Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Bal wszystkich świętych

Jeden z redaktorów telewizyjnych z okazji dzisiejszej uroczystości zapytał swojego gościa – kapłana: Czy pragnienie świętości nie jest w dzisiejszych czasach przeżytkiem?

Myślę, że najlepszą odpowiedzią na to pytanie jest dzisiejsza Ewangelia, w której widzimy Jezusa, który z perspektywy góry przemawia do ludu. Bibliści odczytują to w sposób symboliczny: Jezus nie bez powodu wybiera górę na katedrę z której naucza. Góra bowiem w znaczeniu symbolicznym była i jest w wielu kulturach symbolem ludzkiej tęsknoty za czymś wyższym, czymś nadprzyrodzonym, za bliskością Boga. Sami dobrze znamy to doświadczenie, rodząca się niemal spontanicznie, gdy jesteśmy w górach. A kto lepiej zna tęsknoty ludzkich serc, jak nie Chrystus.

Wszyscy Święci, których dziś wspominamy, swoim życiem potwierdzili te prawdę, że tylko nieustanne poszukiwanie Boga ma moc na tyle ubogacić biedne ludzkie serce i życie, że potrafi napełnić je pokojem, radością i głębokim bez względu na warunki w jakich je przezywamy. Oni na drodze naszych poszukiwań pomagają nam nie tylko swoim wstawiennictwem, ale i tym, że sami przetarli wiele szlaków, po których dzisiaj możemy łatwiej i bezpieczniej poruszać się ku Bogu.

Odpowiadając zatem na pytanie pana redaktora chciałoby się powiedzieć, że tak długo jak długo będą ci, którzy są wpatrzeni i wsłuchani w Chrystusa nauczającego z góry o tym, na czym polega prawdziwe ludzkie szczęście i  tak długo, jak długo będą ludzie, którzy będą chcieli poszukiwać tego szczęścia w bliskości z Bogiem, tak długo pragnienie świętości wpisane gdzieś w glebie ludzkiej natury będzie wciąż aktualne.

„Świętość nie jest luksusem dostępnym tylko dla niewielu. Jest to zwykły obowiązek dla mnie i dla ciebie. Świętość jest zwykłą akceptacją woli Boga, wyrażoną z szerokim uśmiechem.Musimy stać się świętymi, nie dlatego, że chcemy się nimi czuć, ale dlatego że Chrystus chce żyć pełnią życia w nas”.
Św. Matka Teresa z Kalkuty

Kontemplacja – pukanie do drzwi

Jezus, nauczając, szedł przez miasta i wsie i odbywał swą podróż do Jerozolimy. Raz ktoś Go zapytał: „Panie, czy tylko nieliczni będą zbawieni?” On rzekł do nich: „Usiłujcie wejść przez ciasne drzwi; gdyż wielu, powiadam wam, będzie chciało wejść, a nie będą mogli.(Łk 13,22)

Święty Jan od Krzyża zwykł mawiać, że kontemplacja jest jak pukanie do drzwi, które prowadzą do miejsca ciszy, gdzie jesteśmy wchłonięci przez Boga. Praktyka Medytacji Chrześcijańskiej jest jedną z form modlitwy kontemplatywnej. Jest to jednak rodzaj kontemplacji, którą znawcy duchowości określają jako tzw. kontemplację czynną, w której człowiek współdziałając z Duchem Świętym używa swojego ludzkiego potencjału wspomaganego łaską do wzrastania w poznaniu i miłości Boga i do otwierania się na tę miłość. Medytacja jest ścieżką, w której poruszamy się ku sferze ducha, gdzie Bóg jest działającym a my tymi, którzy otrzymują. Powtarzanie modlitewnego wezwania jest wprawdzie pewnego rodzaju działaniem, ale jest to działanie, które prowadzi do przekraczania naszego „ego” a nie na pragnieniu osiągnięcia czegokolwiek. Polega ona przede wszystkim na ćwiczeniu uważności, która w życiu duchowym odgrywa bardzo istotna rolę, gdyż uczy nas jak określa to ojciec Ernest Larkin o. Carm. „doświadczać i celebrować ofiarowanie się życia na wszystkich poziomach: materialnym, duchowym i mistycznym.” Medytacja chrześcijańska poprzez recytację modlitewnego wezwania zabiera nas w duchową podroż, której owocem jest tzw. kontemplacja wlana, będąca całkowicie darem Boga, która wznosi nas ponad samoświadome „ego” do miejsca ciszy, w której jesteśmy wchłonięci przez Boga. Nie jesteśmy w stanie jednak wymusić tego doświadczenia. Możemy jedynie się na nie przygotować i oczekiwać, gdyż jest ono w pełni darem samego Ducha Bożego obecnego działającego w nas. Raz jeszcze wracając do tego obrazu zaczerpniętego z pism św. Jana od Krzyża można powiedzieć, że powtarzanie w sercu modlitewnego wezwania jest jak cichutkie pukanie do drzwi duchowego poziomu. Medytacja, która uczy nas wyrzekania się pośpiechu, zgiełku, nawet osobistych pragnień i odczuć właśnie dlatego, że staje się drogą ubóstwa i prostoty otwiera nas na przyjście i wypełnienie nas obecnością Boga. Bóg bowiem zgodnie z tym, co czytamy w Ewangelii przychodzi do ubogich w duchu.

