Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Kontemplacja i różaniec

Poniżej pragnę przywołać piękne świadectwo, które znalazłem na jednym z katolickich portali. To świadectwo o modlitwie różańcowej, świadectwo tylekroć proste, co przejmujące, bo ukazuje różaniec jako modlitwę, która prowadzi do głębi, modlitwę, która zaczynając od prostego powtarzania modlitewnej formuły może stać się podobnie jak Modlitwa Jezusowa, czy Medytacja modlitwą serca, jeśli tylko odpowiednio do niej podejdziemy i zobaczymy w niej drogę do głębszego zjednoczenia z Bogiem, jaka dla wielu już się stała. Dla mnie osobiście niezwykłe jest to, że jest to modlitwa, która łączy w sobie cechy wielu innych modlitw i w zasadzie każdy może znaleźć w niej coś dla siebie i ci, którzy w modlitwie lubią posługiwać się wyobraźnią i ci, którzy szukają zaangażowania emocji i ci, którym jako oparcie w modlitwie potrzebna jest konkretna treść i wreszcie ci, którzy zaczynając od recytacji słowa, pozwalają na to, aby prowadzeni przez ducha uczynili z tej prostej modlitwy modlitwę serca, prawdziwą modlitwę kontemplacyjną. A oto i rzeczone świadectwo:

„Jedną z modlitw, która przynosi mi największe owoce, a jednocześnie bywa najtrudniejszą jest różaniec. Trudno było mi przez długi czas złapać istotę różańca. By rozważać go i przeżyć trzeba zwolnić. Kiedy moje życie biegnie szybko, sam siebie poganiam i wciąż jestem w tyle w stosunku do założeń klękam i … i nic.

Najpierw mamroczę coś pod nosem, później przechodzę w modlitwę myśli, zaczynam gubić słowa, koncentruję się na formie, czuję frustrację i ostatecznie kończę bez refleksji. To mnie zniechęca. Wyciszenie czasami jest niemożliwe kiedy jest w nas tyle emocji i przeżyć całego dnia. Nie zniechęcam się jednak i nawet gdy jest trudniej szukam drogi, która dziś mnie poprowadzi. Bo uniwersalnej drogi modlitwy w moim wypadku nie ma. Kościół obdarza nas wieloma formami, mamy też własne słowa więc jest w czym wybierać. I nie uważam by było coś w tym złego. Kocham można mówić na wiele sposobów.

Jedną z tych dróg, gdy czuję jednocześnie zniechęcenie i potrzebę, jest wybór tajemnic jakie wzruszają naszą duszę. Mamy różną wrażliwość i różne poczucie obecności Pana. Gdy nie mam siły, próbuję słuchać własnego serca. Mam swoje 5 ulubionych tajemnic. Są dla mnie zawsze odkryciem i zawsze mówią mi po imieniu. Zawsze też wnoszą do odpowiedzi do tego co aktualnie dzieje się w mojej duszy. Są one tajemnicami w pełnym tego słowa znaczeniu, ponieważ my sami się przed nimi ukrywamy. Kiedy jest mi ciężko, jestem jak ten zawstydzony Adam, który nie potrafi rozmawiać z Bogiem. Chwytam więc różaniec i resztkami sił poświęcam chwile po przebudzeniu, w pracy, odpoczynku, samotności Jezusowi przez ręce Maryi. Wychodzę ze swojej tajemnicy by posiąść tajemnicę.”

Tekst pochodzi z bloga Szymona M. Żyśko: symeon.blog.deon.pl

Filozofia wewnętrznego pokoju

Jeśli pozwolicie się prowadzić duchowi, nie znajdziecie się w niewoli Prawa. [Ga 5,11]

Istnieje wiedza, którą pierwsi Ojcowie Kościoła (por. św Jan Kasjan, Jan Klimak, Ewagriusz z Pontu) określają mianem filozofii wewnętrznego pokoju. Można o niej mówić w dwóch perspektywach: jednej – jako drodze do wewnętrznego pokoju, określającej wymiar duchowej wędrówki często pokrywającej się np. formacją duchową, jaka odnajdujemy w monastycyzmie, z drugiej –  jako pewnej tradycji modlitewnej, która należy do tradycji kontemplatywnych, opartych na ciszy. Wschód chrześcijański używał dla określenia tej tradycji nazwy: modlitwy hezychastycznej. Hezychią jest skupienie, wewnętrzne wyciszenie, milczenie, pewnego rodzaju oderwanie w wymiarze wewnętrznym i zewnętrznym od świata i co najważniejsze mające za cel głębsze zjednoczeniem z Bogiem.

