzeba? Gałązka nie musi się martwić o to, czy przyniesie owoc, nie musi wciąż się sobie przyglądać i badać czy pąk się rozwija, czy owoc dojrzewa? Gałązka ma tylko to jedno zadanie – troszczyć się o to, aby być złączona z winnym krzewem. [o. Wilfrid Stinissen OCD]

Adwent to szczególny czas, który chce nam uświadomić, że sprawy najtrudniejsze są z reguły najprostsze. Uczy nas kontemplacyjnego milczenia jako drogi szukania odpowiedzi na najważniejsze pytania. Takiej postawy uczą nas wszystkie postacie czasu Adwentu: Maryja, św. Józef, milczący Zachariasz i jego żona Elżbieta żyjąca w ukryciu aż do narodzenia Jana.  Adwent uczy nas po prostu na modlitwie być, trwać, będąc zasłuchanym w słowo i oczekując aż ono się wypełni. Dlatego czas adwentu zawsze był i jest dla mnie dobrym nauczycielem medytacji. Uczy wznoszenia duszy do Boga, by łączyć się z Nim i by nieustannie przypominać sobie, że imię naszego Boga brzmi: JESTEM i dlatego najlepszym sposobem upodobnienia się do Niego jest świadome bycie w Jego obecności i świadome przeżywanie w Jego obecności całego mojego życia, nie martwiąc się o nic. A adwent przypomina mi jeszcze, coś ważniejszego, że mój Bóg jest też Emmanuelem, czyli Bogiem z nami. Bogiem bliskim. Bogiem pragnącym być obecnym w Twoim i moim życiu. Czy można odkryć piękniejszą tajemnicę od tej?

W mojej parafii jest zwyczaj, że po jutrzejszej – ostatniej porannej Mszy – zachowujemy milczenie. Niczego już nie przygotowujemy, niczego nie załatwiamy, po prostu trwamy w oczekiwaniu na tę najpiękniejszą noc, „gdy się łączy niebo z ziemią, sprawy Boskie ze sprawami ludzkimi” więc i ja zamilknę, aby spoglądając w niebo nie przeoczyć pierwszej gwiazdy zwiastującej wypełnienia się Słowa i aby nie przegapić Boga – Człowieka cichutko pukającego do mojego serca.

A na koniec pozwólcie Kochani życzyć Wam, aby tajemnica ciszy i ciemności, jakie towarzyszyły przyjściu na świat Zbawiciela, dotknęły Waszych serc i wypełniły je Jego miłującą obecnością, aby Wasze serca, umocnione Jego łaską nigdy nie poddały się zniechęceniu, lecz ciągle na nowo podejmowały trud przyjmowania Jego miłości i przekazywania jej dalej”.

Trwając w duchowej łączności. Ks. Marek 

Przyjąć słowo

Bóg posłał anioła Gabriela do miasta w Galilei, zwanego Nazaret, do dziewicy poślubionej mężowi imieniem Józef, z rodu Dawida; a dziewicy było na imię Maryja.

Wszedłszy do Niej, Anioł rzekł: «Bądź pozdrowiona, łaski pełna, Pan z Tobą, błogosławiona jesteś między niewiastami ». Ona zmieszała się na te słowa i rozważała, co by miało znaczyć to pozdrowienie.

Lecz anioł rzekł do Niej: «Nie bój się, Maryjo, znalazłaś bowiem łaskę u Boga. Oto poczniesz i porodzisz Syna, któremu nadasz imię Jezus. Będzie on wielki i zostanie nazwany Synem Najwyższego, a Pan Bóg da Mu tron Jego praojca, Dawida. Będzie panował nad domem Jakuba na wieki, a Jego panowaniu nie będzie końca».

Na to Maryja rzekła do anioła: «Jakże się to stanie, skoro nie znam męża?»

Anioł Jej odpowiedział: «Duch Święty zstąpi na Ciebie i moc Najwyższego okryje Cię cieniem. Dlatego też Święte, które się narodzi, będzie nazwane Synem Bożym. a oto również krewna Twoja, Elżbieta, poczęła w swej starości syna i jest już w szóstym miesiącu ta, którą miano za niepłodną. Dla Boga bowiem nie ma nic niemożliwego».

Na to rzekła Maryja: «Oto ja służebnica Pańska, niech mi się stanie według słowa twego».

Wtedy odszedł od Niej Anioł. (Łk 1, 26-38)

Tak wiele już napisano o Zwiastowaniu Maryi. Spoglądamy na to wydarzenie z Nazaretu sprzed dwu tysięcy lat, jak na fakt historyczny i duchowy, choć nie zawsze uświadamiamy sobie, że Ewangelia, której słuchamy dotyczy też nas i w tym tkwi jej żywotność.

A dzisiaj scena Zwiastowania chce nam uświadomić, że do nas też przychodzą aniołowie i nas też przychodzi Duch Święty.