Oczywiście to nie znaczy, że Bóg nie jest zawsze obecny w środku. Jest tam zawsze. Jednak to my często jesteśmy nieobecni wobec Niego. Dlatego musimy wyruszyć do wnętrza, przekroczyć kolejne warstwy naszych blokad, pychy, perfekcjonizmu i naszego fałszywego „ja” które nas oddzielają od doświadczenia obecności Boga. W tej podróży przewodnikiem jest zawsze Duch Święty a jej kresem przebywanie w pełni w zjednoczeniu z Bogiem.

Medytacja jest zatem drogą do owego odpocznienia w Bogu, jest oczekiwaniem w łagodnym skupieniu z uwagą i zgodą na prowadzenie przez Ducha w naszym wnętrzu. Jest to modlitwa aktywno-kontemplacyjna prowadząca nas na próg Bożej obecności, do wnętrza której mamy nadzieję zostać zaproszeni, ale do której nie można wedrzeć się siłą i przemocą. Medytacja uczy nas cierpliwego oczekiwania z nadzieją, że zostaniemy zaproszeni do tej komnaty przebywania z Bogiem   tête-à-tête, którą św. Teresa z Avila nazywa twierdzą wewnętrzną. Nie wiemy kiedy to nastąpi, ale jeśli nawet nie teraz, to medytacja czyni nas otwartymi na taki dar, który Bóg przygotował na taka chwilę.

Aby jednak to osiągnąć musimy wyrwać się z tego hałasu, zabiegania, znerwicowania i rozbicia, które jest w nas. Pomaga nam w tym wytrwała i systematyczna praktyka i właściwa postawa ciała, którego wartość na nowo medytacja nam uzmysławia. Wbrew pozorom tak bardzo niedoceniane przez wieki na Zachodzie ciało jest naszym przyjacielem w modlitwie. I dlatego postawa jakiej domaga się od nas medytacja czyli trwanie w bezruchu, z wyprostowanym kręgosłupem, z głębokim i rytmicznym oddechem w rytm którego w sercu powtarzamy nasze modlitewne wezwanie staja się naszą drogą do ducha, gdyż ułatwiając skupienie i uważność pomagają nam zyskać spokój, dzięki któremu możliwe jest odsłonięcie naszej istoty i wejście do wnętrza, gdzie mamy nadzieję odnaleźć obecność Boga, którego szukamy. Pozwalamy, aby opuściły nas wszystkie myśli i uczucia – owszem zauważamy je, ale nie przywiązujemy się do nich, po prostu pozwalamy im odejść, po to, aby wznosząc się ponad nasze „ego”, które lubi zajmować się samym sobą, opróżnić umysł i zaprosić do niego pełnię Bożej obecności.

Będziemy sądzeni z miłości

Na końcu życia, jak mawiał św. Jan od Krzyża, będziemy sądzeni z miłości…

Pytanie o miłość zawsze nurtowało człowieka, począwszy od ludzi prostych aż po największych filozofów. Po tysiącleciach rozmyślań nad zagadnieniem miłości dzisiaj wciąż jedno z większych wyzwań naszych czasów, wyraża się w pytaniu: Jak sprostać temu najważniejszemu przykazaniu?

To pytanie także postawiono Jezusowi.

Jezus jako człowiek był całkowicie zwrócony „ku Ojcu”, mógł zatem udzielić tylko jednej odpowiedzi. Największą i pierwszą miłością jest Bóg! Jego odpowiedź wzmocniona jest przez powtórzenie słowa „wszystek”, „cały”: „Będziesz miłował Pana, twego Boga, z CAŁEGO serca twego, z CAŁEJ duszy i ze WSZYSTKICH sił”. Trzy słowa są użyte dla podkreślenia, że winniśmy kochać Boga CAŁYM naszym życiem – KONKRETNYM ŻYCIEM! Bo miłość to nie teoria, ale konkret! Dalej Jezus mówi, by kochać bliźniego jak siebie samego. Aby móc to lepiej zrozumieć warto odwołać się do Pawłowej teologii Mistycznego Ciała Chrystusa, którego każda i każdy z nas jest częścią a skoro tak, oznacza to, że zarówno ja jak i każdy bliźni jest częścią tego samego ciała Chrystusa, a więc rezygnując z miłości drugiego, raniąc kogoś, ranilibyśmy siebie samych. Zresztą w braku miłości jest zawsze coś z tego zranienia. Brak miłości rodzący gniew, zawiść, chęć odwetu ma zawsze podwójny oścień i nigdy nie dotyka tylko drugiego człowieka, rani w jakimś duchowym czy emocjonalnym sensie także nas samych, choć nie zawsze zdajemy sobie z tego sprawę.