W podobnym tonie o modlitwie kontemplacyjnej pisze św. Teresa z Avila, której wspomnienie dziś obchodzimy: Kontemplatyk to człowiek pogrążony w istocie milczenia, nienaruszonego pokoju duchowego, stan milczącego zaangażowania (ale nie bierności) – są to wyrażenia, które św. Teresa określa jako filary modlitwy kontemplacyjnej, z której powinna wyrastać tradycja monastyczna. Powołaniem człowieka kontemplacji jest zatem ta rzecz jedynie konieczna, o której mówi Chrystus w domu krzątającej się Marty (por. Łk 10,42).

Dalej pisze św. Teresa, że jest to postawa wyrażająca się charyzmatycznym stanem wewnętrznego pokoju i skupienia, który rodzi się z ciszy i milczenia, które prowadzą dalej do uciszenia namiętnej strony naszej natury, aby w konsekwencji zaprowadzić Boży ład w sercu człowieka. Określenie „charyzmatyczny stan” sugeruje jednak, że nie jest on dziełem ludzkim, gdyż św. Teresa charyzmat rozumiała jako dar Ducha Świętego. Jednak bramą do jego przyjęcia i otwarcia się na ten dar jest zdaniem św. Teresy daleko posunięta pokora, która uosabia to, co św. Piotr wypowiada w swoim liście o nienaruszalnym spokoju i łagodności ducha, który jest możliwy tylko dlatego, że czerpie się go z pokoju, który może dać tylko Bóg. (por. 1P 3,3).

Drugim po pokoju, owocem kontemplacji według Teresy jest niewymowna radość – radość w Duchu Świętym, radość, która jest także charyzmatem a więc darem samego Boga. Teresa jednak sugeruje, że ów stan jest trudny do osiągnięcia dla tych, którzy żyją aktywnie w świecie. Kto jak kto, ale ona mogła wyciągać takie wnioski z własnego doświadczenia – silnej i energicznej kobiety i zarazem reformatorki swojego zgromadzenia, która tej reformie poświęciła rzeczywiście dużo czasu i zabiegania.

Pytanie zatem czy ten stan wewnętrznego pokoju i wyciszenia, stan odpocznienia w Bogu jest dla nas – medytujących, choć przecież aktywnie żyjących w świecie, bowiem praktyka medytacji ma taki właśnie cel!? Myślę, że pocieszeniem mogą być tutaj słowa wypowiedziane przez jednego z wczesnochrześcijańskich Ojców Pustyni: Abba Agueras powiedział: „Pewnego dnia przyszedłem do abba Pojmena i powiedziałem: «Chodziłem wszędzie, szukając miejsca na zamieszkanie, a nigdzie nie znalazłem spokoju. Gdzie każesz mi zamieszkać?” A starzec odpowiedział: „W naszych czasach nie ma takich miejsc, nie ma już pustyni. Idź, poszukaj sobie wielkiego tłumu, zamieszkaj w nim i tak żyj, jak ktoś, kto już nie istnieje, mówiąc sobie: «Nie mam żadnych trosk». Tak znajdziesz pokój najwyższy. Jego odnalezienie bowiem nie jest zależne od jakiegoś miejsca, ale od stanu ducha i wyciszenia naszego serca”

Podobnie zdaniem Jana Klimaka źródłem wewnętrznego pokoju nie jest miejsce, lecz:

– oderwanie od wszelkich rzeczy;

– wytrwała modlitwa;

– nieustanna czujność serca

O ważności milczenia św. Izaak Syryjczyk mówi tak: Jeśli na jednej szali położymy wszystkie czyny tego życia, a na drugiej milczenie, to zobaczymy, że ono przeważa. Nie chodziło mu jednak o porównywanie różnych aspektów życia duchowego i jego form, co o podkreślenie roli ciszy w prawdziwym duchowym wzrastaniu – którą nazywa prostą drogą do spoczynku w Bogu.

 

 

Rodzaje milczenia

Zawsze kiedy medytowałem tę przypowieść o zaproszonych na ucztę, moja uwaga zatrzymywała się na tym oniemiałym uczestniku uczty, o którym wspomina dzisiejsza perykopa ewangeliczna. Milczał, ale stał się najgłośniejszą postacią na uczcie. On nie tylko nie miał właściwej szaty, ale wręcz zamknął się na króla zupełnie.