Może nie wymagają oni od nas rzeczy tak niezwykłych, jak od Maryi, ale jednak są codziennie przy nas i w nas. Niezwykłe jest jednak to, że Bóg, który najlepiej zna naszą słabość i grzeszność nie tylko pragnie przychodzić do nas, ale, co więcej, pragnie uczynić w nas swoje mieszkanie. To fakt, nad którym nie można przejść obojętnie. Często zdarza się, że nie mamy zbyt wielkiego zaufania do samych siebie, że oceniamy się nawet bardziej krytycznie niż na to zasługujemy. Tymczasem sam Bóg traktuje nas poważnie i przychodzi do nas z całkowitym zaufaniem, że przyjmiemy Jego łaskę i postaramy się jej nie zmarnować. Zapewne wielu chętnie włożyłoby to o czym mówię między bajki, gdyby nie to zdarzenie z Nazaretu sprzed dwu tysięcy lat. W scenie zwiastowania jesteśmy zaproszeni by odczytać podpowiedź, jaki możemy mieć udział w zbawianiu świata.

Maryja jest dla nas najlepszym przykładem jak wsłuchiwać się i odczytywać wolę Bożą. I choć rzeczywiście aniołów i Ducha Świętego trudno jest przegonić w subtelności i delikatności, to jednak nie znajdzie się chyba chrześcijanina na tym świecie, który z ręką na sercu powiedziałby, że nigdy nie poczuł Ich natchnień. Oni cały czas coś do nas mówią, a to, że Ich dobrze nie słyszymy, wynika raczej z naszej winy, niż z Ich nieumiejętności trafienia do naszego serca…

Nieco upraszczając można powiedzieć, że każde natchnienie do dobrych czynów, do wewnętrznej walki, do modlitwy jest ich dziełem. Jeśli wydaje nam się, że bez natchnienia Ducha Świętego możemy powiedzieć proste zdanie „Panem jest Jezus”, to – jak mówi św. Paweł jesteśmy – w błędzie! [por 1 Kor 12,3]

Trzeba jednak wyostrzonego słuchu i zmysłu wiary, by usłyszeć głos Ducha Świętego czy odczuć natchnienie anioła. Bardzo łatwo je zagłuszyć! Trzeba byśmy mieli świadomość, że im bardziej wypełnimy nasze życie i nasze serca tysiącami pustych odgłosów, sami uniemożliwiamy aniołom i Duchowi Świętemu przebicie się przez tę ścianę jazgotu. Jeszcze gorszą postawą w życiu człowieka wiary jest chęć uciszenia z pełną świadomością Ich głosów.

Dlatego Maryja, czy też inne postacie czasu Adwentu zachęcają nas do ćwiczenia. Jak mówi stare przysłowie: „Trening czyni mistrza”. Maryja, św. Józef – odczytujący głos anioła we śnie, czy św. Jan Chrzciciel również nie zdołaliby odczytać woli Bożej, gdyby nie ćwiczyli się nieustannie we wsłuchiwanie w nią!

Dlatego jeśli chcemy być do nich choć trochę podobni, warto gdy odczuwamy dobre natchnienie pójść za nim, nawet jeśli będzie nas to wiele kosztować. Oczywiście mogę się pomylić i wziąć za natchnienie coś, co było tylko moim głosem. Takich pomyłek popełniamy bez liku, ale nie powinno nas to wstrzymywać przed odpowiadaniem na natchnienia aniołów i Ducha Świętego. Maryja chętnie pomoże nam w rozpoznawaniu tych natchnień gdy ją o to poprosimy – przecież jest naszą Matką.

Wiele razy słyszałem, jak niektórzy mówili tak: „Maryja miała łatwiej, bo była Niepokalana, była bez grzechu, a więc łatwiej Jej było zrozumieć wolę Bożą”… Trochę to prawda, ale tylko trochę. Maryja nadal była przecież wolna i mogła odmówić Bogu posłuszeństwa.

Dlaczego jednak tego nie zrobiła? Być może odpowiedzią jest to, że od najwcześniejszych lat starała się zawsze iść za natchnieniami aniołów i Ducha Świętego, weszło Jej to w krew do tego stopnia, że nawet tak niesłychanie wymagająca prośba Boga nie okazała się dla Niej zbyt straszna.

Czekamy na święta, czekamy na gwiazdkę, czy duzi czy mali czekamy na prezenty, bo one są znakiem, że ktoś o nas pamięta, że nas kocha. Tymczasem Pan Bóg chce nam dawać swoje prezenty każdego dnia w postaci swoje łaski, swojej miłości, w postaci swoich natchnień. Czasami boimy się tych prezentów do Pana Boga, bo czujemy, że jego przyjęcie może nas trochę kosztować. Ale Bóg nam mówi: uśmiechnij się, nie bój się. Z mojej strony i przy Mnie nic ci nie grozi!

Niech Maryja uczy nas tego pełnego ufności i bez lęku przyjmowania natchnień płynących od Pana Boga, niech uczy nas rozpoznawać głos Boga w naszych sercach i iść za nim odważnie. Jedno jest pewne: gdy pójdziemy bez leku za Bożymi natchnieniami, wyjdzie to zawsze na dobre nam i wielu innym, którzy żyją wokół nas.