Powiedziano, że miłość to nie teoria, ale konkret! Patrząc na Chrystusa, możemy uczyć się, co to znaczy kochać w różnych konkretnych sytuacjach. Można czasem dostrzec w zachowaniu człowieka dwie skrajne postawy. Z jednej strony jakby całkowite zapomnienie o miłości, które przejawia się np. w „kultywowaniu” sytuacji nieprzebaczenia: „Nigdy mu tego nie przebaczę!”   którego efektem może być tylko to, że serce człowieka coraz bardziej się zatwardza. Z drugiej strony powszechna dziś postawa manipulowania pojęciem miłości. Kiedy ktoś np. jednoznacznie piętnuje zło, niemoralność czy kłamstwo w przestrzeni publicznej, to zaraz pojawia się jakiś „moralista”, który oznajmia, że nie należy krytykować, tylko kochać.

Spoglądając na Jezusa dostrzeżemy, że modli się On za swoich prześladowców, że okazuje miłosierdzie grzesznikom; nie waha się jednak aby jednocześnie napiętnować publicznie niesprawiedliwość czy obłudę i to w sposób, który wielu uznałoby dzisiaj za mocno obraźliwy nazywając wprost faryzeuszy np., „grobami pobielanymi”, czy „obłudnikami”. Ale mówiąc to Chrystus nie przestawał ich kochać. Nikt bowiem lepiej niż On nie wie o tym, że prawdziwa miłość musi być wymagająca, że musi wyrastać z prawdy, że czasem nawet paradoksalnie musi zranić jeśli ma być przemieniająca i w ostatecznym rozrachunku przynieść uzdrowienie.

Uczony w prawie postawił Jezusowi pytanie: „Jakie jest największe przykazanie?” Jezus odpowiedział wprost: To Bóg! Bo jak napisze św. Jan – Bóg jest miłością i od nikogo lepiej się jej nie nauczymy niż od Niego. Tylko wówczas, gdy potrafimy postawić Boga na pierwszym miejscu wszystko inne będzie na właściwym. Także nasze relacje z innymi. Nigdy  nie będziemy umniejszać jednego przykazania na korzyść drugiego. Czy nie jestem w porządku, jeśli kocham Boga? Nie! To nie wystarczy. Czy nie jestem w porządku, jeśli kocham bliźniego? Nie, to też nie wystarczy. Dopiero oba przykazania stanowią jedno. Miłość bliźniego, która nie prowadziłaby do miłości Boga, nie jest zgodna z nauką Jezusa. Ale i odwrotnie: miłość Boga, która prowadzi do zapomnienia o miłości bliźniego, pozostaje zupełnie niezgodna z Ewangelią.

Na końcu życia, jak mawiał św. Jan od Krzyża, będziemy sądzeni z miłości. Tak będziemy wszyscy sądzeni z miłości niezależnie kto kim jest, jaki stan reprezentuje, jaki zawód wykonuje i czym został obdarowany. Będziemy sądzeni z miłości… Bowiem tylko miłość odnosi tryumf nad sądem.

Warto o tym pamiętać!

Medytacja – pytanie o miłość

A gdy spożyli śniadanie, rzekł Jezus do Szymona Piotra: Szymonie, synu Jana, czy miłujesz Mnie więcej aniżeli ci? Odpowiedział Mu: Tak, Panie, Ty wiesz, że Cię kocham. Rzekł do niego: Paś baranki moje! I znowu po raz drugi powiedział do niego: Szymonie, synu Jana, czy miłujesz Mnie? Odparł Mu: Tak, Panie, Ty wiesz, że Cię kocham. Rzekł do niego: Paś owce moje! Powiedział mu po raz trzeci: Szymonie, synu Jana, czy kochasz Mnie? Zasmucił się Piotr, że mu po raz trzeci powiedział: Czy kochasz Mnie? I rzekł do Niego: Panie, Ty wszystko wiesz, Ty wiesz, że Cię kocham… (J 21, 15–17).

Ta Ewangelia, którą przywołuje dziś liturgia jest dla mnie zawsze, ilekroć ją czytam pewnym obrazem drogi medytacji.  Jest to jeden z najpiękniejszych dialogów o miłości. Co więcej jest to dialog o miłości człowieka i Boga. Można powiedzieć, że doświadczenie medytacji jest także takim dialogiem, w którym Bóg przemawia nie tyle do naszego umysłu, co do naszego serca. Bóg stawia to pytanie każdej i każdemu z nas: „Czy kochasz mnie?”, my zaś ze swej strony odpowiadamy tak, jak potrafimy najlepiej. Zachęcam do takiego spojrzenia na medytację.