Język grecki rozróżniał trzy rodzaje milczenia. Jednym z nich było takie milczenie, które jest oznaką wewnętrznego pokoju, cichości ducha, skromności.  To jednocześnie najlepszy sposób wyciszenia, który umożliwia usłyszenie kogoś. Grecy nazywali takie milczenie hezychią. Od tego pojęcia wyprowadzono termin hezychazmu, który św. Jan Klimak ukazuje jako tradycję modlitewną, która należy do tradycji kontemplacyjnych. Na tej płaszczyźnie cichość przywoływana przez Chrystusa w Ewangelii jest błogosławieństwem. Drogą do takiego milczenia jest modlitwa monologiczna, której przykład ukazuje św. Jan Kasjan w swoich Dialogach. Bycie cichym w duchu wypływa z pragnienia zdobycia upodobania Bożego spojrzenia, a nie przypodobania się ludziom. Jest to cisza utożsamiana z głębokim wewnętrznym pokojem, który można zachować mimo odrzucenia, mimo niesprawiedliwości, mimo niemożliwości obrony! Wynika ona z zaufania do Boga, który nie opuści człowieka nigdy, choć pozorny mogły wskazywać na coś wręcz przeciwnego. Celem całej pracy  ludzkiej w wymiarze duchowym jest ostatecznie ciche odpocznienie w obecności Boga! Według tradycji hebrajskiej Mojżesz, który kontemplował Boga, był mitissimus tzn. najcichszy.  

Z kolei mistycy chrześcijańscy tacy jak św. Jan od Krzyża, czy św. Teresa z Avila mówią o cichości krzyża, która udziela się kontemplującemu go. Wpatrując się w niego w milczeniu, zaczynamy rozumieć, że doświadczenie niepowodzenia, gdy jest zjednoczone z Krzyżem Chrystusa ma moc przeobrazić nasze wnętrze i otworzyć je jeszcze bardziej  na miłość i życie, które nie miną, bo będą niepokonane, właśnie dlatego, że będą wszczepione w ostateczne zwycięstwo Chrystusa.

Innym rodzajem milczenia przywoływanym przez Greków jest milczenie, które staje się wyrazem zachowywania tajemnicy. Przykładem tego rodzaju milczenia jest postawa Apostołów towarzyszących Chrystusowi podczas przemienienia na górze Tabor. Piotr, Jan i Jakub, gdy zobaczyli Jezusa przemienionego i usłyszeli, iż jest Synem Ojca niebios, na prośbę Jezusa zachowywali milczenie. To było zachowywanie tajemnicy. Takie milczenie greka nazywała sigao. Tego rodzaju milczenie odnajdujemy też w postawie Maryi, o której mówi Ewangelia, że zachowywała usłyszane od Jezusa słowa, rozważając je głęboko w swoim sercu. Św. Jan Klimak mówi, że w postawie Maryi łączą się w jedno te dwa wspomniane rodzaje milczenia: hezychia i siago owocując tym, że Maryja tak głęboko przylgnęła do tajemnicy Boga, że była z Nim wewnętrznie zjednoczona całym sercem i cala wolą. 

Ale jest również takie milczenie, kiedy komuś zamyka się usta na podobieństwo nałożenia psu kagańca. Grecy nazywali ten rodzaj milczenia fimoo! Jest to milczenie, które nie płynie z wolności, ale ze zniewolenia, z lęku.  Przykładem takiego zamilknięcia jest postawa owego gościa zaproszonego na ucztę z dzisiejszej Ewangelii. Św. Jan Klimak komentuje jednak, że jest to milczenie, za którym zawsze pośrednio lub bezpośrednio stoi wpływ złego ducha. Dlatego poleca się modlić, aby nigdy takie milczenie nie stało się naszym udziałem, zwłaszcza wówczas, gdy jesteśmy wezwani do dawania świadectwa czy obrony naszej wiary lub godności człowieka.

Modlitwa wielkiej mocy

Gdy Jezus przebywał w jakimś miejscu na modlitwie i skończył ją, rzekł jeden z uczniów do Niego: „Panie, naucz nas się modlić, jak i Jan nauczył swoich uczniów”.

A On rzekł do nich: „Kiedy się modlicie, mówcie: «Ojcze, święć się imię Twoje, przyjdź królestwo Twoje. Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj i przebacz nam nasze grzechy, bo i my przebaczamy każdemu, kto nam zawini; i nie dopuść, byśmy ulegli pokusie»”. (Łk 11,1-4)

Dzisiejsza perykopa ewangeliczna przywołuje w zasadzie dwa rodzaje modlitwy. Z jednej strony ukazana jest osobista modlitwa Jezusa, dla której z kontekstu Ewangelii możemy zobaczyć, że Chrystus wybierał miejsca ciche, odosobnione, często na początku lub na końcu dnia, gdy jeszcze lub gdy już było ciemno i gdzie mógł pobyć z Ojcem sam na sam. I druga modlitwa to ta, której Jezus uczy swoich uczniów na ich prośbę.

Kiedyś Karl Rahner – XX-wieczny niemiecki teolog pisał, że właściwie tyle jest rodzajów modlitw ile jest osób modlących się, dlatego, że każda modlitwa nosi w sobie jakiś rys indywidualności, ze względu na osobę, która się modli. Najczęściej jednak w naszej modlitwie narzędziem, jakim się posługujemy jest słowo. Czasem będzie ono konieczne przez cały czas jej trwania, innym razem tylko w jej fazie wyjściowej, jeśli – jak mawiała św. Teresa z Avila – modlitwa ma prowadzić do kontemplacji, która jest zanurzeniem się w ciszy Bożej obecności.

Podobnie jest z medytacja, jaka praktykujemy. Narzędziem, po które sięgamy w praktyce tej modlitwy jest słowo, wezwanie, powtarzane w ciszy serca, wytrwale przez cały czas jej trwania. Niektórzy z nauczycieli medytacji chrześcijańskiej mówią, że to wezwanie, które towarzyszy nam w czasie medytacji jest niczym sakrament: jest bowiem dla nas znakiem łaski, na która się otwieramy i która pragnie dotykać naszych serc. Dlatego powtarzanie modlitewnego wezwania nie jest – jak pisze o. Ernest Larkin O. Carm. – „mechanicznym terkotaniem, lecz nakierowanym na cel i dotyczącym całego człowieka ćwiczeniem uważności. Wierne trwanie przy jego powtarzaniu jest pierwszym i to wielkim krokiem prowadzącym ku naszemu nawróceniu. Dyscyplina bowiem, z jaką wiąże się recytacja świętego wezwania wymaga od medytującego cierpliwości i wytrwałości, nie wspominając już o miłości i wierze. W zamian obiecuje harmonie i pokój serca, jaki przynosi”.

Otwartość na łaskę, jaką niesie recytowane słowo ma nas prowadzić do kolejnego etapu doświadczenia medytacyjnego jakim jest głębsze samopoznanie jak również głębsze poznanie Boga i Jego miłości. Ten etap – co do czego zgodni są wszyscy nauczyciele medytacji  – to długa i żmudna droga schodzenia z płaszczyzny naszej powierzchowności, po to, aby przenikać coraz głębsze i niezbadane zakamarki naszej psychiki i ducha. Jest to etap, który wiąże się z procesem gruntownej wewnętrznej odnowy, gdyż w trakcie jego trwania, dzięki otwartości jaką przynosi medytacja będzie ujawniała się zawartość naszej psychiki, naszej podświadomości, której często nie byliśmy świadomi a która ma zazwyczaj kolosalny wpływ na nasze życie, nasze wybory, relacje, na sposób myślenia i ogląd rzeczywistości. To, co odkrywamy nie zawsze jest przyjemne i bezbolesne, ale właśnie dzięki medytacji, która pozwala nam trwać w miłości Boga mogą się one ujawniać w atmosferze sprzyjającej samoakceptacji. Owo odkrywanie tego, co podświadome i odsłanianie się zawirowań naszego „ego”, naszych nawyków myślenia i ograniczeń może przebiegać stopniowo lub gwałtownie. Doświadczenia są tutaj bardzo różne. Jest to jednak proces konieczny, gdyż prowadzi ku wewnętrznemu oczyszczeniu, poszerzając wewnętrzna wolność, którą Chrystus chce abyśmy posiedli. Medytacja, choć sama w sobie nie jest terapią i jej nie zastępuje, zatem jak pisze o. Larkin: „podczas jej trwania nie analizujemy i nie opracowujemy strategii walki z naszymi słabościami”, to jednak jest przestrzenią naszego wewnętrznego uzdrowienia, dlatego, że działa w niej łaska. I to właśnie dzięki jej działaniu możemy stanąć wobec ukrytej w nas samych prawdy o nas, z pokorą akceptując ją w obecności miłującego Boga.   