Określenie medytacji jako dialogu miłości jest chyba najlepszą jej definicją, jakiej użył już św. Jan od Krzyża. Tym sposobem mówienia Boga o Jego miłości do nas jest Jego obecność, którą sobie uświadamiamy – obecność nieprzerwana, obecność , na którą zawsze mogę liczyć, do której zawsze mogę się odwołać. Jest nim także słowo, które wypowiadamy w sercu przez cały czas trwania medytacji, ale jego ostatecznym zadaniem jest to o co od początku chodziło w dorastaniu do modlitwy nieustannej: czyli tak mocne i głębokie zakorzenienie się tego słowa w naszym sercu, że z czasem zaczyna ono wybrzmiewać w naszym wnętrzu już bez potrzeby szczególnego przywoływania go, bez potrzeby kontrolowania ze strony naszego umysłu.

Słowo – werset, który recytujemy w naszym sercu jest też odpowiedzią jakiej udzielamy Bogu z naszej strony, słowo, które chce być odpowiedzią na Bożą miłość, naszym potwierdzeniem tej miłości.

To, co jest jeszcze charakterystyczne w tej scenie rozmowy Jezusa z Piotrem to pytanie o to, „czy kochasz mnie więcej aniżeli ci?” Czy chodzi tu Chrystusowi o to, abyśmy porównywali się z innymi w naszej miłości do Boga? Oczywiście nie! Nasz język polski nie oddaje tego tak dobrze jak aramejski czy grecki, gdzie można stopniować czasowniki. Jezus pragnie jednak wskazać na to, że domeną prawdziwej miłości jest to, że nieustannie wzrasta, rozwija się, staje się coraz większa. Kocha więcej i więcej, każdego dnia. I doświadczenie medytacji także powinno nam o tym przypominać. Siadam do medytacji dwa razy w ciągu dnia nie dlatego, że muszę, czy że się zobowiązałem, czy dlatego, że mi się to opłaca, ale dlatego, że kocham. Mogę zapewnić o tym, po trzydziestu latach praktyki medytacji, że nie ma innej, lepszej motywacji do codziennego medytowania. Teraz już mam tak, że nie muszę nastawiać budzika a i tak obudzę się o 5.30 na poranna medytację, tak jak niektórzy budzą się na poranna kawę. Dla mnie nie ma wątpliwości to, że to właśnie miłość mnie budzi. Nie ta moja, mała, ułomna i ludzka miłość, ale ta miłość Boga, który chce rozpocząć mój dzień od rozmowy ze mną o swojej miłości do mnie i o mojej miłości do Niego. Wierzcie mi lub nie, ale taka rozmowa daje zawsze niezwykle dużo siły do stawienia czoła temu, co mnie czeka w ciągu dnia, nawet, gdyby był bardzo trudny. 

I na koniec ostatni obraz z tej ewangelicznej sceny, który pięknie pasuje do doświadczenia medytacji. Zauważmy, że Piotr przy trzecim pytaniu Jezusa o miłość zasmucił się. Ale tak naprawdę zasmucił się nie Piotr tylko jego „ego”. Droga medytacji, to droga, która prowadzi do przezwyciężenia naszego „ego”, bo to zwykle ono jest źródłem naszych smutków, rozczarowań, naszych nieuporządkowanych pragnień. To ono chciałoby być docenione, pochwalone – jak Piotr w tej scenie ewangelicznej. A tymczasem Jezus nie tylko zdaje się nie doceniać jego dwukrotnego potwierdzenia miłości, ale chce jeszcze więcej.

I zobaczmy do czego to doświadczenie prowadzi. Do tego, że Piotr wznosi się ponad poziom swojego „ego”, ponad to, co sam może dać Chrystusowi, ponad to, o czym sam chce Go zapewnić i mówi z wielką pokorą: „Ty przecież wszystko wiesz, Ty wiesz, że Cię kocham”. I taka jest nasza medytacja. Ona w zasadzie rezygnuje z naszego zapewniania Boga, zagadywania go, budowania pięknych zdań na rzecz ubóstwa jednego słowa, w którym zawiera się właściwie wszystko, co powinno cechować człowieka wiary: a więc pełne zaufanie do Boga, który wszystko o mnie wie i któremu właśnie dlatego, że wie o mnie wszystko, mogę się z ufnością i bez zastrzeżeń powierzyć.

Szept ciszy

W opuszczeniu swym

w radości i w smutku

módlmy się również bez słów

z Wiarą Nadzieją z bólem własnej ciszy

z Miłością na jawie i we śnie

im skromniej tym lepiej

Bóg to dostrzeże

Bóg to usłyszy