Na koniec tych rozważań pozwolę sobie na małą dygresję. Przeżywamy obecnie październik – miesiąc modlitwy różańcowej, która także zaliczana jest to modlitw kontemplacyjnych. Maryja w swoich licznych objawieniach, gdy poleca go odmawiać zapewnia, że jest to „bat na szatana”. Pięknym potwierdzeniem tego może być ostatnie sympozjum egzorcystów, które miało miejsce w Rzymie, gdzie podjęto właśnie temat różańca i jego skuteczności.  „To modlitwa olbrzymiej mocy – zgodnie opowiadali egzorcyści. Jest niezwykle skuteczna przy modlitwach o uzdrowienie i uwolnienie. I co dowiedzione, choć nie wiedzą jeszcze dlaczego reagują na nią nawet jeszcze nienarodzone dzieci! Możemy zapytać: Dlaczego Bóg wybrał na narzędzie walki duchowej tak niepozorną i prostą modlitwę? Mówię o tym w tym miejscu, bo nie mam wątpliwości w perspektywie blisko trzydziestu lat praktykowanej przeze mnie medytacji, że jest to modlitwa, która dzięki swej prostocie, pokorze i zaufaniu w Boże działanie może być nie mniej skuteczna. Mam tego dowody i nie mam wątpliwości, że dzieje się tak dlatego, że jest to modlitwa, która po prostu daje pierwszeństwo działania w naszym życiu Panu Bogu, a On przecież zapewnia nas przez Chrystusa: „Ufajcie, jam zwyciężył świat!” [J 16,33]

Medytacja jako podróż

Mistrzowie życia duchowego porównują często życie duchowe człowieka z podróżą. I jak pisze w swojej książce p. t. „Medytacja Chrześcijańska” karmelita, o. Larkin można tę podróż podzielić na trzy etapy: punkt wyjścia: którym jest rozproszony umysł, poczucie samozadowolenia, dominacja naszego ego; samą podróż: która jest wewnętrzną odnową zarówno naszego sposobu myślenia jak i naszego serca, którego źródłem jest głębsze poznanie siebie jak i Boga z perspektywy miłości; i wreszcie cel podróży: jakim jest odnalezienie Boga w swoim wnętrzu i trwanie w pełnej miłości i wiary jedności z Bogiem obecnym nie gdzieś na zewnątrz, ale właśnie w nas.

Etapy tej podróży jak piszą mistrzowie duchowości nie następują po sobie liniowo, lecz są ciągłym wracaniem do nich, które można porównać do podróży po spirali, lub do wspinaczki na szczyt prowadzącej dokoła góry. Zresztą na tym polega nasze zagłębianie się w relację przyjaźni z Bogiem, że jak pisał o. Karol de Foucauld „ciągle zaczynamy od nowa” , po to by wchodzić coraz głębiej i głębiej w tę zażyłość, która swój kres osiągnie ostatecznie dopiero w przyszłym świecie. Ze względu właśnie na to, że nasza duchowa podróż ma taki przebieg, jak przed chwilą opisano, mistrzowie życia duchowego bardzo przestrzegają przed zbyt pochopną próbą oceny tego na jakim etapie tej podróży człowiek się znajduje. Owszem, są pewne znaki mówiące od postępie na tej drodze, ale trzeba być bardzo ostrożnym, żeby nie ulec iluzji.

Jedną z cech tego posuwania się naprzód jest to, że zazwyczaj na początku duchowej podróż jesteśmy z reguły powierzchowni, niedojrzali, zdawkowi, pełni wewnętrznego chaosu. Z czasem jednak zaczyna się to zmieniać. W doświadczeniu medytacji drogą tej przemiany jest słowo (werset), jakim posługujemy się do recytacji. Jest ono narzędziem, ale tez darem (bo słowo Boże, czy imię Jezusa, jakie recytujemy jest zawsze łaską i jej nośnikiem), który nas wewnętrznie uspokaja, uzdrawia nasze niewłaściwe pożądania, wprowadza pokój. Wierność powtarzaniu medytacyjnego wersetu, każdego dnia można porównać do kolejnych kroków stawianych na duchowej drodze, choć często będą one trudniejsze niż nam się wydaje. Jednak nasze modlitewne wezwanie, powtarzane wiernie każdego dnia w czasie medytacji i w innych chwilach stopniowo zacznie uwalniać nas od skupienia uwagi na nas samych, uwalniając tym samym od rozpraszających pragnień. Ta prosta formuła modlitewna jest bowiem wewnętrzna dyscypliną, która będąc dla nas samych znakiem otwartości na działanie w nas Ducha Bożego, będzie nas jednocześnie prowadziła do coraz głębszej wewnętrznej integracji, ku nowemu sposobowi myślenia i ku coraz bardziej ufnemu powierzeni się Bogu i Jego prowadzeniu już nie tylko w czasie samej medytacji, ale także w codzienności, która jest jej kontynuacją.